Idąc do Sejmiku Województwa Pomorskiego

Rozmowa z Leszkiem Pochroń-Frankowskim, członkiem Stowarzyszenia Nasz Gdańsk startującym w wyborach samorządowych do sejmiku pomorskiego.

portal ng radny

Leszek Pochroń-Frankowski

Skąd pomysł na start do sejmiku woj. pomorskiego? Myślałam, że Pana teren działalności społecznej to Śródmieście Gdańska.
Leszek Pochroń-Frankowski: Zgadza się. Od prawie ośmiu lat jestem radnym dzielnicy śródmieście i chyba dziesięciu lat członkiem Stowarzyszenia Nasz Gdańsk. Uznałem, że to wystarczający czas, abym nabrał doświadczenia i zwiększył zakres swoich możliwości w oddziaływaniu na nasze miasto.

Idąc do Sejmiku Województwa Pomorskiego przeskakuje Pan poziom Rady Miasta, która jest mniej ważna od Sejmiku. Nie chciał się Pan sprawdzić w radzie miejskiej?
– Miałem taką propozycję i już się zdecydowałem, ale w ostatniej chwili okazało się, że jest dobre 7 miejsce na liście do sejmiku, które może być moje. To bardzo duże wyróżnienie znaleźć się na krótkiej liście osób, które startują do tej instytucji. Pomyślałem, że to dla mnie wielka szansa a siódemka jest szczęśliwą liczbą. Zaryzykowałem i wierzę, że wyborcy mi ponownie zaufają i zostanę wybrany.

– Jakie są Pana najważniejsze osiągnięcia w Radzie Dzielnicy Śródmieście?
Myślę, że ogromnym osiągnięciem, o którym już dziś mało kto pamięta było samo utworzenie rad dzielnic do czego bardzo mocno przyczyniło się nasze stowarzyszenie. Zwłaszcza Pan Stanisław Michel i Rufin Godlewski, którzy nawoływali do utworzenia rady dzielnicy. Zbieraliśmy podpisy na targowiskach i pod kościołami, które były niezbędne, aby rada powstała. Pamiętam bardzo szczególną rolę gdańskich parafii, które włączyły się w naszą akcje.

– A Pana inicjatywy jako radnego?

Pierwszą moją inicjatywą było wybudowanie siłowni zewnętrznej dla młodzieży i dorosłych przy ul. Krosnej. Wraz z radną Martą Mężyk przygotowaliśmy plan rewitalizacji zaniedbanego parku Świętej Barbary, który z roku na rok coraz bardziej pięknieje. Park Świętopełka też dzięki pracy Rady Dzielnicy zmienił się nie do poznania. Wystarczy go odwiedzić i samemu się przekonać.

 A po za działaniami inwestycyjnymi?

– W drugiej połowie pierwszej kadencji zobaczyłem, że mieszkańcy naszej dzielnicy to w dużej mierze seniorzy. Zaczęliśmy pierw od projektu “Kawa i Herbata dla Seniora”. Przez te wszystkie lata zaprzyjaźniłem się z wieloma seniorami i już tradycyjnie organizuje coroczne wigilie, wycieczki,  turniej golfowy na polu w Postołowie, a ostatnio ogólnomiejską Gdańską Paradę Seniorów, ale chyba największy sukces to jest praca przy utworzeniu Gdańskich Rad Seniorów. Mało kto o tym wie, ale wraz z przewodniczącą Klubu Seniora Motława panią Heleną Turk zainicjowaliśmy tą idee na spotkaniu poświęconym seniorom z ówczesnym prezydentem RP Bronisławem Komorowskim i Pierwszą Damą w pałacu prezydenckim. Jak widać mała rada dzielnicy, a możliwości ogromne!

Jakie cele stawia Pan sobie po objęciu mandatu radnego sejmiku?

– Chciałbym kontynuować to co zacząłem w Radzie Dzielnicy tylko na dużo większą skalę. Sejmik to przede wszystkim ogromne pieniądze z UE dla naszego miasta. Będę zabiegał o powstanie Centrum Aktywności Senioralnej, rewitalizacje Motławy, Odpływu Motławy i Martwej Wisły tak, aby były przyjazne żeglarzom, kajakarzom i motorowodniakom, wraz z grupą pasjonatów staram się, aby w Gdańsku utworzony Centrum Szkutnictwa Tradycyjnego wraz z modelarnią dla młodzieży. Mieszkańcy wciąż mówią, że w centrum miasta brakuje publicznej pływali. W mieście brakuje zieleni, chcę to zmienić. To są niektóre z moich celów programowych.

Leszek Pochroń-Frankowski, urodzony Gdańszczanin. Członek Stowarzyszenia Nasz Gdańsk

Ulotka LESZEK 1 (003)

Nie obawiaj się być sobą

SONY DSC

Fot. Anna Żelechowska

12 września br. w siedzibie Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” odbyło się comiesięczne spotkanie poetyckie na temat „Nie obawiaj się być sobą”.

Być sobą? – co to znaczy w trudnych czasach pogoni za dobrobytem, powierzchowności, alienacji i podziałów? Odpowiedź odnajdziemy w wierszach naszych poetów. Bycie sobą to zatrzymanie się i wpatrzenie w naturę, szukanie w niej piękna, optymizmu, nadziei. To deklaracja niezależności poglądów, mówienie prawdy, wsłuchanie w głosy miasta w którym mieszkamy.

Na początku spotkania pan Jaśniewicz otrzymał od nas książkę wydaną na 90-lecie urodzin profesora Januszajtisa oraz 20-lecie przewodniczenia Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk” a także omówiliśmy sprawy związane z organizacją święta ulicy św. Ducha. Spotkanie urozmaiciła jak zwykle ciekawa dyskusja i ćwiczenia dykcyjne przygotowane przez aktora.

Nagrodę spotkania „Zieloną Gęś” otrzymała Jolanta Kaizer za Haiku wydane w tomiku dla Stanisławy Przybyszewskiej.

Nasze następne spotkanie odbędzie się 10 października. Tematem będzie „Natchnienie”. Zapraszamy.

Tekst i zdjęcia Anna Żelechowska

Na zdjęciu Alina Kolińska, Jolanta Kaizer, Anna Kuskowska, Zbigniew Wojciechowski, …. 

KOLORY ŻYCIA

Kocham życie w kolorach

Szukam słów wielobarwnych

Najpiękniejsze są barwy jesieni

W złotych liści odcieniach

Zima w mieniących się soplach lodu

Różowe mgły wiosną o poranku

Czerwone barwy lata

Życie jest tylko chwilą

Patrzę na słodycz

W kolorowym szkle

Życie nabiera cudownego smaku

Kiedy bujam się w hamaku

A gdy przyjdzie życia jesień

W sercu niech zawsze będzie maj.

A nie wrzesień.

wrzesień 2018

Alina Kolińska


 

Drzewa pysznią się zielenią

Nie obawiają się być sobą

Pelargonie, gladiole, róże

Swą wyniosłością są sobą

Deszcz srebrzysty bezczelny

Jest sobą

Filiżanka z kawą zwyczajnie zaprasza do picia

Nie obawia się być sobą

A ja uśmiecham się, mówię, zachwalam, zachwycam się

Kłaniam się, rozmawiam, idę, wracam, napalam się

Milczę, głowę opieram o stół, myślę

Kładę się spać, zasypiam

Jestem sobą!!!

24.VIII 2018

Ryszard Jaśniewicz


 

NIE BÓJ SIĘ

Nie obawiaj się być sobą

życie masz tylko jedno

przeżyjesz je szczęśliwie

kiedy odnajdziesz sedno.

 

Kiedy odnajdziesz istotę

I życia znajdziesz cel

nie ważne czy to Everest

czy tylko wycieczka na Hel

 

Ważne byś sobą pozostał

nawet w te szare dni

ktoś cię kiedyś pokocha

tęsknie o tobie śni.

20.08.2018

Zbigniew Wojciechowski


 

POZOSTAŃ SOBĄ

Ludzie patrzą na ciebie

I ciągle coś oceniają

Lecz ty pozostań sobą

Choć czasem ciężko jest.

 

Żyjesz przecież dla siebie

swe szczęście budować masz

Innym to może nie pasi

radości życia im brak.

 

A więc pozostań sobą

I swoim życiem żyj

Ono jest takie krótkie

nie będziesz się więc krył.

30.07.2018

Zbigniew Wojciechowski


 

MOJE CREDO

/Dum spiro – spero*/
Przysiadłszy na łące maj…

sypnął kwieciem

i brzęczeniem pszczół

słońcu dodał żaru

przywrócił nadwątlone siły

z werwą wychodzę naprzeciw wyzwaniom

z życia odmierzanego zegarem

chłonę bezcenne chwile

wśród najbliższych

za ciemnym horyzontem

złote światło – źródło

chcę go dotknąć

Grażyna Brylska

*-dum spiro – spero – z łac. dopóki żyję – oddycham, mam nadzieję


 

HORYZONT

Horyzont określa cel

droga naprzód prowadzi

na morzu, na lądzie

a choćby tylko we własnych snach

idź naprzód

gdzie świat piękniejszy i dobro

11.09.2018

Anna Żelechowska


NIE OBAWIAJ SIĘ BYĆ SOBĄ

Nie obawiaj się być sobą, szukaj ludzi podobnych do Ciebie.

Dadzą nowe wiadomości i dobro w nas rozgości.

Osobowość to cecha ważna, uszlachetnia i spoważnia.

Mądrość w życiu i wybraństwo nie pozwala iść w poddaństwo.

Szukaj zawsze lepszej drogi by nie zboczyć z życia celu

które zwiedzie nas w dążeniu dobrego.

Pomoc bliźnim to rzecz ważna, daje radość, przyjaźń wokół.

Bo to siła jest radości być pomocnym i żyć wśród radosnych.

Słońce twarze rozpromienia, wdzięczność ludzka jest nie do zastąpienia.

Gdy bogactwo widzisz wkoło, nic to myślisz, to nie twoje,

nie zazdrościsz, idziesz dalej, czynisz dobro nie zwalniając.

Bo być sobą utrwalone, dusza czysta i nikt tego nie zagłuszy!

Boże dziękuję Ci za zdrowie, wiarę i spokój

by żyć dalej aż po kres drogi.

12.09.2018

ułożyła Anna Kuskowska


 

BĄDŹ SOBĄ

Przypominano mi ciągle w domu

Powiedz coś bądź sobą

Uśmiechnij się bądź sobą

To znajomy bądź sobą

Nie krzycz bądź sobą

Ukłoń się bądź sobą

Trzeba załatwić nie bój się być sobą

Uważaj bądź sobą

Nie daj się bądź sobą

Dołóż mu bądź sobą

Zaproś Ją bądź sobą

Popracuj bądź sobą

Co wyprawiasz bądź sobą

A ja litanię za drzwiami zostawiałem

Po swojemu byłem

Z przykazań się śmiałem

29.08.2018

Ryszard Jaśniewicz

 

STREFA TURBULENCJI

Strefa turbulencji pokonana

po burzach – wyciszenie

emanuje ciepłem

zaraża radością

 

nadwrażliwa, krucha

kiedyś pełna obaw….

za nią serca galop

burze emocjonalne

 

odnalazła własne

centrum grawitacji

już tak bardzo

nie czeka na akceptację

na przyjaciół wybiera

podobnych sobie

 

NIE BOI SIĘ BYĆ SOBĄ

Joanna Kochanowska

 

 

Rewitalizacja gospodarki morskiej a Konstytucja dla nauki – realia

Od początku tzw. zmian ustrojowych w Polsce, wysuwane są żądania gruntownej reformy szkolnictwa wyższego i instytucji naukowo-badawczych, szczególnie Polskiej Akademii Nauk, swoistej „Wieży z Kości Słoniowej”, tworu na wzór byłego Związku Radzieckiego.

W rankingu innowacyjności znajdujemy się w ogonku Europy i Świata; co jest więc tego przyczyną?

Odpowiedzi jest wiele – skoncentrujmy się na jednej: brak dekomunizacji i lustracji środowiska ludzi, pełniących w przeszłości i obecnie funkcje kierownicze. Utworzył się swego rodzaju system feudalny zarządzania nauką, a więc i drogą do awansu ludzi młodych, niekonformistycznych, stąd rezultaty są takie jakie widzimy. Stan wojenny też poczynił znaczne spustoszenie w kadrach, co do których „władza ludowa” miała wątpliwości.

Od ponad dwóch lat Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pracowało nad tzw. „Konstytucją dla Nauki”, która miała zrewolucjonizować tą dziedzinę i wprowadzić Polskę do czołówki światowej. Cel ambitny. Przeprowadzono dziesiątki spotkań i konsultacji z setkami osób ze środowiska akademickiego i w rezultacie skierowano projekt do Sejmu, gdzie został w końcu uchwalony.

Z miejsca rozgorzała dyskusja w środkach przekazu, zaczęły się protesty studentów i naukowców obawiających się nadmiernego wzmocnienia roli Rektorów i wprowadzenia instytucji Rad, złożonych w znacznej części z osób spoza uczelni. Inną konsekwencją nowej ustawy mogłaby być polaryzacja – podział cywilizacyjny na Polskę A i B, poprzez wzmocnienie największych ośrodków akademickich. To jest jedna tzw. „strona medalu”. Brak nacisku na dekomunizację środowiska spowodował zaniechanie tego postulatu przez Ministerstwo.

W grudniu 2015 r. skierowałem pismo do Wicepremiera Jarosława Gowina, wręczone mu do rąk własnych, a następnie w lutym 2016 r. w towarzystwie min. prof. Andrzeja Stepnowskiego przedstawiliśmy konkretne propozycje: dekomunizacja kadr kierowniczych, utworzenie paru silnych ośrodków tzw. Narodowych Uczelni Badawczych z połączenia Instytutów PAN i resortowych z uczelniami, celem wzmocnienia potencjału badawczego z projektami pilotażowymi na bazie Politechniki Gdańskiej jako liderem, czy też Centrum Nauki i Techniki Morskiej na terenach postoczniowych. Projekt nasz zyskał poparcie Rektora Politechniki Gdańskiej.

Nowoczesna gospodarka bazuje na innowacyjności, a tą tworzą na ogół młodzi ambitni wynalazcy, naukowcy, przedsiębiorcy przy wsparciu merytorycznym starszych kolegów. Przykład „Doliny Krzemowej” w Kalifornii czy chociażby tzw. „Doliny Lotniczej” na Podkarpaciu. Stworzono tam silny Klaster Lotniczy i po paru latach efekty były zdumiewające. A pomyśleć, że jeszcze w 1999 r. podczas konferencji na Politechnice Rzeszowskiej z udziałem władz centralnych, wojewódzkich i miejskich, jako jedyny przedstawiłem koncepcję „Klastra” (vide: www.sedler.pl). Na zlecenie władz miasta przygotowałem opracowanie z tematyki, którą referowano na konferencji Miast Europejskich w 1997 r. w Monachium. Była to nowość. Podano czynniki rozwoju miast i regionów i przykłady, których najlepszym przykładem były Helsinki (Nokia) i Bawaria (czołowy region High-Tech w Europie).

Wydawałoby się, że nic prostszego jak tylko naśladować dobre przykłady. Niewiele się jednak dalej w tej materii działo, zostaliśmy z nielicznymi wyjątkami montownią a ośrodki produkcji jak ZAMECH w Elblągu sprywatyzowano i zaprzestano produkcji turbin, nie mówiąc o rozwoju tej gałęzi przemysłu. Zachodnie koncerny mają swoje centra badawczo-rozwojowe u siebie, technologii się nie odsprzedaje konkurencji .Podobnie rzecz się miała z przemysłem budowy statków, jak to widać na przykładzie Stoczni Gdańskiej, którą wpierw doprowadzono do ruiny, sprzedano oligarsze z Donbasu, a ostatnio odkupiono i będzie się ją „reanimować”. Pytanie: gdzie są te kadry: biura konstrukcyjne, zaplecze naukowo-badawcze, przemysły towarzyszące?

Aż pojawiła się propozycja „Konstytucji dla Nauki”. Ma ona w krótkim czasie wyprowadzić naukę polską do czołówki europejskiej. Do tego potrzebne są oprócz ustawy konkretne działania w postaci wzmocnienia wyższych uczelni zapleczem naukowo-badawczym i wdrożeniowym w postaci instytutów PAN i resortowych. A w Gdańsku zlikwidowani Instytut Elektrotechniki O/Gdańsk, który powstał na początku lat 50. ub. wieku na potrzeby gospodarki morskiej, obecnie rewitalizowanej. Do tego kadry z minionej epoki. Ponieważ istniała uzasadniona obawa, że przed jej wejściem w życie szereg osób skompromitowanych przynależnością w przeszłości do PZPR i współpracujących ze służbami bezpieczeństwa wystartuje w konkursach na stanowiska kierownicze, czy też występować będzie o odznaczenia państwowe, skierowałem pismo z prośbą o interwencję do Premiera. W odpowiedzi poinformowano mnie, że pismo przesłano do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z prośbą o ustosunkowanie się i udzielenie odpowiedzi, tak do Biura Premiera jak i do Fundacji Naukowo-Technicznej „Gdańsk”. Czekamy już trzy miesiące. Widocznie istnieje obawa, że za bardzo „wytrzebią” układ panujący w PAN i na Uczelniach od lat.

Istnieje jednak nadzieja, że żądania podnoszone z wielu stron doprowadzą do zmian w proponowanej ustawie o nauce, tak by mogła nazywać się „KONSTYTUCJĄ DLA NAUKI”.

Dr inż. Bogdan Sedler, Pr Eng

Fundacja Naukowo-Techniczna “Gdańsk”

Święto ul. Św. Ducha

SONY DSC

Pochód ulicą Św. Ducha. Fot. Janusz Wikowski

SONY DSC

Pochód ulicą Św. Ducha. Fot. Janusz Wikowski

GDAŃSK. 15 września Stowarzyszenie Nasz Gdańsk zorganizowało obchody Święta ulicy Św. Ducha.

Fotorelacja Janusza Wikowskiego

SPONSORZY

ZOBACZ

BYLIŚMY PEŁNI ENTUZJAZMU

portal ok Pani Jadwiga Wasiluk z opiekunką NataliąRozmowa z Jadwigą Wasiluk, z domu Szulecką, rodowitą warszawianką, uczestniczką Powstania Warszawskiego, od 1945 roku mieszkanką Gdańska.

Dziś też bym poszła, gdyby była taka potrzeba

Spotykamy się we Wrzeszczu Górnym, w mieszkaniu mojej sąsiadki Jadwigi Wasiluk z domu Szuleckiej. Rodowita Warszawianka, dziś, 91-letnia kobieta łączniczka batalionu „SOKÓŁ” – 2. kompanii szturmowej w Dzielnicy Śródmieście, chętnie dzieli się wspomnieniami tamtego czasu – porównując je do dzisiejszej rzeczywistości. Rozmowa odbyła się 8 kwietnia 2018 r.

Pani Jadwigo proszę opowiedzieć swoje wspomnienia z Warszawy.

Sasiedzka wizyta z Pania Jadwigą zawsze wesoło okPrzed wojną mieszkaliśmy z rodziną w osobnym domku w Yacht Klubie Polskim nad Wisłą, gdzie ojciec był bosmanem, przychodziło do nas dużo młodzieży. Obecnie przez te tereny biegnie Trasa Łazienkowska. Często odwiedzał nas „Dziadek” Piłsudski” przyjeżdżając ze swoim kierowcą pięknym Cadillakiem z białymi oponami. Szofer trąbił a my dzieciaki biegliśmy otwierać bramę wjazdową i przejechać się na progu auta trzymając za jego burty. Wtedy dziadek sięgał do kieszeni płaszcza, dostawaliśmy cukierki i lecieliśmy dalej do swoich zabaw.

Od 1 września 1939 r. byłam świadkiem zmagań warszawiaków z okupacją. Najpierw naloty, potem po wkroczeniu wojsk do Warszawy okrutnych niemieckich rządów, represji, łapanek aresztowań i rozstrzeliwań. Dojeżdżałam na Plac Bankowy tramwajem na kurs maszynopisania, w drodze powrotnej konduktor krzyczy wysiadać „łapanka”. Jakoś się nie przestraszyłam i samiuteńka w tramwaju dotarłam na Saską Kępę. A tam wokół biegający Niemcy, krzyczący i wymachujący karabinami. Z podniesioną wysoko legitymacją szkolną, wysiadłam na przystanku końcowym i bezpiecznie przeszłam pomiędzy żołnierzami udając się do domu. Dzisiaj motorniczy nie poczeka na starszą panią zbyt wolno idącą do tramwaju.

Podczas okupacji wielokrotnie widziałam jak od ulicy Francuskiej przyjeżdżały nad Wisłę wojskowe samochody, gdzie wyrzucano z nich ludzi na plażę, a potem były publiczne egzekucje. Przeważnie mężczyzn, którzy przed śmiercią krzyczeli\: „Niech żyje Polska”. Później oprawcy przywozili już tylko związanych więźniów a wcześniej wlewano im gips w usta, by nie mogli nic krzyczeć. I tak ich rozstrzeliwali.

Gdy słyszę jak politycy wykrzykują „Niech żyje Polska!” i to z pokolenia, które nie zaznało wojny, chciałabym by znali wagę tych słów. Myślę, że nie wiedzą co znaczyło to hasło dla ludzi, którzy musieli niewinnie umierać i dla nas – bezsilnie patrzących na ich śmierć.

Pani Jadwigo jak to się stało, że młodzi ludzie, jak wówczas Pani, mając w chwili wybuchu powstania kilkanaście lat, trafiali jako ochotnicy do powstania.

W czasie wojny zamieszkał u nas student medycyny Antek Godlewski. Jego rodzice ze Śródmieścia, bali się by nie został złapany przez Niemców i umieścili go w naszym klubie bo to było bezpieczniejsze.

1 sierpnia 1944 r. przyszedł adiutant ojca Antka, który działał w Armii Krajowej, z wiadomością, żeby o godzinie 17 nigdzie nie wychodzić, bo będzie początek powstania. Antek od razu zapisał mi adresy kolegów i mówi: Jaga ty leć i zawiadamiaj szybko chłopaków. Jak wróciłam, to wybierałam się razem z nimi ale nie chcieli mnie wziąć i zostawili z Panią Godlewską w mieszkaniu na ul. Marszałkowskiej. Widziałam w bramie przebiegających, ubranych w hełmy i biało czerwone przepaski na rękach powstańców, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Okupacja trwała już 5 lat i to wystarczyło, że szczerze nienawidziliśmy Niemców. My z siostrą rwałyśmy się do powstania, aby roznosić ulotki, pomagać. Entuzjazm niesamowity panował, ludzie wynosili własne meble na barykady, z okien leciały sprzęty na głowy Niemców, co kto miał. Niemcy się pochowali w schronach, zniknęli na jakiś czas z Warszawy jakby ich wcale nie było.

Ja już przeprowadzałam ludzi z ul. Piusa. Antek widząc, że nie popuszczę stwierdził: Lepiej już będziesz pod moją opieką na Nowogrodzkiej, gdzie dowódca rotmistrz „Sokół” Olszowski organizował oddział. Nazywał mnie swoją narzeczoną i miejsca dostałam pseudonim „JAGA”. Jak wszystkie inne dziewczęta przepadałyśmy za nim. Zawsze elegancki: bryczesy, buty wojskowe, kolorowa chustka pod szyją – czerwona w białe kropki. Raz maszerował w tych butach i bryczesach i w damskim futrze tak dziarsko, że zasalutowali mu nawet Niemcy, taką miał fantazję.

Byliśmy pełni entuzjazmu wyzwalając Warszawę z okupacji. Większość to inteligencja z Powiśla, jak np.: aktorka Helena Grossówna, która była u nas Komendantką, ale też podwórkowa ferajna – fajne chłopaki. Dziś też bym poszła, gdyby była taka potrzeba. Wtedy nikt z nas nie myślał o stanowiskach, pieniądzach, zagrożeniu życia. Dostaliśmy przydział do grupy technicznej porucznika „Litwosa” – cichociemnego, specjalizującej się w rozbrajaniu niewypałów, produkcji granatów i materiałów zapalających. Części robiło się nawet z oparć od łóżek. Raz, zamiatając podłogę miotłą uderzyłam w skrzynkę granatów. Jak na komendę wszyscy wyskoczyli z pomieszczenia drzwiami oknami a ja zostałam jak sparaliżowana. Po chwili jakieś silne ręce złapały mnie w pół i wyciągnęły przez okno. Na szczęście nic się nie stało.

Nosiłam wiadomości, pełniłam warty nocne. Potem awansowałam na łączniczkę szturmową, trzeba było przenosić rozkazy od „SOKOŁA” i majora „JANKA” do dowództwa batalionu „KILIŃSKI”. O zmroku dziewczyny, łączniczki, zbierałyśmy się w bramach przy Alejach Jerozolimskich, po których za dnia jeździły niemieckie czołgi i trwał nieustanny ostrzał. Było to bardzo niebezpieczne i trzeba pędem z całych sił przebiegać na drugą stronę a kule świstały. Będąc dobrze wysportowana, miałam dobre wyniki w bieganiu, ale mój pierwszy „przelot” omal nie skończył się katastrofą. Po ciemku wpadłam nogą w wiadro a to uczepiło się uchem do nogawki i narobiło wiele hałasu. Później jeszcze 40 razy przebiegałam aleje. Za ten wyczyn dostałam Krzyż Walecznych, który gdzieś mi się zapodział.

Mój „opiekun” zdobył angielskiego stena i dzięki swojej brawurze zyskał przydomek „Antek rozpylacz”. Płynęła w nim gorąca polska i gruzińska krew po babce, wszędzie wlazł, osłaniał kolegów, zawsze szedł do akcji jako pierwszy, po prostu wariat. Zginął w ósmym dniu powstania trafiony serią prosto w pierś. Jak zginął Antek Pan Godlewski jego ojciec załamał się strasznie. Przestał normalnie funkcjonować i wycofał się z dowództwa od „MONTERA” – To był przecież, jego jedyny syn. Jego żona Aniela wcześniej bardzo wesoła kobieta, zajęła się mężem oraz siostrą i razem wyszli z Powstania.

Mieliśmy w oddziale dwóch chłopców, wszyscy dobrze wiedzieli, że podający za ulicznych cwaniaków, są żydowskimi sierotami, którzy po śmierci rodziców i ucieczce z getta zostali sami. Zalman Hochman stał się Zenkiem a jego brat Perc – Piotrkiem. Przez rok tułali się po Warszawie, sprzedając papierosy i gazety na Placu Trzech Krzyży. Do grupy „Sokoła” zostali przyjęci jako najmłodsi powstańcy, świetnie znając wszystkie przejścia i zakamarki, otrzymali pseudonimy „Mikiego i Cwaniaka”. Po śmierci Antoniego, w którego byli zapatrzeni jak w bożyszcze zrozpaczeni chłopcy przylgnęli do mnie jak do matki chociaż byli niewiele młodsi ode mnie.

Gdzie powstańcy tam wesoło. Gramofony poustawiane po piwnicach, były potańcówki i śpiew. Jak zwyciężamy to ogromna radość. Deklamowaliśmy piękne wiersze, był też taki jeden bardzo wymowny „Czekamy na ciebie czerwona zarazo”. Pamiętam jedyny koncert Mieczysława Fogga na jakim byłam. Niewielka kawiarenka na ul. Kruczej, do której można było dojść korytarzami przez piwnice. Serwowano takie maleńkie filiżaneczki kawy zbożowej i miniaturowe kanapeczki z czarnego chleba, czuło się atmosferę właśnie śpiewał Mieczysław Fogg, ktoś grał a po chwili słyszymy przerażający i złowieszczy zgrzyt – ryczących krów *. Acha zaraz będzie eksplozja i wtedy wszyscy rzucają się za worki z piaskiem. Widziałam kiedyś jak taki pocisk padł. Ulicą biegła dziewczyna sanitariuszka albo łączniczka i raptem golusieńka została w jednej chwili wszystko na niej spłonęło i padła, to był straszny widok…

Ile osób przewinęło się przez oddział Sokoła, a ile zginęło?

Przewinęło się około 400 osób, ale ile zginęło tego nikt nie zliczy. Oddziały powstańcze łączyły się do wspólnych akcji i dzieliły, wielu ginęło jedni przychodzili inni odchodzili. Byliśmy jedną wielką rodziną nie było podziałów jak dziś na tych z Armii Krajowej czy z Armii Ludowej. Razem walczyli mijali się pozdrawiali wzajemnie. Nie było nieporozumień, gdy ktoś znalazł woreczek sucharów, nie zjadł nie schował dla siebie, od razu dzieliło się między wszystkich. Na parterze Nowogrodzkiej mieliśmy naszą szturmówkę. Dziś pod tym adresem jest siedziba PIS a w partiach ciągłe przepychanki kto lepszy. Nie wiem dlaczego nikt nie pytał nas o zgodę. Nie ma już „naszych” bo byśmy tam poszli zrobić porządki.

Tu pod numerem wtedy 3/5 gromadziliśmy się wszyscy na odprawy przed akcjami na Bank Gospodarstwa Krajowego, Muzeum Narodowe. Tam też mieszkałam na 3 piętrze z koleżanką „Niną”, bo bardziej bałam się zasypania pod gruzami niż śmierci od bomb. Zatrzymałyśmy się u chłopaków którzy pełnili wartę przed naszą „szturmówką” i właśnie wychodziłyśmy gdy spadł granatnik. Z chłopców z którymi przed chwilą żartowałyśmy niewiele zostało. Przybiegło wiele osób a ja nie mogłam się ruszyć bo zrobiło mi się słabo. Nina podniosła się z kolan, podbiegła i wyrżnęła mi prosto w twarz. Od razu pomogło i ruszyłyśmy do pomocy, wspólnie zaniosłyśmy ich na noszach do punktu sanitarnego. Wróciłyśmy na naszą kwaterę i płakałyśmy. Było wiele takich sytuacji rozmawiało się z kimś znajomym, zaraz przybiegają z wiadomością, że już nie żyje. Śpiewało się wtedy taką piosenkę : .. w mogile ciemnej, śpij na wieki ojra, ojra, rach, ciach, ciach…

Zginąć można było wszędzie. Na przykład apel był, żeby wyjść ogniska palić, bo będą zrzuty żywności i amunicji, rosyjskie kukuruźniki już nad nami latały. A ja z koleżanką ranną w nogę nie poszłam bo zasypiałam na stojąco ze zmęczenia. Przybiegają Jaga wstawaj dużo rannych zabitych – zamiast żywności spadły bomby. To był widok makabryczny układałyśmy w bramie trupy warstwami do wysokości półtora metra. Patrzyłyśmy tylko czy ktoś jeszcze żywy, bo jak żywy to do szpitala polowego pod siódemkę, do doktora Wężyka. On był dermatologiem ale musiał zająć się wszystkimi pacjentami mając do pomocy tylko studenta. Do dziś nie wiadomo, kto zrzucił te bomby. Czy to spod Banku Gospodarstwa Krajowego czy z tych kukuruźników. W każdym razie z naszego oddziału zginęło wtedy 17 osób i wielu cywili, którzy też wyszli w nadziei na znalezienie żywności, gdyż głód już panował okropny. Ranni i starsi umierali piwnicach, w tych samych gdzie rodziły się dzieci.

Jeden mały chłopiec 8-9 lat, pamiętam miał zawadiacką czapkę z okrągłym daszkiem, kręcił się ciągle koło naszego oddziału i pewnego dnia usłyszał, że będzie akcja. Niemcy dobrze przygotowali zasadzkę – znów dużo naszych zginęło. Chłopak przyszedł ponownie i powstańcy go przepytali. Okazało się, że mieszkał niedaleko z rodzicami w domu przy ul. Brackiej 5 i był synkiem folksdojcza a ten wysyłał go na przeszpiegi. Co z nim zrobić przecież taka zdrada była karana śmiercią. Ale nikt nie chciał zabijać dziecka. Puściliśmy chłopaka a rodziców wygoniliśmy na niemiecką stronę.

Powstanie paradoksalnie uratowało mi życie, gdyż cała moja najbliższa rodzina: ojciec, mama, siostra, brat i wujek – wszyscy zginęli od wybuchu bomby, która trafiła w dom na Pradze gdzie wtedy przebywali. Łącznie z mojej rodziny zginęło kilkanaście osób.

Ponownie spotykamy się z Panią Jadwigą 3 sierpnia 2018 r. Chodzą mi po głowie różne pytania o powstanie no i muszę dopisać zakończenie wywiadu. W telewizyjnych wiadomościach przewijają pasek o śmierci generała Ścibora Rylskiego. Miał 101 lat i zawsze podkreślał, że „w Warszawie walczono nie tylko o Warszawę, lecz o Polskę”.

Pani Jadwigo jak Pani ocenia decyzję o wybuchu powstania a w konsekwencji śmierć 200 tysięcy ludzi oraz całkowite zburzenie Warszawy?

Nawet bez decyzji MONTERA – komendanta okręgu warszawskiego Antoniego Chruściela powstanie na pewno by się rozpoczęło, bo warszawiacy sami poszliby do walki.

A jak dalej potoczyły się Pani losy po kapitulacji powstania?

Nas prowadzono Aleją Niepodległości do Pruszkowa. Był rozkaz Hitlera by zniszczyć Warszawę i zabić wszystkich jej mieszkańców. Oprawcy brali nawet małe dzieci za nogi i strzelali im w głowę. Mimo podpisanych przez gen. Tadeusza „Bór” Komorowskiego warunków kapitulacji, niektórych jeńców Niemcy rozstrzeliwali a resztę prowadzono do obozów przejściowych a później do koncentracyjnych. Części żołnierzy udało się wmieszać w tłum ludności cywilnej wypędzanej z Warszawy. Ja odpowiada Pani Jadwiga – po prostu uciekłam.

Po wojnie komunistyczna bezpieka zaczęła rozpytywać o „CIOTKĘ JAGĘ” do głowy im nie przyszło, że podczas powstania mogłam być młodą siedemnastoletnią dziewczyną, szukali starszej i to mnie uratowało z opresji. Ale wtedy gdy mnie szukali wzięłam i zapakowałam w torbę wszystkie zdjęcia, zawiozłam do syna jednego profesora – Na Wzgórze. Mówię macie i przechowajcie. Później gdy upłynęło trochę czasu i więcej o mnie nie pytali, pojechałam po te moje zdjęcia ale się okazało, że Jurek syn tego profesora tak się kiedyś przeraził, że wsadził wszystko do pieca i spalił. A to były bardzo unikalne zdjęcia zrobione z różnych aparatów. To było archiwum.

Po wojnie nie było gdzie mieszkać Warszawa zrujnowana a najbliższa rodzina zginęła i tak trafiłam do Gdańska. W każdą rocznicę powstańcy spotykali się w gronie najbliższych przyjaciół na cmentarzu w Warszawie. Częścią tych spotkań były odwiedziny miejsc gdzie zginęli ich koleżanki i koledzy. Zamknięte środowisko powstańców zaakceptowało przyszłego męża Pani Jadwigi – Wiktora Wasiluka wysokiego i wysportowanego, później wieloletniego profesora na Politechnice Gdańskiej, odtąd jeździli na rocznicowe spotkania razem. Wspomnienia, wspomnienia a pamiętasz to…, a pamiętasz tamtego… ,. Z czasem jest nas coraz mniej a bywało, że odchodzili tego samego dnia więc mówiliśmy, że dwójkami poszli do nieba, że się umówili na spotkanie.

Czy oglądał Pan jak przedwczoraj śpiewano zakazane piosenki z okazji w 74 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego?

Ja pierwszy raz w tym roku nie pojechałam do Warszawy na obchody rocznicowe. Ach jakie były ładne uroczystości chwytające za serce. Wszystkie uliczki na Placu Piłsudskiego zapełnione, widok budujący, że Polska pamięta o powstaniu. Tylu ludzi przyjechało i nawet z zagranicy niektórzy. Starsi ludzie śpiewali, widać było jak łzy się leją. Harcerze też byli bardzo ładnie ubrani jak my kiedyś. Przed wojną harcerze byli dobrze prowadzeni i nie wolno im było palić papierosów ani pić alkoholu – wcale. Obowiązkiem harcerza było pomagać starszym dbać o tężyznę fizyczną i ducha. Nie wiem jak dzisiaj jest w harcerstwie, czy kontynuowane są te nasze wartości.

Widzę, że martwi Panią dzisiejsza polityka.

Patrzę z przerażeniem na widomości w TV. Nie daj Boże żeby wojna kiedyś wróciła. Wojna domowa to by była najgorsza bo brat nie może strzelać do brata. Tego nigdy nie może być!

* „Dziadek” Piłsudski – marszałek Józef Piłsudski premier i naczelnik Państwa Polskiego zm. 12 maja 1935.

**Ryczące krowy – potoczna nazwa pocisków artyleryjskich, pochodzi od ryku silników rakietowych. Niemcy używali do walki przeciwko powstańcom w Warszawie ciężkich wyrzutni rakietowych kal. 28-35 cm. 

Jerzy Grzelak uczestnik Powstania Warszawskiego PS. „PILOT”, po wojnie mistrz rzemiosła zegarmistrzowskiego – precyzyjnych mechanizmów odmierzających godziny, minuty i sekundy zanotuje w książce M. Kowaleczko-Szumowskiej pt. Fajna ferajna:

„…stałem się stróżem czasu choć nie potrafię go zatrzymać ani cofnąć. My powstańcy powoli odchodzimy ale zostajecie Wy, którym chcemy opowiadać nasze historie.”

W książce Fajna Ferajna znajduje się również opowieść o Jadwidze Wasiluk ps. „Jaga” – jednej z najmłodszych uczestniczek Powstania Warszawskiego.

Arkadiusz Kowalina

Zdjęcia Jan Kowalina

portal ng Sasiedzka wizyta z Pania Jadwigą zawsze wesoło - ok

O ofiarach i zemście ofiar

plakat TROJANKI

Pięć minut przed premierą „Trojanek” Eurypidesa w Teatrze Wybrzeże.

– To jest świetny teatr z fantastycznym zespołem, jeden z najlepszych w Polsce, przyjechałem zrobić w miarę interesujący spektakl, dopóki mogę pracować z wybitnymi zespołami, czynię to – powiedział przed pierwszą próbą generalną „Trojanek” Eurypidesa reżyser Jan Klata. – Tutejszą publiczność bardzo cenię, jak jest w drugą stronę, zobaczymy od soboty. W miarę optymistycznie patrzę w przyszłość, choć, oczywiście, z natury, jestem fatalistycznym pesymistą w duchu antycznym.

Premiera tragedii antycznej „Trojanki” Eurypidesa, w reżyserii Jana Klaty, która odbędzie się w sobotę, 8 września o godzinie 19.00, na Dużej Scenie, zainauguruje sezon 2018/2019 w Teatrze Wybrzeże oraz X Wybrzeże Sztuki – przegląd polskich najnowszych spektakli.

Ostry zmysł publicysty

W zapowiedzi premiery czytamy: Do naszych czasów nie zachowały się żadne wzmianki, by Eurypides angażował się w jakąkolwiek działalność publiczną na rzecz swojego miasta. Nie wiemy również, by przyjaźnił się z wpływowymi politykami. Możliwe, że właśnie dlatego najczęściej przegrywał w konkursach tragediowych, które każdego roku odbywały się w Atenach ku czci Dionizosa…

Eurypidesa, który pozostawał na uboczu życia swojej społeczności cechował jednak ostry zmysł publicysty. Ten enfant terrible ówczesnej dramaturgii miał odwagę, by przemawiać własnym, często odosobnionym głosem. Doświetlał znane mity z nowej, nieoczywistej strony. Wykorzystywał je do stawiania trudnych, często bardzo niewygodnych pytań i nie podpowiadał łatwych, konsolidacyjnych odpowiedzi. W odróżnieniu od współczesnych mu artystów – przełamywał dotychczasowe konwencje tragediopisarskie i w sposób zupełnie nowy przedstawiał postaci kobiecie, które często stawały się protagonistkami jego utworów. Niejednokrotnie w sposób znaczący przewyższały inteligencją swoich scenicznych partnerów – jeżeli pamiętamy, że o wyniku konkursu tragediowego decydowali mężczyźni, tym bardziej nie powinny nas dziwić kolejne klęski Eurypidesa.

Nie dostarczał obywatelom swojego miasta łatwej i przyjemnej rozrywki. W TROJANKACH pokazał to, czego nie opowiedział nam Homer w ILIADZIE. Jak wyglądał poranek po zdobyciu Troi. Jak kobiety, do tej pory przedstawicielki królewskiego rodu, zostały zepchnięte na samo dno ludzkiej egzystencji. Jak wygląda ich relacja ze zwycięzcami, przedstawicielami wysokiej kultury helleńskiej, którzy mordując niewinnych i bezbronnych przekraczają granice barbarzyństwa. Pracując nad tym spektaklem twórcy starali się przyjrzeć procesowi dojrzewania do zemsty – ofiar na oprawcach. Pisząc TROJANKI w kontekście trwającej wojny peloponeskiej Eurypides otwarcie krytykował imperialne ambicje Ateńczyków. Starał się im uświadomić, że w żadnym konflikcie zbrojnym nie ma zwycięzców ani zwyciężonych. Grecy z eposu Homera podobnie, jak współcześni Eurypidesowi Ateńczycy, uwierzyli, że są niepokonani i to sprawdziło na nich zgubę.

Dorota Kolak: „Nowy język”. Katarzyna Dałek: „Ciemne rzeczy”. Magdalena Gorzelańczyk: „Wspólnota”

– Państwo pamiętacie jak wiele lat temu Jan Klata realizował w Gdańsku przedstawienia i ja, mówiąc kolokwialnie, na nie się nie załapałam. – powiedziała Dorota Kolak, kreująca rolę Hakebe. – Zastanawiałam się, dlaczego te spektakle były dla nas ważne, mnie się wydaje, że wtedy na Wybrzeżu udawało się reżyserom, którzy tu byli, kształtować kompletnie nowy język, ten język się rodził i mnie fascynował, był ciekawy, absolutnie nowy i rewolucyjny. Jakoś się wtedy nie spotkaliśmy, dlatego z wielką radością i ciekawością zaproszenie przyjęłam. Powiem szczerze, nie zdawałam sobie sprawy, że będzie to tak trudne spotkanie, mówię o liczbie i różnorodności zadań, jakie zostały przed całym zespołem podstawione. Podróż niezwykle interesująca, a jaki efekt? My i reżyser się przekonamy, kiedy na widowni zasiądzie publiczność i usłyszymy, czy coś się sprzęga, czy nie, wszystko się okaże.

Katarzyna Dałek, wcielająca się w Andromachę, wdowę po Hektorze, stwierdziła, że to rola bardzo trudna, a praca interesująca, sam temat wojny, cierpienia, wymaga zanurzenia się w ciemne rzeczy, wyobrażenia sobie siebie w sytuacjach i okolicznościach niewyobrażalnych. Historyczno – mitologiczne postaci aktor musi przyłożyć do swojego wnętrza i pomyśleć o nich w sposób zupełnie inny, niż znamy je z książek.

– Z koleżankami aktorkami cały czas pracujemy we wspólnocie, tworzymy spektakl razem, a każda z nas jest inna, i przez to wymowa przedstawienia staje się jeszcze bardziej nasycona treścią i emocjami – mówi Magdalena Gorzelańczyk – Polyksena

Jan Klata: „Mięso armatnie w następnych wojnach”

– Pracowałem nad – „Oresteją” Ajschylosa, potem wyreżyserowałem spektakl, który nie był z różnych powodów tak długo grany, ile powinien, „Króla Edypa” Sofoklesa, teraz przyszedł czas na Eurypidesa, który, wydaje mi się, z tych trzech wielkich tragików, jest osobą najbliższą mnie, z powodów bardzo wielu, przede wszystkim dlatego, że był twórcą, wbrew wszystkim stereotypom. Był twórcą nieprawdopodobnie nowoczesnym, do bólu uczciwym w pokazywaniu wspólnocie jej kłamstw, błędów, oszustw, które są związane z zakłamywaniem historii po to, żeby na niej budować lepsze jutro. – mówi Jan Klata. – Gdy o tym mówię, widać wyraźnie, że od 415 roku przed – jak to się określa – a naszą erą, 2018 rokiem, jest bardzo niedaleko.

– Jest dla mnie absolutnie fascynujące, że uprawiam dziedzinę sztuki, która ma taką pamięć, kontekst, kotwice, takie korzenie – kontynuuje reżyser. – Ale, jak śpiewała grupa Sepultura, jesteśmy bardzo blisko nieskłamanych korzeni wspólnoty ufundowanej na ludobójstwie, na cierpieniu innych, wykluczaniu innych, i potem wspaniale przez naszych cudownych odysów opakowywane, i do wierzenia podawane dalszym pokoleniom, które będą stanowić mięso armatnie w następnych wojnach. Zadaję sobie pytanie, czy ta wojna trojańska była komuś potrzebna i czemuś służyła, i kto jest jej zwycięzcą, a kto jest przegranym? To jest fascynujące, gdyż mamy co czynienia z fundamentami cywilizacji, bo rozmawiamy o Troi i myślimy o wszystkich klęskach, które kiedykolwiek jakaś wspólnota doznała, o ostatecznej klęsce, ostatecznej porażce. To jest coś, co można nazwać modelem przeżywania katastrof na ogromną skalę zbiorowości. No i potem myślimy o poszczególnych jednostkach, postaciach, o żonie Priama, Hekabe, o Poliksenie, ich córce, złożonej w ofierze na grobie Achilla, o Kasandrze, która sama w sobie jest nieprawdopodobną opowieścią i toposem, i myślimy o Andromasze, żonie największego wodza i autorytetu Trojan. I śledzimy ich losy.

Olga Śmiechowicz: „Język nie stoi w miejscu”

Jan Klata powiedział o Oldze Śmiechowicz, wybitnym naukowcu, która zajmuje się światem antycznym, czyta teksty w oryginale, podkreślił, że ich praca wynika z bardzo uważnego wczytywania się w dramat, co we współczesnym teatrze nie często się zdarza, bywa, że pozostaje sam tytuł dzieła. Reżyser w ten sposób podchodząc do oryginału mocno się zastanawia, z jaką reakcją tragedia „Trojanki” mogła być odbierana za czasów Sofokleja, po rzezi dokonanej przez wspaniałe, imperialne wojska greckie, a przed totalną, ostateczną, klęską tych wojsk w wyprawie na Sycylię i przegraną wojną peloponeską. Tamta wspólnota oglądająca sztukę chciała się dowiedzieć o sobie czegoś wspaniałego, a w zamian za to dostała, w ramach uroczystości państwowych, opowieść o swoich bohaterach jako o zbrodniarzach wojennych, o ludobójstwie, którego właśnie się dopuściła. Czyli była to opowieść o wojnie trojańskiej, a w oparciu o te wydarzenia dowiadywano się o aktualnej sytuacji politycznej.

– To są tropy dla mnie absolutnie fascynujące, nie wymagające wykreślania z dramatu, czy dopisywania czegoś na nowo, rzecz polega na uważnym wczytywaniu się w tekst i wpatrywaniu w kontekst korzeni naszej cywilizacji, i dla zawodu, który uprawiamy, to jest niesamowite. Eurypides, oczywiście, był pisarzem, ale i reżyserem, mam zaszczyt powiedzieć, że jesteśmy kolegami po fachu – skonkludował Jan Klata.

– Język nie stoi w miejscu – mówi Olga Śmiechowicz. – Przekład, który my bierzemy z lat 70. XX wieku, Jerzego Łanowskiego, nie zawsze jest jasny w czytaniu, pewne znaczenia , niuanse, nie są dziś zrozumiałe, metaforyka nie łatwa w odbiorze, w takich momentach sięgaliśmy do oryginału. Mogą być pewne podmiany tekstowe jeżeli chodzi o słownictwo, sformułowania synonimiczne, ale nie dopisaliśmy Eurypidesowi ani jednego słowa, którego on nie chciał powiedzieć. To była absolutnie rzecz prymarna w pracy nad tekstem. Na przykład gdybyśmy powiedzieli Iljon, nie wszyscy wiedzieliby o co chodzi, gdy powiemy Troja, jest jasne. Natomiast jeśli chodzi o uwspółcześnianie tekstu – absolutnie nie.

Na pytanie, czy realizacja spektaklu w Gdańsku w okresie 79. Rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej i 38. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych ma wpływ na jego kształt, reżyser odpowiedział tylko tyle, że Troja, tak jak i Gdańsk, była bardzo ważnym portowym, bogatym, z wieloletnią kulturą, wyrafinowanym ośrodkiem cywilizacji. Troja i Gdańsk, miasta portowe, które charakteryzuje związana z tym otwartość, rodzaj kosmopolityzmu, jakiegoś wyrafinowania.

– Ta sztuka jest związana z każdą wojną światową – podkreślił reżyser. – Z trzecią wojną światową więcej ma wspólnego niż z drugą. – Ale tak, to inny spektakl, niż ten, który powstał by gdzieś w niecce. To opowieść o ofiarach i o zemście ofiar, nie jest, oczywiście, czarno – biała, żadna tragedia taka nie jest, zwłaszcza Eurypidesa.

Żmudne budowanie czegoś bardzo kruchego

Gościnnie występuje Małgorzata Gorol, jako Kasandra, aktorka która sukces odniosła w filmie „Twarz”, w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej, nagrodzonym na Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem. Reżyser mówi, że zaistniał w głowie tej postaci świat, który się dopiero zdarzy, straszny świat, chciałby się co do tego mylić, ale, wydaje mu się, że świat, który przed nami jest, będzie znacznie gorszy od tego, w którym jesteśmy, do którego się przyzwyczailiśmy. Rozwija reżyser wątek wspólnoty pracy nad przedstawieniem, który nazywa chórem artystek, z których każda jest w stanie zagrać główną rolę.

– Mam wrażenie zachwytu nad tym, w jaki sposób aktorki pracują, tworzą nie egoistycznie coś, bez czego ten spektakl by się rozpadł kompletnie, gdybyśmy mieli do czynienia z walką ego – mówi Jan Klata. – To jest dla mnie bardzo pokorne ćwiczenie podziwiania żeńskiego elementu. Mówiłem to wielokrotnie, że gdybyśmy mieli w tym chórze panów, efekt byłby zupełnie inny. Dla mnie to doświadczenie w kategoriach nie warsztatowych, lecz ludzkich, super doznanie. Jesteśmy jeszcze na tym etapie pracy, że wiele może zaskakujących sytuacji się zdarzyć, z pokorą podchodzimy do rzeczywistości, ale już teraz wyraźnie podkreślamy, że rodzaj wspólnoty w zespole polega na żmudnym budowaniu czegoś bardzo kruchego. Może dziewięćdziesiąt siedem procent widzów w ogóle tego nie zauważy, potraktuje jako oczywistość, ale gdyby ta wspólnota się miała posypać, wszystko by się rozleciało, to jest ciekawe doznanie.

– Jest to moja druga najtrudniejsza teatralna premiera ze względu na postawione zadania, pierwszą była „Śmierć i dziewczyna”, teraz – „Trojanki”– powiedziała Małgorzata Gorol.

Katarzyna Korczak

*

Eurypides
TROJANKI
Reżyseria: Jan Klata
Współpraca dramaturgiczna: Olga Śmiechowicz
Scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek
Muzyka: Michał Nihil Kuźniak
Ruch sceniczny: Maćko Prusak
Asystent reżysera: Marcin Starosta
Inspicjent: Jerzy Kosiła
Sufler: Katarzyna Wołodźko

Osoby dramatu: Dorota Kolak – Hekabe, Jacek Labijak – Posejdon, Sylwia Góra-Weber – Atena, Piotr Biedroń – Zjawa Polydora, Magdalena Boć – Akanta, Sylwia Góra-Weber – Apolonia, Agata Bykowska – Enyo, Małgorzata Brajner – Sophia, Cezary Rybiński – Talthybios, Małgorzata Gorol – Kasandra, Magdalena Gorzelańczyk – Polyksena, Michał Kowalski – Odyseusz, Katarzyna Dałek – Andromacha, Michał Jaros – Neoptholemos, Grzegorz Gzyl – Menelaos, Katarzyna Figura – Helena, Robert Ninkiewicz – Agamemnon, Krzysztof Matuszewski – Polymestor, Jacek Labijak – Theoklymenos

Premiera: 8 września 2018 roku na Dużej Scenie

Jan Klata (ur. 1973) – reżyser teatralny, dramaturg. Od 2013 do 2017 pełnił funkcję dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Studiował na Wydziale Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, a następnie na Wydziale Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie. Zadebiutował jako reżyser w 2003 REWIZOREM w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Na swoim koncie ma ponad 40 spektakli zrealizowane na deskach teatrów m.in. we Wrocławiu (TRANSFER!, SPRAWA DANTONA, UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE, JERRY SPRINGER THE OPERA), w Gdańsku (H.), Krakowie (ORESTEJA, TRYLOGIA, KRÓL LEAR, WRÓG LUDU,) oraz Bochum (HAMLET), Berlinie (INFINITE JEST) Moskwie (MAKBET), Pradze (MIARKA ZA MIARKĘ). Jego spektakle były grane kilkadziesiąt razy na całym świecie od Seulu po Buenos Aires, na najbardziej prestiżowych festiwalach m. in. na weneckim Biennale i paryskim Festiwalu Jesiennym. Jest laureatem m.in. Paszportu Polityki, nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Nagrody im. Konrada Swinarskiego. W tym roku WESELE w jego reżyserii zostało bezdyskusyjnym zwycięzcą 43. Opolskich Konfrontacji Teatralnych „Klasyka Żywa”, otrzymując nagrody m.in. za spektakl, dla zespołu aktorskiego czy za reżyserię właśnie. Jego ostatnią realizacją jest WIELKI FRYDERYK w Teatrze Polskim w Poznaniu.

Olga Śmiechowicz (ur. 1987) – filolog klasyczny, historyk teatru. Pracownik naukowy w Katedrze Teatru i Dramatu na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpracuje z The Centre for Aliative Research działającym przy Faculteit der Geesteswetenschappen Universitat vam Amsterdam, gdzie prowadzi zajęcia poświęcone polskiemu teatrowi współczesnemu. Prowadziła również gościnne wykłady na Uniwersytetach im. Iwana Franki we Lwowie, im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Ruprechta-Karola w Heidelbergu. Stypendystka University of Cambridge, Sankt-Peterburskogo Gosudarstvennogo Universiteta oraz L’Université Paris-Sorbonne. Odbyła również staże postdoktorskie na uniwersytetach w Wiedniu oraz Heidelbergu. Członek kolegium recenzenckiego „Frammenti sulla scena. Studi sul drama antico frammentario” wydawanego przez Centro Studi sul Teatro Classico Università degli Studi di Torino. Autorka monografii: POECI SCENICZNI W KOMEDIACH ARYSTOFANESA (2014), ARYSTOFANES (2015), POLISH THEATRE AFTER THE FALL OF THE COMMUNISM. DIONYSUS SINCE 89’ (2018). Współautorka WILEY-BLACKWELL ENCYCLOPEDIA OF GREEK COMEDY (2018).

Mirek Kaczmarek (ur. 1970) – scenograf, absolwent Wydziału Komunikacji Wizualnej poznańskiej ASP. Od debiutu w 2001 roku stworzył scenografie, kostiumy i oprawę multimedialną do ponad 100 przedstawień. Jest stałym współpracownikiem reżyserów: Piotra Kruszczyńskiego (m.in. ODEJŚCIE GŁODOMORA Tadeusza Różewicza, NIE/BOSKA KOMEDIA. RZECZ O KRZYŻU Zygmunta Krasińskiego), Jarosława Tumidajskiego (m.in. KREACJA Ireneusza Iredyńskiego, G®UPA LAOKOONA Tadeusza Różewicza, PAN TADEUSZ wg Adama Mickiewicza, SOLARIS wg Stanisława Lema), Wiktora Rubina (m.in. ORGIA Passoliniego oraz CARYCA KATARZYNA, JONANNA SZALONA, MICHAEL J. Jolanty Janiczak), Jana Klaty (m.in. SPRAWA DANTONA Stanisławy Przybyszewskiej i DO DAMASZKU Strindberga) i Marcina Libera (m.in. FAHRENHEIT 451 Raya Bradbury’ego, BYĆ JAK STEVE JOBS Michała Kmiecika oraz WESELE Stanisława Wyspiańskiego). W 2012 roku był nominowany do Paszportów Polityki. Laureat wielu nagród artystycznych m.in. nagrody za scenografię do SPRAWY DANTONA na 33. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych Klasyka Polska, na I Międzynarodowym Festiwalu Teatrów BOSKA KOMEDIA oraz na Festiwalu KONTAKT.

Michał Nihil Kuźniak (ur. 1983) – muzyk, kompozytor, współtwórca licznych projektów z pogranicza muzyki metalowej i alternatywnej. Lider zespołu FURIA, jednego z najważniejszych przedstawicieli nowej fali polskiego black metalu. Oryginalny styl grupy, czerpiący ze śląskiego folkloru i młodopolskich powidoków, zyskał uznanie na Ziemi i pod ziemią, co potwierdzają występy na najbardziej prestiżowych festiwalach muzycznych (Primavera Sound, Off, Open’er, Roadburn) oraz liczne koncerty, m.in. w Niemczech, Francji, Hiszpanii, Ukrainie, Mołdawii, Japonii, a także w kopalni Guido, gdzie zarejestrowali jedną z płyt. Są odpowiedzialni za muzykę w WESELU w reżyserii Jana Klaty w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Ich ostatnia płyta KSIĘŻYC MILCZY LUTY została uznana przez polskich krytyków za jedną z najlepszych w 2016 roku.

Maćko Prusak (ur. 1975) – choreograf i reżyser. Na scenie debiutował w połowie lat dziewięćdziesiątych jako aktor Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego, z którym był związany przez blisko 10 lat. Od 2003 roku zajmuje się głównie tworzeniem ruchu scenicznego w teatrze dramatycznym, współpracował m. in. z  Krystyną Meissner, Rudolfem Ziołą, Wojtkiem Klemmem, Pawłem Miśkiewiczem, Arturem Tyszkiewiczem, Nikołajem Koladą, Małgorzatą Bogajewską, Michałem Liberem. Reżyser spektakli dla dzieci i dorosłych, m. in NOCY BEZ KSIĘŻYCA na podstawie książki Etgara Kereta i Shiry Geffen (Wrocławski Teatr Lalek, 2015), BACHANTEK wg Eurypidesa (Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego, 2016), SALTA W TYŁ wg reportaży sportowych Oty Pavla (Teatr Ludowy w Krakowie, 2018). Za swój pierwszy autorski spektakl KLAUS DER GROSSE, otrzymał Grand Prix Nurtu Off 31. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu (2010). Na tegorocznych 43. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych Klasyka Żywa otrzymał nagrodę za choreografię do spektaklu WESELE w reżyserii Jana Klaty, z którym stale współpracuje.

Marcin Starosta (ur. 1994) – absolwent teatralnej szkoły Łejery w Poznaniu, gdzie stawiał pierwsze sceniczne kroki. Działał offowo w Studiu Teatralnym Próby, CK Zamek, w którym wyreżyserował spektakle POZA FANTAZMATEM NORMALNOŚCI oraz ANGST. Studiował Wiedzę o Teatrze na UJ, reżyserując etiudy na podstawie MAKBETA oraz TRZECH SIÓSTR, a także spektakl SEN NOCY LETNIEJ. Asystent Kuby Skrzywanka przy KORDIANIE oraz Jana Klaty przy WIELKIM FRYDERYKU w Teatrze Polskim w Poznaniu.

Gdańskie ABC

gdanski abc okladka a Document-page-001 smGdzie można nabyć książkę „Gdańskie ABC”

  • Siedziba Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” Gdańsk, ul. Św. Ducha 119/121 (wtorek, godz. 17-18)
  • Galeria „MAŁA ŻABKA”, Gdańsk, ul. Tkacka 19/20
  • „SZAFA GDAŃSKA”, Gdańsk, ul. Garbary 14/1
  • „OGRÓD SZTUK”, Gdańsk, ul. Piwna 48/49
  • Księgarnia w Ratuszu Staromiejskim, Gdańsk, ul. Korzenna 33/35
  • Wydawnictwo „MARPRESS”, Gdańsk, ul. Targ Rybny 10B
  • Księgarnia przy Teatrze Wybrzeże, Gdańsk, ul. Targ Węglowy
  • Księgarnia, Gdańsk, ul. Garncarska, róg ul. Na Piaskach
  • Księgarnia, Gdańsk, ul. Łagiewniki 56
  • Księgarnia Politechniki Gdańskiej (Gmach Wydziału Oceanotechniki i Okrętownictwa), Gdańsk, ul. Narutowicza 11/12

Perełki „Naszego Gdańska”

„Gdańskie ABC’ prof. Andrzeja Januszajtisa stanowi bogatą mozaikę składająca się z przepięknych „perełek” o historii Gdańska, zabytkach i ludziach tworzących te ponad tysiącletnie miasto wolności, wielokulturowości, tolerancji. Dziesiątki miejsc odwiedzanych przez turystów, a także zapomnianych lub nieznanych historii znajduje w tych publikacjach wydobyte z archiwów zweryfikowane i objaśnione fakty, opisy oraz ciekawostki. Pozwalają one „ocalić od zapomnienia” i przybliżyć zasłużonych gdańszczan, bogatą historię miasta, zabytkowe obiekty, dzieje i przeobrażenia tego morskiego „okna na świat”.

Czytelnicy Miesięcznika „Nasz Gdańsk” mieli możliwość poznania tych „perełek” w kolejnych wydaniach. Kilkadziesiąt z nich, wydobytych z archiwum (z autorskimi dopiskami), tworzą „Gdańskie ABC”. Na ostatniej stronie tej książki prezentujemy wybrane okładki miesięcznika z lustracjami opisywanych miejsc.

Miesięcznik – jak oceniają Czytelnicy – ma dobrą markę, jako wartościowe, opiniotwórcze pismo, przybliżające historię i dokumentujące przemiany w życiu miasta, do którego wraca się po latach szukając archiwalnych wydań.

Czasopismo odgrywa ważną rolę w działalności popularyzatorskiej Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. Początkowo, od 1997 r. były to okazjonalne wydania poświęcone zabytkom, historii, wyrażaniu opinii na temat … Od czerwca 2001 r. czasopismo ukazuje się regularnie. Przez 17 lat ukazało się 205 numerów, w tym wiele wydań wzbogaconych o wkładki tematyczne. Miesięcznik jest wydawany także – co jest ewenementem na rynku medialnym – w pełnej wersji zdigitalizowanej, w portalu www.nasz.gdansk.pl. W portalu dostępne są w pełnym zakresie wszystkie numery – archiwalne i bieżące – miesięcznika.

Ukazują się tam także publikacje autorów miesięcznika, fotorelacje ze spotkań, uroczystości oraz imprez organizowanych przez Stowarzyszenie. Portal jest rozwojowy, ma wiele zalet: nie ma kosztów druku, ma natomiast większe możliwości dotarcia do odbiorców (on-line).

„Nasz Gdańsk” – czasopismo o tematyce społeczno-historycznej – stanowi niezależne, otwarte forum wypowiedzi, prezentacji pomysłów, dyskusji, a także jest miejscem do publicznej krytyki poczynań instytucji władz lokalnych.

Redakcja jest niezależna od władz, ugrupowań politycznych. Czasopismo jest redagowane przez zespół wolontariuszy – miłośników Gdańska – jego bogatej historii, architektury, kultury oraz rozwoju gospodarczego.

Redaktorem naczelnym jest prof. Andrzej Januszajtis – czołowy autor felietonów, esejów oraz odważnych i cennych publikacji o problemach ważkich dla rozwoju Gdańska. Liderem organizacyjnym i współtwórcą tego przedsięwzięcia jest Zbigniew Socha.

Miesięcznik stanowi dla Autorów różnych profesji forum wypowiedzi, opinii – często krytycznych wobec zamiarów i działań władz oraz instytucji.

Siłą i kapitałem czasopisma jest wielka pasja i bezinteresowność osób związanych od wielu lat z „Naszym Gdańskiem”, działających według maksymy „bez strachu, lecz z rozwagą” („Nec temere nec timide„).

Utrzymanie się na skomercjalizowanym rynku medialnym bezpłatnego czasopisma stanowi duże wyzwanie dla Redakcji, grona Autorów a także wspomagających wydawanie – firm, przyjaciół, sympatyków Stowarzyszenia.

Czasopismo jest redagowane profesjonalnie przez miłośników Gdańska, jego bogatej historii, architektury, kultury oraz rozwoju gospodarczego.

Redakcja jest niezależna od władz, ugrupowań politycznych. Miesięcznik stanowi dla autorów różnych profesji forum wypowiedzi, opinii – często krytycznych wobec zamiarów i działań władz oraz instytucji. Poglądy, opinie zawarte w artykułach Redakcja zamieszcza na zasadzie wolnej trybuny.

Janusz Wikowski

Redaktor naczelny Portalu Nasz.Gdansk.pl

90. urodziny prof. Andrzeja Januszajtisa

SONY DSC

Prof. Andrzej Januszajtis wśród członków i sympatyków Naszego Gdańska. Fot. Janusz Wikowski

W Dworze Artusa 18 sierpnia br. odbyła się uroczystość z okazji 90. urodzin prof. Andrzeja Januszajtisa, prezesa Stowarzyszenia Nasz Gdańsk.

Januszajtis Fot_J_Wikowski IMG_5530Stowarzyszenie Nasz Gdańsk przygotowało w prezencie wydanie książkowe „Gdańskie ABC” – publikacji prof. Januszajtisa na temat Gdańska.

Fotorelacja: fot. Janusz Wikowski

Uroczystość – urodziny prof. Januszajtisa. Zdjęcia: Janusz Wikowski