W skrzyniach ze śmietnika (2)

png_wk_ppłk W. Stoczkowski pod Ankoną zdobytą przez polskich zołnierzy w lipcu 1944 r.

Płk. Wiktor Stoczkowski pod Anconą zdobytą przez polskich żołnierzy w lipcu 1944 roku. Fot. Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

Wśród pamiątek nie było, niestety, zdjęć i dokumentów, nie brakowało natomiast związanych z nimi pytań. Ciąg dalszy musiał nastąpić i tak też się stało.

Krystyna Szymańska – siostra żony Wiktora

png_wk_Krystyna Szymańska - jej starsza siostra Anna w 1933 r. wyszła zamąż za Wiktora Stoczkowskiego. Fot. WK

Krystyna Szymańska, siostra Anny, żony Wiktora Stoczkowskiego

Miłym skutkiem prowadzonych poszukiwań stało się dotarcie do Krystyny Szymańskiej z domu Nowosad (ur.  01.01.1924 r.). Jej siostra Anna, z zawodu nauczycielka, w dniu 11 listopada 1933 r. w Lidzie zawarła związek małżeński z Wiktorem  Stoczkowskim, który w randze kapitana służył tu w 77 Pułku Piechoty. Do września 1939 r. mieszkali w Lidzie. Wojna rozdzieliła rodzinę. Wiktor wyruszył na front.

png_wk_W rozmowie z ppłk W. Stoczkowskim gen. Kazimierz Sosnkowski (po lewej).

Płk. Wiktor Stoczkowski w rozmowie z gen. Kazimierzem Sosnkowskim. Fot: Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

png_wk_ppłk W. Stoczkowski (z lewej) składający meldunek gen. Wł. Andersowi - Włochy 1946 r.

Ppłk W. Stoczkowski (z lewej) składający meldunek gen. Wł. Andersowi. Fot. Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

 

Skutkiem wrześniowych zawirowań siostry Anna i Krystyna znalazły się w Zamościu. Stąd po kapitulacji Polski z niemałym trudem udało im się powrócić do Lidy, gdzie u zaprzyjaźnionej rodziny zostały po wybuchu wojny córki Anny i Wiktora – Krystyna i Barbara. Miały wiele szczęścia, kilkakrotnie udało im się uniknąć zsyłek na Syberię.

Dużą pomocą okazały się z czasem zachowane dokumenty osobiste i fakt urodzin Anny i Krystyny w Zamościu. W ramach wymiany ludności, jaką prowadzili okupanci niemieccy i sowieccy, udało im się powrócić do Zamościa. Tu Krystyna wraz z jej drugą siostrą Marią i bratem Augustem (zginął w 1944 r.) szybko związały się z konspiracją, a z czasem i z partyzantką na Zamojszczyźnie. Krystyna pełniła funkcję łączniczki w oddziale AK ,,Wiklina” dowodzonym przez Józefa Kaczoruka ps. ,,Ryszard”, który to przeprowadził szereg działań zbrojnych w obronie ludności polskiej przeciwko Niemcom, jak i UPA na Zamojszczyźnie.

Do Polski powrócił w 1947 r. Smutny los

Przez całą wojnę nie miały informacji o Wiktorze, skutku w tym zakresie nie przyniosły również działania Anny, która po kapitulacji Polski szukała męża z pomocą Czerwonego Krzyża. Po zakończeniu wojny przeprowadzili się do Gdańska i dopiero tutaj za pośrednictwem pozostałych w Zamościu krewnych otrzymali informację o Wiktorze

Do Polski powrócił w 1947 r. Przypłynął statkiem do Gdańska. Wiele opowiadał o swoich przeżyciach: ,,Najbardziej straszne były dla nas jego wspomnienia z Rosji”. Niestety radość z powrotu do Ojczyzny i połączenia z rodziną szybko zaczęły tłumić inne problemy: ,,To było niezmiernie przykre dla nas wszystkich. Taka zasłużona dla Polski osoba. Człowiek wykształcony, pułkownik, a nie mógł znaleźć nigdzie stałego zatrudnienia. Chwytał się dorywczo różnych prac. Ostatecznie został zmuszony do wyjazdu do Bydgoszczy. Myślał, że może tam mu się uda. Nic z tego nie wyszło. To było wręcz uwłaczające, by zarobić na życie roznosił i sprzedawał piwo w kiosku na dworcu.”

Z Bydgoszczy powrócił do Gdańska w złym stanie. Skarżył się na dolegliwości serca. Miał z nim już wcześniej problemy w czasie wojny, a dotykające go stresy w powojennej Polsce tylko je pogłębiły. Zmarł w Akademii Medycznej w Gdańsku w Święta Wielkanocne w dniu 22 kwietnia 1957 r.

W kilka dni później 25 kwietnia odbył się jego skromny pogrzeb na Cmentarzu w Oliwie. ,,Rodzina bała się podać zbyt dużo informacji na nagrobku, bała się, że grób będzie niszczony przez służby bezpieczeństwa”. Na nagrobku znalazło się tylko jego imię i nazwisko, bez dat urodzenia i śmierci, bez informacji, o tym kim był za życia i czym zasłużył się Ojczyźnie.

Michał Wincza, przyjaciel Wiktora z Lidy

png_wk_W wielkiej przyjaźni z rodziną ppłk W. Stoczkowskiego żyła rodzina Michała Winczy (na zdjęciu). Fot. WK

Michał Wincza, przyjaciel Wiktora z Lidy

Kolejnych informacji dostarczył kontakt z zamieszkałym w Gdańsku Michałem Winczą (ur. w 1928 r.). Szybko też okazało się, że dobrze znają się z   Krystyną Szymańską od dzieciństwa. Jako dzieci bawili się wspólnie już w czasach, gdy ich rodziny mieszkały przed wojną w Lidzie. Jego ojciec – kpt.  Rajmund Wincza (ur. w 1897 r.) służył w 77 pp. w Lidzie w latach 1930-1937. Tam poznał i zaprzyjaźnił się z Wiktorem Stoczkowskim. Przyjacielskich kontaktów nie zmieniło jego przeniesienie w 1937 r. do 2. Batalionu Strzelców w Tczewie. Wyrazem przyjaźni było m.in. to, że żona Rajmunda Winczy. Janina została w 1935 r. matką chrzestną Barbary – drugiej z córek Wiktora i Anny Stoczkowskich.

,,Po wojnie wiele z rodzin wojskowych zamieszkałych przed wojną w Lidzie odnalazło się w Gdańsku. Szybko też odżyły przyjacielskie kontakty. Trzymały ze sobą rodziny kpt. Żabickiego, kpt. Brażuka, mjr Marzewskiego, kpt. Malickiego, ppłk Stoczkowskiego, no i oczywiście moja. Stoczkowscy mieli duży dom. Mieszkali w Oliwie przy ulicy Podhalańskiej. Ich dom był dobrze położony, na uboczu i pod lasem. U nich też często spotykały się zaprzyjaźnione rodziny. Okazje były różne. Pamiętam Święta Bożego Narodzenia. Po pasterce moja rodzina udała się do domu państwa Stoczkowskich.  Po jakichś dwóch godzinach, już późno w nocy, ppłk Stoczkowski zebrał wszystkie dzieci i poszedł z nami na sanki.”

Michał Wincza do dzisiaj darzy wielkim autorytetem i szacunkiem pułkownika Stoczkowskiego. Zachował też wiele związanych z nim wspomnień: ,,Pamiętam chociażby, jak krótko po jego powrocie do Polski w 1947 r. dał mi w prezencie swój ,,andersowski” beret oficerski. Wszyscy koledzy mi go zazdrościli”. Zaprzyjaźnione rodziny wspólnie przeżywały gorzki los pułkownika Stoczkowskiego: ,,Szybko stał się niewygodny dla nowej władzy. Pod pretekstem położenia Gdańska w strefie przygranicznej zmuszono go do wyjazdu do Bydgoszczy. By zarobić na życie podejmował się różnych prac. Pod koniec 1956 r., gdy do władzy powrócił Władysław Gomułka, zaproponowano mu powrót do służby w wojsku. Nagle uznano, że można wykorzystać jego wiedzę i doświadczenie do prowadzenia walk w terenach górzystych. Rozgoryczony dotychczasowym traktowaniem odmówił. Miał już zresztą w tym czasie problemy ze zdrowiem.”

Grób rodzinny na Cmentarzu Oliwskim

Niestety, trudno jest dzisiaj odtworzyć wszystkie szykany, z jakimi spotkał się po powrocie do kraju ppłk Wiktor Stoczkowski. Pomocna byłaby w tym jego założona mu przez UB teczka. Niestety, dzisiaj wiemy tylko, że taka była i z czasem została przekazana do archiwum Wydziału ,,C” KWMO w Gdańsku, gdzie w 1979 r. została zniszczona. Pojedyncze dokumenty zachowane w archiwach IPN potwierdzają jednak, że był w kręgu zainteresowania służb bezpieczeństwa PRL i to zarówno w trakcie jego pobytów w Gdańsku, jak i w Bydgoszczy, dokąd został zmuszony do wyjazdu. Być może trochę dodatkowych informacji uda się pozyskać z jego zachowanych  powojennych wojskowych aktach osobowych, jakie znajdują się w archiwum IPN w Warszawie.

png_wk_Cmentarz w Oliwie - grobowiec ppłk Wiktora Stoczkowskiego i Anny Stoczkowskiej - Adamowicz. (fot WK)

Grobowiec rodziny Stoczkowskich na Cmentarzu Oliwskim. Fot. Waldemar Kowalski

Grobowiec  rodziny Stoczkowskich bez specjalnego trudu znajdziemy dzisiaj idąc od kaplicy po lewej stronie głównej alei Cmentarza Oliwskiego przy ul. Opackiej i Czyżewskiego. Nie  wiadomo dlaczego i teraz na grobie ppłk Wiktora Stoczkowskiego nie ma dat urodzenia i śmierci. Jest za to nieco więcej informacji o nim samym i jego zasługach: ,,Ś.p. Wiktor Stoczkowski. D-ca 15. Baonu ,,Wilków” pod Monte Cassino. D-ca 4.Woł. Bryg. Piech. II Korpusu Wojsk Polskich w Kampanii Włoskiej. Cześć Jego pamięci”. Po prawej stronie pułkownika spoczęła w grobowcu jego żona Anna Stoczkowska – Adamowicz (ur. 22.03.1910 r. i zmarła 8.12.2005 r.). Sędziwego wieku 95 lat dożyła mieszkając w domu przy ul. Podhalańskiej w Oliwie.

Córki Krystyna, Barbara, Małgorzata – wyemigrowały

Warto jeszcze odnotować, że Wiktor i Anna Stoczkowscy mieli trzy córki. Wszystkie wyemigrowały z Polski. Krystyna (ur. w 1935 br.) zamieszkała w Szwecji, gdzie też zmarła w kwietniu tego roku. W Kanadzie zamieszkały na stałe – w Montrealu Barbara (ur. w 1936 r) i w Calgary Małgorzata (ur. w 1949 r.).

W innej części wspomnianego Cmentarza w Oliwie spoczął również drugi mąż Anny – Józef Adamowicz (zmarł w 1976 r.). To jego postać wiązać należy z inną częścią pamiątek znalezionych w skrzyniach, a przede wszystkim z pieczęcią ze statku s/s ,,Lida” i bloczkiem ze statku. Okazało się, że należy do równie ciekawych postaci. Urodzony 15.02.1905 r. obrał za zawód służbę na morzu, na którym spędził wiele lat. Przed wojną ukończył szkołę morską. Według informacji uzyskanych od rodziny pływał na różnych statkach, w tym na s/s ,,Lida”.  W czasie wojny był w niewoli niemieckiej. Po jej zakończeniu, aż do emerytury pływał na wielu statkach w randze kapitana żeglugi wielkiej.

Wiele się już wyjaśniło, ale też wiele wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec tej historii. Pojawiają się kolejne ślady. Wiele nowych informacji, w tym zdjęć i dokumentów dostarczył bezcenny kontakt, jaki udało się nawiązać z zamieszkałym w Montrealu w Kanadzie Jackiem Sucheckim – wnukiem ppłk Wiktora Stoczkowskiego (synem jego córki Barbary). Zebrał i zabezpieczył wiele pamiątek rodzinnych. Pragnąc przywrócić należną dziadkowi pamięć wiele z nich już udostępnił, wszystkie, wraz z całością zebranego materiału, zostaną zarchiwizowane w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Więcej (również o jego osobie) w kolejnym artykule. Cóż, wypada jedynie stwierdzić, że koniec tej historii jeszcze nie nastąpił.

Waldemar Kowalski

Zobacz: W skrzyniach śmietnika cz. 1

W skrzyniach ze śmietnika (1)

wk_Jeden z kufrów wykonanych z pustych skrzyń_png

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku czeka na każdy okruch pamięci. Początek tej  historii miał dla mnie miejsce 11 stycznia 2013 r. W ten mroźny i śnieżny dzień spotkałem się wieczorem ze Stanisławem Szymajdą. Przyjechałem do niego po jego wcześniejszej deklaracji przekazania pamiątek dla Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W jego mieszkaniu czekały już na mnie dwie stare skrzynie.

Szybko okazało się, że nie są to zwykłe skrzynie, lecz kufry podróżne wykonane z pustych skrzyń transportowych.

Tatusiu, jakaś ekipa opróżnia strych

Z takimi to właśnie niejednokrotnie wracali do Polski po zakończeniu wojny żołnierze 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Pierwszy z kufrów był zamykany na zachowany jeszcze, choć już bez klucza, zamek. Rączkę kufra owinięto – dla wygodniejszego noszenia – wojskowym brezentem. Widoczne ślady po lakowanych na drewnie pieczęciach świadczą do dzisiaj o jego podróżach. Dla zwiększenia jego trwałości pod jego podstawą nabito metalowe stopki. Na drugim z kufrów zachowały się jeszcze dobrze napisy: ,,Stow Away From Boilers”, ,,Rot 96.. Gat …”, 37059 EFI ELBO” i inne. Kufer ten był niegdyś zamykany na kłódkę. Do noszenia służyły dwa brezentowe uchwyty. Wnętrze wyklejono papierem, a zewnętrzne boki obito metalową obejmą.

Z rozmowy ze Stanisławem Szymajdą dowiedziałem się, że cztery, a może już pięć lat temu zadzwoniła do niego córka: ,,Tatusiu, w domu przy ulicy Liczmańskiego w Gdańsku Oliwie jakaś ekipa pracowników opróżnia stary strych. Może do remontu. Wśród wystawionych na śmietnik rzeczy są dwie stare skrzynie z jakimiś rzeczami. Lubisz starocie, to może i te cię zainteresują”. Poinformowany w ten sposób ojciec pojechał i zabrał skrzynie. Uznał, że poosiadają wartość historyczną i szkoda, żeby zostały wyrzucone.  Wtedy nie wiedział jeszcze, co z nimi zrobi. Schował je w swojej piwnicy i tak przetrwały parę kolejnych lat, gdy dojrzała decyzja o ich przekazaniu dla Muzeum.

Właścicielem – płk Wiktor Stoczkowski

Przyjęte protokołem skrzynie i ich zawartość zostały przewiezione do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W lipcu przyszła kolej na ich szczegółową analizę. Przedmioty zostały pogrupowane i powiązane ze sobą logicznie. Wśród przysłowiowych perełek znalazła się grupa pamiątek wskazująca na to, że przed laty ich właścicielem mogła być nietuzinkowa osoba – płk Wiktor Stoczkowski. Przedwojenny polski oficer, żołnierz Kampanii Wrześniowej 1939 r., który po dostaniu się do niewoli był internowany. Wraz z grupą innych polskich oficerów w dniu 9 października 1940 r. został przewieziony z Obozu Kozielsk II do Moskwy i umieszczony w więzieniu NKWD na Butarykach, gdzie polscy oficerowie byli nakłaniani do tworzenia wojska polskiego w służbie sowieckiej. Został uwolniony z grupą oficerów tworzących Armię Gen. Władysława Andersa. Od 4 kwietnia 1943 r. był zastępcą dowódcy 5. Wileńskiej Brygady Piechoty. Był ranny pod Monte Cassino. Od jesieni 1944 r. pełnił służbę dowódcy 4. Wołyńskiej Brygady Piechoty. To oczywiście tylko garść informacji o nim, ale i te wystarczyły, by docenić wartość pozyskanych przedmiotów.

Wiodącym dowodem stał się nieśmiertelnik – kompletny i  informujący, że należał właśnie do Wiktora Stoczkowskiego – ur. 25 sierpnia 1898 r., będącego wyznania rzymsko – katolickiego i służącego w Armii Polskiej.

Pagony, guziki z orłem w koronie, rogatywka

wk_Rogatywka, nieśmiertelnik, nakładki na pagony i guziki, fragment bransolety - 'perły' ze skrzyń.-pngOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do niezmiernie cennych, choć bardzo już zniszczonych, należą nakładki na pagony mundurowe. Dwie z nich są szczególnie ciekawe, mogły powstać w pierwszym okresie tworzenia Armii gen. Władysława Andersa. Tzw. belki wykonano ze zwykłej blachy, użyto również dwóch rodzajów gwiazdek z sowieckich sortów mundurowych. Inne nakładki przypominają o przedwojennej służbie i późniejszej w szeregach 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. O tej ostatniej świadczą również dwa guziki z orłem w koronie używane do płaszcza mundurowego. Wśród sortów mundurowych należy jeszcze wymienić rogatywkę. W jej wnętrzu widoczna jest jej data produkcji – 1942 r. i oznaczenie producenta Silberston & Sons. Do tzw. sztuki okopowej można z kolei zaliczyć znaleziony w jednej ze skrzyń fragment bransolety wykonanej z przedwojennych polskich monet.

Wśród innych zagadkowych przedmiotów znalezionych w skrzyniach znajduje się kilka, które mogą wskazywać, że z biegiem czasu , znalazły się tu być może przedmioty należące do innego mężczyzny. Wskazują na jego związki ze służbą na morzu.  Wśród nich zwraca uwagę przede wszystkim pieczęć ze statku s/s ,,Lida”. Treść pieczęci: ,,Polsko – Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe // Polish Britisch Teamship CO LTD // S/S LIDA”. Być może z tej to też jednostki pochodzi znaleziony tu bloczek do liny, jakich używa się na statkach.

wk_Pieczęć, a być może i bloczek do liny ze statku 'Lida'_png

Drewnicowiec s/s ,,Lida” – statek szczęśliwy

Drewnicowiec s/s ,,Lida” pozostaje w cieniu wielu innych wspaniałych historii polskich statków i okrętów w czasie II Wojny Światowej. Karty jego dziejów są jednak nie mniej ciekawe i warto przypomnieć kilka z nich. Zalicza się go nie bez przyczyny, do statków szczęśliwych. Warto przypomnieć, że przydział na statek ,,szczęśliwy” lub ,,pechowy” miał znaczenie dla marynarzy nie tylko w czasie wojny. Statek ten został zwodowany w 1938 r. Była to wówczas nowoczesna jednostka pływająca przystosowana do przewozu drewna. Miała pojemność 1568 BRT / 790 NRT i nośność 2110 ton. Przy jej długości 77,1 m i szerokości 11,8 m mogła płynąć z prędkością 10 węzłów. Napędzana była dwu prężną 2 -cylindrową maszyną parową systemu Lentza o mocy 1100 KM.  Jej armatorem było Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe S.A. „Polbryt”, z siedzibą w Gdyni, które to zleciło budowę statku stoczni Swan, Hunter&Wigham Richardson w Newcastle – on – Tyne. Przed wybuchem wojny cumował niejednokrotnie w Gdyni.

Jak już wspomniano był zaliczany do szczęśliwych statków i potwierdza to zdarzenie z 20 stycznia 1941 r., kiedy to został trafiony niemiecką bombą lotniczą w jedną z ładowni.

Ucieczka pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Święchowskiego

Bomba ześlizgnęła się za burtę, gdzie eksplodowała, a powstałe – skutkiem wybuchu – uszkodzenia, należały do niewielkich. Do szczęśliwych też należy zaliczyć jego ucieczkę z Casablanki w dniu 4 sierpnia 1940 r., gdzie statek przebywał aresztowany przez kolaborujących z nazistowskimi Niemcami Francuzów z ówczesnej Francuskiej Afryki Zachodniej. Na krótko przed ucieczką załoga podjęła też, nieudaną niestety próbę wywiezienia grupy miejscowych Żydów do Ameryki. Zamiar ten udaremnili Niemcy, którzy przejęli w tych dniach faktyczną władzę w Casablance. Załoga była zmuszona ratować siebie i statek. Pełna napięcia ucieczka statku pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Święchowskiego trwała cztery doby. 8 sierpnia 1940 r. statek dotarł szczęśliwie do Ponta Delgada na Wyspach Azorskich.

S/s ,,Lida” wykonał wiele kolejnych rejsów i przetrwał wojnę, by 6 sierpnia 1946 r. powrócić szczęśliwie do Gdyni. W 1950 r. został przejęty przez Polską Żeglugę Morską w Szczecinie i zmieniono jego nazwę na ,,Gliwice”.

Dotrzeć do mieszkańców domu, rodziny byłych właścicieli pamiątek

Pod nowym właścicielem wykonał ponad czterysta rejsów. W ostatnich latach swojej służby pełnił rolę pływającego magazynu, by ostatecznie w 1973 r. zakończyć swój morski żywot. Pewnie niewiele zostało już po nim pamiątek, tym bardziej cenne pozostają odnalezione przedmioty.

Wśród znalezionych w skrzyniach pamiątek było oczywiście wiele innych mniej lub bardziej ważnych już historycznie przedmiotów. Wymienić można chociażby: maszynkę do ręcznego wyrobu papierosów z połowy XX w. marki Marque&Modele Dêposês ,,Pratica” E.D. Paris (wytwórnia działała we Francji od 1930 r.), brytyjskie mapy hydrograficzne z 1947 r. Bałtyku Zachodniego i Zatoki Gdańskiej, 2. Pfennige Danzig (moneta z okresu Wolnego Miasta Gdańska z 1926 r.), szwedzką maszynkę do ostrzenia żyletek Simens Sirana i pełne opakowanie zapałek okrętowych – tzw. szturmówek: ,,Ship Lifeboat Matches” marki Bryant&May / Aproved By MOFT&CA z 1965 r.

Przy przyjętych w darze przedmiotach nie było żadnych zdjęć i dokumentów. Ich wartość historyczna jest jednak zbyt duża, aby na tym poprzestać. Postanowiłem podążyć tropem, dotrzeć do mieszkańców domu, a może i rodziny byłych właścicieli pamiątek. Będę szukał dalej i wierzę, że może znajdą się też Czytelnicy, którzy mi w tym pomogą. Wszak w kilku innych zagadkowych sprawach miało już to miejsce. Ciąg dalszy musi nastąpić.

Waldemar Kowalski

 Zdjęcia: Z arch. Muzeum II Wojny Światowej

Najpierw był hangar. Lotnisko w dawnym Gdańsku

Flughafen_Danzig

Flughafen_Danzig

W 1935 r. wykonano tu 18 635 lotów, przewieziono 13 128 osób oraz 285 958 kg  ładunku. Pierwsze lotnisko we Wrzeszczu powstało pod koniec 1913 r. Książe Fryderyk Zygmunt pruski wybudował wówczas na terenie ówczesnego dużego placu ćwiczeń hangar lotniczy. Natomiast rozwój nowoczesnego lotnictwa przypadła już na czasy Wolnego Miasta, kiedy to 17 czerwca 1923 r. uroczyście otwarto Port Lotniczy Gdańsk-Wrzeszcz.

Jego powstanie było możliwe dzięki licznym dotacjom z Niemiec.

Lokalizacja doskonała

Rząd polski nie wykazywał w tym okresie większego zainteresowania sprawami lotniczymi w Wolnym Mieście Gdańsku, a także nie podjął działań zmierzających do formalnego zagwarantowania możliwości przelotów polskich samolotów wojskowych nad obszarem WMG. Kwestia ta była o tyle istotna, że stosunkowo niedaleko znajdowała się baza Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku.

Jeżeli chodzi o lokalizację nowego Portu Lotniczego to z marketingowego punktu widzenia była ona doskonała. Niespełna kilometr od niego znajdował się bowiem dworzec kolejowy zapewniający dogodną komunikację na trasie Sopot – Gdańsk. Pomimo tego lotnisko było w stanie przyjąć największe w tamtym czasie samoloty pasażerskie. W dodatku warunki terenowe zapewniały płaski obszar, który pomimo bliskości morza nie był podmokły.

Na początku port lotniczy otrzymał drewniany budynek o powierzchni 400 m kw., w którym mieściły się biura i skromny bufet z kilkoma miejscami noclegowymi. W 1924 r. doszły do tego dwa warsztaty lotnicze i hangar o powierzchni 1200 m. kw. Efektem prac modernizacyjnych było także zainstalowanie w 1926 r. oświetlenia niezbędnego do obsługi nocnej komunikacji lotniczej Berlin – Gdańsk – Królewiec, którą uruchomiono rok później.

Lata 30. – nowy gmach administracyjny

Natomiast przyłączenie budynków portu lotniczego do wodociągów i kanalizacji miejskiej nastąpiło w roku 1928.

Lata trzydzieste przynoszą największe zmiany. Rozpoczyna się bowiem budowa nowego gmachu administracyjnego, który zostaje uroczyście otwarty 8 grudnia 1934 r. Jest on położony ok. 30 m. od dworca kolejowego skąd co kwadrans odchodzą pociągi do centrum Gdańska, Oliwy oraz Sopotu. Niedaleko budynku portu lotniczego znajduje się też przystanek linii tramwajowych i autobusowych. Z punktu widzenia wygody pasażerów były to rozwiązania wręcz idealne.

Wprowadzano też liczne zmiany przyczyniające się do poprawy bezpieczeństwa. Gdański Port Lotniczy wyposażono m.in. w radio pokładowe i goniometr (urządzenie do namierzania i naprowadzania radiowego samolotów), radiolatarnię oraz aparaturę służącą do mierzenia prędkości i wysokości nocnej pokrywy chmur, a nawet urządzenia służące do „ślepego lądowania”. Te bardzo wówczas nowoczesne rozwiązania stawiały Gdańsk w czołówce portów lotniczych Europy i zapewniały mu miejsce w I klasie lotnisk komunikacyjnych.

Deutsche Luft Hansa  i Polskie Linie Lotnicze „LOT”

Z dniem 2 marca 1934 r. weszła w życie umowa lotnicza miedzy Niemcami a Polską. Ustalono w niej m.in. bramy wlotowe na trasie Berlin – Gdańsk – Królewiec przez polski korytarz. Wyrażenie zgody na przelot przez terytorium Polski było szczególnie istotne dla strony niemieckiej, gdyż samoloty kierujące się do i z Gdańska nie musiały już okrążać Półwyspu Helskiego i lecieć nad morzem.

Rok 1935 zaowocował dla Portu Lotniczego Gdańsk – Wrzeszcz wykonaniem 18 635 lotów. Przewieziono w tym czasie 13 128 osób oraz285 958 kg  ładunku. Stałą pasażerską komunikację lotniczą zapewniały tylko dwie firmy: Deutsche Luft Hansa  i Polskie Linie Lotnicze „LOT”. Te ostatnie od 1 maja tegoż roku uruchomiły regularną komunikację lotniczą do nowo wybudowanego portu lotniczego w Rumi, który obsługiwał nabierającą coraz większego znaczenia Gdynię.

Port Lotniczy Gdańsk-Wrzeszcz był własnością Wolnego Miasta Gdańska. Administracyjnie podlegał Wydziałowi Komunikacji Senatu WMG.

Jarosław Balcewicz

Lotnisko na planie Gdanska , 1934 r.

Lotnisko na planie Gdańska, 1934 r.

Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku

Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku

Junkers F 13 przedsiŕbiorstwa pocztowego Danziger Luftpost 1921

Junkers F 13 przedsiębiorstwa pocztowego Danziger Luftpost 1921 r.

Cały czas pragnę się zobaczyć, jak najprędzej i żyć na Waszą Korzyść

Od lewej Maryla i Maria Żwitwckie.

Od lewej Maryla i Maria Swiąteckie.

Do powstającego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku dotarły dokumenty majora Wojska Polskiego, Jan Sałęgi i jego rodziny. Szukamy synów bohatera: Bolesława i Bogusława Sałęgów i ich rodzin.

Na biurku przede mną leży zbiór zdjęć i dokumentów, jakie dotarły korespondencyjnie do powstającego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Porządkuję je i układam chronologicznie. Poznaję kolejną, jedną z wielu historii, jakie przyniosła polskim rodzinom II Wojna Światowa. Otrzymany zbiór należy do urodzonego w 1894 r. majora Wojska Polskiego Jan Sałęgi i jego rodziny.

Był doskonałym jeźdźcem. Uczestniczył w Kampanii Wrześniowej.  Osadzony w obozie jenieckim w Kozielsku.Z dokumentów wynika, że był uczestnikiem I Wojny Światowej, od 1927 r. związał się ze szkolnictwem wojskowym.

Był doskonałym jeźdźcem. W 1931 r. wraz z: ppłk kawalerii WP Józefem Trenkwaldem, K. Szoslandem i Z. Rucińskim, zdobył Puchar Narodów. Był też laureatem nagrody jeździeckiej marszałka Józefa Piłsudskiego w Konkursie Armii Polskiej w Krajowych Zawodach Konnych w 1932 r. Przed wybuchem wojny w 1939 r. pełnił funkcję Komendanta Kursu Instruktorów Jazdy Konnej i Zaprzęgami w Toruniu. Zamieszkiwał  w tym czasie w mieszkaniu skarbowym przy ul. Prądzyńskiego 3/ m.6. W dniu 24 sierpnia – w związku ze służbą i rozkazami – opuścił mieszkanie. Z tego dnia zachował się interesujący urzędowy spis wyposażenia mieszkania obrazujący stan materialny jego oficerskiej rodziny (żona Bolesława i dwóch synów – Bolesław i Bogusław). Po udziale w Kampanii Wrześniowej ukrywał się przez pewien czas. Z okresu tego zachowały się dwa ,,grypsy” kierowane do żony. Oba zachowały jego teściowa, Maria Świątecka i jej córka, Maryla, które zamieszkiwały w tym czasie we Lwowie. Zatrzymany przez Sowietów został osadzony w obozie jenieckim w Kozielsku.

Od lewej Maria i Maryla Żwiteckie

Od lewej Maria i Maryla Świąteckie

Z okresu pobytu w Kozielsku zachowały się jego trzy listy kierowane do żony, Bolesławy. Pisał w nich o swoich nadziejach i tęsknocie za rodziną, biedzie obozowej, pogarszającym się wzroku i chorobie uszu. W jednym z listów skarżył się, że musiał sprzedać zegarek, by mieć pieniądze na niezbędne mu rzeczy, prosił też o przesłanie skarpetek i nożyków do golenia. Mimo trudnego położenia nie tracił wiary i tak m.in. w dniu 25 listopada 1939 r. pisał do żony: Oczekuję na wyjazd do Torunia lub Warszawy, jako mieszkaniec Torunia sprzed wojny. Ty również z dziećmi i Romek, jako uciekinierzy wojenni, macie prawo powrotu do Warszawy lub Torunia (…). Jego troska o rodzinę była w każdym z listów. W jednym z nich z 8 stycznia 1940 r. pisał: Cały czas pragnę się zobaczyć, jak najprędzej i żyć na Waszą Korzyść (…). Zwracał się również bezpośrednio do synów, m.in.: Czy grzeczni jesteście i słuchacie Mamusi? Uczcie się chętnie i dobrze, to Wam dużo naopowiadam jak się zobaczymy (…)

Fragment listu z obozu w Kozielsku z dnia 25.11.1939 r.

Fragment listu z obozu w Kozielsku z dnia 25.11.1939 r.

 

Jeden z tysięcy polskich oficerów zamordowany w Katyniu. Jego żonę, Bolesławę Sałęgę, wraz z synami, Bolesławem i Bogusławem, zesłano do Kazachstanu

Już się nie zobaczyli, został jednym z tysięcy polskich oficerów zamordowanych w Katyniu.

Jego żonę, Bolesławę Sałęgę, wraz z synami, zesłano do Kazachstanu. Z okresu tego zachowały się rysunki Bolesławy Sałęgi.

image description

Rysunek Bolesławy Sałęgi wykonany w Kazachstanie

image description

Rysunek Bolesławy Sałęgi wykonany w Kazachstanie.

Na kartkach papieru, przy użyciu ołówka i kredek ilustrowała ich warunki pobytu, codzienne życie i większe lub mniejsze wydarzenia.  Z Kazachstanu, wraz z Armią gen. Władysława Andersa, udało im się przedostać przez Azję Mniejszą do Afryki, skąd trafili do Sydney w Australii. Do Australii przeprowadziła się również po wojnie, z córką Marylą, Maria Świątecka – matka Bolesławy, do której wcześniej kierował swoją korespondencję mjr Jan Sałęga, a później jego żona, Bolesława. Wyjeżdżając do Australii Maria Świątecka pozostawiła w depozycie u swojej przyjaciółki, Ireny Neunert, przywołane pamiątki rodzinne. Po jej śmierci depozyt w spadku przejął jej przyrodni brat, Zbigniew Jastrzębski. Po jego śmierci jego żona, by nie uległy zniszczeniu i zapomnieniu, spakowała je i przesłała do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wśród otrzymanych materiałów nie ma jeszcze zdjęć samego majora i jego żony. Wierzę, że z czasem i te się znajdą. Są natomiast zdjęcia jego teściowej i szwagierki. Jest też przeurocze zdjęcie jego synów Bolesława i Bogusława. Wykonane w Toruniu latem 1939 r., na krótko przed wybuchem wojny, przedstawia dwóch szczęśliwych i ufnie patrzących w przyszłość chłopców przed samochodem ich ojca.

image description

Na odwrocie zdjęcia odręczny napis ,,Boluni”

Wystarczyły tygodnie, miesiące, by w machinie wojennych systemów totalitarnych wszystko legło w gruzach. Spadkobierca depozytu, Zbigniew Jastrzębski, próbował odszukać barci. Według posiadanych przez niego przekazów jeden z nich po wojnie został lekarzem i zamieszkał w Anglii. Niestety czas długo nie był przyjaznym takim poszukiwaniom. Wymagały one również środków finansowych, a tych poszukujący nie miał za wiele. Może teraz się uda? Posiadających informację i inne materiały w sprawie przedwojennych, wojennych, jak i powojennych losów rodziny majora Jana Sałęgi, prosimy o kontakt z redakcją lub z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

*  *  *

            Przedstawiona historia jest zaledwie jedną z tysięcy, jakie stały się udziałem polskich rodzin. Nie jest też jedyną, jakie wraz z towarzyszącymi im pamiątkami, trafiły do powstającego w Gdańsku Muzeum. Nie można o nich zapominać, winny nadal służyć swoim przekazem kolejnym pokoleniom.

Waldemar Kowalski