Kładka dla leniwych

Danuta - bez przeszkód w Starym Porcie

Drodzy decydenci, nie rujnujcie nam po raz kolejny Gdańska. Władze Gdańska po raz kolejny ignorują opinię miłośników miasta, rodzimych architektów, ludzi, którzy po 1945 roku odbudowywali ze zgliszcz nasze miasto. Ignorują także tysiące gdańszczan, którzy m.in. na portalach poświęconych miastu i na forach internetowych wprost sprzeciwiają się budowie kładki na Wyspę Spichrzów.

Miasto ogłosiło w marcu br., że wspólnie z prywatnym inwestorem w formie partnerstwa publiczno-prawnego zagospodaruje północny cypel Wyspy Spichrzów.

Wypadałoby się cieszyć

Miasto wniesie do spółki działkę wartą 33,8 mln zł, a inwestor wyda na cel publiczny 33 mln zł.

Wypadałoby się cieszyć z takiego obrotu sprawy, w końcu Wyspa Spichrzów, a szczególnie jej północny fragment, czeka na odbudowę od 1945 roku. Wprawdzie projekt nie przewiduje odbudowy dawnych zabudowań, a budowę nowych obiektów „luźno” nawiązujących do historycznej zabudowy, to największym zagrożeniem dla przestrzeni jest tu planowana budowa kładki na Motławie, która ma połączyć północny cypel Wyspy Spichrzów z Długim Pobrzeżem.

Dziwię się ogromnie, że władze Gdańska godzą się na zniszczenie historycznego pięknego widoku na Stary Port nad Motławą. Niewątpliwie tak będzie, gdyż planowana kładka przysłoni jeden z najpiękniejszych i najbardziej znanych widoków, jaki charakteryzuje nasze ponad tysiącletnie miasto. Nie wspominam już, że kładka zdezorganizuje ruch statków na rzece.

Po co nam ta kładka? Czy mieszkańcy i turyści są – w mniemaniu władz Gdańska – tak bardzo leniwi, że nie będzie im się chciało przejść przez Zielony Most, aby dotrzeć na północny cypel wyspy? Nie sądzę, żeby tak było. Widać to doskonale już teraz, kiedy oddano do użytku nowe nabrzeże spacerowe wokół Wyspy Spichrzów. Setki gdańszczan i turystów każdego dnia wybiera sobie za cel spacer nowym nabrzeżem, podziwiając m.in. najpiękniejszy z widoków Gdańska – widok na Stary Port nad Motławą wraz z zabytkowym Żurawiem. Zaglądają tam, a przecież – poza wspaniałymi widokami – nic tam jeszcze nie ma. Jak powstaną tam, zapowiadane przez miasto, inwestycje, spacerowiczów będzie jeszcze więcej. Kładka wcale nie jest tu potrzebna.

Pokażemy, że potrafimy „walczyć”

Bardziej przydałby się – o czym niejednokrotnie wspominał prof. Andrzej Januszajtis – nowoczesny prom, który woziłby mieszkańców i turystów pomiędzy Długim Pobrzeżem, Wyspą Spichrzów i Ołowianką. Byłaby to przeprawa nie utrudniająca ruchu statków na Motławie, a jednocześnie atrakcyjna dla pasażerów promu.

Drodzy decydenci, nie rujnujcie nam po raz kolejny Gdańska. Niejednokrotnie udowodniliście, że najważniejsze zdanie dotyczące zabudowy Gdańska ma inwestor, a nie mieszkańcy. Na szczęście coraz częściej to właśnie mieszkańcy biorą sprawy w swoje ręce (jak mieszkańcy Brzeźna, którzy przeciwstawili się wysokiej zabudowie pasa nadmorskiego). Jestem przekonany, że także w sprawie kładki na Wyspę Spichrzów, my mieszkańcy Gdańska pokażemy, że potrafimy „walczyć” o piękno naszego miasta.
Szczerze nie rozumiem dlaczego prezydent miasta, tak często wypowiadający się o miłości do jego historycznego dziedzictwa, pozwala na budowę czegoś, co bezsprzecznie zniszczy wspaniałą panoramę Motławy, podziwianą choćby z Zielonego Mostu. Czy nie lepiej zamiast budowy kładki zobowiązać inwestora do utrzymania połączenia promowego z Wyspą Spichrzów?

Jeśli kładka pomiędzy Długim Pobrzeżem, a Wyspą Spichrzów w mniemaniu władz Gdańska musi powstać, aby zapewnić ruch pieszych, to przypominam, że ruch pieszych należy również zapewnić na trasie Długie Pobrzeże-Ołowianka i Ołowianka-Wyspa Spichrzów. Tam również, idąc tokiem myślenia naszych włodarzy, należałoby wybudować kładki. Najlepiej też – jak ironicznie proponuje jeden z internautów – osuszyć Motławę i wybudować w jej korycie drogę dla samochodów. Przecież trzeba będzie jakoś dojechać do nowych inwestycji na Wyspie Spichrzów. Gdańszczanie i turyści to leniwe istoty i pewnie już nie będzie im się chciało przyjść tu pieszo. Prawda?

Sławomir Lewandowski

Kowalina na czele Zarządu Dzielnicy Wrzeszcz Górny

kowalina kadrW składzie nowej Rady Dzielnicy Wrzeszcz Górny są radni rekomendowani przez Stowarzyszenie Nasz Gdańsk. Przewodniczącym Zarządu został Arkadiusz Kowalina („Nasz Gdańsk”). Natomiast wiceprzewodniczącym Rady Dzielnicy w nowej kadencji jest Maciej Kałas (członek Zarządu Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”). Przewodniczącym Rady Dzielnicy Wrzeszcz Górny został Romuald Plewa.

W wyniku głosowania funkcje w organach statutowych Dzielnicy Wrzeszcz Górny objęli:

Skład Zarządu Dzielnicy

Arkadiusz KOWALINA – Przewodniczący Zarządu Dzielnicy,
Krzysztof KOPROWSKI – Zastępca Przewodniczącego Zarządu Dzielnicy,
Halina CZŁAPIŃSKA i Gabriela ROSZKOWSKA – Członkinie Zarządu Dzielnicy.

Do nowego Zarządu Dzielnicy radni nie wybrali natomiast Lidii Makowskiej – która była w poprzedniej kadencji Przewodniczącą Zarządu Dzielnicy,

Wyniki głosowania w wyborach do Rady Dzielnicy Wrzeszcz Górny

A Gdańsk tak piękny… Po co psuć to, co przynosi chlubę (i zyski)?

1. Wodna flanka Głównego Miasta,   jedyna taka w świecie (1) sm

Wodna flanka Głównego Miasta – jedyna taka w świecie

GDAŃSK. Gdyby chcieć określić nasze miasto jednym słowem, byłby to przymiotnik p i ę k n y . Gdańsk jest piękny. Od wieków powtarzają to wszyscy, zwłaszcza gdy odwiedzają Gdańsk po raz pierwszy. (…) Wydawanie dużych sum na coś, co można równie skutecznie i bezkolizyjnie załatwić 2 do 3 razy taniej, ma w ekonomii nazwę: złe gospodarowanie pieniędzmi ze szkodą dla firmy.

To są autentyczni świadkowie świetnej historii gdańskiego portu – odwiecznego okna Rzeczpospolitej – na świat

A Gdańsk tak piękny i tak cichy,

Gdy słuch wytężę nocą, słyszę

Odgłosy pieśni i kielichy

I pocałunki, za tę ciszę,

W której się żywiej i goręcej

Czuje, ja kocham Gdańsk najwięcej.

Wiktor Gomulicki

Gdyby chcieć określić nasze miasto jednym słowem, byłby to przymiotnik p i ę k n y . Gdańsk jest piękny. Od wieków powtarzają to wszyscy, zwłaszcza gdy odwiedzają Gdańsk po raz pierwszy. Zachwyt odnosi się do położenia, morza, wzgórz, otaczającej przyrody, przede wszystkim do Starego Gdańska w obrębie fortyfikacji nowożytnych, a zwłaszcza do naszej perełki – Głównego Miasta – najpiękniej odbudowanego ze zniszczeń wojennych. To wielka zasługa powojennych historyków i architektów, którzy z ruin i zgliszcz potrafili ten cud wyczarować.

Ich słabością było, że nie wychowali sobie następców.

Po co psuć to, co przynosi nam chlubę (i zyski)?

W rezultacie doszliśmy dziś do czasów, w których zamiast kończyć dzieło na starych zasadach – z większym naciskiem na odbudowę kamieniczek jako odrębnych jednostek mieszkalnych, należących do indywidualnych właścicieli – dąży się do osłabiania efektu odbudowy, zakłócania piękna krajobrazu przez obiekty rażące zbyt wielką skalą, kształtem i kolorystyką – po prostu brzydkie. Przykładów nie wymieniam, bo każdy, kto ma w duszy choć odrobinę wrażliwości na piękno, bez trudu je rozpozna. Tutaj chcę się odnieść do najnowszej, a w gruncie rzeczy wciąż tej samej, uporczywie z wciąż tymi samymi błędami powtarzanej „wizji” północnego cypla Wyspy Spichrzów. Cieszymy się, że znaleziono inwestorów, ale martwi fakt, że ani władze architektoniczne, ani konserwatorskie nie potrafią narzucić nic, co stanęłoby w godnym szeregu obok niezwykłego piękna dawnej zabudowy – w tym przypadku Długiego Pobrzeża.

Na czym polega jego urok? Mamy tu (wraz z Pobrzeżem Rybackim) długie na 800 metrów łagodnie wygięte nabrzeże, na którym znów, jak przed wiekami, stoi rząd niespełna stu kolorowych kamieniczek, przerwany ośmioma w większości gotyckimi bramami i mocarną sylwetą Żurawia. Takiego drugiego nabrzeża, z taką liczbą bram wodnych, z takim Żurawiem, po prostu nie ma! Ta wspaniała wodna flanka Głównego Miasta zasługuje na to, by po drugiej stronie powstało coś równie pięknego. Dla nas, miłośników Gdańska, najlepsze byłoby odtworzenie – w zewnętrznym kształcie i nowej funkcji – stojących tam prastarych spichlerzy, z nowoczesnymi wstawkami między nimi. Zamiast tego widzimy potężną ścianę pseudo spichlerzy, o ujednoliconej pod sznurek zbyt dużej wysokości (błąd konserwatorski, ale to nikogo nie usprawiedliwia), sprawiającej, że szczyty tej zabudowy będą widoczne nad bramami z głębi ulic Chlebnickiej, Mariackiej i Świętego Ducha. Po co psuć to, co przynosi nam chlubę (i zyski)? Po co przytłaczać optycznie pięknie odbudowane Długie Pobrzeże?

Mury „Dalekiej Drogi”, „Wolego Łba” jeszcze stoją

2. Zestawienie dawnych spichlerzy (u góry) i projektowanej ściany pseudospichlerzy (1) sm

Zestawienie spichlerzy (u góry) i projektowanej ściany pseudo spichlerzy

Błędem przedstawionej wizji są też szklane nadbudowy spichlerzy, których mury jeszcze stoją – np. „Dalekiej Drogi” (Chmielna 2/3), „Wolego Łba” (Chmielna 12, ostatnio rozebrany, z zachowaniem cegieł i barokowego kartusza) i co najmniej kilku innych. Powinno się je odbudować w dawnej, nie zdeformowanej postaci. To są autentyczni świadkowie świetnej historii gdańskiego portu – odwiecznego okna Rzeczpospolitej na świat. Najniższa, wysoka na 16 m, „Daleka Droga” zaczynała tutaj niezwykłą obwiednię szczytów, wznoszącą się łagodnie do spichlerza „Deo” z sięgającą 29 m nadbudówką (bryła spichlerza ma bez niej tylko 22 m wysokości!), a za nim harmonijnie oscylującą od 18 do 22 m nad gruntem. Powinno się to powtórzyć, albo ściśle do tego nawiązać. Tymczasem widzimy ścianę, a obok niej, na samym cyplu, za „Daleką Drogą” – jakieś szklane pudło. Po co ten akcent, w dodatku taki radykalny? Dla punktu widokowego wystarczyłaby ażurowa wieżyczka. Czy autorzy wizji na prawdę wierzą, że taki obiekt dorówna klasą Żurawiowi?

Powiedzmy szczerze: gdyby wprowadzono odpowiednie poprawki, zrezygnowano ze szklanych nadbudów, obniżono o 6 metrów obwiednię (rzędne kalenic) nowej zabudowy, to od biedy moglibyśmy się z nią pogodzić, ale most dla pieszych z Wyspy na Długie Pobrzeże jest nie do przyjęcia. Kładka, jeszcze jedna, za zgodą konserwatora (??) brutalnie przekreślająca Motławę w najpiękniejszym miejscu i praktycznie uniemożliwiająca zawijanie statków białej floty do przystani przy Zielonej Bramie?

Dlaczego boicie się promu?

3. Kładka, szpecąca krajobraz, blokująca żeglugę  (1)

Kładka – szpecąca krajobraz, blokująca żeglugę

Tego już za wiele, to wygląda na jakieś natręctwo! Dlaczego nie prom – równie skuteczny, nie kontrowersyjny, o wiele tańszy i całkowicie bezpieczny? Zadajemy to pytanie od lat i nikt nie odpowiada, nie ustosunkowuje się do propozycji przeprawy na Ołowiankę (teraz także tutaj) w postaci nowoczesnej jednostki wodnej, z ekonomicznymi silnikami, mogącej przewozić tysiące osób na godzinę (w razie zwiększonej potrzeby można dodać drugi i trzeci taki statek), o każdej porze dnia i nocy, w naszym klimacie praktycznie przez cały rok. Drodzy zwolennicy kładki, dlaczego boicie się promu? Bo w 1975 jeden prom zatonął? Przez 40 lat, jakie upłynęły od tego wypadku, gdańskie promy pływają bezawaryjnie. W dodatku co to był za prom – prymitywny, przeciągany na linie siłą mięśni! Kiedy był tłok, pasażerowie stali, a w razie czego do dyspozycji były ledwie dwa koła ratunkowe!

Tutaj, podobnie jak z ul. Wartkiej na Ołowiankę, proponujemy prom motorowy, zdolny do przewożenia także osób niepełnosprawnych i rowerów (wystarczy odpowiedni trap i winda w przystani), pod każdym względem lepszy od kładki i – co dla płacących za to powinno mieć znaczenie – o wiele tańszy. Wydawanie dużych sum na coś, co można równie skutecznie i bezkolizyjnie załatwić 2 do 3 razy taniej, ma w ekonomii nazwę: złe gospodarowanie pieniędzmi ze szkodą dla firmy.

Pochwalmy jeszcze to, co dobre: przywrócenie zwodzenia Mostu Stągiewnego i powiększenie mariny o akweny Nowej Motławy.

Tylko, kto będzie tu wpływał po zbudowaniu skutecznie utrudniającej żeglugę kładki na Ołowiankę?

I co z od dawna wyczekiwanym, najłatwiejszym do zrealizowania otwieraniem Mostu Zielonego?

Andrzej Januszajtis

Zdjęcia: Andrzej Januszajtis

Służąca – też człowiek

ng WP_20150124_14_03_02_Pro

Rozmowa z dr Ewą Barylewską – Szymańską, kierownikiem Domu Uphagena – Oddziału Muzeum Historycznego Miasta Gdańska

– W Domu Uphagena otwarto Izbę Kucharki.

– Nową przestrzeń muzealną urządziliśmy w pomieszczeniu na parterze, w którym, wedle wszelkich przypuszczeń, w drugiej połowie XVIII wieku, mieszkała kucharka albo służąca. Przez wiele lat pokój nie był dostępny dla publiczności, wykorzystywaliśmy go do celów biurowych i jako magazyn książek przeznaczonych do sprzedaży. Realizację przedsięwzięcia mieliśmy na uwadze od początku istnienia Oddziału. Problem polegał na tym, że bardzo mało wiedzieliśmy o służbie, która pozostawała w cieniu mieszczan. Kiedy zaczęliśmy badać inwentarze mienia z tej epoki okazało się, że jest nieco materiałów i o tym – co służba w Gdańsku miała, ile zarabiała, w jakich warunkach funkcjonowała. Do niedawna zajmowałam się wyłącznie badaniem warstwy wyższej, która posiadała własne domy albo domy wynajmowała. Z czasem zaczęłam interesować się również ubogimi w Gdańsku. Na podstawie materiałów archiwalnych, do jakich dotarłam, można rzetelnie powiedzieć jak żyła służba. Zdobytą wiedzę podsumowaliśmy przygotowując modelową Izbę Kucharki, bo nie jest to konkretne pomieszczenie, z którego określona osoba korzystała.

kucharcha Państwa Uphagenów.jpg

– Jak w drugiej połowie XVIII wieku służba mieszkała?

– Wcześniej przebywała w warunkach niekomfortowych. W pierwszej połowie XVIII wieku, na przykład w domu Schumannowej przy ulicy Piwnej, służący sypiał na rozsuwanej ławie w sieni pod schodami. W drugiej połowie XVIII wieku, w epoce oświecenia, następowała humanizacja życia, w służących zaczęto dostrzegać ludzi, przydzielano im osobne pomieszczenia. W domach gdańskich coraz powszechniejsze stawały się izby dla służby. Osoby samotne, które służyły, mieszkały w domach swoich państwa, a jeżeli miały własną rodzinę, mieszkały gdzie indziej, na przykład w domach czynszowych i przychodziły na służbę.

Znamy wiele osób z imienia i nazwiska spośród służby: kucharek, nianiek, dziewek służebnych, woźniców, pracujących w osiemnastowiecznych domach gdańskich. Jedną z nich była kucharka Anna Dorotheia Albertin.

Odnalazłam w Archiwum Państwowym w Gdańsku jej inwentarz mienia, sporządzony został w domu Matthiasa Zachowskiego przy ulicy Szopy w dniu 19 września 1775 r. po śmierci kucharki. W jej skrzyni znajdowały się ubrania, osobiste drobiazgi oraz nieco gotówki – dukaty, ruble, monety holenderskie.

Wbrew pozorom nie było wtedy w gdańskich domach aż tak wiele służby. Naturalnie wszystko zależało od zasobności domu. Zatrudniano przeważnie: kucharkę, obarczając ją dużym spectrum obowiązków, pokojową, czasem służącego do obsługi pana domu. W domach, w których były małe dzieci była niania i nauczyciele. W bogatszych domach pracował też woźnica. Temu ostatniemu przydzielano osobne lokum, państwo Uphegenowie przeznaczyli dla woźnicy niewielkie mieszkanko na tyłach posesji od ulicy Ogarnej, nad remizą, w której stały pojazdy.

– W jakich okolicznościach i w jakim celu sporządzano spisy mienia?

– Prawo podatkowe, nie tylko w Gdańsku, było takie, że gdy ktoś umierał, jego dobytek, niezależnie czy był bogaty czy biedny, inwentaryzowano. Zajmował się tym miejski urzędnik, miastu przysługiwała część z masy spadkowej. Koszty spisu inwentarza odliczano od masy spadkowej. Gdy umarł służący, spis jego rzeczy trwał krótko, bo rzeczy było niewiele, wtedy stawka za sporządzenie wykazu była niewielka. W domach zamożnych trwało to kilka dni albo kilka tygodni, co pociągało za sobą wyższą opłatę. Gdańsk ponadto odkupił od króla polskiego prawo kaduka, z którego wynikało, że jeżeli ktoś nie miał spadkobierców, wszystkie jego rzeczy przejmowało miasto. Spisów mienia sporządzono ogromnie dużo i wielce sumiennie, czemu trudno się dziwić, miasto na tym zarabiało. Takie prawo podatkowe obowiązywało od XVII do początków XIX wieku, a dokumenty zachowały się w Archiwum Państwowym w Gdańsku. Później regulacje obowiązywały trochę inne. Do końca gdańskiej niepodległości spisy jeszcze istniały, dotarłam do pochodzących z 1808 roku.

– Dzięki Annie Dorothei Albertin dowiadujemy się, jak żyły służące?

– Tak. Zawartość skrzyni tej kucharki i innych służących zainspirowały nas do stworzenia izby. Wykorzystaliśmy też opisy izb dla służby z różnych domów gdańskich. Ale kierowały nami i inne motywy. Z jednej strony chcieliśmy pokazać jak żyła służba, bo to jest ogromnie rzadko podejmowany temat w muzealnictwie wnętrz. Ani w pałacach ani w dworach ani w domach mieszczańskich się nie pokazuje jak służba spała i mieszkała. A z drugiej strony we wnętrzach naszego muzeum nie ma sypialni. Zwiedzający bardzo często pytają jak wtedy spano. Wiadomo gdzie Uphagenowie spali, natomiast nie odtwarzaliśmy tego wnętrza. Na drugim piętrze, gdzie znajdowały się sypialnie, mamy pomieszczenia wystaw czasowych, które są bardzo ważne. Dzisiaj, żeby pozyskiwać zwiedzających, potrzebne są wciąż nowe zachęty, a ekspozycje czasowe przyciągają zwiedzających. Na razie nie mamy możliwości lokalowych i finansowych, żeby sypialnię państwa Uphagenów urządzić. Udostępnienie Izby Kucharki stało się pośrednim rozwiązaniem, żeby podjąć tematykę miejsca do snu.

– Wyposażenie jest autentyczne?

– Z jednej strony do Izby Kucharki wprowadziliśmy elementy oryginalne. Do nich należy półka do wystawiania naczyń z typowym elementem – szafeczką, w której przechowywano cenniejsze drobiazgi. Ceramiczne naczynia holenderskie z XVIII wieku, z motywami tulipanów, konwalii, pochodzą ze zbiorów naszego oddziału. Trzy krzesła z 1762 roku, nieco zniszczone, ale takie właśnie chcieliśmy pokazać, bo do izb kucharek trafiały sprzęty zużyte, które w innych częściach domu nie były już potrzebne, udostępniło je Narodowe Muzeum Morskie. Oryginalna jest skrzynia, również pochodząca z Muzeum Morskiego.

Inne elementy to rekonstrukcje. Do nich należą drewniane stoły oraz łóżko, pomalowane na brązowo, z siennikiem napakowanym – pachnącym jeszcze – sianem, przywiezionym spod Bytowa. Na sienniku położyliśmy: piernat spodni – cienki, wypełniony gęsimi piórami, płócienne lniane prześcieradło, pierzynę, wypełnioną także gęsimi piórami i jedną spodnią poduszkę. Pościel była wówczas droga, dlatego służąca miała mniej pościeli i gorszej jakości niż państwo.

Uszyliśmy i prezentujemy stroje służącej. Jest też pod łóżkiem oryginalny przedmiot codziennego użytku – nocnik, naczynie cynowe, z drewnianą rączką. Podłoga wykonana została ze zwykłych desek, do szorowania. Na ścianie wisi lustro, które odtworzyliśmy, w czarnej ramie, pociemniałe, nie można się w nim dobrze przejrzeć. Takie lustro nie mogłoby zawisnąć w salonach kamienicy, bo było po prostu całkowicie niemodne. W drugiej połowie XVIII wieku w domach mieszczańskich używano zwierciadeł w ramach złoconych albo orzechowych z elementami pozłacanymi, więc stare wędrowały do izby kucharki lub podrzędnych pokoi. Jest tez kosz, w którym kucharka mogła przenosić rzeczy do prania czy prasowania, reperowania, znajdują się w nim ubrania dziecięce, uszyte wedle dawnych wzorów.

– A rzeczy osobiste?

– Przedmiotów, w które państwo wyposażali izby pokojowej, czy kucharki, było niewiele, one przeważnie wędrowały z własną skrzynią kufrową wypełnioną dobytkiem. Za pracę służba otrzymywała od państwa wynagrodzenie, nie były to duże kwoty, oraz wyżywienie, stroje, drobne podarki. Służące przez całe życie musiały tak działać, żeby zgromadzić pieniądze na swoją starość, bo kiedy nie były zdolne do pracy, zwalniano je i dom państwa musiały opuścić. Jeżeli służący przebywali w jakimś domu przez wiele lat, mogli liczyć, że w testamencie pani, czy pan domu, zapisze im drobną kwotę, ale tak być nie musiało. Dopiero po śmierci służącej dokonujący spisu dobytku otwierał wieko skrzyni i można było zobaczyć jej zawartość.

– Co w skrzyniach się kryło?

– Były to skrzynie „skarbów”, mogły się w nich znaleźć rzeczy, których nie oczekiwaliśmy. W wielu miastach obowiązywały ścisłe uregulowania mówiące co może nosić patrycjusz, co rzemieślnik, a co służąca, tak było też w Gdańsku. Gdy pani za dobrą pracę podarowywała kucharce na przykład: koronkowy kołnierz, czy sznur korali, ona tego nigdy nie mogła na siebie założyć. Wszystko chowała do kufra i kiedy była stara, mogła prezenty spieniężyć. Ciekawym spostrzeżeniem jest, że ówczesny woźnica miał bardzo często w swoim dobytku – i na co dzień z niego korzystał – srebrny zegarek kieszonkowy, podarowany zapewne przez jego pana po to, by punktualnie po swego chlebodawcę przyjeżdżał i na czas go zawoził na miejsce przeznaczenia.

Ten przedmiot, bardzo drogi, drogi, też nie należał do warstwy społecznej woźnicy, ale stanowił jego warsztatem pracy,

– W Izbie Kucharki stoją drzewka i klatka dla ptaków.

– Drzewka pomarańczowe w doniczkach też nie są przypadkiem, panowała na nie moda w XVIII wieku. Kiedy były malutkie i wymagały, żeby o nie intensywnie dbać, powierzano je opiece służby, stały w kuchni albo w izbie kucharki. Gdy urosły i uzyskały atrakcyjność, zaczynały owocować, od służby je zabierano i umieszczano na przedprożu albo we wnętrzu domu. Pokazujemy też klatkę, otwartą, bez ptaszka, ponieważ hodowca kanarków nas poinformował, że pomieszczenie dla ptaków jest za ciemne. Wymyśliliśmy więc historię, że kanarek naszej kucharki uciekł. Kanarki w domach gdańskich c hodowano chętnie. I tutaj sytuacja wyglądała podobnie. Klatki z młodymi ptaszkami wstawiano do izby służącej, żeby o nie dbała, a gdy podrosły i nauczyły się śpiewać, zabierano do izby dzieci albo do innych wnętrz mieszkalnych.

– W oknach znajdują się gustowne przesłony.

– Realizujemy w Domu Uphagena program ukazujący sposób dekorowania i zasłaniania okien. Brakowało nam przesłon okiennych, bardzo popularnych, zwłaszcza w tak zwanych izbach przednich, znajdujących się bezpośrednio od ulicy. Były to ramki drewniane, na których napinano płótno albo papier woskowany. Nie zabierały dużo światła i jednocześnie chroniły domowników przed ciekawskimi spojrzeniami przechodniów. Replikę takich przesłon tutaj zamontowaliśmy.

– W pomieszczeniu swobodnie buszują dzieci.

– Ważna jest funkcja dydaktyczna Izby Kucharki. Pozwalamy zwiedzającym dzieciom zobaczyć łóżko z bliska, zaścielić, porównać z kanapą, na jakiej śpią w domu. Przy łóżku postawiliśmy kosz z ubrankami dla maluchów, uszytymi według wzorów XVIII wiecznych, nasza najmłodsza publiczność może je wziąć do ręki a nawet przymierzyć.

– Wnętrze jest kompletnie urządzone?

– Pomieszczenie jest symbolem izb kucharek w Gdańsku w domach o pewnej zamożności. Otwierając je daliśmy sygnał. Nasze badania i poszukiwania trwają. Będziemy starali się uzupełniać wyposażenie o dalsze elementy. Mamy nadzieję, że znajdą się kolejne inwentarze służby, które staną się inspiracją do kontynuacji działa i że dzięki temu coraz więcej będziemy dowiadywać się na temat życia ubogich warstw gdańskiego społeczeństwa.

Rozmawiała: Katarzyna Korczak

NG WP_20150124_14_03_12_Pro

Zdjęcia: Arch. Domu Uphagena, Oddziału Muzeum Historycznego Miasta Gdańska

Ku lepszym i tańszym rozwiązaniom. Pouczająca dyskusja o rozwoju Oruni i sąsiednich dzielnic.

ng pZielinskiKubicki

GDAŃSK ORUNIA. Poniżej przedstawione pismo skierowane zostało do władz samorządowych zarówno miasta oraz województwa (Rady Miasta Gdańska i Marszałka Województwa Pomorskiego). Sygnatariuszami pisma – w imieniu uczestników dyskusji i reprezentowanej społeczności lokalnej – są Prezesi znanych i powszechnie szanowanych organizacji jak: Prezesa Pomorskiej Rady Federacji Stowarzyszeń Naukowo – Technicznych NOT dr inż. Jan Bogusławski i Prezesa Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” doc. dr inż. Andrzej Januszajtis.

Zobacz: Informacja ze spotkania. Temat: Problemy infrastrukturalne Oruni i sąsiednich dzielnic

Dokument jest wynikiem zorganizowanego na Oruni przez IKO w dniu 30 stycznia b.r. spotkania z udziałem czterech społecznych podmiotów (przedsiębiorców, rodziców i środowiska szkolnego, samorządowców, doradców i ekspertów). Grona bezpośrednio zainteresowanego naprawą niewłaściwego rozwoju infrastruktury obszaru zarówno Oruni oraz przyległych dzielnic. Problemy, jakie trapią mieszkańców i przedsiębiorców tego obszaru, od lat nie mogą uzyskać należnego uznania władz Gdańska. W tym szczególnie braku wsparcia przy podejmowaniu prób naprawy istniejącego stanu rzeczy utrudniającego codzienne funkcjonowanie lokalnej gospodarki i zwyczajne bezpieczne życie – jak np. kwestia bezkolizyjnych przejazdów kolejowych na Oruni.

Na spotkaniu omówiono problemy zasad prawidłowego funkcjonowania przestrzeni miejskiej tego obszaru. W merytorycznej dyskusji ciekawym i budującym elementem były prezentowane – alternatywne rozwiązania urbanistyczne, przygotowane przez studentów Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej. Materiały w postaci przestrzennych, gotowych plansz, makiet i modeli były przygotowane w ramach projektów studenckich z udziałem mieszkańców i pod wnikliwą opieką doświadczonej architekt Pani dr inż. Gabrieli Rembarz. Tą drogą przekazuję słowa uznania i podziękowania wykonawcom, czyli studentom za szczególne zaangażowanie i zrealizowanie prac. Mam nadzieję, że przynajmniej część ich twórczej pracy znajdzie swoją realizację w przestrzeni miejskiej. Słowa podziękowania należą się również byłemu radnemu Sejmiku Województwa Pomorskiego, byłemu Vice Prezydentowi Gdańska, honorowemu członkowi Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”, a zarazem doświadczonemu inżynierowi Panu Marianowi Szajnie, szczególnie za osobiste zainteresowanie się problemami i podjęcie merytorycznych oraz prawnych kroków w naprawie błędów planistycznych obecnych władz Gdańska, zwłaszcza dotyczących braku bezkolizyjnych przejazdów kolejowych oraz linii energetycznej 2 x 110 kV.

Uczestnicy spotkania zapoznali się ze stanowiskiem Przewodniczącej Komisji Zagospodarowania Przestrzennego Rady Miasta Gdańska Pani Małgorzaty Chmiel, która zwróciła uwagę na fakt, że wiele spraw kierowanych przez przedstawicieli mieszkańców jest prowadzona jednotorowo, tj. tylko „po linii” zarządu miasta (Prezydenta), a pomijana jest droga władz samorządowych (Rady Miasta). Te dwa systemy funkcjonują autonomicznie i wnioskodawcy powinni je równocześnie uruchamiać. Ta podpowiedź wskazuje jak skuteczniej rozwiązywać problemy. To przesłanie jest ważnym dorobkiem tego spotkania i będzie wielce pomocne przy kontynuacji planowanych następnych spotkań z udziałem przedstawicieli, nowo wybranych lokalnych władz samorządowych, oraz nowych Rad Dzielnic z tego rejonu.

W takim duchu wypowiedzieli się wszyscy obecni na spotkaniu radni zarówno Rady Miasta jak i Sejmiku Województwa Pomorskiego, i zapowiedzieli, że udzielą wsparcia w decyzjach uchwałodawczych poszczególnych samorządów, w tym szczególnie Rady Miasta Gdańska, w rozwiązywaniu istniejących problemów trapiących mieszkańców i przedsiębiorców tego rejonu. Radni okręgu wyborczego nr 1 są szczególnie zobowiązani do wywiązania się z przyjętego zadania.

Nowo wybrane Rady Dzielnic oraz mieszkańcy będą monitorować sposoby realizacji opisanych wniosków.

Zainteresowanych czytelników zapraszam do obejrzenia filmu z tego spotkania, dostępnego pod adresem internetowym:

https://www.youtube.com/watch?v=ImgOlO27cbA

Następne spotkanie, już w większym gronie odbędzie się 30 kwietnia 2015 roku w siedzibie NOT w Gdańsku, przy ulicy Rajskiej.

Józef Kubicki

p.o. Prezes IKO

ng Stol6ng Planszang StudenciPlanszang pLewandowski ng pKoralewski ng pChmiel

Ulica Mariacka – wykład prof. Januszajtisa

Zaproszenie na wykład prof. Andrzeja Januszajtisa.

Wykład prof. Andrzeja Januszajtisa pt. „Ulica Mariacka” odbędzie się w środę, 15 kwietnia 2015 r., o godz. 17.30, w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego przy ul. Korzennej 33/35 w Gdańsku.

Wstęp wolny.

Kładka – nie! Prom – tak! Apel prof. Januszajtisa w obronie Motławy

  Apelujemy do mieszkańców Gdańska: nie dajmy uśmiercić Motławy!

Stary port - klejnot światowego dziedzictwa sm

GDAŃSK. Najnowsze założenia do kolejnego konkursu na zagospodarowanie północnego cypla Wyspy Spichrzów narzucają połączenie go kładką z Długim Pobrzeżem. Wykazywaliśmy wiele razy, że znacznie lepszym rozwiązaniem, tańszym, nie utrudniającym ruchu na wodzie i nie zakłócającym piękna historycznego krajobrazu Starego Portu, jest prom.

Chodzi o prom nowoczesny, przeszklony, o niewielkim zużyciu paliwa. Przy pojemności 100 czy 120 pasażerów może przewozić między brzegami nawet tysiąc osób na godzinę! Jest charakterystyczne, że przez tyle lat naszych starań o takie właśnie rozwiązanie przeprawy na Ołowiankę (teraz także na Spichlerze) nikt, powtarzam: nikt nie wysunął argumentu przeciwko promowi. Typowa odpowiedź brzmiała: decyzja zapadła, nie ma dyskusji! Raz tylko stwierdzono, jakoby kładka była „bardziej przyjazna” dla osób niepełnosprawnych i kobiet w ciąży(!), po czym padło zdanie: zresztą sponsor życzy sobie tylko kładki! Tak samo jest teraz: zamiast w warunkach konkursu ująć jako jeden z punktów przeprawę na cypel Spichlerzy, z góry zakłada się kładkę, która zablokuje żeglugę i nieodwracalnie przekreśli widok Starego Portu na Motławie – jeden z najpiękniejszych, jakie znamy! Uczestnikom konkursu nie daje się wyboru. W tej sytuacji my, „poddani”, możemy najwyżej protestować. „Decydenci” i tak zrobią, co zechcą.

Apelujemy więc do inwestorów, żeby wybrali połączenie promowe – o wiele tańsze, nie kontrowersyjne i bardziej elastyczne. Kładka zawsze coś blokuje: gdy jest zamknięta, uniemożliwia przepływanie większych jednostek, gdy jest otwarta – przechodzenie pieszych. Prom płynie, kiedy trzeba – jedyne, co go ogranicza, to prawa ruchu po wodzie. Gdy wzrośnie zapotrzebowanie, można bez trudu zwiększyć częstotliwość kursowania, a nawet dodać drugi prom. Przepustowości raz zbudowanej kładki nie da się powiększyć bez kosztownej przebudowy.

Apelujemy do radnych, których wybraliśmy: nie pozwólcie na realizację pomysłów, które nieuchronnie przekreślą program ożywienia dróg wodnych, w tym Motławy! Apelujemy do władz konserwatorskich: miejcie odwagę nie zgodzić się na rozwiązania jaskrawo sprzeczne z wymogiem ochrony krajobrazu!

Apelujemy do mieszkańców Gdańska: nie dajmy uśmiercić Motławy!

Andrzej Januszajtis