Nasz Gdańsk – fotoreportaż z Walnego Zebrania cz. 2

Fotoreportaż z Walnego Zebrania Sprawozdawczo-Wyborczego Stowarzyszenia Nasz Gdańsk 3 marca 2015 r. Zdjęcia: Janusz Wikowski- Agencja CZAS POMORZA.

Część 2 – Wybory Władz Stowarzyszenia na kolejną kadencję, dyskusja programowa, przyjęcie uchwał i planu działania.

NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00747 NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00745SONY DSC

NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00829 NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00813 SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00788 SONY DSC SONY DSC NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00778 SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00734 NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00733 NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00721 NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00718NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00827 NG Fot_Janusz_Wikowski_ DSC00821 Nasz Gdańsk Fot_Janusz_Wikowski_DSC00827 SONY DSC NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00610NG Fot_Janusz_Wikowski_DSC00608 SONY DSC

Helena Turk społecznikiem roku. Nagroda im. Lecha Bądkowskiego

SONY DSC

GDAŃSK. Helena Turk razem z seniorami robiła  na szydełku szaliki, mycki, kotyliony, które zostały przekazane prezesowi stowarzyszenia SUM organizatorowi Parady Niepodległości. Wraz z seniorami bierze czynny udział  w  paradach  i pochodach  związany  z różnymi akcjami. Działa w Stowarzyszeniu Nasz Gdańsk, prowadzi Klub Seniora „Motława”. Została laureatką Nagrody im. Lecha Bądkowskiego i zdobyła tytuł „Gdańskiego Społecznik Roku”.

Ponad  5 lat temu rozpoczęła prace z seniorami ze Śródmieścia. Na starcie nie miała niczego oprócz pomysłów i dobrych chęci. Dziś dzięki jej uporowi i  niełatwym negocjacjom Klub Seniora „Motława” ma swój lokal na ulicy Ogarnej 117, w którym Seniorzy ze Śródmieścia mogą się spotykać i realizować niespełnione marzenia. Potrafiła zaktywizować do działania ludzi dla których niedawno jedyną rozrywka był telewizor.

Znalazła instruktorów oraz fundusze na przeprowadzenie warsztatów:

  • komputerowych,
  • z wiedzy ekonomicznej „Pomorska Akademia Bankowości dla Seniorów” organizowanych przez Zarząd Polskiego  Towarzystwa  Ekonomicznego w  Gdańsku,
  • warsztaty z recyklingu   organizowanych przez pracownie pod  Błękitnym drzewem
  • warsztaty wokalne zakończone  udziałem  zespołu  wokalnego Motława na Przeglądzie Twórczości Artystycznej Seniorów Gdynia 2014 w kategorii piosenka.

Mobilizuje seniorów do  udziału w  inicjatywach służących powiększaniu wiedzy z różnych dziedzin np: szkolenia w ramach projektu „Senior może więcej”, podczas którego seniorzy uzyskali wiedzę z zakresu prawa administracyjnego, z zakresu funkcjonowania samorządu, planowania przestrzennego, postępowania administracyjnego, dostępu do informacji publicznej, ochrony praw lokatorów  i prawa cywilnego. Po zakończonym szkoleniu zostali przygotowani do prowadzenia poradnictwa obywatelskiego, oraz do udzielania pomocy innym osobom, które nie potrafią same poradzić sobie w sprawach urzędowych. – aktywnie pomagają  najmłodszym najbardziej potrzebującym mieszkańcom Gdańska.

Helena Turk zmotywowała członków Klub Seniora „Motława” , który  liczy obecnie około 130 osób, do pracy na rzecz miasta. Seniorzy brali  aktywny udział w pracach  związanych z wyborami do  Rad Dzielnic, Samorządowych i Europarlamentarnych. Uczestniczyli jako wolontariusze  w Otwarciu Europejskiego Centrum Solidarności.

Razem z seniorami robiła  na szydełku szaliki, mycki, kotyliony, które zostały prezesowi stowarzyszenia SUM organizatorowi Parady Niepodległości. Wraz z seniorami bierze czynny udział  w  paradach  i pochodach  związany  z różnymi akcjami. Zachęciła seniorów do wykonywania ozdób szydełkowych, które zostały bezpłatnie przekazane do Fundacji Hospicyjnej  im. ks. E. Dutkiewicza SAC w  Gdańsku. Przynoszą one  dochód Hospicjum w czasie ich sprzedaży na jarmarkach przedświątecznych, a także w formie datków rzeczowych i pieniężnych w ramach projektu „Każdy może pomóc” Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.

Seniorzy  z jej inicjatywy zorganizowali zbiórkę i wysyłkę ciepłej odzieży dla Ukraińców, protestujących na Majdanie we współpracy z Gdańską Fundacją Dobroczynności.

Bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się wśród seniorów czwartkowe spotkania klubowe, oraz kolacje wigilijne, śniadania wielkanocne, które bardzo integrują grupę.

Pani Helena jest  również niestrudzoną inicjatorką różnego rodzaju atrakcji dla członków Klubu, którzy mają możliwość podniesienia swojej sprawności fizycznej i intelektualnej, poprzez różne działania, jak np.:

  • gimnastyka korekcyjna
  • wycieczki krajoznawczo-edukacyjne/piesze i autokarowe/
  • wyjścia na koncerty, filmy, sztuki teatralne i do muzeum.
  • wytwarzanie nowych form użytkowych z „recyklingu’ pod okiem instruktorów
  • ciekawe prelekcje /policjant, dietetyk, lekarze, ratownik medyczny/
  • treningi Pamięci i Koncentracji Uwagi, prowadzone przez fachowców.

Klub Seniora Motława został laureatem  w programie  „Aktywni 2014 roku”.

Nagrodę im. Lecha Bądkowskiego ustanowił Prezydent Miasta Gdańska w 2001 r. dla podkreślenia roli i wkładu organizacji pozarządowych w budowanie społeczeństwa obywatelskiego i rozwiązywanie lokalnych problemów. Od roku 2013 prestiżowa nagroda przyznawana jest w trzech kategoriach: dla najlepszej organizacji pozarządowej, dla gdańskiego Darczyńcy Roku i dla Gdańskiego Społecznika Roku Jest formą docenienia społecznych działań Gdańszczan zarówno w organizacjach pozarządowych, jak i indywidualnie oraz ich zaangażowania finansowego we wspieranie ważnych społecznie inicjatyw.

O patronie:

Lech Bądkowski urodził się w 1920 roku w Toruniu. Przed wojną zdążył ukończyć gimnazjum. W 1939 jako absolwent Brodnickiej Szkoły Podchorążych wziął czynny udział w walkach nad Bzurą. W 1945 roku ukazała się w Londynie broszura „Pomorska myśl polityczna”, która zawiera wiele przemyśleń programowych aktualnych do dziś. Po wojnie Bądkowski rozpoczął pracę jako dziennikarz w „Dzienniku Bałtyckim”. Lech Bądkowski był nie tylko publicystą, ale też aktywnym organizatorem życia społecznego. W 1956 roku współtworzył Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, w którym był aktywny do końca życia. Był założycielem i pierwszym prezesem Klubu „Pomorania”. W sierpniu 1980 roku jako pierwszy intelektualista znalazł się w Stoczni Gdańskiej, gdzie aktywnie uczestniczył w obradach. Bądkowski był negocjatorem i sygnatariuszem porozumienia gdańskiego. Był pierwszym rzecznikiem prasowym NSZZ „Solidarność.”

(źródło: gdansk.pl)

Kącik literacko-poetycki – twórczo, w miłej atmosferze

NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00598W Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk” 14 lutego 2015 r. odbyło się uroczyste spotkanie inaugurujące otwarcie Kącika literacko-poetyckiego. W spotkaniu udział wzięli twórcy i miłośnicy poezji, zaproszeni goście oraz członkowie Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” z panem Prezesem Andrzejem Januszajtisem.

Po przywitaniu przybyłych na spotkanie osób Wacław Janocki poprosił pana Ryszarda Jaśniewicza – poetę i aktora o inicjację Kącika. Pan Jaśniewicz recytując poezję zachęcił osoby zaproszone do do prezentacji własnych utworów. W trakcie spotkania, które odbyło się w bardzo miłej atmosferze recytowano utwory własne uczestników. Swoje wiersze zaprezentował także prof. Andrzej Januszajtis.

Ustalono plan przyszłych spotkań w Kąciku litereacko-poetycki, które będą się odbywały we czwartki, w pierwszym tygodniu miesiąca, o godz.17.00 w siedzibie Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” przy ul. Św. Ducha 119/121.

Miłośników i twórców poezji serdecznie zapraszamy na spotkania.

Janusz Wikowski

Zdjęcia: Janusz Wikowski_CZAS POMORZA

Klub Literacki NG Fot_J_Wikowski_DSC00594NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00524NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00527SONY DSCNG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00536NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00539SONY DSCSONY DSCNG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00598NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00551NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00554NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00560NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00567NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00569NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00572NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00588NG Kacik Literacki Fot_J_Wikowski_DSC00591SONY DSCSONY DSCKlub Literacki NG Fot_J_Wikowski_ DSC00586 SONY DSC

Tadeusz Rybicki – ostatni Mohikanin

Była w Gdańsku – Wrzeszczu „Indiańska wioska”, będzie galeria „Metropolia”.

P1200892

GDAŃSK. Niegdysiejsze koszary lotnicze, zabudowania z pruskiego muru o charakterystycznej wiejskiej zabudowie, skoncentrowane wokół centralnie położonego placu ćwiczeń, rozciągały się od stawu browarnianego we Wrzeszczu do granic historycznego lotniska na Zaspie. Zbudowane prawdopodobnie w 1918-19 roku na potrzeby szkoły pilotów niemieckiej marynarki wojennej, po uprawomocnieniu się traktatu wersalskiego w 1920 r., zostały zdemilitaryzowane.

Od tej pory osiedle, o brukowanych kocimi łbami uliczkach, zamieszkali robotnicy portowi, majstrowie murarscy, z rodzinami.

Znikają domy z wiśniowej cegły

P1200874

P1200901 P1200899

Malownicze domy z wiśniowej cegły i równie czerwonej dachówki zwano „Czerwoną wioską”, z czasem dopiero żartobliwie przezwaną przez Güntera Grassa „Indiańską wioską”” na kartach książki „Psie Lata”.
Jeśli dawne zabudowania z cegły mogły przypominać indiańską wioskę, to Tadeusz Rybicki został ostatnim Mohikaninem dawnej kolonii przy ul. Nad Stawem. Podobnie, jak niegdyś dzielny szczep Indian uległ kolonizacji, tak też niewielka społeczność osiedla przestała istnieć za sprawą rozbudowy wrzeszczańskich hipermarketów. Pozostałości budynków w szybkim tempie ulegają rozbiórce, a w ślad za nimi następują kolejne przekwaterowywania mieszkańców. Na terenie osiedla ma powstać nowy układ drogowy i parkingi dla wznoszonej galeriihandlowej Metopolia. Większość mieszkańców przeprowadziła się już do lokali zamiennych, co jest efektem umowy pomiędzy Miastem Gdańskiem a Przedsiębiorstwem Budowlanym Górski.

W 1945 r. Rodzina Władysława i Aleksandry Rybickich z 4 letnim Tadeuszem przyjechała w towarowych wagonach do Gdańska. Niewielkie parterowe domki pomiędzy torami a browarem przy nowej ulicy Kilińskiego bardzo przypominały rodzinny dom pozostawiony na podwileńskich przedmieściach przy ulicy Kruczej. Ojciec szybko naprawił dach uszkodzony przez bombę i wkrótce rodzina mogła rozpocząć nowe życie. Na mocy umów traktatu jałtańsko-poczdamskiego podjęto decyzje o transferze ludności pomiędzy państwami (m.in. przesiedleniu Niemców z Polski). Sygnatariusze ówczesnych mocarstw uznali prawo państw poszkodowanych przez rzeszę Niemiecką do konfiskaty majątku osób narodowości niemieckiej tytułem reparacji i przesunięcia granic. Cóż tego, w Wilnie to była własność (pokazuje dokumenty i plany domu 73 letni dziś Tadeusz), a w domkach pilotów rodziny stały się tylko najemcami komunalnymi, często bez tytułu prawnego, zdanymi na łaskę i niełaskę urzędników.

Przy odbudowie elektrociepłowni na Ołowiance

P1200911

– Na osiedlu mieszkały 3 niemieckie rodziny gdańszczan – wspomina lata powojenne Tadeusz.

Rówieśnik Tadka, Marian Block, był kaleką, gruz go przysypał podczas nalotów. Razem bawili się na podwórzu. W 1953 roku Blockowie i Millerowie wyjechali z Polski. Marian przyjechał po latach na miejsce swojego dzieciństwa, spotkać się z Tadeuszem. W Niemczech lekarze poskładali mu te połamane, źle zrośnięte, kości, tak że znów był sprawny.

Zaraz jak Rybiccy przyjechali do Wrzeszcza ojciec Tadeusza, ślusarz, dostał pracę przy odbudowie elektrociepłowni na Ołowiance. Później zatrudniony był w pobliskim browarze jako elektryk, obsługiwał nowoczesną czeską etykieciarkę.

W domach było mnóstwo szczurów, które chowały się przy browarze się, bo dużo zboża przywożono, furmanki stały w kolejce wzdłuż całej ul. Kilińskiego. Nowi mieszkańcy próbowali różnych sposobów, nawet oczy szczurowi wypalili, bo mówiono, że wtedy uciekną, ale nic z tego. Kotka Murka, chociaż bez ogona, bo jej beczka z kapustą odcięła, okazała się dla nich najlepszym ratunkiem.

Ok. 1948-49 roku komuniści organizowali publiczne egzekucje. Z zakładów pracy spędzano pracowników, wielu musiało przychodzić z dziećmi.

– Na Placu Zebrań Ludowych, tam był CPN – wspomina Tadeusz. – Wieszano wtedy dziewięcioro Niemców, w tym kobietę. Egzekucję wykonali i przeprowadzili Rosjanie. Byłem mały, przyszło wielu ludzi i ojciec mnie podniósł, żebym zobaczył. Podjechali ciężarówkami, pod szubienice ustawiono krzesła. Na dany znak samochody ruszyły.

Na osiedlu mieszkał Henryk Chodkiewicz – hrabia z rodziny mającej majątki na Podolu. Po wojnie wszystko stracili i przeprowadził się do Gdańska. Tu pracował w browarze jako zwykły kasjer. Pensja wynosiła wtedy 250 złotych z groszami, wypłacał każdemu dokładne sumy, nawet o jeden grosz nie oszukał. Mieszkali nad stawem pod nr 2. Z Henrykiem mieszkała żona i dwie córki.

– Dziewczynki się z nami bawiły – opowiada Tadeusz. – Ich tata przynosił po pracy chleb sandomierski i lubelski z pobliskiej piekarni. Drzwi do Chodkiewiczów się nie zamykały. Dzieciarnia się zbiegała na ten chleb, to byli bardzo porządni ludzie.

Ryby i raki. Krowy, konie, kury

Nad Stawem mieszkały też rodziny inteligenckie, na przykład wykładowca fizyki i matematyki Marian Cichy, później profesor pełnił funkcję rektora Politechniki Gdańskiej. Woźniakowie mieszkali w pierwszej klatce, trzech synów wykształciło się i pracują w zawodzie lekarza. Środkowa klatka, Jurkiewicz Edek ze Lwowa, był szlifierzem, piękne lustra robił.

Pamięta jeszcze Jadzię Kaczyńską to jej mąż zarybiał staw, spiętrzony na Strzyży: wyhodował karpie, liny, szczupaki, okonie. Oprócz mnóstwa ryb były też raki szlachetne. Teraz wszystko zabetonowane, wierzby wycieli, nie ma już stawu, – całe życie uciekło. Buldożery równają ogródki i zagony.

– W tych ogrodach mieliśmy truskawki, maliny, wszyscy coś uprawiali, były drzewa owocowe – opowiada Tadeusz. – Ludzie kury, świnie, nawet konie chowali. Wystarczyło wyjść przed dom i czuło się, jak na wsi, spokój.

Sąsiadka Bójkowa 3 krowy miała i je na lotnisku wypasała. Świeżego mleka i twarogu było pod dostatkiem. Niedaleko stawu Rybiccy i sąsiedzi mieli pole, ziemniaki sadzili. Jesienią rozpalili ognisko, kurę się skubnęło i uczta gotowa, u nich zawsze wesoło było. Lotniska pilnowali rosyjscy żołnierze, można z nimi było pohandlować, mleko zamieniało się ropę, naftę, bimber na tytoń, „skolko ugodno”. Prądu po wojnie długo nie było na osiedlu, oświetlenie mieli gazowe, rurki w mieszkaniu jeszcze są do dzisiaj, lampę naftową każdy miał.

Tadeusz zatrudnił się przy ulicy Toruńskiej, robił siatkę ogrodzeniową, później w Browarze Gdańskim. Dyrektorem był Prządka, bezpartyjny i porządek musiał być. Majstrem na obciągu był Gracjan Lewandowski. Kolega Tadeusza, Kazimierz Konwent, pracował w kotłowni, ale miał wszystkie klucze do pomieszczeń. Mawiał do niego: „Nie pij tego piwa, bo ono cię rzuci na ziemię.” Ale go nie posłuchał. Piwo produkowali bardzo dobre: Jasne Lekkie i Pełne, Porter, Gdański Eksport. Dla pasażerskiej żeglugi piwo było pasteryzowane, wszystko na statki szło jako zaopatrzenie. Jak za dużo się wypiło potrzebne było zwolnienie. Doktor tylko pytał: „Który palec zabandażować?”. Do kieszeni fartucha dowód wdzięczności wpadało wrzucić, każdy znał te zasady.

W browarze Tadeusz pracował na tokarni. Maszyna była stara bez skrzyni biegów. Tuleje, wałki, tryby, jak w zegarku. Majster maleńki był człowiek, ale mózg potężny. Do Pafawagu jeździli po zużyte osie od wagonów, potem z tych osi toczyli części do maszyn. Odlewali nawet panewki – kompresor był na amoniak, teraz już takich nie ma.

W „Sterze” Czerwone Gitary. Statki na żyletki

Kluby we Wrzeszczu tętniły życiem. Tadeusz pamięta, jak w „Sterze” grywały Czerwone Gitary z Krzysztofem Klenczonem i Sewerynem Krajewskim, Złote Struny. Bijatyki też były, krew się czasem polała. Za bójkę z funkcjonariuszem trzeba było odsiedzieć wyrok. Co to była za władza, która obywatela pod oknami inwigilowała. Wtedy Radia Wolna Europa wszyscy słuchali.

W późniejszych latach Tadeusz budował hale w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni.

– Na oficjalnym spotkaniu Gierkowi ręki nie podałem, bo nazwał mnie „towarzyszem”, konsternacja była, ale ja w partii też nigdy nie byłem – wspomina.

Robił pompy głębinowe. Pracował w ZREMBIE, poznał Lecha Wałęsę, zdjęcie ma do dzisiaj. W 2000 roku złomował jeszcze statki i kutry rybackie. Na nabrzeżach przy Moście Siennickim cięli jednostki: WŁA – dki i HEL – ki. Za dopłaty unijne rybacy pozbyli się miejsc pracy. Barki też wypalali, wszystko szło na żyletki, wielkie góry złomu…

O swojej rodzinie nie chce rozmawiać, pokazuje tylko zdjęcia pięknej żony i dzieci. W życiu, jak na karuzeli, raz u góry, raz na dole. Nie wyszło, rozwiedli się. Żal ukochanego syna, zginął tragicznie, utopił się w zbiorniku retencyjnym.

– Moja wina nie dopilnowałem powinien zostać ze mną – mówi ze łzą w oku.

Gołębie chyba na żebry polecą …

P1200897

Od 12 lat Tadeusz Rybicki żyje samotnie z psiną Asiją, wykupił ją z azylu. Jest jeszcze 100 gołębi i gołębnik na nóżce wykonany samodzielnie. Teraz ma się wynosić do Nowego Portu? Nie chce, bo starych drzew się nie przesadza. Pierwszy raz Litwini i Łotysze wygonili rodziców z Wilna teraz deweloper z włodarzami miasta każą mu opuszczać dom, w którym przeżył 68 lat. Dają mu w zamian pokój z kuchnią przy ulicy Strajku Dokerów w Nowym Porcie. Piec kaflowy wyremontowali, czysto, ładnie i nowe kołdry od siostry, tylko stołu brakuje. Co on tam w tym będzie robił? Pojechał dziś rano i napalił w piecu. Prądu jeszcze nie ma i gaz nie podłączony. Jutro jedzie do gazowni umowę podpisać, nawet dowodu osobistego nie ma zabrali mu, żeby załatwić formalności.

– Tu miałem gołębie, zajęcie, a tam mi zabraniają je wziąć – żali się.

P1200864

Próbował sprzedać gołębie na rynku we Wrzeszczu. Parę sztuk wzięli za bezcen, resztę szlag chyba trafi. Czarny kot z krawacikiem został po sąsiadach, nie ma co jeść, przychodzi do jego gołębi i grasuje.

– One boją się teraz wejść do gołębnika i niektóre śpią na dachu – mówi ze smutkiem. – Co zrobią, jak mnie zabraknie, chyba na żebry polecą …

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kowalina

przewodniczący Rady Dzielnicy Wrzeszcz Górny

Kącik literacki „Naszego Gdańska” zaprasza

W Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk” powstał „Kącik literacki” – dla twórców, debiutantów, miłośników literatury.

Piszesz wiersze, prozę – przyjdź na spotkanie!

Zapraszamy twórców, amatorów poezji i literatury

na spotkanie inaugurujące rozpoczęcie działalności naszej sekcji, które odbędzie się w Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk” przy ul. Św. Ducha 119/121 w dniu 14 lutego 2015 r. o godz. 16.00.

Wacław Janocki

ng Janocki 20141005_105923

Walentynki

Dzisiaj właśnie walentynki,

Więc pozwólcie mi dziewczynki,

Zrobić drobny prezent z słowa,

Który jest jak kwietna mowa.

Z łąki śniegiem przysypanej

A miejscami odtajanej,

Niespodziankę wam szykuje

I niebawem się wykluje;

Pierwszy zwiastun wiosny,

Jest on śliczny i radosny –

To przebiśnieg biały zdrowy

I do życzeń jest gotowy.

Ja do niego się przyłączę

Aby nie zamarzło kłącze.

Też przesyłam swe życzenia

W kolejności do spełnienia;

Dużo ciepła i radości,

Zero nawet małej złości.

Niech tradycja Walentynek,

Będzie miła dla dziewczynek !

Wacław Janocki

Gdańsk.14.02.2010.

W dawnym Gdańsku i gdzie indziej – Jasełka

Dzieci z szopką (W. Stryowski)Staropolskie słowo jasło oznacza żłób. Nieoceniony Aleksander Brückner w swoim Słowniku etymologicznym wywodził je od jedzenia. Bliższe wyjaśnienia znaczenia znajdujemy w Encyklopedii Staropolskiej Zygmunta Glogera: „Jasła, jasełka. Tak nazywano zbity z desek żłób dla dawania drobnej karmy zwierzętom, jak również nosze do noszenia ludzi i ciężarów.

Od wyrazu tego wzięto nazwę dla przedstawień religijnych na Boże Narodzenie, wyobrażających żłobek z Dzieciątkiem Jezus w szopce, Najświętszą Pannę, św. Józefa, trzech Króli, przybywających z hołdem itd.”

Osóbka Pana Jezusa z wosku albo papieru

Barwny opis takich przedstawień w czasach swojej młodości przedstawił ksiądz Jędrzej Kitowicz (1727-1804):

Jasełka … kiedy nastały do Polski, nie wiem, jak jednak pamięcią sięgam, we wszystkich kościołach były używane. Pomienione jasełka były to ruchomości małe na czterech słupkach, daszek słomiany mające, wielkości na szerz, dłuż i na wyż łokciowej; pod tą szopką zrobiony był żłóbek, a czasem kolebka wielkości ćwierćłokciowej, w tej osóbka Pana Jezusa z wosku albo papieru klejonego, albo z irchy albo płótna konopiami wypchanego uformowana, w pieluszki z jakich płatów bławatnych i płóciennych zrobione uwiniona; przy żłóbku z jednej strony wół i osieł z takiejże materyi jak i osóbka Pana Jezusa ulane lub utworzone, klęczące i puchaniem swoim Dziecinę Jezus ogrzewające, z drugiej strony Maryja i Józef stojący przy kolebce w postaci nachylonej, afekt natężonego kochania i podziwienia wyrażający. W górę szopki pod dachem i nad dachem aniołkowie unoszący się na skrzydłach, jakoby śpiewający Gloria in excelsis Deo.”

Nie wiem jak Państwo, ale ja lubię się od czasu do czasu zagłębić w staropolskie teksty, pisane językiem, jakim już dziś nikt nie mówi, a przecież zrozumiałym. To tak jakby zażyć odświeżającej kąpieli w czystej źródlanej wodzie. Te same teksty przełożone na dzisiejszy język straciłyby połowę swego uroku. Czytając je czujemy się przeniesieni w czasy I Rzeczpospolitej, chylącej się do upadku, ale wciąż barwnej, niezwykle atrakcyjnej, po prostu pięknej. Kwitły jeszcze stare obyczaje, stroje, tańce, muzyka – nacechowane narodową odrębnością, której się teraz tak chętnie wyzbywamy na rzecz kosmopolitycznego blichtru i tandety – żeby nie powiedzieć: duchowego ubóstwa.

Zwyczaj zaprowadzili franciszkanie

Wróćmy jednak do rzeczy. Kitowicz opisuje „obyczaje” za panowania Augusta III. Związki Gdańska z Polską były w tym czasie mocne, także w dziedzinie kultury. Widoczne to było również w obyczajach świątecznych. Różnice, zresztą niewielkie, dotyczyły raczej sfery religijnej. Zwyczaj jasełek i szopki Bożonarodzeniowej zaprowadzili franciszkanie, osiedleni w polskich miastach od XIII wieku. W Gdańsku pojawili się późno, w roku 1419 i po 136 latach, na skutek reformacji, praktycznie znikli, ale ich idee z pewnością kontynuowali w mieście dominikanie, karmelici i brygidki, w Oliwie cystersi, a w Starych Szkotach jezuici. Część zwyczajów ogarnęła także ulice. Podobnie jak w głębi kraju, np. w Krakowie, gdzie żacy czynili to już w 1408 roku, aż do ostatnich lat rozpowszechnione było chodzenie z szopką. Oddajmy głos przedwojennemu etnografowi: „Z nastaniem Adwentu, ale przede wszystkim od miedzianej niedzieli (druga niedziela Adwentu), chodziły po wsiach grupy młodych ludzi, czasem nawet mężczyzn i kobiet (Leszkowy), z mniej lub bardziej pięknymi szopkami, oświetlonymi blaskiem świec, śpiewając pieśni adwentowe i kolędy, prosząc o dary. (…) W mieście Gdańsku nie wyrostki ani tym bardziej dorośli, ale zawsze tylko dzieci chodziły z szopkami w górę i w dół po schodach domów. Mnóstwo tych małych śpiewaków, których liczba wydawała się rosnąć proporcjonalnie do kwadratu zbliżania się do Świąt, stało na wszystkich ruchliwych ulicach i placach, śpiewali tak dobrze jak potrafili i bywali często, zwłaszcza gdy zadali sobie trud i ich szopka była wdzięcznie przystrojona, sowicie wynagradzani. Byli wśród nich obdarzeni głosami czystymi jak dzwonki i tacy, którzy piali jak koguty. Jedni włóczyli się z szopkami, których budowa musiała zająć miesiące, podczas gdy źli spekulanci zadowalali się pudełkiem po butach czy mydle, w środku którego mieli umocowany kolorowy druk z parą Rodziców i przyklejone obok dwa ogarki świec.” (H .B. Meyer)

Śmierć z diabłem tańcująca

W 1945 r. franciszkanie wrócili do swojego gdańskiego kościoła – po 490 latach nieobecności. Jeszcze przed usunięciem szkód wojennych w kościele pojawiła się ich specjalność – ruchoma szopka. A jak to wyglądało przed wiekami, niech opowie znowu swoim wdzięcznym językiem ks. Kitowicz: „…gdy te jasełka, rokrocznie w jednakowej postaci wystawiane, jako martwe posągi nie wzniecały w ludziach stygnącej ciekawości, przeto Reformaci, Bernardyni i Franciszkanie dla większego powabu ludu do swoich kościołów, jasełkom przydali ruchawości, między osóbki stojące mięszając chwilami ruszane, które przez szpary w rusztowaniu na ten koniec [w tym celu] zrobione, wytykając na widok braciszkowie zakonni lub inni posługacze klasztorni, rozmaite figle z nimi wyrabiali.” Dalej następuje opis scen, z których nie wszystkie wzbudziłyby dziś nasz entuzjazm. Po jednej krotochwili następowała druga, na przykład: „chłopów pijanych bijących się pałkami, albo szynkarka tańcująca z gachem i potem od diabła razem oboje porwani, albo śmierć z diabłem najprzód tańcująca, a potem się bijący z sobą i w bitwie znikający. To znowu musztrujący się żołnierze, tracze drzewo trący i inne tym podobne akcyje ludzkie do wyrażenia łatwiejsze, które to fraszki dziecinne tak się ludowi prostemu i młodzieży podobały, że kościoły napełnione bywały spektatorem, podnoszącym się na ławki i na ołtarze włażącym; a gdy ta zgraja, tłocząc się i przemykając jedna przed drugą, zbliżyła się ponad metę [granicę] założoną do jasełek, wypadał wtenczas spod rusztowania, na którym stały jasełka, jaki sługa kościelny z batogiem i kropiąc nim żywo bliżej nawinionych, nową czynił reprezentacyją [widowisko], dalszemu spektatorowi daleko śmieszniejszą od akcyj jasełkowych…” W porównaniu z tym nasze dzisiejsze szopki, nawet te z aluzjami politycznymi, wydają się szczytem łagodności.

Andrzej Januszajtis

Haft z Adoracją Dzieciątka na kapie mariackiej z XV w., dziś na wygnaniu w Norymberdze

Życzenia Świąteczne i Noworoczne

Fot. Marek Zarzecki

Fot. Marek Zarzecki

Boże Narodzenie jest świętem szczególnym,

apoteozą miłości rodzinnej i macierzyństwa.

Życzymy wszystkim członkom i sympatykom „Naszego Gdańska” i wszystkim gdańszczanom, by mogli je przeżywać w domowej atmosferze pełnej miłości i spokoju, by mogli wypocząć, zachowując psychiczny dystans od wszystkiego, co w ciągu całego roku sprawiało im przykrość, męczyło i niepokoiło.

A w Nowym Roku – zdrowia i kontynuacji wszystkiego, co dawało satysfakcję.

Zarząd i Redakcja „Naszego Gdańska”