230-lecie Conradinum, wielkie święto zasłużonej szkoły, zjazd absolwentów

SONY DSC

Wejście do Conradinum. Fot. Janusz Wikowski

28 września odbędą się uroczystości związane z Jubileuszem 230-lecia Conradinum. Na ulicy Piwnej zostanie odsłonięta tablica upamiętniająca miejsce zamieszkania Karola Fryderyka Conradiego. Natomiast w Bazylice Mariackiej, miejscu Jego pochówku, odprawiona zostanie uroczysta msza święta. Na terenie zespołu Szkoły Okrętowe i Techniczne będzie posadzone drzewko upamiętniające Jubileusz. W tym dniu odbędzie się także Zjazd Absolwentów Conradinum.

Patronat nad uroczystościami objęło Stowarzyszenie Nasz Gdańsk, a patronat medialny sprawują: Redakcje Miesięcznika Nasz Gdańsk oraz portalu nasz.gdansk.pl, a także Radio Gdańsk. Patronat honorowy  objął także Portal Morski.

stowarzyszenie-nasz-gdansk-objelo-patronatem-honorowym-uroczystosc-jubileuszowa-230-lecia-conradinum-552385W tym roku mija 230 lat od powołania fundacji im. Conradiego, której celem było utworzenie w Gdańsku Instytutu Szkolno-Wychowawczego.

W 1801 roku (3 lata po śmierci Conradiego) w Jankowie koło Gdańska powstało gimnazjum – zakład szkolno-wychowawczy. Bezpłatnie mogły w nim uczyć się dzieci z ubogich rodzin. W 1819 roku gimnazjum zamieniono na seminarium nauczycielskie, a w 1840 roku przekształcono na wyższą szkołę realną. Natomiast budynek szkoły (wraz z zapleczem, w tym internat)  „Conradinum”, zlokalizowany w Gdańsku-Wrzeszczu (niedaleko Politechniki Gdańskiej), powstał w latach 1898–1900. Warto dodać, że zabudowania Conradinum (budynek szkoły, internat, sala gimnastyczna, budynek gospodarczy oraz ogrodzenie z bramą i furtkami) uzyskały w 1999 roku status zabytków i wpisano je do Rejestru Zabytków w Polsce.

W okresie przed II wojną światową była to szkoła typu ogólnokształcącego. Po wojnie w budynku utworzono pierwszą w Polsce szkołę średnią o profilu technicznym – o specjalizacji okrętowej. Wielu absolwentów Conradinum studiowało na Politechnice Gdańskiej (na wydziale okrętowym, przygotowującym kadry dla rozwijającego się po wojnie przemysłu okrętowego, stoczni). Szkoła była i jest kuźnią kadr, przede wszystkim  dla przemysłu okrętowego, a obecnie a także dla nowych dziedzin gospodarki wykorzystującej nowoczesne urządzenia (takie jak roboty, drony). Szkoła wykształciła w okresie powojennym kilkanaście tysięcy absolwentów różnych specjalności technicznych. Ogólne zasady działalności Conradinum są od początku niezmienne – liczy się przede wszystkim pilność w nauce.

Obecnie Conradinum to Szkoły Okrętowe i Techniczne (przez pewien okres było w zespole szkół także Liceum Ogólnokształcące w latach 1991-2017). Obecnie jest to typowa średnia szkoła techniczna mająca oprócz tradycyjnego profilu okrętowego (monter kadłubów, elektryk, budowniczy jednostek pływających, chłodnictwo i klimatyzacja) także najnowsze i poszukiwane w gospodarce specjalizacje techniczne – m.in. takie specjalizacje jak projektowanie 3D, obsługa dronów, mechatronika – projektowanie robotów.

Jest to szkoła z tradycjami conradinowskimi: obowiązują mundury conradinowskie, uczniowie klas pierwszych po ślubowaniu składają w Bazylice Mariackiej kwiaty na grobie fundatora. Do tradycji należy rytuał – po zdaniu matury absolwenci zawieszają krawat na sercu dzwonu i dzwonią aż do zerwania (w tym oryginalnym powojennym zwyczaju krawat symbolizował obrożę, którą po zdaniu matury można było zerwać). Czczony jest fundator szkoły.

Tradycją są także zjazdy absolwentów. W tym roku wielki zjazd odbędzie się 28 września.

W podtrzymywaniu i rozwijaniu tradycji pomaga szkole powołane w 2001 r. Stowarzyszenie Oświatowe Conradinum, które zrzesza nie tylko absolwentów, nauczycieli lecz także sympatyków szkoły.

Patron Szkoły

Karol Fryderyk Conradi urodził się 25.06.1742 r. w Gdańsku. Otrzymał odpowiednie dla swojego stanu staranne wykształcenie. Po nauce w domu odbył studia uniwersyteckie n następnie przedsięwziął podróże kształcące, m.in. w 1767 r. do Oxfordu.

Zmarł 12.07.1798 roku w wieku 56 lat. Został pochowany w kościele Mariackim (obecnie Bazylika Mariacka) w grobie rodzinnym (babki, Korduli Konstancji Heine, żony majora Gotfryda Conradiego). Płyta nagrobna z nr 272 znajduje się w prawej nawie prezbiterium (między ołtarzem głównym a kaplicą 11000 dziewic).

(Oprac. JW)

 

Jubileusz 230-lecia CONRADINUM

Harmonogram uroczystości – 28.09.2024 r.

10.00 – Msza Św. w Bazylice Mariackiej w Gdańsku

OFICJALNA UROCZYSTOŚĆ JUBILEUSZOWA w SOiT CONRADINUM

13.00 – część oficjalna – przemówienia Gości, Dyrekcji, Absolwentów; nagrody i wyróżnienia

           – krótki występ muzyczny uczniów Conradinum

          – posadzenie drzewa upamiętniającego JUBILEUSZ

          – odsłonięcie ściany upamiętniającej zasłużonych nauczycieli

         – zwiedzanie szkoły oraz wystaw jubileuszowych

         – poczęstunek

15.30 – ZJAZD ABSOLWENTÓW CONRADINUM – spotkania klas i roczników

FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY NA ZJAZD ABSOLWENTÓW: https://forms.office.com/e/BswGVm8n8L

Więcej informacji: https://conradinum.edu.gdansk.pl/pl/page/jubileusz/wplaty

Conradinum 28-wrzesnia-2024r-rozpoczynamy-obchody-roku-jubileuszowego-conradinum-546778

Jubileusz 230-lecia CONRADINUM 28.09.2024 r.

10.00

Msza Św. w Bazylice Mariackiej w Gdańsku

OFICJALNA UROCZYSTOSĆ JUBILEUSZOWA w SOiT CONRADINUM

13.00 – część oficjalna

– uroczyste rozpoczęcie i powitanie
– przemówienia
– nagrody i wyróżnienia
– Ślubowanie Pierwszoklasistów
– Hymn Conradinum
– odsłonięcie darów
– występ muzyczny uczniów Conradinum
– tradycyjne oddzwonienie rozpoczecia Roku JUbileuszowego Conradinum
– tort
– sadzenie drzew jubileuszowych

– zwiedzanie szkoły oraz wystaw jubileuszowych

– poczęstunek

    1. ZJAZD ABSOLWENTÓW CONRADINUM

– spotkania klas i roczników


Wielki sukces: na motolotniach przez Bałtyk – z Gdańska na North Cape

17 - pokonani i jednocześnie zwycięzcy

Andrzej Tyliński i Ryszard Groth

W tym roku, w lipcu mija 25. rocznica przelotu na motolotniach z Gdańska – przez Bałtyk – na North Cape. Był to pierwszy – i jak dotąd – jedyny taki wyczyn polskich motolotniarzy – Andrzeja Tylińskiego i Ryszarda Groth. Uznano to za wielki sukces. Rok wcześniej, w 1998 r. po raz pierwszy w historii przelecieli na swoich motolotniach – bez międzylądowania przez Bałtyk – z Gdańska do Ronneby (Szwecja).

MOTOLOTNIA Multaniak maciej naszgdansk P1600915

Maciej Multaniak pasjonat latania motolotnią

Maciej Multaniak, członek Stowarzyszenia Nasz Gdańsk, a także miłośnik i korzystający z uroków latania motolotnią postanowił przypomnieć ten wyczyn i poprosił Ryszarda Groth, aby udostępnił nam swoje zapiski z wyprawy na North Cape.

Zdjęcia z wyprawy – z archiwum Ryszarda Groth

Start w Pruszczu Gdańskim – cel: Spitsbergen

Pulpitabc2Po pierwszym w historii przelocie motolotnią przez Bałtyk bez międzylądowania na trasie Gdańsk – Ronneby (Szwecja) w 1998 roku postanowiliśmy w następnym roku wraz z Andrzejem Tylińskim zrealizować drugą wyprawę. Tym razem na trasie znacznie dłuższej. Głównym założeniem tej wyprawy był przelot na trasie Gdańsk – Spitsbergen.

2 - Ryszard Groth przed startem z lotniska Gdańsk-Rębiechowo

Ryszard Groth przed startem z lotniska Gdańsk-Rębiechowo

Start nastąpił dnia 17 lipca 1999 roku z lotniska w Pruszczu Gdańskim z międzylądowaniem na lotnisku w Gdańsku Rębiechowie skąd nastąpił oficjalny start. Przeszliśmy tam odprawę celno – paszportową. Prognoza pogody przed startem nie była zbyt optymistyczna, mimo to podjęliśmy decyzję startu.

Na płycie Portu Lotniczego w Gdańsku Rębiechowie żegnała nas ekipa reporterów TV Gdańsk i radia oraz wielu znajomych, przyjaciół i sympatyków.

1 - Andrzej Tyliński udziela wywiadu przed startem na North Cape

Andrzej Tyliński udziela wywiadu przed startem na North Cape

Start nastąpił o godz. 8.28 i obraliśmy kurs w kierunku Szwecji. Po raz drugi udawaliśmy się do przelotu przez Bałtyk bez międzylądowania. Tym razem trasa nad morzem była dłuższa w porównaniu do tej z roku poprzedniego, gdyż wiodła do Kalmaru przez wyspę Oland.

Kluczenie między chmurami, urwany kontakt

Od chwili startu do osiągnięcia linii brzegowej w rejonie Dębek pogoda stopniowo się pogarszała. Nad morzem napotkaliśmy niskie podstawy chmur i przelotne lecz intensywne opady deszczu. W tej sytuacji, w celu omijania opadów, byliśmy zmuszeni do częstej zmiany kursu co znacznie wydłużało czas lotu nad morzem.

Słyszę w słuchawkach pytanie Andrzeja. Jaką w tej sytuacji podejmujemy decyzję. Czy zawracamy, czy nadal kontynuujemy lot zgodnie z planem. Odpowiadam, że kontynuujemy chyba, że warunki ulegną dalszemu pogorszeniu uniemożliwiając nam dalszy lot. Wtedy podejmiemy decyzję o przerwaniu dalszego lotu i powrotu. Podczas kluczenia pomiędzy chmurami z opadem utraciliśmy ze sobą kontakt wzrokowy i przebijaliśmy się przez te opady każdy na własną rękę. W pewnej chwili przelatując nisko nad wodą pod chmurą z opadem zauważyłem pod sobą jacht z opuszczonymi żaglami. Nad pełnym morzem opady zaczęły stopniowo zanikać i chmury ustępowały. Zrobiło się słonecznie i spokojnie lecz byłem nad pełnym morzem zupełnie sam.

Poprzez radio podaliśmy swoje aktualne pozycje i po pewnym czasie ponownie byliśmy w kontakcie wzrokowym.

Uwaga: trąba wodna!

W pewnej chwili w oddali z mojej prawej strony na godzinie 14 zauważyłem niepokojące zjawisko. Z przerażeniem to obserwowałem. W tym czasie odzywa się Andrzej pytając mnie, czy widzę to zjawisko. Odpowiadam, że właśnie to obserwuję i mówię do Andrzeja: „omijajmy to możliwie jak najdalej”. Sięgnąłem po aparat i zrobiłem zdjęcie. Następnie z duszą na ramieniu starałem trzymać się od tego z dala, a wraz ze mną Andrzej.

Mieliśmy dużo szczęścia, bo napotkane przez nas zjawisko nad pełnym morzem było niczym innym jak trąbą wodną. Zdjęcie które wykonałem, jak się później okazało, niczego nie wykazało ponieważ aparat jakim wówczas dysponowałem zbytnio to oddalił i na zdjęciu trudno było cokolwiek dostrzec.

W rezultacie to bardzo niebezpieczne zjawisko udało nam się szczęśliwie ominąć i dalszy lot kontynuowaliśmy już w promieniach słońca i zgodnie z planem.

Ogromna ulga – pod nami ląd!

W pobliżu szwedzkiego wybrzeża napotkaliśmy jedyny statek podczas całego lotu nad morzem pomijając wcześniej napotkany jacht w strugach deszczu opodal polskiego wybrzeża. Chwilę później naszym oczom ukazał się zarys wyspy Oland. Po pewnym czasie wlatujemy nad wyspę odczuwając ogromną ulgę po długim i pełnym przygód locie nad morzem. Przed nami jeszcze krótki przelot nad wodą dzielącą wyspę od stałego lądu i naszym oczom ukazuje się miasto Kalmar i po chwili zbawienne lotnisko docelowe na terytorium Szwecji.

Dolatujemy do lotniska w wchodzimy na prostą do lądowania. Dotykamy kołami pasa startowego o godzinie 12.48, po 4 godzinach i 20 minutach lotu. Kołujemy na płytę postojową i na części trawiastej kotwiczymy nasze motolotnie. Udajemy się do portu lotniczego w celu odbycia formalności celno – paszportowych, a następnie kierujemy się do kawiarenki w celu odprężenia.

Ponieważ z uwagi na ekipę naziemną, która płynie promem, start planujemy na późniejsze godziny popołudniowe.

Lot na… szwedzkie piwko

W tym układzie, po tak stresującym i pełnym niebezpiecznych przygód locie, nad morzem możemy sobie pozwolić na wypicie po jednym słabym szwedzkim piwku. Żartujemy między sobą, iż doszliśmy już do tego, że po prostu przylatujemy sobie motolotnią do Szwecji na piwo.

Po ustaleniu kolejnego lotniska docelowego na którym planujemy nocleg, nawiązaliśmy kontakt telefoniczny z ekipą zabezpieczenia naziemnego i skierowaliśmy ich na lotnisko w Hultsfred.

Delektując się zapachem żywicy

Startujemy z Kalmaru o godz. 17.48 i obieramy kurs na Hultsfred. Warunki pogodowe mamy znakomite – ciepły, bezchmurny i bezwietrzny wieczór. Lecę na całej trasie na bardzo małej wysokości tuż nad sosnowym lasem delektując się zapachem żywicy. Jaki to odmienny lot w porównaniu do tego nad morzem pełnego stresu i napięcia. Podczas tego lotu daje się zauważyć jakie następują zmiany w psychice człowieka. Zgodnie z zasadami, ze względów bezpieczeństwa, należy latać na większej wysokości, aby w sytuacji awaryjnej mieć możliwość dolotu do miejsca awaryjnego lądowania. Jednak po takim długim locie nad morzem moja psychika uległa takiemu przestawieniu, że lecąc tuż nad czubkami drzew nie odczuwałem żadnego zagrożenia i byłem całkowicie pozbawiony jakichkolwiek obaw zagrożenia. Dla mnie najważniejsze było, że pode mną nie ma tego bezkresu wody.

Sytuacja powtarzała się podczas kolejnych lotów, gdzie przelatywaliśmy nad dużymi jeziorami. Pokonywałem je na małej wysokości, bo nie robiły na mnie większego wrażenia. Cóż tam jakieś jezioro w porównaniu do olbrzymiego morza, nad którym lecąc przez kilka godzin nie widzi się lądu tylko wodę sięgającą po horyzont. Oczywiście, jest to odczucie złudne i niebezpieczne, ale tak właśnie działa to na psychikę człowieka.

Gościnny kluczyk klubowy

Po pięknym i relaksującym locie dolatujemy nad lotnisko w Hultsfred, położonym przy szosie i otoczone lasem z pięknym betonowym pasem startowym. Lądujemy o godz. 19.41, po 1 godzinie i 53 minutach lotu. Kołujemy na płytę postojową i ustawiamy motolotnie. Okazuje się, że na lotnisku wszystkie obiekty są pozamykane i nikt nie jest obecny. Po pewnym czasie pojawia się osoba funkcyjna i po wyjaśnieniach co i jak, udostępnia nam klucz do pomieszczenia klubowego ustalając jednocześnie zasady korzystania z obiektu. Ponieważ następnego dnia rano, podczas naszego wylotu, również nikogo nie będzie polecił zamknąć pomieszczenie i klucz zawiesić we wskazanym miejscu. Taka gościnność powtarzała się wielokrotnie podczas lądowania na kolejnych lotniskach z których byliśmy zmuszeni korzystać.

Wieczorem prosto z promu dociera do nas rzut naziemny. Lokujemy się w pomieszczeniu klubowym i planujemy dalszą część wyprawy. Znajdujemy tam mapy lotnicze szwedzkiej przestrzeni powietrznej, które okazują się bardzo pomocne do planowania dalszej trasy przelotu nad Szwecją.

Rano odtwarzamy gotowość startową i w pomieszczeniu klubowym, z którego korzystaliśmy, w podziękowaniu pozostawiamy drobne gadżety.

Wśród zabytkowych samolotów

Wystartowaliśmy o godz. 8.57 obierając kurs na kolejne lotnisko, gdzie lądowaliśmy o godz. 11.51, po 2 godzinach i 54 minutach lotu. Było to duże lotnisko, na którym tętniło życie i odbywały się skoki spadochronowe. Tutaj spędziliśmy całe popołudnie do godzin wieczornych regenerując siły. Mieliśmy okazję zobaczyć sporo zabytkowych samolotów i szybowców co wzbudziło zachwyt i zainteresowanie.

Wystartowaliśmy o godz. 18.55 lecąc na kolejne lotnisko w Bollnas, gdzie planowaliśmy spędzić noc. Lotnisko lub lądowisko było dość nietypowe, gdyż usytuowane było w dolinie pomiędzy lasami i stosunkowo wąskie. Lądowaliśmy o godz. 21.16 po 2 godzinach i 21 minutach lotu. Obiekty były zamknięte, a przed hangarem stał zakotwiczony piękny zabytkowy szybowiec.

Sytuacja powtórzyła się z lotniska w Hultsfred. Po chwili pojawił się zarządzający lotniskiem i udostępnił nam obiekt wyposażony we wszystko co tylko możliwe, włącznie z wypełnioną lodówką. Określił zasady korzystania z zastanych dóbr. Z lodówki można było brać wszystko według potrzeb, a pieniądze należało wrzucić do stojącej obok skarbonki.

Relaks pod skrzydłami, czekając na tankowanie

Po nocnym wypoczynku postanowiliśmy wstać wczesnym rankiem, aby wystartować możliwie o wczesnej porze. Przegląd motolotni, tankowanie i zapakowanie tego co niezbędne i byliśmy gotowi do startu. Jeszcze w udostępnionym pomieszczeniu pozostawienie drobnych gadżetów w podziękowaniu za gościnę, zamknięcie obiektu, umieszczenie klucza w wyznaczonym miejscu i byliśmy gotowi do startu.

Startujemy o godz. 5.55 i obieramy kurs na lotnisko w Solleftea. Po trasie przelatywaliśmy nad malowniczymi obszarami Szwecji przy pięknej pogodzie i znakomitej widzialności. Lotnisko otoczone niskim lasem z pięknym asfaltowym pasem startowym. Podchodzimy do lądowania od strony urokliwego małego miasteczka i lądujemy o godz. 9.05, po 3 godzinach i 10 minutach lotu. Po lądowaniu kołujemy na płytę postojową przed budynkiem z wieżyczką kierownika lotów. Obok znajdowały się małe hangary lub wiaty, w których stały już raczej nieco leciwe samoloty. Sytuacja kolejny raz się powtarza i na lotnisku nie zastajemy żadnych oznak aktywności. Po chwili z pobliskiego miasteczka przyjeżdża osoba kompetentna i po krótkiej rozmowie odjeżdża.

My, korzystając z okazji wyczekiwania na przyjazd ekipy naziemnej z dostawą paliwa, rozkładamy się pod skrzydłami motolotni i wypoczywamy. Po jakimś czasie dojeżdża dostawa paliwa, więc tankujemy i przygotowujemy się do startu.

O godz. 12.58 startujemy na kolejną trasę przelotu. Tym razem kierujemy się na lotnisko komunikacyjne w Umea. Po 2 godzinach i 21 minutach lotu lądujemy o godz. 15.19 i kołujemy na płytę postojową pod portem lotniczym. Udajemy się na odpoczynek do lotniskowego bufetu i przy kubełku pepsi ustalamy swój dalszy lot na lotnisko sportowe w Alvsbyn. Uzgadniamy swój start ze służbami ruchu lotniczego i przed godz. 18 zajmujemy miejsca w motolotniach. Po uzyskaniu zgody kołujemy na start i zajmujemy pas startowy.

Wkraczamy w strefę białych nocy

Startujemy o godz. 17.55 i lecimy z kursem na Alvsbyn. Lot przebiega bardzo spokojnie nad malowniczymi obszarami leśnymi i niewielkimi jeziorami.

Dolatujemy do lotniska, które jest położone wśród zalesionych wzgórz i jest bardzo zadbane z nawierzchnią wyłącznie trawiastą. Lądujemy o godz. 20.57, po 3 godzinach i 2 minutach lotu. Na lotnisku zastajemy domki kempingowe, z których dwa przydzielono do naszej dyspozycji. Tu kończymy trzeci dzień wyprawy i wkraczamy w strefę białych nocy. Od tej pory loty kontynuujemy na okrągło bez względu na porę doby.

Około godz. 1 w nocy pojawiła się na niebie motolotnia. Zbliżyła się do lotniska od strony północnej, a następnie oddaliła się z kursem powrotnym. Białe nocy były dla nas bardzo korzystne, choć zakłóciły nam rytm życia. Jednak determinacja i przygoda całej wyprawy była górą i nie zwracaliśmy uwagi na oznaki zmęczenia.

Ponieważ od tej pory nie byliśmy ograniczeni porą nocną, start wyznaczyliśmy na godziny południowe. Po przygotowaniu się do lotu wystartowaliśmy o godz. 12.05 z kursem na lotnisko komunikacyjne cywilno – wojskowe w Lulea nad Zatoką Botnicką. Lądowaliśmy o godz. 12.51 po 45 minutach lotu. Andrzej, jako prowadzący korespondencję radiową w języku angielskim, lądował w pierwszej kolejności a ja zająłem miejsce tuż za nim na prostej do lądowania. Po zakończonym dobiegu Andrzej rozpoczął kołowanie w niewłaściwym kierunku, kierując się w stronę bazy wojskowej. Lecz natychmiast podjechał samochód służby lotniskowej i poprowadził we właściwym kierunku na płytę postojową portu lotniczego, a ja kołowałem tuż za nim.

Tu mieliśmy chwilę odpoczynku przed czekającym nas lotem przez Zatokę Botnicką w drodze do Finlandii na lotnisko w Kemi. Spacerując po terenie obiektów lotniskowych natknęliśmy się na stojącą w hangarze motolotnię, którą obserwowaliśmy minionej nocy w pobliżu lotniska w Alvsbyn. Mieliśmy też okazję podziwiać lot samolotu myśliwskiego z miejscowej bazy, który prawdopodobnie ćwiczył przed udziałem w pokazach.

W kamizelkach i łodzią ratunkowa przez Zatokę Botnicką

Zaczęliśmy przygotowywać się do kolejnego odcinka lotu nad wodą. Ubieramy się w specjalne kombinezony lotnicze do lotów nad morzem, zakładamy kamizelki ratunkowe i do motolotni wkładamy pneumatyczne łódki ratunkowe.

Przed godz. 16 jesteśmy gotowi do startu i kołujemy na pas startowy. Startujemy o godz. 15.54 i chwilę po starcie jesteśmy nad wodami Zatoki. Obieramy kurs w kierunku Finlandii na lotnisko komunikacyjno – sportowe w Kemi. Drugi raz znajdujemy się nad wielką wodą, lecz ten lot jest nieporównywalnie mniej stresujący od poprzedniego. Warunki pogodowe są bez zarzutu, a ponadto po całej trasie mijamy sporo małych wysepek, co wywierało ogromny wpływ na nastrój psychiczny. Lot nad Zatoką Botnicką był stosunkowo krótki i po upływie nieco ponad godziny lotu osiągnęliśmy linię brzegową Finlandii. Lotnisko widoczne było za miastem leżącym nad brzegiem Zatoki.

O godz. 17.26 dotknęliśmy kołami pasa startowego na terytorium Finlandii, po 1 godzinie i 32 minutach lotu. W czasie wyczekiwania na przyjazd ekipy naziemnej z dostawą paliwa obserwowaliśmy odbywające się skoki spadochronowe po przeciwległej stronie lotniska. Rzut naziemny jak zwykle niezawodnie zjawił się w miarę szybko i uzupełniliśmy zbiorniki paliwowe. Chcieliśmy złożyć plan lotu, ale okazało się, że nie jest to wymagane i możemy bez przeszkód kontynuować dalszy lot na północ.

Z niepokojem obserwujemy zmieniające się niebo, po którym podążają za nami niepokojąco wyglądające chmury. Zaistniała sytuacja wymusiła w nas zwiększenie tempa lotu, gdzie przerwy pomiędzy lotami były jedynie czasem wyczekiwania na dostawę paliwa. Ponieważ nie mieliśmy również ograniczenia wynikającego z pory nocnej mogliśmy praktycznie lecieć non stop.

Zauroczeni północnym krajobrazem

Z Kemi startujemy o godz. 19.55 i lecimy z kursem północnym do Kemijarvi, czyli już poza Kołem Polarnym. Zaraz po starcie obrałem właściwy kurs i w niskim locie rozkoszowałem się przemieszczającymi się pode mną widokami. Jakże odmienny krajobraz od obserwowanego wcześniej w lotach nad Szwecją. Nie można tych widoków oceniać który lepszy lub gorszy – po prostu inny! Zauroczony widokami leciałem na małej wysokości mijając niskie drzewostany, łączki i meandrujące wśród lasów rzeczki. Gdzieniegdzie w odludnych miejscach znajdowały się samotne jakby traperskie chatki. Napotkałem też na leśnej polanie obozowisko jakby indiańskich namiotów. Krajobraz w pewnym stopniu przypominał tereny Alaski. Takie widoki powtarzały się aż do północnych granic Finlandii. Powietrze było bardzo spokojne, co sprzyjało i zachęcało do niskiego lotu i podziwiania w szczegółach tego co na dole.

Wysokie napięcie tuż pod kołami…

Podczas tego lotu o mało nie doszło do tragedii. Zauważyłem przed sobą linię energetyczną wysokiego napięcia, która przecinała mój tor lotu i znajdowała się w bezpiecznej odległości. W związku z tym zwiększyłem wysokość lotu w celu bezpiecznego przelotu ponad grubymi przewodami zwisającymi pomiędzy słupami. Kiedy byłem już bardzo blisko linii energetycznej w ostatniej chwili spostrzegłem przed sobą cienkie druty rozpostarte pomiędzy słupami na ich szczycie. Błyskawicznie zwiększyłem obroty silnika do maksymalnych i poderwałem motolotnię do góry. Kątem oka spostrzegłem jak druty przeszły mi tuż pod kołami. Z wrażenia zredukowałem obroty silnika dopiero na wysokości około 300 metrów i wyrównałem lot. Czułem jak krople potu spływają mi z czoła. Dalszy lot kontynuowałem przezornie na większej wysokości.

Z grozą przez Koło Polarne

Lecąc dalej w kierunku Koła Polarnego krajobraz zaczął ulegać pewnym zmianom. Pojawiały się rozległe obszary bagienne. Patrząc na ziemię pod kątem wyglądało to jak zielone pola, ale gdy spojrzało się pionowo w dół widać było wszędzie wodę. Lot nad tym obszarem budził ogromną grozę i był bardzo niebezpieczny. Nad tym niebezpiecznym terenem przekroczyliśmy Koło Polarne co było dla nas szczególnym przeżyciem. Rovaniemi z siedzibą św. Mikołaja pozostało po naszej lewej stronie.

O godz. 21.55, po 2 godzinach lotu wylądowaliśmy w Kemijarvi 20 km za Kołem Polarnym. Po lądowaniu złożyliśmy sobie wzajemne gratulacje z faktu przekroczenia Koła Polarnego. Lotnisko było z pasem startowym o nawierzchni asfaltowej. Na lotnisku nikogo nie zastaliśmy, jedynie stał zakotwiczony jeden samolot i zamknięta brama. W oczekiwaniu na rzut naziemny rozłożyliśmy na stoliku mocno już sfatygowaną mapę i planowaliśmy dalszą trasę lotu. Ekipa naziemna dotarła do nas bardzo szybko dzięki niezawodnemu kierowcy Andrzejowi Derengowskiemu. W jakiś sposób udało im się sforsować bramę wjazdową na lotnisko i mogliśmy zatankować motolotnie do kolejnego lotu.

Start z Kemijarvi odbył się o godz. 23.03 i obraliśmy kurs na Vuotso. Lot odbywał się w środku nocy i jak pozostałe był bardzo spokojny. Był to lot zupełnie nietypowy, gdyż lecieliśmy z kursem północnym, a tymczasem słońce mieliśmy idealnie przed sobą. Podczas tego lotu mogliśmy obserwować słońce zbliżające się do horyzontu, a następnie się od niego odbiło niczym potężna piłka.

Stadko reniferów i zaciekawieni Lapończycy

Lądując w Vuotso w środku nocy o godz. 0.57, po 1 godzinie i 54 minutach lotu na lotnisku położonym w lesie z szutrowym pasem startowym byliśmy 180 km za Kołem Polarnym. Tuż po lądowaniu i ustawieniu motolotni w osłoniętym miejscu na leśnej polanie podeszło w nasze pobliże stadko reniferów. Był to nasz pierwszy kontakt z tymi urokliwymi zwierzętami. Po dotarciu na miejsce ekipy naziemnej Arek Pawełek rozwiesił moskitierę, w której się wszyscy zgromadziliśmy i wspólnie uczciliśmy fakt przekroczenia Koła Polarnego. Na tym odludziu pojawiło się kilku miejscowych zaciekawionych Lapończyków, lecz nie udało nam się nawiązać z nimi kontaktu. Czując spore zmęczenie intensywnością lotów rozbiliśmy obozowisko i zapadliśmy w głęboki sen. Andrzej Tyliński rozstawił swój namiot i spał w nim z nogami wystającymi na zewnątrz. Mnie ze zmęczenia ogarnęło lenistwo do tego stopnia, że nie rozłożyłem namiotu tylko owinąłem się folią termiczną i tak spałem. Rano przebudziłem się jako pierwszy i nie mogłem się nadziwić, że nie pożarły mnie komary. Wszyscy jeszcze spali więc wybrałem się szosą na spacer do pobliskiego miasteczka Vuotso. W miasteczku napotkałem spacerujące po ulicach renifery. Lecąc dalej na północ Europy te urocze zwierzęta można było spotkać wszędzie. Po powrocie do naszego obozowiska całe towarzystwo było już na nogach. Zjedliśmy śniadanie, jak zwykle w warunkach polowych i rozpoczęliśmy przygotowanie motolotni do kolejnego lotu na północ. Czekała nas jeszcze długa trasa przelotu nad pięknymi lecz groźnymi i odludnymi obszarami północnej Skandynawii.

Lądowanie na pasie z deskami

Kolejnym lotniskiem docelowym było lotnisko komunikacyjne w Ivalo w Norwegii. Czyli w tym locie przekraczamy granicę państwową i opuszczamy terytorium Finlandii. Podczas lotu do Ivalo nie mogliśmy zlokalizować tego lotniska i przez pewien czas błądziliśmy szukając go w niewłaściwym miejscu. Podczas błądzenia zalecieliśmy nad pobliską rzekę, na której stał zacumowany wodnopłatowiec. Andrzej nawiązał kontakt radiowy z kontrolerem lotów i poprosił o podanie właściwych współrzędnych lotniska. Po wprowadzeniu poprawki do nawigacji bez problemów dolecieliśmy do celu. Dolot do lotniska wykonaliśmy na małej wysokości. Będąc na prostej do lądowania zauważyłem leżące na pasie startowym deski. Pomyślałem, jaki mają tutaj bałagan żeby na pasie startowym leżały deski. W pobliżu przebywały jeszcze jakieś osoby, które w naszym kierunku wymachiwały rękami.

Wylądowaliśmy o godz. 10.30, po 55 minutach lotu. Zakołowaliśmy na płytę postojową pod budynkiem portu i zabezpieczyliśmy motolotnie po czym udaliśmy się na więżę kontroli lotów. Weszliśmy do kontrolera dumni niczym pawie, a tymczasem nieźle nam się oberwało. Okazało się, że pas na którym lądowaliśmy był wyłączony z użytkowania, gdyż znajdował się w remoncie. Deski na pasie ułożone w kształcie krzyża oznaczały zakaz lądowania, a ludzie znajdujący się w pobliżu wcale do nas przyjaźnie nie wymachiwali tylko wygrażali. Wykonując dolot do lotniska na małej wysokości nie widzieliśmy drugiego pasa, na którym powinniśmy lądować, gdyż był on zasłonięty nierównością terenu. W tym układzie byliśmy przekonani o istnieniu tylko tego jednego pasa startowego. Oczywiście, żadne nasze tłumaczenie się nas nie usprawiedliwiało. Była to ewidentnie nasza wino, gdyż przed lotem na obce lotnisko mieliśmy obowiązek zapoznania się z warunkami na danym lotnisku. Za ten nasz wyczyn zostaliśmy ukarani finansowo i musieliśmy uiścić opłatę za lądowanie.

Po odtworzeniu gotowości startowej zajęliśmy miejsca w motolotniach i kołowaliśmy do startu z właściwego pasa czując ogromny wstyd za popełnioną gafę!

Mylnie – w ziejące grozą góry

Wystartowaliśmy o godz. 12.41. Tym razem obraliśmy kurs również na lotnisko komunikacyjne Banak w Lakselv, które jest usytuowane na skraju fiordu. Okazało się, że w tym przypadku również mamy niewłaściwe namiary na lotnisko. Ponieważ Andrzej był odpowiedzialny za korespondencję radiową i z tego powodu był prowadzącym to ja musiałem podążać za nim. Kiedy zbliżaliśmy się w pobliże celu lotu Andrzej kierował się w kierunku gór. Wydawało mi się to dosyć dziwne, bo według mnie powinniśmy lecieć w prawo w kierunku fiordu. Pomyślałem może kontroler z jakiś powodów kieruje nas okrężnie. Wlecieliśmy nad te groźne i niedostępne góry, na których zalegały jeszcze łachy śniegu mimo że był już 21 lipca.

Kontynuowaliśmy lot nad tymi górami przez dłuższy czas coraz bardziej oddalając się od lotniska. W końcu Andrzej zorientował się, że coś jest nie tak i poprosił kontrolera o podanie namiarów na lotnisko. Wreszcie zaczęliśmy lecieć we właściwym kierunku opuszczając te ziejące grozą góry. Spoglądając na te góry z lotu ptaka miałem wrażenie jakby tam nigdy nie stanęła stopa ludzka. Nad miasto i lotnisko nadlecieliśmy znad gór o pionowych ścianach opadających w kierunku fiordu. Powodowało to dodatkowe wrażenie zapierające dech w piersiach. Następnie spiralą wytracałem wysokość, by wejść na prostą do lądowania od strony fiordu.

Wylądowaliśmy o godz. 19.58, po 2 godzinach i 37 minutach lotu. Po lądowaniu sprzęt zabezpieczyliśmy w osłoniętym przed ewentualnym wiatrem i udaliśmy się w poszukiwanie kwater na nocleg.

W pubie o „szalonym pomyśle lotu na Spitsbergen”

Zakwaterowaliśmy się w domkach kempingowych. Moją uwagę zwróciły brezentowe pasy przełożone przez dachy i obciążone po bokach betonowymi blokami. W niedługim czasie miałem okazję przekonać się osobiście jakie to ma zadanie do spełnienia. Ponieważ trwał okres białych nocy i mieliśmy zaburzony rytm snu wybraliśmy się do miasteczka, w którym tętniło życie jak za dnia. Weszliśmy do miejscowego pubu i zamówiliśmy piwo. Ponieważ to małe miasteczko od razu zostaliśmy rozpoznani jako obcy. Ponieważ ktoś z obecnych w pubie pracował na lotnisku więc szybko rozniosła się fama, że przylecieli Polacy na motolotniach i planują lecieć dalej na północ aż na Spitsbergen. Któryś z miejscowych zadał pytanie – a ile to trzeba piwa wypić, aby wpaść na tak szalony pomysł? Andrzej odpowiedział, że w Polsce piwo jest znacznie mocniejsze więc niewiele. Po spędzeniu miłego czasu w towarzystwie miejscowych udaliśmy się na sen mimo obecności słońca na niebie.

Na rano planowaliśmy ostatni etap lotu do North Cape z lądowaniem na lotnisku w Honningsvag. Lotnisko położone nad Morzem Barentsa od strony południowej otoczone wysokimi skałami. Jest to właściwie stosunkowo krótki pas startowy, przy którym stoi mały budynek lotniskowy z wieżą kontroli lotów oraz niski terminal obsługi pasażerów, przed którymi znajduje się płyta postojowa dla samolotów. Po opuszczeniu kwater udaliśmy się na lotnisko do naszych maszyn i tam spożywaliśmy swoje tradycyjne śniadanie polegające na opróżnianiu kolejnych puszek.

Przygotowaliśmy motolotnie do lotu i planowaliśmy start jak najwcześniej. Jednak warunki atmosferyczne w rejonie North Cape były bardzo niekorzystne i służby lotnicze kategorycznie wstrzymały nasze plany. Pozostało nam wyczekiwanie na poprawę warunków pogodowych po planowanej trasie i bezpośrednio w rejonie lotniska docelowego.

Cały dzień minął nam na wyczekiwaniu zgody na start. Dopiero w godzinach wieczornych otrzymaliśmy informację o poprawie warunków i możliwości startu. Lotnisko w Honningsvag czynne było tylko do określonej godziny i musieliśmy tam dotrzeć przed jego zamknięciem.

W strefie turbulencji i silnego duszenia

Start nastąpił o godz. 19.58 i cały lot przebiegał nad fiordem. Na początkowym odcinku trasy towarzyszył nam samolot ultralekki z miejscowego klubu. Podczas lotu z niepokojem obserwowaliśmy niebo, po którym przemieszczały się ciemne chmury z miejscowymi opadami. Wiał dość silny tylny wiatr, który dla nas był bardzo korzystny ponieważ zwiększał naszą prędkość przelotu. Na powierzchni wody obserwowaliśmy fale lecz moją uwagę zwrócił widok powierzchni wody w pewnej odległości przed nami, na której nie było fal i była zupełnie gładkim lustrem wody. Leciałem za Andrzejem i zauważyłem, że kiedy zbliżył się do tego rejonu zaczęło nim raptownie rzucać w powietrzu. Po chwili i ja znalazłem się w tej sytuacji strefie i wpadłem w strefę turbulencji i wyjątkowo silnego duszenia. Zwiększyłem obroty silnika do maksymalnych i mimo to przez cały czas miałem opadanie. Myślałem, że ta olbrzymia siła wciśnie mnie do samej powierzchni wody. Gdy wytraciłem sporo wysokości zauważyłem, że wariometr wreszcie powrócił w okolice zera, a następnie na wartości dodatnie. W tym czasie zbliżyłem się do obszaru, gdzie na powierzchni wody ponownie występowały fale. Wszystko nagle wróciło do normy i bez problemu odzyskałem utraconą wysokość. Na szczęście strefa tego zjawiska nie była zbyt rozległa. Mieliśmy pecha znaleźć się w strefie opadających mas chłodnego powietrza, które powodowały, że tafla wody była zupełnie gładka. Takie zjawiska zdarzają się w tej strefie geograficznej i mieliśmy akurat okazję tego doświadczyć.

Podczas dolotu do celu krajobraz widziany z powietrza był wyjątkowo surowy i groźny. W rejonie Honningsvag przewalały się nad skalistymi górami ciemne chmury z widocznymi miejscowymi opadami. Ponieważ chmury przesuwały się w kierunku wschodnim postanowiłem ominąć je od lewej strony. Andrzej, dysponując szybszą motolotnią, podjął decyzję ominięcia ich od strony wschodniej. Po chwili przelatywałem nad miasteczkiem Honningsvag, które jakby było przyklejone u podnóża wysokich skał. Od strony Morza Barentsa znajdowało się lotnisko ukryte od strony miasteczka za wysokimi skałami. Po chwili byłem już nad lotniskiem i zauważyłem motolotnię Andrzeja podchodzącego do lądowania. Obserwowałem go z ogromną uwagą, aby ocenić warunki podczas lądowania. Zacząłem zniżanie łagodną spiralą i w napięciu, czy ponownie nie wpadnę w jakieś groźne turbulencje. Jak się okazało, warunki w rejonie lotniska były bardzo spokojne i po wytraceniu wysokości wszedłem na prostą do lądowania. Podejście do lądowania odbywało się od strony stromo opadających skalnych ścian.

Motolotnie zakotwiczone do opon z betonem

Wylądowałem o godz. 21.15, po 1 godzinie i 17 minutach lotu. Nie przypuszczałem, że było to ostatnie lądowanie podczas tej wyprawy. Po zakończonym dobiegu zakołowałem na płytę postojową i tam przez pracownika służby lotniskowej zostałem podprowadzony na wyznaczone miejsce postoju. Chwilę po mnie wylądował jeszcze niewielki samolot pasażerski, który po krótkim czasie wystartował. W tym czasie w rejonie lotniska była bardzo dobra pogoda i całkowicie bezwietrznie, ale były ślady wcześniejszego opadu.

W rejonie płyty postojowej znaleźliśmy opony wypełnione betonem służące do kotwiczenia samolotów. Widać było, że są tu przygotowani na częste silne wiatry. Motolotnie zabezpieczyliśmy za pomocą tych ciężkich opon przywiązując je do elementów konstrukcji solidnie je zabezpieczając, a bynajmniej tak nam się wydawało.

Po zabezpieczeniu motolotni oczekiwaliśmy na przybycie ekipy naziemnej. Ponieważ lotnisko było już nieczynne pracownicy lotniska pozostawili nam klucz od bramy z prośbą zamknięcia jej po naszym wyjeździe. Wreszcie pod bramą lotniska pojawił się oczekiwany Mercedes Vito firmy Wittman – Żurański z Gdańska-Oliwy udostępniony nam do naszych potrzeb z logo wyprawy. Zamknęliśmy bramę i zapakowaliśmy się do samochodu udając się w kierunku przylądka na nocleg w domkach kempingowych na polu namiotowym.

Pole kempingowe znajdowało się na otwartej przestrzeni. W drodze na nocleg pogoda uległa drastycznej zmianie i rozszalała się ogromna wichura. Namioty rozstawione na polu były dosłownie zmiatane przez wiatr, a ludzie gonili za swoim dobytkiem. Zajęliśmy jeden z domków kempingowych i udaliśmy się samochodem na zwiedzanie przylądka. Tam spędziliśmy czas w kinie na seansie filmowym dotyczącym przyrody i warunków w tym surowym klimacie północnego krańca Europy. Następnie, przy szalejącej wichurze, gdzie mewy chowały się w zacisznych zaułkach i gęstej mgle zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy globusie. Po tych emocjach udaliśmy się w drogę powrotną na kemping. Weszliśmy do domku i zaczęliśmy przygotowywać się do snu.

Bezlitosna wichura i zdruzgotane skrzydła

Wichura jednak nie ustępowała i trzęsła całym domkiem jakby było trzęsienie ziemi. Wtedy zrozumiałem dlaczego w tym rejonie domki są opasane pasami i obciążone betonowymi blokami. Byłem mocno zaniepokojony, co dzieje się na lotnisku, gdzie pozostawiliśmy motolotnie. Rzuciłem Andrzejowi propozycję, aby jednak udać się na lotnisko i sprawdzić co się tam dzieje. Andrzej jednak zbagatelizował moją propozycję twierdząc, że możemy być spokojni gdyż są dobrze zabezpieczone i osłonięte wysokimi skałami. W tym układzie położyliśmy się spać.

Jednak po pewnym czasie Andrzej to przemyślał i nie dało to również jemu spokoju. Zdecydował, że mimo wszystko pojedziemy tam sprawdzić sytuację. Zajeżdżamy na lotnisko i zastajemy tam opłakany widok. Nasze motolotnie sponiewierane przez wichurę leżą szczepione że sobą.

Uszkodzenia były tak duże, że pozostało nam tylko sięgnąć po klucze i wszystko rozkręcić a następnie zapakować! A mieliśmy tego dnia wykonać jeszcze lot nad samym Przylądkiem. Z ogromnym smutkiem i zmęczeniem na twarzach pakowaliśmy zdruzgotane skrzydła do pokrowców i następnie na dach Mercedesa, a wózki na przyczepę, która cały czas była na haku samochodu jako zabezpieczenie do sytuacji awaryjnej, a teraz się przydała.

14 - skutki wichury

Skutki wichury…

Spitsbergen tuż tuż – szczęśliwi ze zdobycia North Cape

13 - wspólne zdjęcie na North Cape

Wspólne zdjęcie na North Cape

W ten sposób niespodziewanie zakończyła się wyprawa na kraniec Europy, gdzie klimat jest srogi a warunki meteorologiczne bardzo zmienne i często trudne do przywidzenia. Po zapakowaniu poważnie uszkodzonego sprzętu na przyczepę i dach samochody wsiedliśmy do samochody i drogą kołową udaliśmy się w drogę powrotną do kraju. Było nam smutno spoglądając na poturbowane motolotnie, które podążały za nami na przyczepie ale jednocześnie szczęśliwi ze zdobycia North Cape.

16 - wyjazd z lotniska w Honningsvag i powrót do kraju

Wyjazd z lotniska w Honningsvag i powrót do kraju

Czy wyprawa była porażką, czy sukcesem? Często zadawano nam takie pytanie i my sobie również.

Głównym celem wyprawy był lot na Spitsbergen. Nie dało się tego zrealizować, jak uważam z trzech powodów.

Po pierwsze, nasze motolotnie zostały całkowicie i skutecznie wyeliminowane z dalszych lotów. Po drugie, warunki pogodowe w tym rejonie, a co dopiero nad Morzem Barentsa, są bardzo zmienne i nieobliczalne o czym mogliśmy się przekonać.

Po trzecie, brak było zabezpieczenia logistycznego na dalszą część trasy.

Natomiast osiągnięcie North Cape uważam za ogromny sukces. Tym bardziej, że byliśmy i do tej pory jesteśmy jedynymi Polakami, którzy dotarli tam na motolotniach.

Moja motolotnia, na której doleciałem do North Cape znajduje się obecnie jako eksponat w zbiorach Muzeum Lotnictwa w Krakowie.

Autor: RYSZARD GROTH

Zdjęcia udostępnione do publikacji – z archiwum Ryszarda Groth

PRZELOT NA NORTH CAPE 17.07.-22.07.1999 r.

Trasa przelotu: Pruszcz Gdański – North Cape (lotnisko w Honningsvag)

Dystans: 2350 km

Uczestnicy wyprawy:

Piloci: Andrzej Tyliński, Ryszard Groth

Ekipa zabezpieczenia naziemnego:

– kierowca – Andrzej Derengowski

– operator filmowy i foto – Arkadiusz Pawełek

– korespondent PAP – Aleksander Główczewski

– pomoc (tłumacz języka angielskiego) – Joanna Mizgier

PRZELOT NA NORTH CAPE 17.07.-22.07.1999 r.

Trasa przelotu: Pruszcz Gdański – North Cape (lotnisko w Honningsvag)

Dystans: 2350 km

Uczestnicy wyprawy:

Piloci: Andrzej Tyliński, Ryszard Groth

Ekipa zabezpieczenia naziemnego:

– kierowca – Andrzej Derengowski

– operator filmowy i foto – Arkadiusz Pawełek

– korespondent PAP – Aleksander Główczewski

– pomoc (tłumacz języka angielskiego) – Joanna Mizgier

Salon Pięknego Słowa zaprasza

SALON Pieknego Slowa SNG INAUGURACJA zaproszenieSalon Pięknego Słowa działający w Stowarzyszeniu Nasz Gdańsk zaprasza na spotkanie z poezją w piątek, 26 lipca o godz. 17. Spotkanie odbędzie się na przedprożach kamienicy ul. Świętego Ducha 119/121 – gdzie mieści się siedziba Stowarzyszenia.

Stowarzyszenie wydało kolejny tomik z wierszami autorstwa poetów skupionych w Salonie Pięknego Słowa pt. „Melodia słowem pisana”.

okładka ksiazki SNG Melodia slowem pisana

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_9240

Wiersze Autorów Salonu Pięknego Słowa recytowano podczas obchodów 30-lecia działalności Stowarzyszenia Nasz Gdańsk. Fot. Janusz Wikowski

??????????????

Ul. Świętego Ducha 119/121 – siedziba Stowarzyszenia Nasz Gdańsk. Fot. Janusz Wikowski

 

Osadzenie Marszałka w areszcie w Gdańsku

pilsudski DSCN9949Zbliża się rocznica osadzenia Komendanta Legionów – Marszałka Józefa Piłsudskiego – w gdańskim areszcie w wyniku tzw. kryzysu przysięgowego. Gdańsk, ze względów historycznych, nie ma wielu artefaktów związanych z Marszałkiem, tym bardziej zachęcamy do upamiętniania tych nielicznych.
Zapraszam do uczestnictwa w uroczystości złożenia kwiatów przy bramie Aresztu w Gdańsku (brama od ul. 3 Maja), szczegóły w załączonym zaproszeniu.
Pozdrawiam
Andrzej Stanisław Adamczyk płk ZP
Prezes Okręgu Gdańskiego
Związku Piłsudczyków RP w Gdańsku
 Zaproszenie Areszt-page-001 kadr

30-lecie Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_881922 czerwca w Dworze Artusa uroczyście obchodzono 30-lecie działalności Stowarzyszenia Nasz Gdańsk.

Gości powitał i przypomniał 30-lenią historię Stowarzyszenia – prezes doc. dr inż. Andrzej Januszajtis.

Fotorelacja Janusz Wikowskiego z mszy św. w Kaplicy Królewskiej, zdjęcie rodzinne przed Dworem Artusa oraz zdjęcia z głównych uroczystości w Dworze Artusa.

Uroczystości zaszczycili: Pani Wojewoda Pomorska – Beata Rutkiewicz (która wygłosiła laudację i uhonorowała specjalnym medalem  Pomorza doc. dr inż. Andzeja Januszajtisa), zastępca Prezydenta Gdańska – Grzegorz Grzelak (który pogratulował pięknego jubileuszu i wręczył medal Gdańska Stanisławowi Sikorze), przedstawicielka Sejmiku Pomorskiego – radna Beata Dunajewska oraz gospodarz Dworu Artusa – dyrektor Muzeum Gdańska, prof. Waldemar Ossowski (który wręczył specjalne Medale Muzeum Gdańska – „CUI*Que Suum” w „podziękowaniu za wspaniałą pracę na rzecz budowania pamięci o historii Gdańska i jego mieszkańców” Annie Stawskiej – organizatorce grupy Gdańskich Patrycjuszek oraz red. Januszowi Wikowskiemu).

Zasłużonym członkom Stowarzyszenia wręczono odznaczenia SNG. Specjalne wyróżnienie otrzymał współzałożyciel Stowarzyszenia Zbigniew Socha (zobacz wspomnienie). Specjalne podziękowania przekazano darczyńcom – wspomagającym materialnie Stowarzyszenie.

Uroczystości prowadził Stanisław Sikora, wiceprezes Stowarzyszenia. Przepiękną oprawą muzyczną 30-lecia był koncert Zespołu Muzyki Dawnej CAPELLA GEDANENSIS. Natomiast poeci z Salonu Pięknego Słowa recytowali swoje wiersze –  „melodie słowem pisane”.

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_9256

Z okazji 30-lecia Stowarzyszenie ukazał się 275 numer Miesięcznika „Nasz Gdańsk” (redagowanego i ukazującego się od ponad 23 lat). Stowarzyszenie wydało jubileuszową książkę – tomik poezji z wierszami członków Klubu Poetów – Salonu Pięknego Słowa, działającego w Stowarzyszeniu (któremu liderują: Anna Stawska i Andrzej Hoppa) , pt. „Melodia słowem pisana” (wg pomysłu, redakcji Zbigniew Sochy – współzałożyciela Stowarzyszenia, wiceprezesa SNG).

 

okładka ksiazki SNG Melodia slowem pisanaRelacja z uroczystości – w kolejnym wydaniu Miesięcznika Nasz Gdańsk.

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_8970

Uroczystości prowadził Stanisław Sikora, wiceprezes Stowarzyszenia. Fot. J. Wikowski

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_2207

Prof. Waldemar Ossowski – dyrektor Muzeum Gdańska. Fot. J. Wikowski

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_2178

Pani Wojewoda Beata Rutkiewicz wręcza medal prezesowi Stowarzyszenia Andrzejowi Januszajtisowi. Fot. J. Wikowski

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_8975

 

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_9142

Zbigniew Socha, współzałożyciel Stowarzyszenia został uhonorowany specjalną nagrodą, którą wręczają: Stanisław Sikora i Andrzej Januszajtis. Fot. J. Wikowski

30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_9039

Dyrektor Muzeum Gdańska Prof. Waldemar Ossowski wręcza Medale „CUI – QUE SUUM” Annie Stawskiej i Januszowi Wikowskiemu

okładka ksiazki SNG Melodia slowem pisana30-lecie SNG fot_Janusz Wikowski IMG_2144

Zbigniew Socha: XXX-lecie Stowarzyszenia ”Nasz Gdańsk”

Spotkanie noworoczne SNG 18_01_2024 Fot_Janusz Wikowski IMG_8990

Zbigniew Socha – współzałożyciel Stowarzyszenia Nasz Gdańsk. Fot. Janusz Wikowski

22 czerwca 2024 r. Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk”  obchodziło jubileusz trzydziestolecia swojej działalności na rzecz Gdańska i jego mieszkańców.

Była to doskonała okazja, aby powspominać i przypomnieć, co istotnego w tym okresie udało się dokonać Stowarzyszeniu, a przede wszystkim przypomnieć ludzi – członków Stowarzyszenia, którzy na przestrzeni tych trzydziestu lat tworzyli Stowarzyszenie i stali za tymi dokonaniami.

Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk” powstało w okresie poprzedzającym wybory samorządowe w 1994 roku. Początkowo jako komitet wyborczy, a następnie przekształcając się w Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk”, którego pierwszym prezesem został Antoni Szczyt.

Do Rady Miasta weszło czterech naszych członków: Ewa Sienkiewicz, Małgorzata Chmiel.

Andrzej Szydłowski i Henryk Rowiński, do których dołączyli Sławomir Niecko, Joachim Szyc i Zenon Plech, tworząc Klub Radnych Stowarzyszenia.

W początkach transformacji gospodarczej oraz tworzenia się samorządności lokalnej, Stowarzyszenie, jako organizacja działająca ponad podziałami politycznymi, miała być płaszczyzną ludzi tworzących społeczność obywatelską, dążącą do dynamicznego rozwoju miasta.

To dlatego w składzie 36 członków założycieli Stowarzyszenia znajdował się szeroki wachlarz przedstawicieli kupców, przedsiębiorców, a Gdańska Izba Rzemieślnicza delegowała przedstawicieli poszczególnych cechów.

W początkach działalności Stowarzyszenia, jako ciało doradcze został powołany Konwent, składający się z przedstawicieli, działających w szeroko rozumianej gospodarce. W skład Konwentu wchodzili między innymi: Bogdan Fota, śp. Henryk Lewandowski, Ryszard Kokoszka, Grzegorz Pellowski, Wojciech Majchrzakowski, Andrzej Szydłowski i Czesław Wydra.

Tak przygotowane i zorganizowane Stowarzyszenie wybrało swój pierwszy Zarząd, w skład którego weszli: Prezes śp. Antoni Szczyt, Alicja Wojciechowicz, Adam Zalewski, Witold Kamiński, Janusz Lupiński, Stanisław Gibała. Piszący ten artykuł przewodniczył w dużej części zebraniom i naradom, organizowanym przez Stowarzyszenie.

W 1994r po pożarze w hali widowiskowej Stoczni Gdańskiej, wielu poparzonych potrzebowało pomocy. Dzięki kontaktom Adama Zalewskiego poprzez Jadwigę Wator udało się skontaktować z Robertem Schonbachlerem ze Szwajcarii, który wstrząśnięty rozmiarem tragedii, natychmiast zdecydował się pomóc i zaoferował bezpłatne wykonanie siedmiu protez włosów dla najbardziej poszkodowanych dziewcząt. Protezy były wykonane z naturalnych włosów i pozwoliły w miarę normalnie funkcjonować tym młodym osobom

W przedsięwzięcie zaangażowanych było wiele osób, ale udział Adama Zalewskiego i Jadwigi Wator był nieoceniony.

W Stowarzyszeniu w pierwszych latach jego działalności funkcjonowała, pod przewodnictwem Adama Zalewskiego, komisja charytatywna, która przy współudziale Spółdzielni Mieszkaniowej Chełm i Centrum Handlowego Kupców na Chełmie, pod hasłem „wakacje dzieciom”, wysłała przeszło 200 dzieci z niezamożnych rodzin na obozy wakacyjne.

Z kolei domeną Janusza Lupińskiego było organizowanie ogólnodostępnych rajdów samochodowych, których organizację przejął od Ryszarda Kokoszki.

Rajdy, a w zasadzie bezpieczne jazdy samochodem, miały służyć kulturze bezpiecznego poruszania się po drogach publicznych. Rajdy były organizowane w ścisłej współpracy z Wydziałem Ruchu Drogowego Komendy Wojewódzkiej Policji.

Niezwykle istotnym elementem działań była popularyzacja Stowarzyszenia w społeczności Gdańska, poprzez organizację festynów dla mieszkańców z udziałem aktorów Teatru Wybrzeże, a w szczególności śp. Stanisława Michalskiego. W tych działaniach brał udział cały Zarząd, ale w sposób szczególny Witold Kamiński i Adam Zalewski.

W 1997 roku Stowarzyszenie było wiodącym organizatorem Benefisu śp. Stanisława Michalskiego, zasłużonego aktora, byłego dyrektora Teatru Wybrzeże, ale i również honorowego członka naszego Stowarzyszenia.

To wydarzenie, z udziałem wszystkich teatrów Trójmiasta, zdaniem dziennikarzy zostało ocenione jako wydarzenie kulturalne roku w Trójmieście.

W 1998 roku, po przegranych wyborach samorządowych, w których Stowarzyszenie, mimo sprzeciwu dużej części członków, brało udział w koalicji z partią Lecha Wałęsy Chadecją III RP, nastąpił głęboki kryzys, były głosy nawołujące do rozwiązania Stowarzyszenia.

Zarząd złożył rezygnację, a część członków Stowarzyszenia, optujących za większym upolitycznieniem, odeszła. Zwyciężyła koncepcja Stowarzyszenia apolitycznego, działającego ponad podziałami politycznymi. Nowym Prezesem Stowarzyszenia został prof. Andrzej Januszajtis, który nieprzerwanie od 26 lat przewodzi z sukcesami Stowarzyszeniu, które stopniowo przyjęło charakter Stowarzyszenia historyczno-społecznego, dbającego również o zachowanie historycznej tkanki miasta tam, gdzie ona występuje.

W czerwcu 2001 roku zostaje powołany do życia Miesięcznik ,,NG”, który jest czasopismem bezpłatnym. Początkowo redakcja składa się z trzech osób: prof. Andrzej Januszajtis – redaktor naczelny, Olga Zielińska – redaktor prowadzący i ja – odpowiadający za sprawy organizacyjno – techniczne, finansowe oraz dystrybucję miesięcznika. W dalszym okresie dystrybucją zajmowali się Dariusz Wróblewski, Roman Nadolny oraz do dzisiaj Roman Majchrowicz

Od tego momentu staliśmy się bardziej słyszalni, a zarazem skuteczni. Nasz głos dociera do mieszkańców, instytucji i władz samorządowych.

Otworzyły się możliwości upowszechniania wiedzy historycznej. Poruszamy problemy społeczne, zabieramy głos w sprawach dotyczących istotnych problemów Gdańska.

Jako czasopismo niezależne od partii politycznych, staramy się być konstruktywni, jednak jeśli występuje taka konieczność, to również toczymy spory i batalie z władzami.

W miesięczniku publikują członkowie i sympatycy stowarzyszenia, którzy kochają Gdańsk i na sercu leży im dobro miasta i jego mieszkańców. Tu należy podkreślić, iż piszący do miesięcznika czynią to bezpłatnie. To dzięki temu, oraz udziałowi w przedsięwzięciu dziennikarzy i wsparciu finansowemu wielu firm, miesięcznik się rozwija i utrzymuje wysoki poziom.

Od 2001 roku redaktorami prowadzącymi byli: Olga Zielińska – 2 lata, śp. Antoni Perzyna – 6 lat, Katarzyna Korczak – 15 lat oraz aktualnie od lipca 2023 Barbara Wiśniewska.

Do chwili obecnej ukazały się 274 numery miesięcznika w formie papierowej, jednocześnie wszystkie wydania są dostępne w wersji elektronicznej na naszym portalu www.nasz.gdansk.pl, który prowadzi od 2014 roku red. Janusz Wikowski. Nadał on portalowi formę nowoczesną, zwiększając możliwość dotarcia z treściami miesięcznika do młodych odbiorców. Pierwszym twórcą i opiekunem strony internetowej Stowarzyszenia była do końca 2013 roku Barbara Jankowska.

Pozwoliłem sobie napisać kilka zdań więcej o miesięczniku, gdyż jest on taką symboliczną perłą w koronie Stowarzyszenia.

W 2001 roku, już w pierwszym numerze miesięcznika, artykułem śp. Stanisława Michela rozpoczynamy batalię o zachowanie najcenniejszego zieleńca Głównego Miasta przy ul Szerokiej, w którego miejscu miał powstać zespół budynków handlowo-usługowych, bez parkingów, w powstającym planie zabudowy tego obszaru.

Do daleko idącego zaangażowania się w obronę zieleńca inspirowały Stowarzyszenie dwie osoby, a mianowicie śp. Barbara Kierkowska, która z bardzo dużym udziałem mieszkańców Głównego i Starego Miasta zebrała ponad 1000 [tysiąc] podpisów w proteście przeciwko likwidacji zieleńca, oraz Jarosława Strugała, ówczesna prezes Kupców Dominikańskich. Stowarzyszeniu udało się zebrać koalicję Radnych ponad podziałami politycznymi W tych działaniach intensywnie wspierała nas wtedy Radna Małgorzata Chmiel.

Już w nr 5 miesięcznika pisałem, iż z poparciem ekspertów: prof. Stanisława Latour i prof. Kazimierza Kuśnierza zieleniec pozostanie.

Dzisiaj skwer nosi imię Świętopełka Wielkiego, a jego centrum jest właśnie rzeźba księcia pomorskiego Świętopełka Wielkiego, który jest uważany przez Kaszubów za jednego z największych przywódców.

Szkoda tylko, że otaczające ulice „wchodzą w skwer, poprzez zbyt mało zieleni wysokiej – drzew i żywopłotów na obrzeżach skweru, co zatraca charakter enklawy zieleni, a wręcz odnosi się wrażenie, iż odpoczywający są na chodniku, w sąsiedztwie ruchliwych ulic.

To był wtedy znaczący sukces, pokazujący, jak współpraca wielu środowisk i osób, często o odmiennych poglądach politycznych, przynosi wymierne efekty. O tym, po upływie ćwierć wieku, tak często zapominamy.

Z chwilą, kiedy Gdańsk dotknął niewyobrażalny kataklizm powodzi w 2001 roku, Stowarzyszenie natychmiast ruszyło z pomocą. Na wniosek przewodniczącej Komisji Zdrowia i Opieki Społecznej Danuty Znamierowskiej zorganizowano zbiórki pieniężne.

Zebrane pieniądze zostały przekazane trzem najbardziej poszkodowanym szkołom z rejonu Oruni i Olszynki, a były to: Szkoła Podstawowa nr 10 przy ul. Gościnnej oraz Szkoła Podstawowa nr 16 przy ul. Ubocze na Oruni i Szkoła Podstawowa nr 59 przy ul. Modrej na Olszynce.

Istotnym problemem, sposób szczególny oszpecającym miasto, była plaga wielkoformatowych reklam, zasłaniających zabytki. Nie godziliśmy się na przyzwolenie władz i przedkładanie komercji ponad piękno i estetykę Gdańska. Przez wiele lat pokazywaliśmy przykłady takiego szpecenia przestrzeni publicznej, które w konsekwencji szkodziło nie tylko wizerunkowi miasta, ale i odstraszało turystów.

Dzięki wielkiemu zaangażowaniu powołanego przez Rufina Godlewskiego Komitetu do budowy krytej pływalni olimpijskiej na Żabim Kruku, działającego w latach 2001-2004, udało się wykonać ogrom prac. Doprowadzono do powstania projektu koncepcyjnego oraz wpisania obiektu na listę najważniejszych inwestycji na pozycji nr 6 Ministerstwa Sportu, z dofinansowaniem 50 mln zł w latach 2005-2008 Pływalnia miała być obiektem samofinansującym się. Projekt miał szerokie poparcie środowiska olimpijczyków gdańskich, m.in. Alicji Pęczak czy też władz akademickich i Okręgowego Związku Pływackiego. Niestety, władze miasta, pomimo początkowego wsparcia, wycofały się z finansowania badań archeologicznych. Projekt upadł, a Gdańsk do dzisiaj nie posiada krytej pływalni olimpijskiej i wieloletnia praca dużej grupy członków Stowarzyszenia została zmarnowana.

Kolejnym wyzwaniem dla Stowarzyszenia było zebranie funduszy i doprowadzenie do odsłonięcia trzech tablic, upamiętniające jakże ważne wydarzenia w historii Gdańska.

Pierwsza z nich została umieszczona na murze Aresztu Śledczego w dniu 11 listopada 2009 roku.

Upamiętnia ona pobyt w tym zakładzie w 1917 roku Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego. Osobami wiodącymi tego przedsięwzięcia byli członkowie Stowarzyszenia: prof. Andrzej Januszajtis, Waldemar Kowalski, Rufin Godlewski i Barbara Jankowska.

Następne dwie tablice odsłonięto na murze Komendy Miejskiej Policji 1.czerwca 2010 roku.

Pierwsza z nich upamiętnia 15-lecie powrotu Polski nad morze, zaś druga tablica przypomina, iż budynek, który w latach 1921-1939 był siedzibą Komisariatu Generalnego Rzeczpospolitej Polskiej, w czasie drugiej wojny światowej stał się miejscem kaźni Żołnierzy Ruchu Oporu i Polaków, głównie mieszkańców Gdańska.

W tej wyjątkowej uroczystości uczestniczyło około 1500 osób, w tym dużo młodzieży z okolicznych szkół oraz władze kościelne, wojewódzkie i miejskie.

Tu należy przypomnieć, iż drobiazgowy plan uroczystości odsłonięcia obydwu pamiątkowych tablic w całości nawiązywał do ich przebiegu sprzed 75 lat.

Za zaangażowanie i wybitne zasługi w utrwalaniu pamięci o ludziach i ich czynach w walce o niepodległość Polski podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk” zostało uhonorowane medalem „PRO MEMORIA”, ponadto tym medalem zostali uhonorowani członkowie Stowarzyszenia: prof. Andrzej Januszajtis, Waldemar Kowalski, Rufin Godlewski, natomiast kol. Barbara Jankowska otrzymała Złoty Krzyż Związku Piłsudczyków RP.

W sposób istotny przyczyniliśmy się do ufundowania sztandaru Komendzie Miejskiej Policji w Gdańsku, działając aktywnie w Społecznym Komitecie Organizacyjnym Nadania Sztandaru.

Uroczystość przekazania sztandaru odbyła się 15 lipca 2011 roku na Długim Targu przed Dworem Artusa, przy udziale władz wojewódzkich i dowództwa Policji oraz mieszkańców Gdańska i turystów.

Medale brązowe „Za Zasługi dla Policji” otrzymali reprezentujący Stowarzyszenie prof. Andrzej Januszajtis i Waldemar Kowalski.

Bardzo duży wkład pracy Stowarzyszenie włożyło w działania, doprowadzające do powołania Rady Dzielnicy Śródmieście w maju 2011 roku. Przez wiele lat Rady Dzielnicy nie można było powołać ze względu na brak frekwencji w wyborach. Stowarzyszenie przeprowadziło szeroką akcję informacyjną w dzielnicy, kierując jednocześnie swoich członków, mieszkających w Śródmieściu, na kandydatów do Rady – i udało się. Przez pierwsze kilka lat Rada Dzielnicy funkcjonowała właśnie w naszej siedzibie, przy ul. Św. Ducha 119/121.

Od 2012 roku, z inicjatywy i pomysłu Rufina Godlewskiego, we współpracy z Muzeum Gdańska za aprobatą dyrektora Adama Koperkiewicza, a od 2015 roku z osobistym zaangażowaniem dyrektora Muzeum prof. Waldemara Ossowskiego, Stowarzyszenie współorganizuje cykl uroczystości, których celem jest przypomnienie dorobku i sylwetek osób szczególnie zasłużonych dla Gdańska, jednak z różnych przyczyn zapomnianych przez historię i ludzi, a pamięć o nich zagubiona w przestrzeni upływającego czasu.

Cykl nosi nazwę „Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska”.

Pierwszym wyróżnionym w 2012 roku był śp. Tadeusz Matusiak – inicjator powstania Muzeum Stutthof oraz jego pierwszy dyrektor, a od 1972 roku dyrektor Muzeum Gdańska.

Ostatnią osobą z 14 już wyróżnionych, była prof. Elżbieta Grot – Kustosz Muzeum Stutthof. Cykl oczywiście będzie kontynuowany.

Marzenie prof. Andrzeja Januszajtisa urzeczywistniło się.

Z inicjatywy Stowarzyszenia. 15.września 2018 r powróciło na swoje historyczne miejsce tzw. Kamienne Serce Miasta, czyli symboliczny środek miasta z XV wieku. Wykonane zostało z granitowego kamienia i wbudowane w istniejący bruk ulicy Św. Ducha w pobliżu Kaplicy Królewskiej. W sposób szczególny w tą inicjatywę byli zaangażowani prof. Andrzej Januszajtis i Ireneusz Lipecki.

Praktycznie od 2014r istnieje przy Stowarzyszeniu Koło Poetów – Salon Pięknego Słowa, którego pomysłodawcami i liderami byli śp. Wacław Janocki i Anna Stawska, a wiedzą i warsztatem literackim wspierani przez śp. Ryszarda Jaśniewicza i Andrzeja Hoppę.

W dowód uznania dla twórczości poetów z Salonu Pięknego Słowa, Stowarzyszenie wydało już trzy tomiki wierszy, z których ostatni uświetni uroczystości XXX-lecia Stowarzyszenia.

Dziś powszechnie znany Klub Seniora Motława swe pierwsze kroki na przełomie 2012/2013 roku stawiał w siedzibie Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. Na jego czele od początku powstania stoi Helena Turk. Jest to osoba o niespożytej energii i z mnóstwem pomysłów, aktywizujących seniorów.

Z chwilą, gdy Klub Seniorów rozrósł się do takich rozmiarów, iż klubowicze nie mieścili się w siedzibie Stowarzyszenia, władze Gdańska udostępniły Seniorom większe pomieszczenia .Do dzisiaj Klub Motława formalnie i mentalnie jest częścią Stowarzyszenia.

Kolejnym miejscem i środowiskiem, które w pewnym sensie Stowarzyszenie aktywizuje i ożywia jest Orunia. Stowarzyszenie w 2012 roku przyjmuje w swoje szeregi grupę działaczy zrzeszonych w Kole Inżynierów i Pasjonatów Orunia. Od tego momentu stają się członkami Stowarzyszenia. Na czele koła IKO stał Józef Kubicki. Kolorytu tej grupie dodaje działalność Wojciecha Mienika, pasjonata Napoleona Bonaparte. Grupa kol. Wojciecha Mienika organizuje spotkania, szerząc wiedzę o cesarzu i organizuje różne uroczystości rocznicowe związane z Napoleonem.

Członkowie Stowarzyszenia z Oruni swoją działalność dokumentują poprzez artykuły, publikowane w Miesięczniku „Nasz Gdańsk”. Do najbardziej aktywnych piszących do miesięcznika należą: Józef Kubicki, Roman Itrich, Wojciech Mienik i Bożena Moćko.

Do najbardziej kolorowej części Stowarzyszenia, na widok których mieszkańcy Gdańska i turyści przystają, a na twarzach pojawia się uśmiech, należą Gdańskie Patrycjuszki.

Panie występują w pięknych, kolorowych strojach gdańskich mieszczek, które własnoręcznie szyją, starając się je jak najwierniej upodabniać do oryginału.

Obecnie już żadna uroczystość w Stowarzyszeniu, a i niejednokrotnie w innych instytucjach, bez pomocy i udziału Patrycjuszek nie może się obejść. Organizatorem i jednocześnie liderem tego zespołu jest Anna Stawska. Panie ostatnio występowały z przedstawieniem pt. Jasełka Gdańskich Patrycjuszek, nawet na scenie Muzeum II Wojny Światowej. Autorką pomysłu i scenariusza przedstawienia jest Violetta Wiśniewska, członek Zarządu Stowarzyszenia.

W ostatnim okresie z dużym rozmachem, profesjonalizmem i dużą dawką humoru Kol. Stanisław Sikora – członek Zarządu Stowarzyszenia, organizuje wycieczki, również autokarowe dla członków Stowarzyszenia i mieszkańców Gdańska. Terminy są podane w miesięczniku.

Tak w największym możliwym skrócie przedstawia się historia Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”, którą przez te trzydzieści lat tworzyli jej członkowie, bezinteresownie poświęcając swój czas z przekonaniem, że uczestniczą w czymś ważnym, mogąc dołożyć maluteńką cegiełkę do tworzenia pięknego Gdańska, budowy społeczeństwa obywatelskiego, czy też propagując wiedzę historyczną i jednocześnie wspierając słabszych.

Nie byłoby to możliwe bez wsparcia reklamodawców, Osób wspierających, życzliwych instytucji, czy też uśmiechniętych czytelników naszego miesięcznika, portalu czy facebooka.

Działalność Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” dostrzegają również instytucje – Stowarzyszenie zostało uhonorowane medalem KSIĘCIA MŚCIWOJA II – honorowym wyróżnieniem Rady Miasta Gdańska, nadawanym za wybitne zasługi dla miasta w dziedzinie kultury, nauki, służby zdrowia, gospodarki oraz za podejmowanie pożytecznych inicjatyw, i które po honorowym obywatelstwie Gdańska i obok Medalu Św. Wojciecha, jest najwyższym wyróżnieniem w Gdańsku; natomiast Marszałek Województwa Pomorskiego uhonorował Stowarzyszenie Nagrodą Pomorską Gryf Gospodarczy, najbardziej prestiżową i najstarszą nagrodą gospodarczą w województwie pomorskim.

To wszystko daje nam siłę, a przykładem pięknego dobra i siły jest od 26 lat Prezes Stowarzyszenia, prof. Andrzej Januszajtis.

Zebranie Zarządu SNG listopad 2023 IMG_7405NG Walne 2023 Obrady Fot_J_Wikowski IMG_5743Pasja, bezinteresowność i rzetelność cechują członków Stowarzyszenia, które to cechy pozwalają pokonać niejednokrotnie ciężkie chwile, dlatego ze spokojem możemy patrzeć w nadchodzące kolejne trzydziestolecie.

Zbigniew Socha

Członek współzałożyciel Stowarzyszenia ,,Nasz Gdańsk”

Wiceprezes Stowarzyszenia

Obchody XXX-lecia Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

Dwor Artusa Fot. J.Wikowski IMG_0106

Pamiątkowe zdjęcie z obchodów 25-lecia Stowarzyszenia Nasz Gdańsk. Fot. Janusz Wikowski

22 czerwca odbędą się uroczystości XXX-lecia działalności Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. O godz. 10 w Kaplicy Królewskiej będzie celebrowana msza święta. Natomiast o godz. 11 w Dworze Artusa odbędą się uroczystości z udziałem gości.

Nasza historiazaproszenie XXX-lecie,,NG -page-001 azaproszenie XXX-lecie,,NG -page-001 bNG V 2024 do netu-page-002 kom

Budując morskie kolosy. Fotografie Tercjana Multaniaka

Wystawa Multaniak _MG_2184Wernisaż zapowiadanej przez Narodowe Muzeum Morskie wystawy „Budując morskie kolosy. Fotografie Tercjana Multaniaka” zgromadził liczne grono zainteresowanych, około 60 osób. Przywitanie miało miejsce w sali konferencyjnej muzem.

Tercjan Multaniak, 1921 – 1981, artysta fotografik, ZPAF nr 322, AFIAP, PSA.

Wystawa MultaniakPrzybyłych przywitał Zastępca Dyrektora Narodowego Muzeum Morskiego ds. merytorycznych dr Marcin Westphal. Przedstawiony został zespół kuratorów wystawy, którego praca nadała unikalny kształt wystawie – w doborze prezentowanych prac jak i formie prezentacji.

Wymienieni zostali współpracujący partnerzy medialni. Dr Marcin Westphal nawiązał do misji muzeum i uznał udział Twórcy – Tercjana Multaniaka – prezentowanych obrazów fotograficznych w realizacji tej misji.

Do zabrania głosu poproszony został kadm. Piotr Stocki, Prezes Towarzystwa Przyjaciół Statku – Muzeum „Sołdek”. Wyraził zadowolenie, że ta wystawa prezentowana jest właśnie na „Sołdku”.

Miałem zaszczyt także zabrać głos. Przybliżyłem przybyłym postać mojego Ojca, wspominając o okolicznościach oddania się sztuce fotografowania. Wyjaśniłem ideę przekazu zawartą w prezentowanych pracach, które pokazują człowieka potrafiącego przekształcać materię w dzieło – statek.

Dzieło, które powstawało w wyniku twórczej pracy mistrzów rożnych zawodów i specjalności. Będąc inżynierem okrętowcem z ponad dwudziestoletnim stażem pracy w Stoczni Gdańskiej odbieram każdy obraz fotograficzny jako opowieść. Każde dzieło sztuki jest opowieścią…

Moją wdzięczność za uznanie prac Ojca godnych przypomnienia wyraziłem przekazując oryginalny egzemplarz znanej pracy, prezentowanej wielokrotnie, także wyróżnianej na salonach fotografii artystycznej.

Głos zabrał także kurator wystawy, p. Jakub Adamczak. Przybliżył szczegóły powstawania wystawy, zapowiedział pojawienie się za kilka tygodni katalogu/albumu wystawy, nad którym trwają prace. Pozycja ta przedstawi nie tylko zbiór fotografii o tematyce stoczniowej, przybliży także osobę artysty fotografika oraz analizę jego twórczości. Pojawienie się katalogu/albumu ma być okazją do wykreowania kolejnego interesującego wydarzenia.

Do przejścia do przestrzeni wystawowej „Sołdka” zaprosił dr Marcin Westphal.

Wystawa Multaniak IMG_20240517_153817597_HDR-1Wystawa Multaniak bWystawa prezentuje 59 prac, 10 z nich jest pokazanych w formule wielkoformatowej. Wybrane prace nie powielają prac prezentowanych w Dworze Artusa w roku 1963. Zasadnym jest tu przywołać wypowiedź p. Leonarda Sempolińskiego, autorytetu w dziedzinie fotografii artystycznej, która została opublikowana w miesięczniku Fotografia nr 5 maj, rocznik 1963, „Na marginesie wystawy Tercjana Multaniaka Stocznia Gdańska”.

Do dyspozycji specjalistów NMM był kilkutysięczny zbiór negatywów Twórcy. Większość tych prac powstała w Stoczni Gdańskiej, w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Dla prezentacji części prac zbudowano specjalną przestrzenną konstrukcję, rozmieszczone w przemyślany sposób prace mogą wywoływać wrażenie obecności w Stoczni. Spędziliśmy tam około godziny, nie zauważyłem, aby ktokolwiek się nudził, w małych grupkach wymieniano poglądy, dyskutowano.

We właściwym momencie zostaliśmy poproszeni do przejścia do sali recepcyjnej muzeum. Udostępniony catering też zachwycił.

Dla mnie był to bardzo radosny dzień, z pewnością nie zapomnę tego dnia.

Chciałbym wyrazić i podziw, i wdzięczność Panu Dyrektorowi Robertowi Domżałowi, że dostrzegł wartości i przesłanie Twórcy obrazów fotograficznych ze Stoczni Gdańskiej, które warto pamiętać. Oczywiście, budowanie statków ma w Gdańsku długą historię i duże tradycje, s/s „Sołdek” jest w tą historię trwale wpisany. Teraz ma inną rolę – nobilituje i uczy, także dzisiaj.

Wystawa będzie czynna do końca października 2025.

MACIEJ MULTANIAK

Sołdka”  i  wystawę  “Budując  morskie kolosy. Fotografie  Tercjana  Multaniaka” odwiedził  także  pan Karol  Hajduga,  wieloletni  pracownik  Stoczni  Gdańskiej.  Karol  Hajduga, który  nie  tylko  współtworzył  s/s „Sołdek”,  ale  Stocznię  Gdańską, podobnie  jak  Zygmunt  Tyska  i  Tadeusz Deptała.

Wystawa Multaniak _MG_2146

Paweł  Jóźwiak  (pierwszy  z  lewej  Tadeusz Deptała,  obok Zygmunt Tyska)

Wystawa Multaniak odbicie

Nie  prezentowana  na  wystawie  praca Tercjana Multaniaka pt. “Koegzystencja”

Wystwa Multaniak _MG_2244-1

Paweł  Jóźwiak – w środku

Wystawa Multaniak _MG_2116