W dawnym Gdańsku i gdzie indziej – Jasełka

Dzieci z szopką (W. Stryowski)Staropolskie słowo jasło oznacza żłób. Nieoceniony Aleksander Brückner w swoim Słowniku etymologicznym wywodził je od jedzenia. Bliższe wyjaśnienia znaczenia znajdujemy w Encyklopedii Staropolskiej Zygmunta Glogera: „Jasła, jasełka. Tak nazywano zbity z desek żłób dla dawania drobnej karmy zwierzętom, jak również nosze do noszenia ludzi i ciężarów.

Od wyrazu tego wzięto nazwę dla przedstawień religijnych na Boże Narodzenie, wyobrażających żłobek z Dzieciątkiem Jezus w szopce, Najświętszą Pannę, św. Józefa, trzech Króli, przybywających z hołdem itd.”

Osóbka Pana Jezusa z wosku albo papieru

Barwny opis takich przedstawień w czasach swojej młodości przedstawił ksiądz Jędrzej Kitowicz (1727-1804):

Jasełka … kiedy nastały do Polski, nie wiem, jak jednak pamięcią sięgam, we wszystkich kościołach były używane. Pomienione jasełka były to ruchomości małe na czterech słupkach, daszek słomiany mające, wielkości na szerz, dłuż i na wyż łokciowej; pod tą szopką zrobiony był żłóbek, a czasem kolebka wielkości ćwierćłokciowej, w tej osóbka Pana Jezusa z wosku albo papieru klejonego, albo z irchy albo płótna konopiami wypchanego uformowana, w pieluszki z jakich płatów bławatnych i płóciennych zrobione uwiniona; przy żłóbku z jednej strony wół i osieł z takiejże materyi jak i osóbka Pana Jezusa ulane lub utworzone, klęczące i puchaniem swoim Dziecinę Jezus ogrzewające, z drugiej strony Maryja i Józef stojący przy kolebce w postaci nachylonej, afekt natężonego kochania i podziwienia wyrażający. W górę szopki pod dachem i nad dachem aniołkowie unoszący się na skrzydłach, jakoby śpiewający Gloria in excelsis Deo.”

Nie wiem jak Państwo, ale ja lubię się od czasu do czasu zagłębić w staropolskie teksty, pisane językiem, jakim już dziś nikt nie mówi, a przecież zrozumiałym. To tak jakby zażyć odświeżającej kąpieli w czystej źródlanej wodzie. Te same teksty przełożone na dzisiejszy język straciłyby połowę swego uroku. Czytając je czujemy się przeniesieni w czasy I Rzeczpospolitej, chylącej się do upadku, ale wciąż barwnej, niezwykle atrakcyjnej, po prostu pięknej. Kwitły jeszcze stare obyczaje, stroje, tańce, muzyka – nacechowane narodową odrębnością, której się teraz tak chętnie wyzbywamy na rzecz kosmopolitycznego blichtru i tandety – żeby nie powiedzieć: duchowego ubóstwa.

Zwyczaj zaprowadzili franciszkanie

Wróćmy jednak do rzeczy. Kitowicz opisuje „obyczaje” za panowania Augusta III. Związki Gdańska z Polską były w tym czasie mocne, także w dziedzinie kultury. Widoczne to było również w obyczajach świątecznych. Różnice, zresztą niewielkie, dotyczyły raczej sfery religijnej. Zwyczaj jasełek i szopki Bożonarodzeniowej zaprowadzili franciszkanie, osiedleni w polskich miastach od XIII wieku. W Gdańsku pojawili się późno, w roku 1419 i po 136 latach, na skutek reformacji, praktycznie znikli, ale ich idee z pewnością kontynuowali w mieście dominikanie, karmelici i brygidki, w Oliwie cystersi, a w Starych Szkotach jezuici. Część zwyczajów ogarnęła także ulice. Podobnie jak w głębi kraju, np. w Krakowie, gdzie żacy czynili to już w 1408 roku, aż do ostatnich lat rozpowszechnione było chodzenie z szopką. Oddajmy głos przedwojennemu etnografowi: „Z nastaniem Adwentu, ale przede wszystkim od miedzianej niedzieli (druga niedziela Adwentu), chodziły po wsiach grupy młodych ludzi, czasem nawet mężczyzn i kobiet (Leszkowy), z mniej lub bardziej pięknymi szopkami, oświetlonymi blaskiem świec, śpiewając pieśni adwentowe i kolędy, prosząc o dary. (…) W mieście Gdańsku nie wyrostki ani tym bardziej dorośli, ale zawsze tylko dzieci chodziły z szopkami w górę i w dół po schodach domów. Mnóstwo tych małych śpiewaków, których liczba wydawała się rosnąć proporcjonalnie do kwadratu zbliżania się do Świąt, stało na wszystkich ruchliwych ulicach i placach, śpiewali tak dobrze jak potrafili i bywali często, zwłaszcza gdy zadali sobie trud i ich szopka była wdzięcznie przystrojona, sowicie wynagradzani. Byli wśród nich obdarzeni głosami czystymi jak dzwonki i tacy, którzy piali jak koguty. Jedni włóczyli się z szopkami, których budowa musiała zająć miesiące, podczas gdy źli spekulanci zadowalali się pudełkiem po butach czy mydle, w środku którego mieli umocowany kolorowy druk z parą Rodziców i przyklejone obok dwa ogarki świec.” (H .B. Meyer)

Śmierć z diabłem tańcująca

W 1945 r. franciszkanie wrócili do swojego gdańskiego kościoła – po 490 latach nieobecności. Jeszcze przed usunięciem szkód wojennych w kościele pojawiła się ich specjalność – ruchoma szopka. A jak to wyglądało przed wiekami, niech opowie znowu swoim wdzięcznym językiem ks. Kitowicz: „…gdy te jasełka, rokrocznie w jednakowej postaci wystawiane, jako martwe posągi nie wzniecały w ludziach stygnącej ciekawości, przeto Reformaci, Bernardyni i Franciszkanie dla większego powabu ludu do swoich kościołów, jasełkom przydali ruchawości, między osóbki stojące mięszając chwilami ruszane, które przez szpary w rusztowaniu na ten koniec [w tym celu] zrobione, wytykając na widok braciszkowie zakonni lub inni posługacze klasztorni, rozmaite figle z nimi wyrabiali.” Dalej następuje opis scen, z których nie wszystkie wzbudziłyby dziś nasz entuzjazm. Po jednej krotochwili następowała druga, na przykład: „chłopów pijanych bijących się pałkami, albo szynkarka tańcująca z gachem i potem od diabła razem oboje porwani, albo śmierć z diabłem najprzód tańcująca, a potem się bijący z sobą i w bitwie znikający. To znowu musztrujący się żołnierze, tracze drzewo trący i inne tym podobne akcyje ludzkie do wyrażenia łatwiejsze, które to fraszki dziecinne tak się ludowi prostemu i młodzieży podobały, że kościoły napełnione bywały spektatorem, podnoszącym się na ławki i na ołtarze włażącym; a gdy ta zgraja, tłocząc się i przemykając jedna przed drugą, zbliżyła się ponad metę [granicę] założoną do jasełek, wypadał wtenczas spod rusztowania, na którym stały jasełka, jaki sługa kościelny z batogiem i kropiąc nim żywo bliżej nawinionych, nową czynił reprezentacyją [widowisko], dalszemu spektatorowi daleko śmieszniejszą od akcyj jasełkowych…” W porównaniu z tym nasze dzisiejsze szopki, nawet te z aluzjami politycznymi, wydają się szczytem łagodności.

Andrzej Januszajtis

Haft z Adoracją Dzieciątka na kapie mariackiej z XV w., dziś na wygnaniu w Norymberdze

Jesienne barwy Wołynia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku gromadzi materiały. Tylko pozornie życie zachodniej Ukrainy, a w niej na Wołyniu, toczy się normalnie. Wystarczy się tylko uważniej przyjrzeć by zauważyć, że wojna na wschodzie tego dużego kraju i tutaj kładzie się cieniem. Patrole służb mundurowych i ochrony instytucji społecznych poruszają się z bronią krótką, a nierzadko i z długą. Na głównych placach miast stoją stanowiska, gdzie każdy może wrzucić pieniądze i zostawić różnorodne dobra materialne mogące służyć pomocą dla walczących o niepodległość wojsk Ukrainy.

I widać, że bardzo wielu pomaga, jak może. Duże szklane skarbonki wypełnione są nierzadko większymi i różnorodnymi w walucie banknotami, a obok leży ciepła odzież, koce i inne potrzebne na froncie dobra.

Przychylność Ukraińców do narodu polskiego

Na tych samych placach stoją ściany fotografii z wizerunkami tych, którzy polegli w obronie niezawisłości i wolności Ukrainy. Takie same miejsca pamięci widać w wielu muzeach i innych obiektach użyteczności publicznej. Często palą się przy nich znicze, a z pobliskich kościołów i cerkwi dobiegają poruszające słowa pieśni i modlitw za Ojczyznę. Od spotykanych ludzi często słyszymy, że młodzież nie może swobodnie wyjeżdżać z kraju. Jest powoływana do wojska, ale też i bardzo często sama zgłasza się do ochotniczych jednostek wojskowych i paramilitarnych.

Wrogiem numer jeden jest tutaj dla naszych rozmówców prezydent Rosji Władimir Putin. On przede wszystkim jest dla wielu Ukraińców ucieleśnieniem zła i problemów, jakie ich dotknęły. To pod jego adresem padają najbardziej obraźliwe epitety i to nie tylko od kibiców podczas transmitowanych meczy piłkarskich, gdy gra reprezentacja Rosji, ale i od zwykłych ludzi. Ileż to emocji w niewybrednych słowach pod jego adresem usłyszeliśmy chociażby od prostego traktorzysty z wołyńskiej wsi, którego dwóch synów walczy na zachodzie Ukrainy i z którymi nie ma on regularnego kontaktu.

Mimo wielu konfliktów w naszej historii i – nie zawsze do końca wyjaśnionych – tragicznych, obfitujących w ofiary, zdarzeń w relacjach polsko – ukraińskich, w wielu momentach naszego październikowego pobytu na Wołyniu widzieliśmy wielką dzisiaj przychylność Ukraińców do narodu polskiego. Widzą i doceniają poparcie Polaków dla ich sprawy. Jeszcze niedawno pewnie nie byłoby możliwe tak szczere w wyznaniu i przebiegu zdarzenie, którego staliśmy się uczestnikami. Oto członek jednej z sotni UPA (jego nazwisko i dowodzącego nią dowódcy nie jest w tym miejscu istotne), z którym przeprowadziliśmy dłuższy wywiad przed kamerą, na zakończenie wstał i powiedział: ,,Była wojna, byliśmy wrogami, minęło ponad siedemdziesiąt lat i teraz jesteśmy przyjaciółmi”. Dobrze już ponad 90 – letni człowiek podszedł do nas i, nieco zaskoczonych, każdego serdecznie uściskał.

I strach miejscowych Polaków po 90 latach

To dobrze, że wiele się zmieniło, ale nie ma co ukrywać, że na inne, trwałe i pozytywne zmiany trzeba czasu, to odczucie widoczne jest wśród miejscowych polskich świadków i ofiar nacjonalizmu ukraińskiego w czasie minionej II wojny światowej. Coraz rzadziej, ale niestety nadal, na skutek utrwalonego w nich strachu, nie chcą wciąż o wszystkim mówić do kamery: ,,Bo powiem, a przyjdą, zarezają, ubiją mnie i rodzinę”. Dopiero, gdy gaśnie kamera, stają się odważniejsi, mówią więcej i szczerzej o tym, co widzieli i czego byli uczestnikami.

Wołyń jest przepiękny, a jesienna, najpiękniejsza paleta barw liści, pogodna aura, tylko dodaje mu uroku. Pisali o nim polscy wieszcze w poematach, widząc krajobraz na żywo trudno się z nimi nie zgodzić. Na Wołyniu trzeba być, by zrozumieć późniejszą tęsknotę za nim i pełne emocji wspomnienia ludzi, którzy tu żyli, a których los zmusił do opuszczenia tego miejsca. Do końca życia pozostanie w naszej pamięci na przykład widok odległego o kilka kilometrów od Łucka zakola rzeki Styr, czy też brzegi i wody największego na Polesiu Wołyńskim jeziora Świtaź.

Przeszłość nadal miesza się tu z teraźniejszością. Wyobraźnia widzi, porosłe niegdyś wysoką trawą, rozległe stepy. Uszy słyszą szum maszerujących po nich wojsk. Oczy szukają borów z wiekowymi bukami i dębami, jakie niegdyś kilku mężczyzn z trudem rękami obejmowało. Takich borów i lasów dzisiaj już tu nie ma, próżno ich dzisiaj wypatrywać…

Na Wołyniu byłem krótko przed kliku laty zimą, nie wszędzie można było wtedy dojechać. Tym bardziej cennym był udział w tegorocznym wyjeździe delegacji Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w tamte strony. Nie można przecież pokazać konfliktu minionej wojny bez jej zdarzeń na Wołyniu. Otrzymaliśmy wiele zadań, a dnia niejednokrotnie i tak brakowało na ich wypełnienie. Wiele by pisać o tym, jakie efekty przyniosła nasza tygodniowa wizyta na tej ziemi, znajdą odzwierciedlenie w tworzonym Muzeum.

Listopad to ważny miesiąc dla Polaków.1 listopada obchodzimy Wszystkich Świętych, 2 listopada jest Dzień Zaduszny. Nasze myśli, siłą wiary i tradycji, biegną do miejsc spoczynku tych, którzy odeszli, pochowanych na cmentarzach i do nie zachowanych mogił. W Gdańsku mamy bardzo dużą grupę osób pochodzących z przedwojennych Kresów II Rzeczypospolitej.

Wielu z nich pozostaje związanych z Wileńszczyzną, ich przedstawiciele znajdują się m.in. w naszych władzach samorządowych, ale i wśród znamienitych przedstawicieli innych gdańskich środowisk. Nie brakuje wśród Gdańszczan również osób związanych z Wołyniem. Tam ich rodziny pozostawiły swoje przedwojenne domy, a w wielu miejscach spoczywają szczątki doczesne ich krewnych.

We wsiach Zasmyki i Przebrane, w Kowlu, we Włodzimierzu Wołyńskim, w Mielnikach

Podczas wizyty na Wołyniu mieliśmy okazję być w takich miejscach. Przy okazji listopadowych wspomnień o zmarłych warto przywołać przynajmniej niektóre z nich. Odwiedziliśmy dwa polskie cmentarze wojenne w – okrytych zasłużoną sławą polskich ośrodkach samoobrony w czasie drugiej wojny światowej – we wsiach Zasmyki i Przebraże (ostanie obecnie pod zmienioną nazwą – Hajowe (ukr. Гайове).

Piękny stary cmentarz z polskimi mogiłami możemy odwiedzić w Kowlu, wiele nagrobków jest znacznie zniszczonych i wymaga pilnej renowacji. Kontrastuje z nimi, odnowiona już, kwatera polskich mogił żołnierzy poległych na Wołyniu w okresie I wojny światowej. Niedaleko od niej znajduje się kwatera ekshumowanych szczątków doczesnych pomordowanych przez Sowietów więźniów kowelskiego więzienia i pomordowanych przez NKWD żołnierzy polskich w sowieckiej niewoli w latach 1939-1941.

Podobną, jak w Kowlu, kwaterę możemy odwiedzić na cmentarzu we Włodzimierzu Wołyńskim. Kwaterę ekshumowanych szczątków polskich żołnierzy i funkcjonariuszy państwowych pomordowanych w latach 1939-1941 znajdziemy również na cmentarzu w Mielnikach koło Szacka. Trzeba przyznać, że wiele z takich miejsc jest już objętych opieką władz polskich i ukraińskich. Powstają też nowe miejsca, gdzie składa się ekshumowane szczątki polskich ofiar minionej wojny.

Można tylko żałować, że nie wszystko da się uratować. Widzieliśmy chociażby maleńki cmentarz przy byłej Kolonii Ochocin w gminie Torczyn. Jak nam powiedział napotkany Ukrainiec: ,,Jeszcze dziesięć lat temu narożniku cmentarza były widoczne polskie groby”. Dzisiaj czas wyrównał je z ziemią, porosły je trawy, a na cmentarzu zachowało się tylko kilka starych katolickich krzyży bez tabliczek. Podobnie stało się z wieloma innymi przypadkowymi miejscami, gdzie ofiary chowano wojny w pospiechu, a niejednokrotnie i w strachu. W tej samej gminie byliśmy przy krzyżu przydrożnym we wsi Aleksandrówka, według przekazów świadków pochowano pod nim kilku Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w drugi dzień Świat Bożego Narodzenia w 1943 r.

Chciałoby się rzec, że Wołyń wieloma polskimi mogiłami stoi. Świadczą one o naszej złożonej, a i tragicznej niejednokrotnie, historii na tych terenach. W listopadowych wspomnieniach o zmarłych warto o Nich pamiętać.

Tekst i zdjęcia Waldemar Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Historyczny Cmentarz w Kowlu. Kwatera mogił polskich żołnierzy poległych na Wołyniu w okresie I wojny światowej.

Czy to „Inka” i ,,Zagończyk”. IPN poszukuje miejsc pochówku ofiar systemu stalinowskiego

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Abp Sławoj Leszek Głódź w modlitwie nad miejscem wykopania pierwszych z ofiar reżimu stalinowskiego. Fot. W. Kowalski

Danuta Siedzikówna ,,Inka” i Feliks Selmanowicz ,,Zagończyk” zostali straceni w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej w dniu 28 sierpnia 1946 r. Przez kilkadziesiąt lat nie było wiadomo, gdzie spoczywają szczątki doczesne tych legendarnych już żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego. Jest szansa, że już niedługo się to zmieni i znajdzie się miejsce i czas na ich godny pochówek.

W dniach 10 -17 września 2014 r. na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku trwały prace ekshumacyjne w ramach realizowanego przez IPN ogólnopolskiego projektu poszukiwania miejsc pochówku ofiar systemu stalinowskiego.

            Cmentarz półtrumien

Pracami zespołu specjalistów i  -pochodzących niemal z całego kraju wolontariuszy – kierował pełnomocnik prezesa IPN dr hab. Krzysztof Szwagrzyk.

Rozpoczęciu prac towarzyszyły wielkie nadzieje i wszystko wygląda na to, że w znacznej części się spełniły. Stosunkowo szybko potwierdziło się, że wyznaczone do badań miejsce stanowi więzienną kwaterę pochówków dla osób zmarłych i straconych w gdańskim więzieniu w latach od około połowy 1946 r. do początków lat 50. XX w.

Odkryto kilkanaście szkieletów. Szczególne emocje wywołały  szkielety znalezione w półtrumnach. Były pochowane na niewielkiej głębokości, bo około 50 cm pod powierzchnią ziemi. Leżały w powojennym nawarstwieniu gruzu pochodzącego z Głównego lub Starego Miasta Gdańska. Dodać należy, że półtrumny były w latach powojennych typowym dla wielu miejsc w kraju sposobem pochówków więziennych. Oznaczały chowanie zwłok tylko w dolnej części trumny, bez jego wierzchniej części.

Dwie ze znalezionych na gdańskim cmentarzu półtrumien znalezione zostały obok siebie w jednym wykopie grobowym. Po oczyszczeniu zachowanych szkieletów okazało się, że jeden z nich należy do młodej, nastoletniej kobiety, a drugi do będącego w średnim wieku mężczyzny. Cechy anatomiczne (wzrost, stan uzębienia i in.) okazały się zgodne dla posiadanych z akt więziennych danych dotyczących budowy ciała ,,Inki” i ,,Zagończyka”. O młodym wieku szkieletu kobiety świadczył również zachowany w jej uzębieniu ząb mleczny.

Ślady po kulach w czaszkach

Ważnym odkryciem okazały się również ślady po kulach w czaszkach. Przypomnieć należy w tym miejscu, że zgodnie z zachowanymi relacjami z egzekucji, wymienione ofiary były dobijane strzałami w głowę z pistoletu. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że ,,Inka” była jedyną kobietą straconą w gdańskim więzieniu przez rozstrzelanie. Uzyskane materiały wskazują na duże prawdopodobieństwo, że znalezione szczątki należą do Feliksa Selamanowicza ,,Zagończyka” i Danuty Siedzikówny ,,Inki”.

By jednak mieć ostateczną pewność potrzebne jest jeszcze przeprowadzenie badań DNA. Prowadzący poszukiwania zespół IPN jest w posiadaniu potrzebnych do tego próbek genetycznych i miejmy nadzieję, że o ostatecznych wynikach badań dowiemy się w ciągu niedługiego czasu, niewykluczone, że już w listopadzie br.

Przeprowadzone przez kilka dni badania na cmentarzu nie zamykają dalszych prac na nim. Wskazały na istnienie więziennej kwatery cmentarnej, gdzie – obok poszukiwanych szczątków ,,Inki” i ,,Zagończyka” – mogą leżeć ciała innych ofiar systemu stalinizmu, w tym m.in. rozstrzelanych w Gdańsku: Adama Dedio (jego faktyczne miejsce pochówku jest najprawdopodobniej przesunięte o kilka metrów w stosunku do istniejącego dzisiaj symbolicznego nagrobka), Norberta Imbery, Jana Drelicha, Henryka Ernesta, Stanisława Kulika, Tadeusza Mańkowskiego, Stefana Paczkowskiego i Heinza Baumana.

Badania trwają

Pogłębionych badań wymagają również inne stwierdzone w trakcie badań fakty. Otóż tylko część ze znalezionych szkieletów była w półtrumnach. Kilka innych znaleziono bez półtrumien, były zasypane tylko gruzem, a kilka z nich było pochowanych razem w mogile zbiorowej. Pojawia się w tym miejscu pytanie, czy kwatera cmentarna była tylko dla zwłok z więzienia, czy też może kryje w sobie również inne ofiary UB, NKWD, czy też jeszcze innych struktur systemu represji? Zespół badawczy IPN zadeklarował powrót na Cmentarz Garnizonowy wiosną 2015 r. i miejmy nadzieję, że wówczas poznamy odpowiedzi na te i inne pytania, a w trakcie prac odnalezione zostaną również inne szczątki doczesne godnych właściwego pochówku ofiar.

Przeprowadzone dotychczas prace stanowiły ważne przeżycie nie tylko dla bezpośrednio uczestniczących w projekcie badawczym osób, w tym i dla niżej podpisanego. Wywoływały duże zainteresowanie mediów, ale i gdańszczan. Cmentarz stał się miejscem ,,pielgrzymek” zainteresowanej nimi ludności, a co ważne i grup młodzieży. Wzruszające były niejednokrotnie przynoszone przez ludność poczęstunki dla wolontariuszy i wyrażane przy okazji spotkań uznanie dla prowadzących prace badawcze. W dniu zakończenia prac, 17 września br. przybył na cmentarz również Abp Sławoj Leszek Głódź, który udzielił błogosławieństwa ekipie poszukiwawczej i odmówił modlitwę w miejscu odnalezienia pierwszych odnalezionych na cmentarzu ofiar reżymu komunistycznego.

Tekst i zdjęcia Waldemar Kowalski

Publikacja ukaże się w Miesięczniku NASZ GDAŃSK (X 2014)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prowadzący prace prof. K. Szwagrzyk znalazł czas na rozmowy ze wszystkimi, w tym z zainteresowaną nimi młodzieżą. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W środkowej części wykopu dwie p ółtrumny, prawdopodobnie ze szcz atkami doczesnymi ,,Inki” i ,,Z agończyka”. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zainteresowanie pracami wykazali również kombatanci. Na zdjęciu więzień gdański okresu stalinowskiego, przybyły z Krakowa T. Bieńkowicz ,,Rączy”. Fot. W. Kowalski

 

Skomplikowana historia – wspomnienia prof. Andruszkiewicza

SONY DSC

40 lat temu otwarto Port Północny w Gdańsku. Gdy w 1947 r. zostałem powołany na stanowisko profesora w Katedrze Portów Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie, natychmiast rozpocząłem pisać moją pracę doktorską pod kierownictwem prof. zw. dr Bolesława Kasprowicza, który był kierownikiem Katedry Portów. Doktorat miałem robić w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie według planu od października 1949 r.

Przy czym istniała wówczas praktyka, że doktorant na 3-letnie Studium Doktorskie przybywał do SGPiS w Warszawie z gotową pracą doktorską i dlatego należało spieszyć się.

Praca doktorska

W uczelni pracowałem po południu na drugim etacie, a do obiadu pracowałem, jako kierownik (dyrektor), spółdzielczego przedsiębiorstwa spedycji międzynarodowej morskiej i przeładunków portowych „Społem” w Gdańsku Nowym Porcie na pierwszym etacie. Łączyłem więc praktykę z teorią, co ułatwiało mnie pisanie pracy doktorskiej, dotyczącej rozwoju polskich portów morskich.

W pracy doktorskiej przedstawiłem szereg swoich pomysłów, z których głównym był pomysł zbudowania najgłębszego nad Morzem Bałtyckim Portu Północnego Gdańska, z torem wodnym, mającym aż 17,5 metra głębokości, dostępnym dla statków o nośności 150.000 ton, jakich jeszcze wówczas nie było na świecie. Wyliczyłem, że taki statek będzie zapewniać obniżkę jednostkowego kosztu transportu morskiego o 50% w porównaniu do jednostkowego kosztu transportu na statku o nośności 15.000 ton, czyli największym , jaki wchodził do portu Szczecin.

Pisałem, że wcześniej aniżeli w Gdańsku,  powinien być zbudowany głębokowodny port w Świnoujściu na Wyspie Wolin o głębokości toru wodnego wynoszącej 14,5 m, umożliwiający zawijanie do tego portu statków o nośności 65.000 ton i zapewniających obniżkę jednostkowego kosztu przewozu morskiego o 30% w porównaniu do kosztu jednostkowego transportu na statku 15.000 ton. Lansowałem budowę głębokowodnego portu Świnoujście, aby Szczecin nie przeszkadzał w staraniach o budowę Portu Północnego Gdańska.

Brak doświadczenia politycznego sprawił, że w tej pracy napisałem też, że doradzam władzom PRL zbudowanie w tych portach baz przeładunku paliw płynnych dla dywersyfikacji dostaw głównie ropy naftowej do PRL. Mój promotor oficjalny w SGPiS w Warszawie, prof. dr Leon Koźmiński stwierdził, że ten pomysł  dywersyfikacji dostaw paliw płynnych do PRL należy usunąć w czystopisie pracy, który będzie wykonany za 3 lata, gdyż za ten pomysł możemy dostać się na Sybir. Posłuchałem profesora , ale myślałem, że trochę przesadza. Okazało się, że miał rację, której ja na moje i innych nieszczęście, nie doceniałem wówczas wielkiej siły groźnego działania Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej w Moskwie, która w PRL odgrywała rolę decydującą, gdyż jej decyzje w obozie socjalistycznym musiały być wykonywane bez dyskusji.

Nie nadający się do socjalistycznej uczelni

Gdy ukończyliśmy 3-letnie Studium Doktorskie i wyznaczono nam terminy obron prac doktorskich, był już rok 1952 i egzamin miał odbyć się za miesiąc. Nie doszło jednak do niego, gdyż do uczelni przyjechał zespół  Komisji Partyjnej Personalno Naukowej dla przeglądu kadry naukowej. Poufnie dowiedzieliśmy się, że mają być z uczelni usunięte osoby nie nadające się do pozostania w socjalistycznej uczelni.

I tak wydalony został z uczelni nasz promotor prof. dr Leon Koźmiński  za to, że nauczał,  nas przez 3 lata zabronionego w PRL przedmiotu marketing, oraz za tolerowanie nie socjalistycznych prac doktorskich i wraz z profesorem wydalonych zostało 7 jego doktorantów z tym , że każdemu podano za co jest wydalany. Mnie wydalono za to że w dobrej pracy napisałem błędną radę, aby rząd PRL w Porcie Północnym Gdańska, zbudował bazę przeładunkowo składową ropy naftowej, która jest  PRL nie potrzebna, gdyż mamy rurociągi, którymi dostajemy tyle paliw płynnych ile chcemy, więc nie należy wydawać miliardów niepotrzebnie na bazę paliw płynnych w tym potrzebnym porcie.

Wróciłem do Sopotu po 3-ch latach bez dyplomu. Prof. zw. dr Bolesław Kasprowicz był zmartwiony i przewidywał, że będą dalsze kary i będę zwolniony ze stanowiska Dyrektora C. Hartwig w Gdyni i wydalony z WSHM w Sopocie.

Stało się jednak gorzej, w 1954 roku, do kierowanego przeze mnie przedsiębiorstwa spedycji międzynarodowej morskiej C. Hartwig w Gdyni (w którym połączono w jedno – upaństwowione 42 przedsiębiorstwa spedycji międzynarodowej morskiej prywatne i spółdzielcze, działające w porcie Gdynia), przybyła z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie – Komisja Śledcza, której przewodniczył naczelnik wydziału z tego ministerstwa. Poufnie zawiadomiono mnie, że jest to Polak z Moskwy członek KGB, który jest „wtyczką” w tym ministerstwie i wraz z grupą podobnych mu członków KGB dozoruje kierownictwo naszego ministerstwa i on ma wielki uprawnienia z Moskwy.

Ten przewodniczący Komisji Śledczej oskarżył mnie , że jestem szpiegiem USA i przemycam z  Nowego Jorku 600.000 paczek przez Gdynię wysyłanych pocztą na południe Polski do wskazanych nam odbiorców. Oświadczył on, że zorganizuje proces pokazowy, na którym będę skazany na karę śmierci. Zapytałem czy obywatel ma taka władzę, aby mnie skazać na śmierć, a on odpowiedział przerażająco otwarcie. Ja nie, ale na tym procesie podam kartki świadkom, aby wiedzieli, jak obywatela oskarżać, podam kartkę prokuratorowi, aby on wnioskował dla obywatela karę śmierci i podam kartkę sędziemu , aby on zasądził karę śmierci. Byłem przerażony , gdyż słyszałem, że tak odbywają się te procesy pokazowe. Domyślałem się że mój pomysł dywersyfikacji dostaw paliw płynnych do PRL jest tak groźny dla sąsiada, że ja zasługuję już na to , aby mnie nie było.

Chce doprowadzić mnie do kary śmierci

W czasie śledztwa pokazałem przewodniczącemu legitymację do otrzymanego Srebrnego Krzyża Zasługi, który otrzymałem za te paczki „amerykańskie”, za które obywatel naczelnik chce doprowadzić mnie do kary śmierci. W porcie będą mówić jedni nagradzają krzyżem a inni za to samo karzą śmiercią. Dodałem, że  za  obsługę tych paczek dostajemy z Nowego Jorku – dla PRL rocznie 30.000.000 dolarów wymienialnych na złoto, w relacji 1 dolar = 1 gram czystego złota. Czyli rocznie zarabiamy dla PRL 30.000 kilogramów czystego złota. Widziałem, że to zrobiło na nim wrażenie. Powiedziałem też , że ten donosiciel nieźle obywatela naczelnika wprowadził w błąd nie znając się na spedycji.

Mówiłem też, że obywatel naczelnik oskarża mnie, że przemycam 600.000 paczek z Nowego Jorku, ale my wcale ich nie musimy przemycać , gdyż robimy je w porcie Gdynia w magazynie H na ulicy Polskiej i dopiero z Gdyni wysyłamy je pocztą na południe Polski. Na to naczelnik krzyknął pokażcie to. Pojechaliśmy samochodami do portu, do magazynu H. . Jak naczelnik to wszystko zobaczył na własne oczy, widziałem , że był mocno zdenerwowany tymi kłamstwami w oskarżeniu. Znów krzyknął – wracamy!

Jechał moim samochodem z kierowcą, a ja zapytałem – to co teraz ze mną będzie, a naczelnik spokojnie powiedział – nie będzie pokazowego procesu i nie będzie dla obywatela kary śmierci. Widziałem, że on jest panem mojego życia lub śmierci. Zapytałem ponownie – ale co teraz ze mną będzie ? Myślałem , że powie wracacie na swoje stanowisko dyrektora, a on na to – będziecie publicznie zdegradowany z dyrektora na najniższe stanowisko pracownika umysłowego i przeniesiony do Zarządu Portu Gdynia. Powiedziałem – z takiej niskiej pensji nie wyżyję w pięcioosobowej rodzinie. On na to – a właśnie o to chodzi. Tak, jak powiedział tak się stało. Nie pytałem za co ta kara, gdyż cieszyłem się że żyję.

Ten rok 1954 był najgorszy w moim życiu. Moja mama zmartwiona moim nieszczęściem przyjechała z Bydgoszczy do Gdyni, do mojej siostry Janiny mieszkającej na ulicy Tatrzańskiej. Starała się w nieszczęściu jakoś podnieść mnie na duchu, ale sama była chora na serce. Poszła do kościoła na Tatrzańskiej i zasłabła. Wyniesiono  ją do ogrodu przy kościelnego , ale tam umarła na zawał serca.

Od 1954 do 1957 poniewierałem się w porcie, a do tego wszyscy ode mnie uciekali, jak od trędowatego – miał być zabity , ale chodzi żywy – coś jest podejrzanego. Po „bezkrwawej rewolucji” 1956 r. nastąpiła odwilż polityczna i w 1957 r. zostałem zrehabilitowany, jako fałszywie , bezpodstawnie oskarżony, ale na stanowisko mnie nie przywrócono, ( taka to była socjalistyczna sprawiedliwość). Miałem jednak poza nieszczęściami w życiu raz po raz wielkie, niesamowite szczęście i tak było tym razem w 1957 r.

Mój kolega uczelniany dr Stanisław Darski, też powołany na stanowisko profesora ta jak ja, też był wydalony ze stanowiska dyrektora GAL, tak, jak ja z Hartwiga. Jego w ramach odwilży politycznej powołano na stanowisko Ministra Żeglugi i on nie zapomniał o mnie, gdyż dobrze z sobą współpracowaliśmy, a był do tego dobrym polskim patriotą i mnie za takiego uważał, w tych skomplikowanych czasach.  Ten kolega zaprosił mnie do siebie do ministerstwa i wręczył nominację na dyrektora eksploatacji w Zarządzie Portu Gdynia, tym samym  do którego mnie „zesłano” po degradacji, gdzie wszyscy ode mnie uciekali, jak od trędowatego.

Będzie panu podlegało 6000 pracowników

Minister Żeglugi dr Stanisław Darski powiedział będzie panu podlegało 6000 pracowników, wszystkie żurawie i nabrzeża przeładunkowe oraz magazyny itd. Wszyscy którzy od pana uciekali, jak od trędowatego teraz będą starali się być jak najbliżej pana – takie jest życie. Teraz zbuduję według pana pomysłu i z pana inicjatywy ten najgłębszy na Bałtyku Port Północny Gdańska, kupię te zbiornikowce o nośności 150 000 ton, zbuduję według pana pomysłu głębokowodny port w Świnoujściu i kupię dla PZM masowce o nośności 65.000 ton, które będą wchodzić do Świnoujścia. Zbuduję też nie jawnie nieco w konspiracji dla przyszłej Polski bez zezwolenia RWPG w Moskwie tę bazę przeładunkowo – składową  ropy naftowej w Gdańsku. Przygotowanie i jej budowa wymagać będzie wielkiej ostrożności i odwagi. Wtajemniczymy w to jedynie  kilka osób.

Aby łatwiej uzyskać zgodę RWPG w Moskwie na budowę Portu Północnego Gdańska nazwiemy go skromnie – Rejon Przeładunku Towarów Masowych w Gdańsku w skrócie nazywać się on będzie RPTM w Gdańsku,  z klauzulą poufne, aby małe grono ludzi znało szczegóły. W Warszawie pomoże mnie tę bazę ropy naftowej sfinansować nieformalnie członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, prof. zw. dr hab. Stanisław Leszczycki, który też chce po sobie coś Polsce zostawić i który zwróci się do pana o współpracę w stosownym okresie. Ja wtajemniczyłem V-Ministra Jerzego Szopę w sprawę budowy nieformalnej bazy przeładunkowo – składowej ropy naftowej w Gdańsku, gdyż mogę nie zdążyć wszystkiego załatwić przed przejściem na emeryturę. Minister Jerzy Szopa też zgodził się uczestniczyć w nieformalnym zbudowaniu tej bazy ropy naftowej dla przyszłej Polski. Pana proszę, aby pan wtajemniczył w tę nieformalną budowę  dyrektora naczelnego Zjednoczenia Portów Morskich w Gdyni Zbigniewa Teplickiego i poinformował go , że ja z nim też o tym porozmawiam.  Dyrektor Teplicki choć był politycznie bardzo czynny bez wahania podjął się tej niebezpiecznej pracy nieformalnego zbudowania bazy przeładunkowo – składowej ropy naftowej, też był patriotą nie demonstrującym tego. Minister Żeglugi prof. dr Stanisław Darski kierował grupą wtajemniczonych. Po nim tę niebezpieczną rolę  pełnił Minister Żeglugi Jerzy Szopa. Dyskrecja była wspaniała.

W końcu lat sześćdziesiątych XX wieku zwrócił się do mnie członek rzeczywisty PAN Stanisław Leszczycki, abym poza Instytutem Morskim, na zlecenie Komisji Planowania przy Radzie Ministrów RP, napisał na około 100 stron swoją koncepcję zmian w polskich portach morskich. Gdy wręczyłem mu gotowe moje opracowanie, poprosił mnie, abym podał nazwisko profesora ze Szczecina, któryby zrobił krytyczna recenzję mojej pracy. Podałem nazwisko prof. zw. dr inż. Piotra Zarembę, członka korespondenta PAN.

Występuję przeciwko Uchwale Biura Politycznego partii

Recenzja była bardzo krytyczna i recenzent wytknął mnie jako główny błąd, że występuję przeciwko Uchwale Biura Politycznego partii i uchwale rządu PRL które gwarantują portowi Szczecin, że będzie on miał planowo największe przeładunki z wszystkich polskich portów morskich a ja przewiduję największe  przeładunki w Gdańsku, czyli degraduję Szczecin.

Nie przewidzieliśmy tego co zrobi prof. Piotr Zaremba, który spowodował zwołanie nagłe posiedzenia Komisji Morskiej KW Szczecin, na którym podjęto uchwałę o wystąpieniu do KC w Warszawie z wnioskiem o zwolnienie mnie z pracy w Instytucie Morskim, zwolnieniu z funkcji dyrektora Instytutu Morskiego w Gdańsku prof. dr inż. Tadeusza Jednorała, za brak nadzoru nade mną oraz udzielenie nagany Ministrowi Żeglugi  Jerzemu Szopie za barak nadzoru nad resortowym Instytutem Morskim. Ja zostałem wezwany do Sekretarza ekonomicznego KW Szczecin dr Rychlika.

Gdy zgłosiłem się do niego on powiedział co mnie wpadło do głowy, ze krytykuję Uchwałę Biura Politycznego o prymacie portu Szczecin. Wyjaśniłem dr Rychlikowi jako jednocześnie pracownikowi naukowemu wyższej uczelni w Szczecinie, że dbam o ekonomiczne postępowanie w Polsce. Planowe utrzymywanie Szczecina jako portu o najwyższych przeładunkach w Polsce powoduje ogromne dodatkowe koszty przewozów kolejowych milionów ton ładunków importowych i eksportowych, które zamiast być przeładowywane w Gdańsku i Gdyni, jak to było poprzednio, wiezione są 400 km dalej do portu Szczecin. Poza tym do Szczecina wchodzą stosunkowo małe statki  co zwiększa też koszty przewozów morskich.

Wyjaśniłem też dr Rychlikowi , że wprowadzono w błąd KC w Warszawie , gdyż referowano jedynie to, że chcę zdetronizować Szczecin, ale nie powiedziano, że w moim opracowaniu  wnioskuję zbudowanie w pierwszej kolejności przed Gdańskiem,  nowoczesnego, głębokowodnego portu Świnoujście, na Wyspie Wolin o głębokości na wejściu 14,5 metra, co pozwoli na wchodzenie do tego dodatkowego dużego portu w województwie szczecińskim statków o nośności 65.000 ton, które zapewnią obniżenie jednostkowego kosztu przewozu morskiego o 30 % w porównaniu z jednostkowym kosztem na statku 15.000 ton największym, jaki wchodzi do portu Szczecin, dzięki czemu województwo szczecińskie zagrozi Gdyni, gdyż te duże statki ściągną do Świnoujścia dodatkowe ładunki. Te i inne słowa przekonały dr Rychlika, że przyznał on, że popełniono błąd we wniosku do KC w Warszawie i zaraz to naprawimy przepraszając KC, że zaszła omyłka i wycofujemy nasz wniosek. I tak zrobiono.

Proponowane przeze mnie porty Gdańsk i Świnoujście powinny być zbudowane

Wróciłem ekspresem do Gdańska i w domu zastałem spłakaną żonę, do której kilka razy dzwonił dyrektor Instytutu Morskiego Jednorał informując, że napisałem jakieś straszne opracowanie, za które zostałem zwolniony z pracy w Instytucie, a on został zwolniony ze stanowiska dyrektora, a minister dostał naganę. Opowiedziałem żonie, że wszystko jest już inaczej załatwione i o tym też telefonicznie powiadomiłem dyrektora Jednorała.

Po kwadransie dyrektor Jednorał powiedział, że wszystko przekazał ministrowi, ale ten poleca ci dać twój jedyny egzemplarz tej pracy kurierowi z instytutu, który do północy zawiezie tę pracę wice ministrowi Pietraszkowi, aby ją przeczytał w nocy i rano zreferował w ministerstwie, a ciebie wzywa na jutro rano do ministerstwa.

Następnego dnia w ministerstwie wice minister Pietraszek zreferował moją pracę i na zakończenie powiedział, że proponowane przeze mnie porty Gdańsk i Świnoujście powinny być zbudowane. Ja opowiedziałem co było w KW Szczecin.

W czasie tego posiedzenia był telefon z KC, w którym przepraszano Ministra za zamieszanie oraz anulowano naganę.

W lecie 1974 roku uroczyście otwarto Port Północny Gdańska, przy czym, zamiast uznania mojego pomysłu zrealizowanego w postaci tego portu, spotkała mnie po 22 latach od pierwszej następna kara. Przyznano mnie za pomysł Portu Północnego Gdańska Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski ale go zatrzymano w Warszawie i nie wręczono na uroczystości i tego odznaczenia nie dostałem dotychczas, ale za to mam dwa wyższe to jest Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski (noszony na szyi), oraz wyższy Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski ( też noszony na szyi).

W lecie 1975 roku otwarto też uroczyście nielegalnie zbudowaną , bez zezwolenia RWPG w Moskwie, bazę przeładunku ropy naftowej.

Za karę RWPG w Moskwie zastosowała surowe kary: zakupione dla tej bazy zbiorniki mieszczące 450 000 ton ropy naftowej przydzielono Rafinerii Gdańskiej i PERN w Gdański. W bazie ich nie ma do dziś. Zlikwidowano Zjednoczenie Portów Morskich  w Gdyni. Przerwano dalszą budowę Portu Północnego Gdańska . W 1975 roku była już prawie gotowa następna to jest trzecia baza przeładunkowo składowa rudy, w której zamrożono do dziś 1,5 miliarda złotych przez 39 lat i nadal stoi nie ukończona, a od 21 lat mamy już Polskę niepodległą – czy tak powinno być? Były dyrektor Zbigniew Teplicki, gdy z Nowego Jorku wrócił do kraju, za karę, że zbudował bazę ropy naftowej, nie dostał żadnej posady i  umarł przedwcześnie w kwiecie wieku.

Prof. zw. dr s.p.n.b. Witold Andruszkiewicz

Wyższa Szkoła Bankowa w Gdańsku – Logistyka

Z udziałem GTPS

NG bal budynek POSK

Budynek Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Fot. Arch.

50-lecie Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Londynie obchodzi jubileusz 50–lecia powstania tej zasłużonej placówki. Swój wkład w docenienie jednego z najważniejszych ośrodków aktywności społeczno-kulturalnej Wspólnoty Polskiej w Wielkiej Brytanii wniesie też Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki.

Idea powołania w Londynie ośrodka skupiającego działalność kulturalną, społeczną, naukową, oświatową i towarzyską Polaków ma długą historię.

Więź wśród Polonii, łączność z Krajem

Największą rolę w organizowaniu tego skomplikowanego przedsięwzięcia odegrał inż. Roman Wajda.

Ostatecznie decyzję podjęto w roku 1963. Natomiast osobowość prawną POSK uzyskał 19 sierpnia 1964 r. W programie działalności podkreślono m.in. konieczność wzmacniania więzi kulturowej wśród Polonii na całym świecie, w duchowej łączności z Krajem.

W roku 1971 w londyńskiej dzielnicy Hammersmith poświęcono kamień węgielny pod budowę reprezentacyjnej siedziby. Już po trzech latach otwarto zachodnią część budynku. Natomiast 3 maja 1977 r. następuje otwarcie przeniesionej tu Biblioteki Polskiej, której prawnym właścicielem staje się POSK. W jej zbiorach udaje się zgromadzić największy poza granicami Polski zbiór wydawnictw niezależnych z lat 1976 – 1989. Finansowaną dzięki niezwykłej ofiarności polskiego wychodźstwa inwestycję wieńczy otwarcie w 1982 r. teatru. Warto dodać, że na 7 grudnia 2014 r. zaplanowano prezentację książki „Historia POSK”. Niewątpliwie było o czym pisać.

Budynek POSK (ang. Polish Social and Cultural Association) stał się siedzibą licznych organizacji jak: Zjednoczenie Polskie, Instytut Józefa Piłsudskiego, Polski Uniwersytet na Obczyźnie, Stowarzyszenie Polskich Kombatantów. Trudno przecenić ich znaczenie dla podtrzymania polskości na obczyźnie.

Wystawa i promocja książki

Pod koniec września 2014 r. w obchody 50-lecia powstania POSK włączy się Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki. Zaprezentuje w Londynie wystawę plastyczną o Janie Heweliuszu i jego Gdańsku połączoną z promocją wydanej przez Gdańskie Towarzystwo Naukowe książki pod red. prof. Mariana Turka „Johannes Hevelius and his Gdańsk”. Książka została wydana na światowym poziomie, a jej współautorami są m.in. profesorowie z uniwersytetów w Oxfordzie, Paryżu i Parmie.

Wykłady o Heweliuszu wygłoszą  współautorzy tej publikacji m.in. prof. Andrzej Januszajtis oraz dr Jarosław Balcewicz. Natomiast skomplikowany proces powstawania książki przybliży prof. Marian Turek. Warto wspomnieć, że ten ostatni został wraz z małżonką Elisabeth Turek (rodowitą angielką) laureatem tegorocznej Nagrody Honorowej GTPS w dziedzinie nauki i kultury za przygotowanie i wydanie wspomnianej już książki „Johannes Hevelius and his Gdańsk”. Dodajmy, że tak o tej książce pisze przewodniczący Komitetu Nauk o Sztuce Polskiej Akademii Nauk w Warszawie prof. dr hab. Juliusz Chrościcki. „Książka złożona z prac 19 wybitnych autorów, wyróżnia się pośród innych publikacji naukowych z zeszłego roku i stanowi znaczny wkład do interdyscyplinarnej wiedzy o badaniach astronomicznych Heweliusza i kulturze Gdańska w XVII w.

Dla środowisk polonijnych i brytyjskich

Trudno mi nawet wymieniać wszystkich znanych autorów czy same tytuły ich prac, które w zasadniczy sposób poszerzają stan naszej wiedzy. Ze względu na wyjątkowo staranne wydanie nowatorskiej publikacji naukowej, bezbłędny język angielski, ten nagrodzony Tom spotka się z szerokim odzewem na świecie. Wierzę, że ułatwią w jego rozpowszechnianiu pochwalne recenzje, o których wiem, że są już złożone do druku w Polsce i we Francji”.

Oba wydarzenia doskonale się uzupełniają. Wspomniana wystawa, której kuratorem został (znany i ceniony artysta plastyk) prof. Marek Model oraz książka zostaną zaprezentowane środowiskom polonijnym i brytyjskim oraz naukowym i mediom. Czasu starczy też na wizytę w legendarnym  Royal Society. Ponadto w sali teatralno-widowiskowej POSK zaprezentuje się gdański Baltic kwartet wraz z jego liderem Tomaszem Diakunem.

– Możliwość włączenia się w jubileuszowe obchody powstania POSK to dla nas olbrzymi zaszczyt – podkreśla prezes Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki Beniamin Koralewski. – Słowa podziękowania należą się również Prezydentowi Miasta Gdańska Pawłowi Adamowiczowi za okazaną pomoc i wsparcie.

Jarosław  Balcewicz

Dr Jarosław Balcewicz jest wiceprzewodniczącym Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych Gdańskiego Towarzystwa Naukowego.

NG  Bal Heweliusz okładka

Okładka książki „Johannes Hevelius and his Gdańsk”.

 

Gdańsk w świecie żurawi

1. »uraw w Kodeksie kard. Maciejowskiego (XIII w.)

Żuraw w tzw. Kodeksie kardynała Maciejowskiego (XIII w.)

Ze wszystkich średniowiecznych jest największy i ma największy udźwig. Często słyszymy lub czytamy o gdańskim Żurawiu, że był największym lub najstarszym dźwigiem europejskiego średniowiecza. Czas sprawdzić te informacje. W tym celu spróbujemy dokonać przeglądu historycznych  wiadomości o żurawiach.  Od razu muszę się zastrzec, że ograniczymy się do dźwigów (ściślej dźwignic), służących do przeładunku towarów lub stawiania masztów, jednego tylko rodzaju – napędzanych przez ludzi chodzących w tzw. bębnach deptakowych.

Najstarsze urządzenie mechaniczne tego typu opisał ok. 230 roku przed Chrystusem (naruszam tutaj zakaz komunistycznej cenzury, która nakazywała pisać „przed naszą erą”, w skrócie „p.n.e.”) Filon z Bizancjum.

Rzymskie urządzenia techniczne przejęła w średniowieczu Europa

Był to podnośnik kubełkowy do wyciągania wody ze studni. Niewiele późniejsze jest najstarsze wyobrażenie dźwigu z bębnem deptakowym na płaskorzeźbie rzymskiej z II wieku prz. Chr., eksponowanej w Muzeum Laterańskim w Rzymie. Działające kopie rzymskich żurawi tego rodzaju, wykonane na podstawie odkopanych resztek, stoją w Bonn i Xanten. Pokazy ich pracy są wielką atrakcją, za której  oglądanie turyści płacą pieniądze. Rzymskie urządzenia techniczne przejęła w średniowieczu Europa. Świadectwa istnienia żurawi z napędem bębnowym, zwanych po łacinie magna rota czyli wielkie koło, zaczynają płynąć od około 1225 r., najpierw z Francji, potem z miast innych krajów. Oto lista – z pewnością niepełna – żurawi, według dat pierwszej wzmianki: 1244 Utrecht, 1263 Antwerpia, 1288 Brugia, 1291 Hamburg, 1330 Lüneburg, 1337 Stade i dopiero na siódmym miejscu, w 1367 r. mamy pierwszą wzmiankę o żurawiu w Gdańsku: apud caranum czyli przy Żurawiu. A więc na pewno nie był najstarszy. Ten nasz pierwszy żuraw stał w tym samym miejscu, co dziś, na „dolnym” końcu ulicy Szerokiej, przy bramie wodnej, która istniała już – on pewnie też – w roku 1363. Jak wyglądał, czy był wbudowany w bramę, jak dzisiejszy, czy stał osobno – nie wiemy. Wobec licznych kontaktów z zachodnimi miastami możemy być pewni, że miał już wówczas napęd deptakowy, podobny do tamtych, tzn. dwa „wielkie koła” z chodzącymi wewnątrz ludźmi.

Odbudowany – wygląda jak dawniej

Gdy w 1442 r. spłonął, rozpisano podatek na odbudowę. Ponieważ brama miała być znacznie potężniejsza niż dotąd, Krzyżacy uznali ją za zagrożenie dla zamku w zakolu Motławy i odmówili zgody. Mimo to, dzięki energii i zdecydowaniu burmistrza Henryka Vorratha w roku 1444 ukończono potężną budowlę, która przetrwała pięć wieków.

Po ostatniej wojnie pozostały z niej tylko zrujnowane baszty. Dzięki, przeprowadzonej w latach 1956–1959 odbudowie Żuraw jest dziś znowu symbolem Gdańska i  najwspanialszym obiektem mieszczącego się tu i na Ołowiance Narodowego Muzeum Morskiego. Wysoka na prawie 30 m drewniana konstrukcja, wbudowana między dwie zaokrąglone baszty, wystaje w stronę Motławy. Wystająca część (wysięgnik) opiera się na stojących na nabrzeżu drewnianych słupach, których kamienne bazy, z tzw. żabkami, są rekonstrukcją pierwotnych, pochodzących zapewne z rozebranego po 1454 r. zamku krzyżackiego. Wewnątrz znajduje się również zrekonstruowane urządzenia wyciągowe, w postaci umieszczonych nad sobą dwóch par bębnów. Są to właściwie dwa dźwigi, umieszczone jeden nad drugim. Liny, później łańcuchy, nawinięte na ich osie, były w dalszym biegu przerzucone przez belki i zakończone hakami, do których przyczepiano podnoszone obiekty. Ciężar (ściślej: moment ciężaru) ciał ludzi, zwykle więźniów, wspinających się po szczeblach wewnętrznych ścian bębnów, pozwalał podnieść do 4 ton na wysokość 11 m (przy współdziałaniu obu dźwigów) lub do 2 ton na wysokość 27 m.

W Kolonii, Trewirze, Andersach…

Porównajmy te osiągi z udźwigiem innych historycznych żurawi. Jak wynika z późnośredniowiecznych rozporządzeń 14-wieczne żurawie w Kolonii miały udźwig do 1,62 t, a w pierwszej połowie XV w. –  do 2  t. Żuraw z 1413 r. w Trewirze podnosił ciężary do 1,2 t, w Andernach (z 1561 r.) do 1,4 t. Wspomniany wyżej żuraw w Stade (pochodzący w tej postaci z 1661 r., rozebrany w 1898, zrekonstruowany w 1977 r.) miał według wykonanej w 1878 r. ekspertyzy mieć maksymalny udźwig 4,1 t., co jednak przy rozmiarach jego kół (niecałe 5 m) nie wydaje się prawdopodobne. Rekordowym osiągnięciem wysokiego na 18 m żurawia w Lüneburgu, było podniesienie z barki na brzeg pierwszej w Niemczech lokomotywy w 1840 r. Lokomotywa ważyła 9,3 t. Trzeba tu jednak dodać, że był to dzisiejszy żuraw, zbudowany w 1797 r., o konstrukcji wzmocnionej stalą. W wyczynie, który o mało co nie doprowadził do jego runięcia, wzięło udział 38 pracowników. W dwóch bębnach o średnicy 4,7 m mogło chodzić najwyżej ośmiu z nich, pozostali ciągnęli za „szprychy” bębnów z zewnątrz. Średniowiecznego poprzednika żurawia na tym miejscu obciążano ładunkami rzędu 1,6 t.

Jak widać ze wszystkich średniowiecznych żurawi gdański Żuraw jest największy i ma największy udźwig. Średniowiecznych? – zapytają Czytelnicy – przecież jego urządzenia wyciągowe są powojenną rekonstrukcją! To prawda, ale żaden z istniejących żurawi nie ma zachowanej średniowiecznej konstrukcji. Wszystkie były wielokrotnie wymieniane i modernizowane. Żuraw w Stade jest rekonstrukcją z 1977 r., w Brugii – z 2002, żurawia w Trewirze całkowicie przebudowano w 1661 r. itd., więc nasza „rekonstrukcja” nie przynosi ujmy. Dzięki niej mamy w Gdańsku najwspanialszy dźwig europejskiego średniowiecza. Mocniejszy od niego, o udźwigu 7,5 t. pojawił się dopiero w 1758 r. w Sztokholmie (spalony w 1978, odbudowany w 2003 r.), większy – w Karlskronie (42 m wysokości) – w 1803 r.

Miały je także: Elbląg, Szczecin, Toruń

Warto zauważyć, że wszystkie żurawie, także te rekonstruowane, mają wywieszone liny z bloczkami i hakami, a pokazy ich pracy ściągają turystów. Tak jest w Bonn, Xanten, Brugii, Pradze i wielu innych miejscach, a w gaskońskiej forteczce Larresingle w bębnie zrekonstruowanego żurawia chodzą dzieci! Szkoda, że zrezygnowaliśmy z takich pokazów u nas!

Na koniec ciekawostka: na ziemiach polskich stare żurawie portowe miał także Elbląg (w 1380 r., istniał jeszcze w 1865), Szczecin (poł. XV w., nowy 1570, istniał jeszcze w 1790 r.) i Toruń (przed 1631, nowy 1661, rozebrany w 1830 r.). Żaden z nich nie dorównywał naszemu. Gdańsk miał ich z resztą więcej. „Żurawia Tylnego” z ok. 1610 r.,  przedstawia widok oblężenia Gdańska w 1734 r. Z kolei na planie Schmeera z 1615 r. widnieje niezauważony dotąd przez historyków techniki „Polski Żuraw Masztowy” na Kępie i jeszcze jeden przy dzisiejszym ujściu Kanału Raduni do Motławy. Piątym dźwigiem dysponowała od 1640 r. stocznia na Lastadii. Szósty, „Mały”, na nabrzeżu przy Bramie Stągiewnej, znamy z akwareli Zygmunta Vogla z ok. 1790 r. Siódmy obsługiwał składy ołowiu na Ołowiance. Dawny Gdańsk można śmiało nazwać miastem żurawi.

Andrzej Januszajtis

3. »uraw Tylny przy Bastionie Jednoro¬ca (w 1734 r.)

Żuraw. Tylny na widoku z 1734 r. 4. Mały Żuraw przy wadze żelaza (Z. Vogel, ok. 1790)

2. Wielki »uraw pracuje (zdjŕcie archiwalne)

Wielki Żuraw pracuje (zdjęcie archiwalne)

4) Ma-y »uraw przy wadze ¬elaza ok. 1790 r. (Z. Vogel)

Mały Żuraw przy wadze żelaza (Z. Vogel, ok. 1790)

Krzyże w Ejszyszkach

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ratowanie krzyża. Od lewej Z. Olszewski, R. Gasiński i B. Garba.

 Temu ma służyć, powstające w Gdańsku, Muzeum II Wojny Światowej.

Tu walczyli polscy powstańcy

W tym celu pracownicy placówki odbywają niejednokrotnie dalekie podróże.

Wyruszając na kolejną wyprawę na Litwę nie spodziewaliśmy się, że podczas pozyskiwania eksponatów dla powstającego Muzeum II Wojny Światowej, natrafimy na szczególną pamiatkę związaną z Postaniem Styczniowym, którą przyjdzie mam doraźnie ratować. Ale po kolei. W stosunkowo chłodny, choć słoneczny dzień, 25 października 2013 roku, wraz z pracownikiem Muzeum, Bartłomiejem Garbą, wyruszyliśmy samochodem służbowym z Wilna do niewielkiej miejscowości Ejszyszki. W podróży towarzyszyli nam, zamieszkali w Wilnie: Zygmunt Olszewski, kombatant AK, ps. ,,Korek“ i – nie po raz pierwszy wspierający nas organizacyjnie na Litwie – Robert Gasiński, przedstawiciel Klubu Miłośników Broni Wojskowej w Wilnie i stowarzyszeń polonijnych w Wilnie.

Miasteczko Ejszyszki (lit. Eišiškėsbiał. Эйшышкі; jidysz אישישוק ,איישישאק – Ejszyszok lub Ejszyszuk) jest to kilkutysięczna miejscowość na Litwie usytuowana na południe od Wilna, w rejonie solecznickim. Dzisiaj leży tuż przy granicy z Białorusią. Tereny te pozostają zapisane w historii Powstania Listopadowego i Powstania Styczniowego. To właśnie m.in. tu, pod Ejszyszkami, podczas Powstania Listopadowego, potyczkę z Moskalami stoczył, cofający się z Puszczy Rudnickiej, oddział akademików wileńskich pod dowództwem Emeryka Stankiewicza. Po wybuchu Powstania Styczniowego, gdy w lutym 1863 r. przechodził przez te tereny oddział Ludwika Narbuta, w Ejszyszkach dołączyło do niego 80 powstańców z księdzem Horbaczewskim na czele. Podobnych zdarzeń było, oczywiście, znacznie więcej.

Przewracany i łamany przez komunistów

W dziejach powstań były sukcesy, niestety nie brakowało również dotkliwych strat. W walkach, potyczkach i zasadzkach ginęli Polacy. Czas zatarł pamięć o wielu z nich. O jednym, dzisiaj już anonimowym, pamięć przetrwała dzięki przodkom Zygmunta Olszewskiego. Jego rodzina przed wojną posiadała w Ejszyszkach trzy domy i duże gospodarstwo rolne. Tuż za miastem, na kolonii, jak to niegdyś nazywano, przy drodze do Roubiszek, stał ich dom letniskowy. Według rodzinnych przekazów, w 1863 r., na drodze przed ich domem, Moskale zabili jednego z powstańców. Miano go pochować na cmentarzu w Ejszyszkach. W rodzinie żywa jednak pozostała pamięć miejsca jego śmierci. Kiedy w 1918 r. Polska odzyskała niepodległość, ojciec Zygmunta Olszewskiego, Michał, postanowił działać. Na początku lat 20. XX w., w miejscu śmierci powstańca, postawiono dębowy krzyż. Przy jego wykonaniu pracowało kilku cieśli i – jak się dzisiaj wspomina – liczył 9 do 12 metrów wysokości. Krzyż zdobił rzeźbiony ołtarzyk i równie pięknie wyrzeźbione wykończenia ramion krzyża.

Krzyż przetrwał nietknięty do zakończenia drugiej wojny światowej. Nastały niekorzystne dla niego lata. Był kilkakrotnie przewracany i łamany przez niechętnych mu komunistów. Rodzina państwa Olszewskich i przyjaciele, najczęściej pod osłoną nocy, stawiali krzyż ponownie w jego uprzednie miejsce. Niestety, na skutek zniszczeń, a przede wszystkim złamań, krzyż stawał się coraz krótszy. Niekorzystnie na jego losy wpłynęło również umiejscowienie. Nie ma już, stojącego tu niegdyś, domku letniskowego Olszewskich, a droga przy krzyżu prowadzi do odległej o niecałe trzy kilometry, zamkniętej dla ruchu, granicy.

W szczerym polu

Krzyż stoi dzisiaj samotnie i dosłownie w przysłowiowym szczerym polu. Najbliższe domy w Ejszyszkach położone są w odległości kilkuset metrów stąd. Nie konserwowany, przegnił w podstawie i zaczął się chylić ku upadkowi. Jak przyznał Zygmunt Olszewski, nie dawało mu to spokoju, wręcz ,,nie mógł spać” i zwrócił się do nas o pomoc. Mimo wielu innych zadań w Ejszyszkach wyraziliśmy chęć działania, poczuliśmy się wręcz zobowiązani do tego. Okrągła, 150. rocznica wybuchu Powstania Styczniowego, wzmocniła w nas motywację.

Wykopaliśmy nowy dół i – postawiony równo krzyż – wzmocniliśmy nazbieranymi na miedzach okolicznych pól dużymi kamieniami. Przyglądając się mocno już zniszczonemu krzyżowi wyrażaliśmy cichą nadzieję, że może znajdzie się w miarę szybko jakieś Muzeum lub też inna instytucja, która zabezpieczy i zakonserwuje zabytkowy już dzisiaj obiekt, a w jego miejsce postawi nowy. Niestety, oryginalny krzyż, nie ma szans na przetrwanie.

O tym, że to nie jedyny ważny krzyż w dziejach rodziny Zygmunta Olszewskiego, dowiedzieliśmy się szybko w innym miejscu w Ejszyszkach. Udaliśmy się do jednego z dwóch domów  należących do rodziny Zygmunta Olszewskiego w centrum miasteczka. W ogrodzie starego domu, w którym się wychowywał, dzisiaj wystawionego na sprzedaż, staraliśmy się odkopać ukryte tu przez niego przed NKWD w 1946 r. jego pamiątki z partyzantki. Niestety poszukiwania okazały się bezowocne, być może ktoś znalazł je już wcześniej, chociażby przy remoncie podmurówki.

Z przedwojennej polskiej szkoły do Muzeum

Natrafiliśmy natomiast na inną bezcenną pamiątkę. Na ścianie jednego z pokojów opuszczonego i przygotowanego do sprzedaży tegoż domu natrafiliśmy na kolejny niezwykły drewniany krzyż. Okazało się, że przed wojną znajdował się na ścianie jednej z klas w pobliskiej polskiej szkole. Kiedy po zakończeniu II wojny światowej w miasteczku zaczęli rządzić komuniści, krzyż wyrzucili na śmietnik. Znalazł go, przechodzący wówczas w pobliżu, Zygmunt Olszewski i przyniósł do domu. Obok wielu innych, zdarzenie to dobrze zapamiętała mieszkająca dzisiaj w sąsiednim domu jego siostra, Irena. Powiesili wtedy krzyż na ścianie i jest tu do dzisiaj. Nazywają go ,,szczęśliwym krzyżem”, bo uchronił dom przed pożarami i innymi tragediami. Po negocjacjach zgodzili się przekazać pamiątkę do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, nastąpi to, zgodnie z deklaracją, zaraz po sprzedaży domu.

Spotkanie i rozmowa z Panią Ireną uświadomiły nam, że jest ona ważnym świadkiem historii i należy w niedalekiej przyszłości nagrać z nią dokumentację filmową. Po wojnie przez lata była nauczycielką i bezcenne są jej wspomnienia dotyczące ratowania wartości narodowych, a w tym oporu przed wpływami komunizmu i ratowania przed nimi polskiej młodzieży szkolnej po zakończeniu II wojny światowej na Litwie. Równie ważne są jej wspomnienia dotyczące eksterminacji Żydów przez Niemców w 1941 r.

Wymordowano 921 mężczyzn, 1851 kobiet i 814 dzieci

W jej emocjonalnie jeszcze dzisiaj wyrażanych wspomnieniach pojawiają się nazwiska i obrazy prowadzonych na rozstrzelanie jej sąsiadów, matek z dziećmi i koleżanek z miasteczka.

W 1939 r., w dniu wybuchu II wojny światowej, w miasteczku mieszkało: 3,5 tys. Żydów, 2,5 tys. Polaków i niewielka liczba Tatarów. Kiedy nastała okupacja niemiecka, Żydów zamknięto w miejscowym getcie. We wrześniu 1941 r. getto hitlerowcy zlikwidowali. Masowego mordu dokonało kilkunastu Niemców wraz z żądną krwi watahą współpracujących z nimi litewskich szaulisów i policjantów (oddział ten wcześniej wymordował ludność żydowską w Niemenczynie, Nowej Wilejce i w Jaszunach). Jak meldował niemiecki dowódca grupy likwidacyjnej, wymordowano wówczas 921 mężczyzn, 1851 kobiet i 814 dzieci.

Ofiary zakopano w dołach w dwóch miejscach bestialskiej egzekucji na obrzeżach miasteczka. Jedno z tych miejsc odwiedziliśmy. Pod porosłą wysokimi trawami ziemią leży tam 1500 pomordowanych Żydów z Ejszyszek i okolicznych miejscowości. Po miejscu tragedii oprowadził nas, zamieszkały w Ejszyszkach, Kazimierz Bohdziuń. Od niego też usłyszeliśmy o wielu innych szczegółach historii miasteczka w okresie panowania dwóch totalitaryzmów – faszyzmu i stalinizmu.

A może na terenie nieczynnej starej łaźni?

Idąc śladami pamięci, trafiliśmy również na cmentarz w Ejszyszkach.

W 2009 r. spoczęły na nim szczątki trzech anonimowych żołnierzy Armii Krajowej, których zwłoki oprawcy z NKWD wrzucili, wraz z niewypałami, w 1945 r., do nieczynnej studni. Gdy ekshumowano kilka lat temu ich ciała, towarzyszący nam Zygmunt Olszewski, ps. ,,Korek”, miał nadzieję, że są wśród nich szczątki jego legendarnego dowódcy AK, por. Jana Borysewicza o ps. ,,Krysia”. Dowódca ów poległ w zasadzce NKWD pod Kowalkami, 21 stycznia 1945 r., a jego ciało wystawiano na widok publiczny w kilku miejscowościach, w tym w Ejszyszkach. Niestety, nie tam jest jego miejsce spoczynku. Wielkim pragnieniem Zygmunta Olszewskiego jest doprowadzić, aby zwłoki komendanta ,,Krysi” znalazły godny pochówek. Nieustannie żywa pozostaje jego postać w pamięci nie tylko Zygmunta Olszewskiego, czego wyrazem jest  film dokumentalny. Według nowych informacji szczątki „Krysi” mogą znajdować się w Ejszyszkach na terenie posesji nieczynnej od lat łaźni. Niestety, badania dotyczą trudnego terenu i wymagają znacznych nakładów finansowych.

W Ejszyszkach spędziliśmy zaledwie kilka godzin (musieliśmy wracać do Wilna na kolejne umówione juz wcześniej spotkania) i mimo że tak wiele się w tym czasie wydarzyło i tyle zobaczyliśmy, wyjeżdżaliśmy z niedosytem i postanowieniem powrotu.

Ejszyszki, jak i wiele innych miast i miasteczek kresowych II Rzeczypospolitej, kryją w sobie jeszcze wiele wartych poznania i utrwalenia ważnych dla naszej historii miejsc, ludzi i zdarzeń.

Tekst i zdjęcia: Waldemar Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od lewej R. Gasiński, K. Bohdziun, Z. Olszewski w miejscu masowej egzekucji Żydów pod Ejszyszkami. Fot. W. Kowalski

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Budynek starej szkoły w Ejszyszkach, z której z klas komuniści wyrzyucili na śmietnik krzyże. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

B. Garba z siostrą Z. Olszewskiego – Ireną. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

B. Garba (z lewej) i W. Kowalski na Cmentarzu w Ejszyszkach. W tle mogiły trzech ekshumowanych partyzantów i symboliczna – por. J. Borysewicza ,,Krysia”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ratowanie krzyża. W rękach Z. Olszewskiego przedwojenna fotografia krzyża i nieistniejącego domu. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Krzyż na tle Ejszyszek. Fot. W. Kowalski

krzyze 5. Ratowanie krzyża. Od lewej B. Garba, Z. Olszewski i W. Kowalski

Od lewej B. Garba, Z. Olszewski i W. Kowalski

krzyze 3. Ratowanie krzyża. Od lewej R. Gasiński, Z. Olszewski i B. Garba

Ratowanie krzyża. Od lewej R. Gasiński, Z. Olszewski i B. Garba. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od lewej R. Gasiński, B. Garba i Z. Olszewski. Fot. W. Kowalski

krzyze 1. Ratowanie krzyża. Od lewej B. Garba i Z. Olszewski.

Ratowanie krzyża. Od lewej B. Garba i Z. Olszewski. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teren nieczynnej łaźni w Ejszyszkach. Przypuszczalne miejsce pochówku por. J. Borysewicza ps. ,,Krysia”. Fot. W. Kowalski

Epitafium Wildtbergera w kościele Mariackim

Epitafium-Wildtbergera-w-kosciele-Mariackim fdotPJanuszajtis

Epitafium Wildtbergera w kosciele Mariackim. Fot. Andrzej Januszajtis

Listopad nieodmiennie kojarzy się nam z dniem Wszystkich Świętych i przypadającymi nazajutrz Zaduszkami. Myśl zwraca się ku Zmarłym. Wiele starań wkładamy w porządkowanie grobów i miejsc pamięci. Pięknym wyrazem pamięci o zmarłych są epitafia w gdańskich kościołach

Wiele z nich upamiętnia ludzi, którzy przyczynili się do chwały miasta. Są jednak i inne, można by rzec przypadkowe, poświęcone ludziom spoza Gdańska, którzy przyjechali na krótko i tutaj dopadła ich śmierć. Jedno z tych epitafiów wisi w bardzo eksponowanym, wręcz zaszczytnym miejscu kościoła Mariackiego: na Pierwszym Filarze Ukrzyżowania, jak go nazywano, czyli na północno-wschodnim filarze skrzyżowania naw. Epitafium, niedawno pięknie odnowione, błyszczy od złota. Ma postać podłużnej tablicy, ujętej w bogate obramowanie z figurami i dekoracją naśladującą metalowe okucia.
Czegoż tu nie ma! Są putta i trupie czaszki z rurkowanymi kryzami, alegoryczne figury i główki, a w ażurowej oprawie portretu zmarłego i bocznych występach – uszakach podano jak na talerzu złote liście i kolorowe owoce – banany, gruszki, figi, jabłka granatu i winne grona. Całość wieńczy figura Miłości (Caritas) z dzieckiem na ręku i dwójką innych tulących się do jej stóp. Kariatydy podtrzymujące belkowanie herbowego kartusza, na którym stoi, nie przedstawiają jednak, jak należałoby się spodziewać, jej siostrzyc – Wiary i Nadziei. Jest to raczej Roztropność (z księgą) i Umiarkowanie (z czymś, co można chyba odczytać jako pochodnię?).

Kim był bohater tego dzieła? Na czarnym tle czytamy wypisaną złotą majuskułą (dużymi literami) informację: „P.M.S. (Piis Manibus Sacrum – pobożnymi rękami poświęcone) Jerzemu Wildtbergerowi, synowi Ruperta Wildtbergera senatora w Linzu nad Dunajem, który jako chłopiec w Tybińskiej, jako podrostek w Sztrasburskiej Akademii pobożności i dobrym umiejętnościom się poświęcił, jako młodzieniec we Włoszech, działając z najwyższą chwałą i rzetelnością obyczajów stał się tam niektórym, zwłaszcza pochodzącym ze Szwecji, bardzo uczynny, przez których potem zaproszony do Szwecji się przeniósł, gdzie Najjaśniejszemu królowi Janowi, a następnie jego synowi Zygmuntowi III, królowi Polski jako osobisty sekretarz wiernie służąc, różnorakie poselstwa z pilnością sprawował. Mężowi odznaczającemu się najwyższą roztropnością, cnotą i czystością życia, prawdziwie szlachetnemu Piotr Wildtberger i Tomasz Pulshamer, zasmuceni spadkobiercy (pomnik) wystawili. Śmierć go zabrała roku 1593 ósmego dnia miesiąca lutego, gdy miał zaledwie 43 lata.”
Jerzego (Georga) Wildtbergera można określić jako austriackiego dyplomatę w służbie Szwecji i Polski. W owalu u dołu widnieje jego podobizna, namalowana przez Antoniego Möllera lub kogoś z jego pracowni. Przystrojone w rurkowane kołnierze czaszki u dołu mają podobno symbolizować zmarłego i jego żonę. Pod jedną czaszką napisano: QUOD ES EGO FUI, czyli „kim jesteś, ja byłam” (lub byłem), pod drugą QUOD SUM TU ERIS – „kim jestem, ty będziesz”. Między nimi jest trzecia czaszka, oznaczająca Śmierć, oraz klepsydra (zegar piaskowy) – ot, takie Memento Mori W zwieńczeniu przywracają optymizm sylwetki orłów – symbol Nieśmiertelności.
Epitafium, uszkodzone podczas wojny, odrestaurowano w 2005 r. pod kierunkiem Tomasza Korzeniowskiego. Niektóre elementy – putta, orły, konsolki, kapitele i obramienia portretu – trzeba było zrekonstruować, resztę zakonserwować, scalić i przywrócić polichromię. Portret znalazł się w Muzeum Archidiecezjalnym w Oliwie.
Fundatorami tej roboty na medal byli – chwała im za to – gdańscy piekarze. Wymieńmy jeszcze wykonawców: Stanisława Milewskiego i Adama Kołodzieja. Figury już wcześniej zakonserwowała Maria Bigoś-Bojarska.

Andrzej Januszajtis

W skrzyniach ze śmietnika (2)

png_wk_ppłk W. Stoczkowski pod Ankoną zdobytą przez polskich zołnierzy w lipcu 1944 r.

Płk. Wiktor Stoczkowski pod Anconą zdobytą przez polskich żołnierzy w lipcu 1944 roku. Fot. Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

Wśród pamiątek nie było, niestety, zdjęć i dokumentów, nie brakowało natomiast związanych z nimi pytań. Ciąg dalszy musiał nastąpić i tak też się stało.

Krystyna Szymańska – siostra żony Wiktora

png_wk_Krystyna Szymańska - jej starsza siostra Anna w 1933 r. wyszła zamąż za Wiktora Stoczkowskiego. Fot. WK

Krystyna Szymańska, siostra Anny, żony Wiktora Stoczkowskiego

Miłym skutkiem prowadzonych poszukiwań stało się dotarcie do Krystyny Szymańskiej z domu Nowosad (ur.  01.01.1924 r.). Jej siostra Anna, z zawodu nauczycielka, w dniu 11 listopada 1933 r. w Lidzie zawarła związek małżeński z Wiktorem  Stoczkowskim, który w randze kapitana służył tu w 77 Pułku Piechoty. Do września 1939 r. mieszkali w Lidzie. Wojna rozdzieliła rodzinę. Wiktor wyruszył na front.

png_wk_W rozmowie z ppłk W. Stoczkowskim gen. Kazimierz Sosnkowski (po lewej).

Płk. Wiktor Stoczkowski w rozmowie z gen. Kazimierzem Sosnkowskim. Fot: Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

png_wk_ppłk W. Stoczkowski (z lewej) składający meldunek gen. Wł. Andersowi - Włochy 1946 r.

Ppłk W. Stoczkowski (z lewej) składający meldunek gen. Wł. Andersowi. Fot. Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

 

Skutkiem wrześniowych zawirowań siostry Anna i Krystyna znalazły się w Zamościu. Stąd po kapitulacji Polski z niemałym trudem udało im się powrócić do Lidy, gdzie u zaprzyjaźnionej rodziny zostały po wybuchu wojny córki Anny i Wiktora – Krystyna i Barbara. Miały wiele szczęścia, kilkakrotnie udało im się uniknąć zsyłek na Syberię.

Dużą pomocą okazały się z czasem zachowane dokumenty osobiste i fakt urodzin Anny i Krystyny w Zamościu. W ramach wymiany ludności, jaką prowadzili okupanci niemieccy i sowieccy, udało im się powrócić do Zamościa. Tu Krystyna wraz z jej drugą siostrą Marią i bratem Augustem (zginął w 1944 r.) szybko związały się z konspiracją, a z czasem i z partyzantką na Zamojszczyźnie. Krystyna pełniła funkcję łączniczki w oddziale AK ,,Wiklina” dowodzonym przez Józefa Kaczoruka ps. ,,Ryszard”, który to przeprowadził szereg działań zbrojnych w obronie ludności polskiej przeciwko Niemcom, jak i UPA na Zamojszczyźnie.

Do Polski powrócił w 1947 r. Smutny los

Przez całą wojnę nie miały informacji o Wiktorze, skutku w tym zakresie nie przyniosły również działania Anny, która po kapitulacji Polski szukała męża z pomocą Czerwonego Krzyża. Po zakończeniu wojny przeprowadzili się do Gdańska i dopiero tutaj za pośrednictwem pozostałych w Zamościu krewnych otrzymali informację o Wiktorze

Do Polski powrócił w 1947 r. Przypłynął statkiem do Gdańska. Wiele opowiadał o swoich przeżyciach: ,,Najbardziej straszne były dla nas jego wspomnienia z Rosji”. Niestety radość z powrotu do Ojczyzny i połączenia z rodziną szybko zaczęły tłumić inne problemy: ,,To było niezmiernie przykre dla nas wszystkich. Taka zasłużona dla Polski osoba. Człowiek wykształcony, pułkownik, a nie mógł znaleźć nigdzie stałego zatrudnienia. Chwytał się dorywczo różnych prac. Ostatecznie został zmuszony do wyjazdu do Bydgoszczy. Myślał, że może tam mu się uda. Nic z tego nie wyszło. To było wręcz uwłaczające, by zarobić na życie roznosił i sprzedawał piwo w kiosku na dworcu.”

Z Bydgoszczy powrócił do Gdańska w złym stanie. Skarżył się na dolegliwości serca. Miał z nim już wcześniej problemy w czasie wojny, a dotykające go stresy w powojennej Polsce tylko je pogłębiły. Zmarł w Akademii Medycznej w Gdańsku w Święta Wielkanocne w dniu 22 kwietnia 1957 r.

W kilka dni później 25 kwietnia odbył się jego skromny pogrzeb na Cmentarzu w Oliwie. ,,Rodzina bała się podać zbyt dużo informacji na nagrobku, bała się, że grób będzie niszczony przez służby bezpieczeństwa”. Na nagrobku znalazło się tylko jego imię i nazwisko, bez dat urodzenia i śmierci, bez informacji, o tym kim był za życia i czym zasłużył się Ojczyźnie.

Michał Wincza, przyjaciel Wiktora z Lidy

png_wk_W wielkiej przyjaźni z rodziną ppłk W. Stoczkowskiego żyła rodzina Michała Winczy (na zdjęciu). Fot. WK

Michał Wincza, przyjaciel Wiktora z Lidy

Kolejnych informacji dostarczył kontakt z zamieszkałym w Gdańsku Michałem Winczą (ur. w 1928 r.). Szybko też okazało się, że dobrze znają się z   Krystyną Szymańską od dzieciństwa. Jako dzieci bawili się wspólnie już w czasach, gdy ich rodziny mieszkały przed wojną w Lidzie. Jego ojciec – kpt.  Rajmund Wincza (ur. w 1897 r.) służył w 77 pp. w Lidzie w latach 1930-1937. Tam poznał i zaprzyjaźnił się z Wiktorem Stoczkowskim. Przyjacielskich kontaktów nie zmieniło jego przeniesienie w 1937 r. do 2. Batalionu Strzelców w Tczewie. Wyrazem przyjaźni było m.in. to, że żona Rajmunda Winczy. Janina została w 1935 r. matką chrzestną Barbary – drugiej z córek Wiktora i Anny Stoczkowskich.

,,Po wojnie wiele z rodzin wojskowych zamieszkałych przed wojną w Lidzie odnalazło się w Gdańsku. Szybko też odżyły przyjacielskie kontakty. Trzymały ze sobą rodziny kpt. Żabickiego, kpt. Brażuka, mjr Marzewskiego, kpt. Malickiego, ppłk Stoczkowskiego, no i oczywiście moja. Stoczkowscy mieli duży dom. Mieszkali w Oliwie przy ulicy Podhalańskiej. Ich dom był dobrze położony, na uboczu i pod lasem. U nich też często spotykały się zaprzyjaźnione rodziny. Okazje były różne. Pamiętam Święta Bożego Narodzenia. Po pasterce moja rodzina udała się do domu państwa Stoczkowskich.  Po jakichś dwóch godzinach, już późno w nocy, ppłk Stoczkowski zebrał wszystkie dzieci i poszedł z nami na sanki.”

Michał Wincza do dzisiaj darzy wielkim autorytetem i szacunkiem pułkownika Stoczkowskiego. Zachował też wiele związanych z nim wspomnień: ,,Pamiętam chociażby, jak krótko po jego powrocie do Polski w 1947 r. dał mi w prezencie swój ,,andersowski” beret oficerski. Wszyscy koledzy mi go zazdrościli”. Zaprzyjaźnione rodziny wspólnie przeżywały gorzki los pułkownika Stoczkowskiego: ,,Szybko stał się niewygodny dla nowej władzy. Pod pretekstem położenia Gdańska w strefie przygranicznej zmuszono go do wyjazdu do Bydgoszczy. By zarobić na życie podejmował się różnych prac. Pod koniec 1956 r., gdy do władzy powrócił Władysław Gomułka, zaproponowano mu powrót do służby w wojsku. Nagle uznano, że można wykorzystać jego wiedzę i doświadczenie do prowadzenia walk w terenach górzystych. Rozgoryczony dotychczasowym traktowaniem odmówił. Miał już zresztą w tym czasie problemy ze zdrowiem.”

Grób rodzinny na Cmentarzu Oliwskim

Niestety, trudno jest dzisiaj odtworzyć wszystkie szykany, z jakimi spotkał się po powrocie do kraju ppłk Wiktor Stoczkowski. Pomocna byłaby w tym jego założona mu przez UB teczka. Niestety, dzisiaj wiemy tylko, że taka była i z czasem została przekazana do archiwum Wydziału ,,C” KWMO w Gdańsku, gdzie w 1979 r. została zniszczona. Pojedyncze dokumenty zachowane w archiwach IPN potwierdzają jednak, że był w kręgu zainteresowania służb bezpieczeństwa PRL i to zarówno w trakcie jego pobytów w Gdańsku, jak i w Bydgoszczy, dokąd został zmuszony do wyjazdu. Być może trochę dodatkowych informacji uda się pozyskać z jego zachowanych  powojennych wojskowych aktach osobowych, jakie znajdują się w archiwum IPN w Warszawie.

png_wk_Cmentarz w Oliwie - grobowiec ppłk Wiktora Stoczkowskiego i Anny Stoczkowskiej - Adamowicz. (fot WK)

Grobowiec rodziny Stoczkowskich na Cmentarzu Oliwskim. Fot. Waldemar Kowalski

Grobowiec  rodziny Stoczkowskich bez specjalnego trudu znajdziemy dzisiaj idąc od kaplicy po lewej stronie głównej alei Cmentarza Oliwskiego przy ul. Opackiej i Czyżewskiego. Nie  wiadomo dlaczego i teraz na grobie ppłk Wiktora Stoczkowskiego nie ma dat urodzenia i śmierci. Jest za to nieco więcej informacji o nim samym i jego zasługach: ,,Ś.p. Wiktor Stoczkowski. D-ca 15. Baonu ,,Wilków” pod Monte Cassino. D-ca 4.Woł. Bryg. Piech. II Korpusu Wojsk Polskich w Kampanii Włoskiej. Cześć Jego pamięci”. Po prawej stronie pułkownika spoczęła w grobowcu jego żona Anna Stoczkowska – Adamowicz (ur. 22.03.1910 r. i zmarła 8.12.2005 r.). Sędziwego wieku 95 lat dożyła mieszkając w domu przy ul. Podhalańskiej w Oliwie.

Córki Krystyna, Barbara, Małgorzata – wyemigrowały

Warto jeszcze odnotować, że Wiktor i Anna Stoczkowscy mieli trzy córki. Wszystkie wyemigrowały z Polski. Krystyna (ur. w 1935 br.) zamieszkała w Szwecji, gdzie też zmarła w kwietniu tego roku. W Kanadzie zamieszkały na stałe – w Montrealu Barbara (ur. w 1936 r) i w Calgary Małgorzata (ur. w 1949 r.).

W innej części wspomnianego Cmentarza w Oliwie spoczął również drugi mąż Anny – Józef Adamowicz (zmarł w 1976 r.). To jego postać wiązać należy z inną częścią pamiątek znalezionych w skrzyniach, a przede wszystkim z pieczęcią ze statku s/s ,,Lida” i bloczkiem ze statku. Okazało się, że należy do równie ciekawych postaci. Urodzony 15.02.1905 r. obrał za zawód służbę na morzu, na którym spędził wiele lat. Przed wojną ukończył szkołę morską. Według informacji uzyskanych od rodziny pływał na różnych statkach, w tym na s/s ,,Lida”.  W czasie wojny był w niewoli niemieckiej. Po jej zakończeniu, aż do emerytury pływał na wielu statkach w randze kapitana żeglugi wielkiej.

Wiele się już wyjaśniło, ale też wiele wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec tej historii. Pojawiają się kolejne ślady. Wiele nowych informacji, w tym zdjęć i dokumentów dostarczył bezcenny kontakt, jaki udało się nawiązać z zamieszkałym w Montrealu w Kanadzie Jackiem Sucheckim – wnukiem ppłk Wiktora Stoczkowskiego (synem jego córki Barbary). Zebrał i zabezpieczył wiele pamiątek rodzinnych. Pragnąc przywrócić należną dziadkowi pamięć wiele z nich już udostępnił, wszystkie, wraz z całością zebranego materiału, zostaną zarchiwizowane w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Więcej (również o jego osobie) w kolejnym artykule. Cóż, wypada jedynie stwierdzić, że koniec tej historii jeszcze nie nastąpił.

Waldemar Kowalski

Zobacz: W skrzyniach śmietnika cz. 1

W skrzyniach ze śmietnika (1)

wk_Jeden z kufrów wykonanych z pustych skrzyń_png

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku czeka na każdy okruch pamięci. Początek tej  historii miał dla mnie miejsce 11 stycznia 2013 r. W ten mroźny i śnieżny dzień spotkałem się wieczorem ze Stanisławem Szymajdą. Przyjechałem do niego po jego wcześniejszej deklaracji przekazania pamiątek dla Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W jego mieszkaniu czekały już na mnie dwie stare skrzynie.

Szybko okazało się, że nie są to zwykłe skrzynie, lecz kufry podróżne wykonane z pustych skrzyń transportowych.

Tatusiu, jakaś ekipa opróżnia strych

Z takimi to właśnie niejednokrotnie wracali do Polski po zakończeniu wojny żołnierze 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Pierwszy z kufrów był zamykany na zachowany jeszcze, choć już bez klucza, zamek. Rączkę kufra owinięto – dla wygodniejszego noszenia – wojskowym brezentem. Widoczne ślady po lakowanych na drewnie pieczęciach świadczą do dzisiaj o jego podróżach. Dla zwiększenia jego trwałości pod jego podstawą nabito metalowe stopki. Na drugim z kufrów zachowały się jeszcze dobrze napisy: ,,Stow Away From Boilers”, ,,Rot 96.. Gat …”, 37059 EFI ELBO” i inne. Kufer ten był niegdyś zamykany na kłódkę. Do noszenia służyły dwa brezentowe uchwyty. Wnętrze wyklejono papierem, a zewnętrzne boki obito metalową obejmą.

Z rozmowy ze Stanisławem Szymajdą dowiedziałem się, że cztery, a może już pięć lat temu zadzwoniła do niego córka: ,,Tatusiu, w domu przy ulicy Liczmańskiego w Gdańsku Oliwie jakaś ekipa pracowników opróżnia stary strych. Może do remontu. Wśród wystawionych na śmietnik rzeczy są dwie stare skrzynie z jakimiś rzeczami. Lubisz starocie, to może i te cię zainteresują”. Poinformowany w ten sposób ojciec pojechał i zabrał skrzynie. Uznał, że poosiadają wartość historyczną i szkoda, żeby zostały wyrzucone.  Wtedy nie wiedział jeszcze, co z nimi zrobi. Schował je w swojej piwnicy i tak przetrwały parę kolejnych lat, gdy dojrzała decyzja o ich przekazaniu dla Muzeum.

Właścicielem – płk Wiktor Stoczkowski

Przyjęte protokołem skrzynie i ich zawartość zostały przewiezione do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W lipcu przyszła kolej na ich szczegółową analizę. Przedmioty zostały pogrupowane i powiązane ze sobą logicznie. Wśród przysłowiowych perełek znalazła się grupa pamiątek wskazująca na to, że przed laty ich właścicielem mogła być nietuzinkowa osoba – płk Wiktor Stoczkowski. Przedwojenny polski oficer, żołnierz Kampanii Wrześniowej 1939 r., który po dostaniu się do niewoli był internowany. Wraz z grupą innych polskich oficerów w dniu 9 października 1940 r. został przewieziony z Obozu Kozielsk II do Moskwy i umieszczony w więzieniu NKWD na Butarykach, gdzie polscy oficerowie byli nakłaniani do tworzenia wojska polskiego w służbie sowieckiej. Został uwolniony z grupą oficerów tworzących Armię Gen. Władysława Andersa. Od 4 kwietnia 1943 r. był zastępcą dowódcy 5. Wileńskiej Brygady Piechoty. Był ranny pod Monte Cassino. Od jesieni 1944 r. pełnił służbę dowódcy 4. Wołyńskiej Brygady Piechoty. To oczywiście tylko garść informacji o nim, ale i te wystarczyły, by docenić wartość pozyskanych przedmiotów.

Wiodącym dowodem stał się nieśmiertelnik – kompletny i  informujący, że należał właśnie do Wiktora Stoczkowskiego – ur. 25 sierpnia 1898 r., będącego wyznania rzymsko – katolickiego i służącego w Armii Polskiej.

Pagony, guziki z orłem w koronie, rogatywka

wk_Rogatywka, nieśmiertelnik, nakładki na pagony i guziki, fragment bransolety - 'perły' ze skrzyń.-pngOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do niezmiernie cennych, choć bardzo już zniszczonych, należą nakładki na pagony mundurowe. Dwie z nich są szczególnie ciekawe, mogły powstać w pierwszym okresie tworzenia Armii gen. Władysława Andersa. Tzw. belki wykonano ze zwykłej blachy, użyto również dwóch rodzajów gwiazdek z sowieckich sortów mundurowych. Inne nakładki przypominają o przedwojennej służbie i późniejszej w szeregach 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. O tej ostatniej świadczą również dwa guziki z orłem w koronie używane do płaszcza mundurowego. Wśród sortów mundurowych należy jeszcze wymienić rogatywkę. W jej wnętrzu widoczna jest jej data produkcji – 1942 r. i oznaczenie producenta Silberston & Sons. Do tzw. sztuki okopowej można z kolei zaliczyć znaleziony w jednej ze skrzyń fragment bransolety wykonanej z przedwojennych polskich monet.

Wśród innych zagadkowych przedmiotów znalezionych w skrzyniach znajduje się kilka, które mogą wskazywać, że z biegiem czasu , znalazły się tu być może przedmioty należące do innego mężczyzny. Wskazują na jego związki ze służbą na morzu.  Wśród nich zwraca uwagę przede wszystkim pieczęć ze statku s/s ,,Lida”. Treść pieczęci: ,,Polsko – Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe // Polish Britisch Teamship CO LTD // S/S LIDA”. Być może z tej to też jednostki pochodzi znaleziony tu bloczek do liny, jakich używa się na statkach.

wk_Pieczęć, a być może i bloczek do liny ze statku 'Lida'_png

Drewnicowiec s/s ,,Lida” – statek szczęśliwy

Drewnicowiec s/s ,,Lida” pozostaje w cieniu wielu innych wspaniałych historii polskich statków i okrętów w czasie II Wojny Światowej. Karty jego dziejów są jednak nie mniej ciekawe i warto przypomnieć kilka z nich. Zalicza się go nie bez przyczyny, do statków szczęśliwych. Warto przypomnieć, że przydział na statek ,,szczęśliwy” lub ,,pechowy” miał znaczenie dla marynarzy nie tylko w czasie wojny. Statek ten został zwodowany w 1938 r. Była to wówczas nowoczesna jednostka pływająca przystosowana do przewozu drewna. Miała pojemność 1568 BRT / 790 NRT i nośność 2110 ton. Przy jej długości 77,1 m i szerokości 11,8 m mogła płynąć z prędkością 10 węzłów. Napędzana była dwu prężną 2 -cylindrową maszyną parową systemu Lentza o mocy 1100 KM.  Jej armatorem było Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe S.A. „Polbryt”, z siedzibą w Gdyni, które to zleciło budowę statku stoczni Swan, Hunter&Wigham Richardson w Newcastle – on – Tyne. Przed wybuchem wojny cumował niejednokrotnie w Gdyni.

Jak już wspomniano był zaliczany do szczęśliwych statków i potwierdza to zdarzenie z 20 stycznia 1941 r., kiedy to został trafiony niemiecką bombą lotniczą w jedną z ładowni.

Ucieczka pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Święchowskiego

Bomba ześlizgnęła się za burtę, gdzie eksplodowała, a powstałe – skutkiem wybuchu – uszkodzenia, należały do niewielkich. Do szczęśliwych też należy zaliczyć jego ucieczkę z Casablanki w dniu 4 sierpnia 1940 r., gdzie statek przebywał aresztowany przez kolaborujących z nazistowskimi Niemcami Francuzów z ówczesnej Francuskiej Afryki Zachodniej. Na krótko przed ucieczką załoga podjęła też, nieudaną niestety próbę wywiezienia grupy miejscowych Żydów do Ameryki. Zamiar ten udaremnili Niemcy, którzy przejęli w tych dniach faktyczną władzę w Casablance. Załoga była zmuszona ratować siebie i statek. Pełna napięcia ucieczka statku pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Święchowskiego trwała cztery doby. 8 sierpnia 1940 r. statek dotarł szczęśliwie do Ponta Delgada na Wyspach Azorskich.

S/s ,,Lida” wykonał wiele kolejnych rejsów i przetrwał wojnę, by 6 sierpnia 1946 r. powrócić szczęśliwie do Gdyni. W 1950 r. został przejęty przez Polską Żeglugę Morską w Szczecinie i zmieniono jego nazwę na ,,Gliwice”.

Dotrzeć do mieszkańców domu, rodziny byłych właścicieli pamiątek

Pod nowym właścicielem wykonał ponad czterysta rejsów. W ostatnich latach swojej służby pełnił rolę pływającego magazynu, by ostatecznie w 1973 r. zakończyć swój morski żywot. Pewnie niewiele zostało już po nim pamiątek, tym bardziej cenne pozostają odnalezione przedmioty.

Wśród znalezionych w skrzyniach pamiątek było oczywiście wiele innych mniej lub bardziej ważnych już historycznie przedmiotów. Wymienić można chociażby: maszynkę do ręcznego wyrobu papierosów z połowy XX w. marki Marque&Modele Dêposês ,,Pratica” E.D. Paris (wytwórnia działała we Francji od 1930 r.), brytyjskie mapy hydrograficzne z 1947 r. Bałtyku Zachodniego i Zatoki Gdańskiej, 2. Pfennige Danzig (moneta z okresu Wolnego Miasta Gdańska z 1926 r.), szwedzką maszynkę do ostrzenia żyletek Simens Sirana i pełne opakowanie zapałek okrętowych – tzw. szturmówek: ,,Ship Lifeboat Matches” marki Bryant&May / Aproved By MOFT&CA z 1965 r.

Przy przyjętych w darze przedmiotach nie było żadnych zdjęć i dokumentów. Ich wartość historyczna jest jednak zbyt duża, aby na tym poprzestać. Postanowiłem podążyć tropem, dotrzeć do mieszkańców domu, a może i rodziny byłych właścicieli pamiątek. Będę szukał dalej i wierzę, że może znajdą się też Czytelnicy, którzy mi w tym pomogą. Wszak w kilku innych zagadkowych sprawach miało już to miejsce. Ciąg dalszy musi nastąpić.

Waldemar Kowalski

 Zdjęcia: Z arch. Muzeum II Wojny Światowej