Pozytywna energia

pelIowski sm MG_0004

Fot. M. Zarzecki

Rozmowa z Gerzegorzem Pellowskim, współwłaścicielem Piekarni – Cukierni „Pellowski”, rodzinnej firmy rzemieślniczej działającej od 1922 roku, członkiem Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku, członkiem Zarządu Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw, uhonorowanym Medalem Mściwoja II w 2009 roku i Szablą Kilińskiego w 2014 r.

– Trzyma pan linię.

– Intensywnie jeżdżę na rowerze. Gdy byłem młodszy dużo biegałem, jeździłem konno i na motorze, to mi dawało ogromną satysfakcję. Przestałem, jak się ożeniłem, doszły obowiązki, małe dzieci, żona bardzo dobrze gotuje i wtedy zacząłem poważnie przybierać na wadze. Jak to się mówi, po trzydziestce zaczynają lecieć obwody i tak było ze mną. Ważyłem 90 kilogramów, kołnierzyki nr 42, spodnie mi się przecierały na udach i to się odbiło negatywnie na zdrowiu, miałem złe wyniki, fatalnie się czułem. Do tego piwko, papierosy, czego się teraz bardzo wstydzę, odrzuca mnie od dymu. Z dnia na dzień: zastosowałem się do zaleceń lekarza, przestałem palić, prawidłowo się odżywiałem. Zjechałem 20 kilogramów, od tego czasu ważę równo 70, katalogowo. Jazda na rowerze wyczynowym w terenie wciągnęła mnie, to jest sport, przy uprawianiu którego dużo się dzieje, a ja to bardzo lubię. Uczestniczę w różnego rodzaju kolarskich zawodach, w których startują zarówno zawodowcy, jak i amatorzy. I tak to trwa.

– Sport daje panu kondycję i zdrowie.

– Świetnie się czuję i to jest dla mnie siła napędowa do pracy. Jestem pełen pozytywnej energii. Bardzo jest ważne, żeby – oprócz pracy – mieć pasję.

– Pieczywo sprzedawane w dużych sklepach, tanie, nie znaczy dobre, cieszy się powszechnym popytem.

– Przez ostatnich 20 lat bardzo dużo się w branży piekarniczej działo, następuje ogromna komasacja, piekarstwo tradycyjne, stare technologie, receptury, znikają. Zaczyna być to wypierane przez produkty piekarsko pochodne. Konsument, kupując towar, kompletnie nie myśli o żołądku, żyje chwilą, cieszy się dobrą ceną i nieźle wyglądającym produktem. Przez lata obserwuję i widzę, że zaczyna nam rosnąć pokolenie, które nie rozumie smaku. Mamy dzisiaj na rynku bardzo dużo słodyczy, ale ja uwielbiam to, czym zajadałem się w dzieciństwie. W wieku kilkunastu lat chodziłem na Halę Targową do pani Ady i brałem, na „krechę”, tata potem płacił, „Prince Polo”, ich smak mam w pamięci do dzisiaj. Podobnie miłe wspomnienia wywołują we mnie:: „Michałki”, „Ptasie mleczko”, „Torciki Wedlowskie”. Jak ktoś u nas w firmie ma imieniny, kupujemy mu w prezencie coś z tego, bo to nasze smaki, polskie produkty. Teraz dzieci żyją globalnie i jedzą na przykład „Milkę”, a mnie szlak trafia, bo produkty „E. Wedla” są o wiele lepsze.

– Za bardzo pędzimy?

– Tempo życia jest tak duże, że mamy coraz mniej czasu na szukanie, tylko idziemy do marketu raz, dwa razy w tygodniu, robimy zakupy na cały tydzień, często nie zastanawiamy się co kupujemy. Mnie się wydaje, że ginie w nas celebracja zakupów. Ale widzę grupę ludzi dobrze wykształconych, są to: profesorowie medycyny, sędziowie, mecenasi, którzy z rodzinami, w sobotę rano, przyjeżdżają do Śródmieścia. Kupują produkty dobre, świeże, u swoich stałych dostawców. Idą do piekarza po pieczywo, potem na Halę Targową po warzywa, owoce, kalafiory im wystają z siatek i schodzą na dół po mięso, wędliny. Potem przyjdą do mnie na kawę, usiądziemy, porozmawiamy. Oni ogromną wagę przywiązują do zakupów, sięgają po produkty najmniej przetworzone i wiedzą, jak zdrowo się odżywiać. Według mojej oceny, liczba tych osób się powiększa.

– Lista członków Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku kurczy się.

– To jest bardzo smutne. Przed transformacją w Cechu było około stu członków, dziś jest nas czterdziestu jeden. Na przestrzeni dwudziestu pięciu lat walki o przetrwanie, w pogoni za zyskiem, przy cięciu kosztów, niestety, te zakłady, które nie inwestują, nie posuwają się do przodu, nie wytrzymują. To jest proces, który zachodzi w całej Europie, komasacja produkcji przesuwa się w stronę ogromnych zakładów przemysłowych. Powodów tego zjawiska jest bardzo dużo, jednym z nich jest brak następców.

– Pana piekarnia była jedyna na Podwalu Staromiejskim, teraz co drugi sklep na tej ulicy handluje pieczywem.

– Piekarń produkujących ubywa. Sklepów tej branży jest coraz więcej, ale one pojawiają się i znikają. Za komuny o tym, co i gdzie można sprzedawać, decydował urzędnik, to nie było dobre. Teraz wybiera konsument, jeśli towar jest dobry, kupi, jak nie, nie kupi. Najlepszym sprawdzianem jest rynek.

– Pojawiła się moda na pieczenie chleba w domach.

– Powiem na przykładzie pani architekt, która dla nas projektuje. Zwróciła się do mnie: „Panie Pellowski, dałby mi pan trochę kwasu chlebowego.” Spytałem:„A po co to pani?” A ona się zwierzyła, że próbowała piec chleb w domu, ale rodzina się z niej śmiała, że wyszły cegły. Mówię: „Pani Olgo, nie lepiej kupić?” A ona: „Nie, moja babcia piekła chleb, moja mama piekła chleb i ja też będę piekła chleb.” I krótko ją przeszkoliłem jak sprawić, żeby chleb był pulchny, bo kwas chlebowy nie uratuje wyrobu, jeżeli nie będą przestrzegane pewne zasady. I ona dwa razy do roku, na święta, piecze chleb.

– Zagrożenie dla piekarzy?

– Wprost przeciwnie, uważam to za zjawisko pozytywne i wychodzę temu naprzeciw. W nowym kompleksie, jaki wybudowałem na Olszynce, otwarcie przewiduję wiosną 2015 roku, przy kawiarni będzie działać mała piekarenka. W kuchni wybudowaliśmy kaflowy piec chlebowy, tak zwany piersiowy, opalany drewnem, w którym wypiekać będziemy chleb i bułki. Chleb – na oczach klientów kawiarni – będzie garował na deskach i trafi do pieca. Urządzenia udostępnimy od czasu do czasu uczestnikom ogólnodostępnych warsztatów pod nazwą: „Każda mama piecze sama”. Pierwszy termin szkolenia – przed przyszłoroczną Wielkanocą, serdecznie zapraszam.

W innej sali ustawiamy – wykonywane na nasze zamówienie – urządzenia, które niegdyś używano w piekarniach, jako eksponaty. Są wśród nich kopie tak zwanych bajt – drewnianych stołów z półokrągłą dzieżą – do wykonywania różnych czynności manualnych. Na bajtach ciasto się werkowało, to znaczy toczyło z niego kule, następnie lęgowało, czyli wydłużało i formowało bochenki. W tymże stole, wewnątrz, wyrabiano ręcznie kwas chlebowy. Powiesiłem w tym pomieszczeniu obraz, namalowany przez zaprzyjaźnionego artystę, przedstawiający naszą rodzinę w strojach starogdańskich nad brzegiem Motławy, nieopodal Żurawia.

– Wraz z zamykaniem małych, nierentownych piekarń rzemieślniczych, znikają stare maszyny.

– Pomysł na rozwiązanie problemu mam prosty. W obiektach na Olszynce przewidziałem miejsce i na zabytki. Tworzymy Izbę Pamięci Piekarstwa. Jest tam już maszyna polskiej produkcji, w której się miesiło ciasto, tak zwana miesiarka, kupił ją tata w 1968 roku, gdy nasza piekarnia, wcześniej przez państwo odebrana, ogołocona z urządzeń, wróciła do rodziny. Umieściliśmy tam także druciane kosze do pieczywa, służące nam w czasie strajków sierpniowych w latach 80. do przewożenia chleba dla robotników do Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Na początku lat 90. właścicielka cukierni „Warszawianka” przy ulicy Łagiewniki w Gdańsku, odchodząc na emeryturę, zadzwoniła do mnie, pytając, czy nie kupiłbym od niej maszyny do lodów. Jak mi powiedziała, że rezygnuje, kupiłem od niej całą cukiernię. W lokalu uruchomiliśmy sklep. Było tam też bardzo ciekawe urządzenie do mieszania ciasta z okresu międzywojennego, które poddaliśmy renowacji i ustawiliśmy jako eksponat. Kolekcja się powiększa.

– Co to za relikty przeszłości zawiera stojąca w hallu gablota?

– Są to przedmioty wykopane w trakcie budowy obiektu. A trzeba wiedzieć, że w tym miejscu na Olszynce w latach 20. było bajoro i wysypywano do niego popiół i śmiecie ze Śródmieścia. Odnaleźliśmy i wyeksponowaliśmy różne drobne, ładne, przedmioty – buteleczki od perfum, lekarstw, płynów do dezynfekcji ust oraz przypraw do zup, kapsle i zamknięcia do butelek, foremki do pierników, klucze, reklamy, kałamarze, łyżki, sygnet, orzeł polski z czapki wojskowej i in. Są też znaczki: niemiecki ze swastyką jakiegoś klubu sportowego, mosiężny klubu kajakarskiego, pocztowy z trąbką i herbem Gdańska. Cennym znaleziskiem jest reklama istniejącej do dziś, niemieckiej firmy ubezpieczeniowej, Iduna Germania, którą założyli rzemieślnicy. Wykopalisk jest znacznie więcej, wyeksponowaliśmy najciekawsze.

– Tak dużego i nowoczesnego kombinatu, jaki tworzy pan na Olszynce, nie ma na Wybrzeżu.

– Przenosimy do nowej siedziby całą produkcję. Już teraz działają tu biura. I pokój dla gości, który wyposażyłem w dzieła sztuki, rodzinne zdjęcia i pamiątki. Ten obraz olejny, z widokiem Gdańska, z gabinetu księdza prałata Henryka Jankowskiego, dostaliśmy od jego rodziny w dowód wdzięczności po odsłonięciu pomnika przed Bazyliką św. Brygidy. Dedykacja brzmi: „Kochanym przyjaciołom, Katarzynie i Grzegorzowi Pellowskim, składamy serdeczne podziękowania za okazane serce, zrozumienie, za wieloletnią pomoc, wsparcie fizyczne, psychiczne oraz materialne naszemu nieodżałowanemu Bratu, Wujkowi, Szwagrowi, księdzu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu”. Umieściłem tu, przyznany mi w 2009 roku Medal Księcia Mściwoja II „za rozwijanie i upowszechnianie najpiękniejszych tradycji dawnego gdańskiego piekarnictwa oraz bezinteresowne zaangażowanie w sprawie edukacji młodzieży”. Na ścianie wisi moja karykatura narysowana przez Mariana Kołodzieja, którą wykupiłem na aukcji charytatywnej. Jest Szabla im Jana Kilińskiego, najwyższa rzemieślnicza Odznaka Honorowa za zasługi dla rzemiosła, którą w ostatnim czasie otrzymałem.

– Pana firma rodzinna jest odbiciem dziejów polskiego piekarstwa, wpisanych w historię Polski.

– Przetrwanie nie było łatwe, często okupione i zdrowiem i życiem. W pod koniec lat 40. władze komunistyczne gnębiły ojca, tak, jak i innych rzemieślników, coraz większymi dopłatami do podatków, tak zwanymi domiarami i kontrolami, urzędnikom towarzyszyli milicjanci z karabinami, którzy na czas „pracy” zakuwali tatę w kajdanki. Ojciec postanowił uciec z Polski do Szwecji, w 1949 roku, wraz z pięcioma kolegami, ukrył się na barce z węglem. Na Zatoce Gdańskiej barkę zatrzymał okręt patrolowy Wojsk Ochrony Pogranicza, uciekinierów przewieziono do aresztu śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku przy ul. Kurkowej, do więzienia przy ul. Okopowej w Gdańsku, następnie do więzienia Urzędu Bezpieczeństwa w Starogardzie Gdańskim. Wszyscy, w tym ojciec, podczas śledztwa, torturowani, jednego z towarzyszy ucieczki zakatowano na śmierć.

Tata mój spędził dwa lata w więzieniu i na robotach, mógł nie wrócić. W 2007 roku zadzwonił do mnie prokurator i zapytał, czy Józef Pellowski to był mój tata. Potwierdziłem, wezwano mnie, jako świadka, do prokuratury Instytutu Pamięci Narodowej w Gdyni. Dowiedziałem się, że rodzina zamordowanego kolegi ojca z barki, której ujawniono akta sprawy ucieczki, natrafiła na nasze nazwisko. Odnaleziono oprawcę, Kazimierza W., miał wtedy 85 lat, mieszkał w Świnoujściu, nie stawił się na rozprawę, przesłuchiwany na miejscu, twierdził, że niczego nie pamięta. Ja się w na tej rozprawie popłakałem. Pytano mnie, co tata opowiadał na temat swojego pobytu w więzieniu, jak był przesłuchiwany i torturowany. Relacjonowałem i przeżywałem wszystko od nowa.

– Państwo Pellowscy działają na rzecz miasta.

– Bycie piekarzem w trzecim pokoleniu zobowiązuje, żeby, oprócz pieczenia chleba, robić coś więcej. Prowadzimy z żoną i całą rodziną różnego rodzaju akcje pomocowe. Wspieramy na stałe swoimi wyrobam iDom Pomocy Społecznej Sióstr Pallotynek w Sobieszewie, jeździ tam żona z córką. Angażujemy się w mniejsze pomocowe przedsięwzięcia. Sporo czasu poświęcam samemu rzemiosłu. Udało nam się, wspólnie z kolegami, uruchomić pierwszą w Polsce szkołę rzemieślniczą – Pomorskie Szkoły Rzemiosł – przy ulicy Sobieskiego w Gdańsku – Wrzeszczu. To jest ogromny sukces. Szkoły rzemieślnicze wcześniej działały, ale, po utworzeniu gimnazjów i liceów zawodowych, władze oświatowe odeszły od typowego kształcenia zawodowego. Ten duży błąd natychmiast wyłapaliśmy i poszliśmy własną drogą. Obecnie w województwie pomorskim mamy dwie takie szkoły, druga jest w Wejherowie, bardzo dobrze prowadzona przez miejscowy Cech Rzemiosł Różnych. Jestem członkiem Zarządu Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw, więc mam wpływ na to, co się dzieje w województwie. Wchodzę też w skład Zarządu Związku Rzemiosła Polskiego, którego siedziba mieści się w pałacu naprzeciwko ministerstwa zdrowia przy ulicy Miodowej w Warszawie. Jesteśmy jedyną organizacją pracodawców w Polsce tak dobrze zorganizowaną, podstawowy szczebel znajduje się w mieście, potem izba, następnie związek w Warszawie, bardzo mocna struktura. Skalę odda to, że jako rzemiosło, należymy do komisji trójstronnej przy premierze.

– Szczególny wkład ma pana rodzina w budowę pomnika księdza prałata Henryka Jankowskiego.

– Byłem inicjatorem przedsięwzięcia z racji tego, że w pewnym okresie była to osoba w Gdańsku bardzo znacząca. Ksiądz prałat był filarem całej naszej Solidarności, ogromnie wspierał ją w momentach krytycznych poprzez msze, spowiedź, organizowanie pomocy dla strajkujących robotników, podnosił na duchu i dzięki temu ruch wolnościowy przetrwał. Lech Wałęsa mówił wielokrotnie, że bez księdza prałata nie byłoby Solidarności i nie byłoby też Lecha Wałęsy. Ja z tatą codziennie rozmawialiśmy, słuchaliśmy Wolnej Europy, kiedy mówiło się o wkroczeniu wojsk radzieckich, o tym nie wolno zapominać, zdawałem sobie sprawę z zagrożenia. Tata zmarł w 1989 roku, zabrakło mi jego wsparcia w momencie transformacji. Trzymałem się blisko księdza prałata, bo tam była informacja z pierwszej ręki, obiektywna, ona mnie podtrzymywała, będąc blisko księdza, miałem poczucie komfortu, że wiem, co się naprawdę w Polsce dzieje.

Ksiądz w ostatnim okresie swojego życia i po śmierci, był marginalizowany przez polityków, władze. Zaproponowałem prezydentowi Pawłowi Adamowiczowi żeby na Skwerze im. ks. prałata Henryka Jankowskiego postawić pomnik kapelana Solidarności. Pomysł spotkał się z wielką aprobatą, zawiązaliśmy społeczny komitet, zebraliśmy pieniądze i wspólnym wysiłkiem przedsięwzięcie zrealizowaliśmy. O tym, że był to dobry pomysł świadczy fakt, że przy pomniku codziennie stoją świeże kwiaty. Ksiądz cały czas żyje w pamięci mieszkańców.

– Ufundował pan dzwon do karylionu na wieży Ratusza Głównego Miasta poświęcony pana ojcu, Józefowi Pellowskiemu.

– Możliwość, żeby mieć własny dzwon, zdarza się raz na pięćset lat, nie skorzystać z takiej okazji byłoby niewybaczalnym błędem. Osoby, które stać na finansowy wkład, powinny brać udział w tego typu inicjatywach, dzięki którym miasto staje się ciekawsze. Jako rzemieślnicy w Bazylice Mariackiej, po lewej stronie Ołtarza Głównego, mamy swoje piękne, pozłacane, epitafium, sfinansowaliśmy też Drogę Królewską w tej świątyni, ufundowałem jedną ze stacji.

Katarzyna Korczak

 

 

 

95. urodziny Brunona Zwarry

zwarra sm @z7

Na 95. urodziny Bronona Zwarry przybyli liczni goście. Fot. Wojtek Ostrowski

GDAŃSK. Brunon Zwarra jest cenionym autorem książek o Gdańsku: autobiograficznych Wspomnień gdańskiego bówki w pięciu tomach, czterotomowej powieści historycznej Gdańszczanie, powieści historycznej W gdańskiej twierdzy oraz zbioru wspomnień Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków-Gdańszczan.

Pisarz urodził się 18.10.1919 r. na Biskupiej Górce i mieszkał tam do 1939 r.

Lektura obowiązkowa

Nikt, tak wzruszająco, jak on, nie opisał tej szczególnej przestrzeni miasta. W swoich Wspomnieniach gdańskiego bówki poświęcił jej wiele miejsca, ze szczególną precyzją oddając malowniczy klimat minionego czasu.

Jak wielu ówczesnych gdańskich Polaków, należał do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, Zjednoczenia Zawodowego Polaków oraz Klubu Sportowego „Gedania” – w ówczesnym Wolnym Mieście Gdańsku, bycie członkiem klubu było zaszczytem i honorem patriotycznej służby wobec Polski.

We wrześniu 1939 r. został aresztowany przez Niemców i przetrzymywany w obozach koncentracyjnych – Stutthof i Sachsenhausen. Zwolniony z obozu, powrócił do Gdańska i do pracy w Emiliewerk Segor – wytwórni szyldów emaliowanych. Po wojnie ogromnym trudem odbudował ten zakład, który funkcjonował już pod nową nazwą – Zakład Lakierniczo- Emalierski Gedania.

W latach 70. XX wieku podjął pracę literacką, której owocem jest opublikowanie dwóch powieści, pięciotomowych wspomnień, zbioru 73 relacji gdańskich Polaków.

Aby uhonorować jego twórczość, która, jak podkreślił gdański prezydent Paweł Adamowicz, jest obowiązkową lekturą dla każdego gdańszczanina, Stowarzyszenie WAGA zorganizowało 18 października Święto 95. Urodzin Brunona Zwarry. Uroczystość odbyła się, a jakże, właśnie na Biskupiej Górce, w lokalu Stowarzyszenia przy ulicy Biskupiej 4, ulicy, przy której to właśnie mieszkał pisarz.

Program urodzinowych obchodów rozpoczęły warsztaty plastyczne dla dzieci, prowadzone przez wykładowczynię gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych – Agnieszkę Gewartowską. Prace namalowane przez dzieci były eksponowane w holu lokalu. Stworzyły mini wystawę dokonań małych artystów.

Tajemnice uliczki Biskupiej

Już nieco zróżnicowane wiekowo, liczne grono przybyłych, uczestniczyło w organizowanej przez gdańską przewodniczkę Agnieszkę Mencel grze miejskiej – Tajemnice uliczki Biskupiej. Nagrodami w grze były m.in. egzemplarze I tomu Wspomnień gdańskiego bówki oraz limitowana edycja przypinek z wizerunkiem gdańskiego bówki właśnie.

W międzyczasie pojawiali się już pierwsi goście wernisażu, który o godzinie 18.00 rozpoczęła Grażyna Knitter, członkini Stowarzyszenia WAGA i współorganizatorka wystawy poświęconej osobie i twórczości Brunona Zwarry. Uroczysta mowa powitalna była doskonałą okazją, aby podkreślić wyjątkowe dokonania pisarza dla zachowania historii Biskupiej Górki, a także, często tragicznych, losów gdańskich Polaków. Na uroczystości obecna była również rodzina jubilata, który ze względu na stan zdrowia nie mógł w spotkaniu uczestniczyć. Córka pisarza podkreśliła, że sobotnia uroczystość była niezwykle ważna dla jej ojca, bowiem jego niezmiennym celem było zawsze podtrzymywanie ognia pamięci minionego czasu, a licznie zgromadzeni goście dowiedli, że tak właśnie się stało, że pamięć żyje w nich.

Gromkimi brawami nagrodzono zaprezentowany film Biskupia Górka Brunona Zwarry, zrealizowany przez uznanego fotografika Wojtka Ostrowskiego, przy współpracy z członkiniami WAGI: Grażyną Knitter i Krystyną Ejsmont. Zawarto w nim m.in. archiwalne wypowiedzi Brunona Zwarry. Nie zabrakło również tradycyjnego urodzinowego akcentu, czyli wspólnego toastu lampką szampana, uroczystego dzielenia tortu, który przygotowała i ofiarowała gdańska Cukiernia Płończak, a także odśpiewania 100 lat na cześć jubilata.

Maszynopisy dzieł, fotografie, świadectwo z Gimnazjum Polskiego

Profesjonalnie przygotowana wystawa przyciągała zainteresowanie licznie zgromadzonych gości. Wśród eksponatów znalazły się m.in. oryginalne maszynopisy dzieł pisarza, wielkoformatowe kopie fotografii dokumentujące życie autora, świadectwo szkolne ze słynnego gdańskiego Gimnazjum Polskiego, do którego w latach 1929 – 1935 uczęszczał Brunon Zwarra, z podpisem legendarnego dyrektora szkoły – Jana Augustyńskiego, a także materiały i notatki stanowiące warsztat pisarski autora. Nieocenioną pomocą w organizowaniu wystawy była współpraca z Ewą Lichnerowicz z Pracowni Rękopisów Biblioteki Gdańskiej Państwowej Akademii Nauk (PAN). Pozwoliło to na wypożyczenie części eksponatów ze zbiorów PAN, której to pisarz je wcześniej ofiarował. Szczególne podziękowania należą się również wnukowi Brunona Zwarry – Adamowi Choroszkiewiczowi, który od początku bardzo serdecznie odniósł się do pomysłu zrealizowania uroczystych urodzin jego dziadka, wypożyczając rodzinne pamiątki na czas wystawy. Zgromadzone eksponaty można oglądać codziennie do końca października w siedzibie Stowarzyszenia WAGA.

Dwa dni po uroczystościach przedstawicielki Stowarzyszenia WAGA spotkały się z Brunonem Zwarrą. Opowiedziały pisarzowi o przebiegu zorganizowanych urodzin oraz wręczyły urodzinowe kartki z życzeniami od przybyłych na wernisaż gości.

– Mimo skromności i ostrożności dla wyróżniania jego osoby jubilat był zadowolony z przebiegu urodzin. Odsłuchał nagrania z wzniesionego spontanicznie toastu i odśpiewanych „Stu lat.” Był w znakomitej formie, żeby nie powiedzieć – nastroju wręcz figlarnym- wspomina Grażyna Knitter.

Sukces zorganizowanego Święta Urodzin Brunona Zwarry, zainteresowanie wystawą, które przerosło oczekiwania, zachęca Stowarzyszenie WAGA do zorganizowania kolejnych, 96. Urodzin uznanego pisarza. Czego życzę państwu, sobie, a przede wszystkim Brunonowi Zwarrze.

Dominika Ikonnikow

zwarra sm HPIM3550

Gra miejska Tajemnice uliczki Biskupiej zainteresowała przede wszystkim młodzież. Fot. Krystyna Ejsmont

zwarra tort fot waga

Jubileuszowy tort przygotowała i ofiarowała gdańska Cukiernia Płończak. Fot. Wojtek Ostrowski

Organizator: Stowarzyszenie WAGA

Partner: Partnerstwo dla Biskupiej Górki. Partnerzy medialni: BiskupiaGórka.pl, iBedeker, Dziennik Bałtycki, Radio Gdańsk. Projekt dofinansowany ze środków Miasta Gdańska.

zwarra  sm 3 zwarra kADR ul otka d zwarra sm 1 zwarra sm 2 zwarra SM ul otka d

 

Fasola z orłem w koronie – listopadowa potrawa

kowal sm Ryt przypominający orła w koronie

Oby stała się tradycyjną potrawą spożywaną 11 listopada. Natrafiono na zapisy świadczące o tym, że już w czasie pierwszych wypraw do Ameryki fasola z charakterystycznym wizerunkiem orła w koronie dotarła do Europy wraz z powracającym zza Oceanu Krzysztofem Kolumbem. Przywieziona z ziemniakami, innymi nasionami i roślinami, była pierwotnie uprawiana przez Indian.

Ale skąd znalazła się w Polsce gdzie z czasem przybrała rangę narodowego symbolu?

O „mama mija”, Krzysztof Kolumb nie był Włochem, tylko Polakiem!!!

Manuel Rosa, od 20 lat badający życie Kolumba dowodzi, że wielki żeglarz, odkrywca obu Ameryk, który zmarł w 1506 roku odbywszy cztery wyprawy do Nowego Świata, był Polakiem nie Genueńczykiem. A dokładniej: synem Władysława III Warneńczyka, który nie zginął w 1444 roku, lecz schronił się na Maderze, gdzie (pod przybranym nazwiskiem Henryk Niemiec) ożenił się z portugalską szlachcianką. Badacz z poparciem autorytetów naukowych sugeruje, że Władysław III przeżył bitwę z Turkami, uciekł do życia na wygnaniu na wyspie Madera. Pan Rosa uważa że, spisek został uzgodniony, aby ukryć prawdziwe pochodzenie Kolumba i chronić tożsamość jego ojca.

Tajemnice fasoli niepodległości

Czy to możliwe, że na skutek kontaktów wielkiego podróżnika z ojczyzną swojego ojca fasola z wizerunkiem przypominającym polskiego orła w koronie dotarła do Polski 500 lat temu? Tego niestety nie wiemy.

Ale możemy przyjrzeć się faktom. Prof. Anna Rosner z Instytutu Historii Prawa Uniwersytetu Warszawskiego w artykule pt. Prawnoustrojowe symbole Rzeczypospolitej szlacheckiej na ziemiach polskich cytuje: ” … po powstaniu styczniowym w wielu regionach dawnych ziem polskich ostentacyjnie hodowano w ogrodach pewien gatunek fasoli tyczkowej, której naturalny wzór (wybarwienie) przypominał orła”.
Badacze regionalni zgodnie twierdzą że w XIX w podczas zaborów traktowano ją jako wyraz patriotyzmu. W zaborze rosyjskim odbierana jako symbol walki o  narodową tożsamość, co powodowało represje spadające na tych, którzy ją uprawiali. Za posiadanie fasoli z orłem groziła nawet zsyłka na Sybir. Z tego powodu sadzono ją w ukryciu pośród ziemniaków, aby nie była widoczna. Dzięki temu przetrwała do czasów niepodległości 1918 roku.

Tradycją na kresach wschodnich było przygotowywanie z niej przynajmniej jednej potrawy wigilijnej. W dwudziestoleciu międzywojennym obyczaj jedzenia fasoli z barszczem był znany zarówno w szlacheckich dworach, jak i chałupach chłopskich, później jednak coraz bardziej zanikał.

Z Terespola do Gdańska

Przed paroma laty pojawiły się informacje i zdjęcia w internecie o rzekomo zaginionym gatunku fasoli, który przetrwał na strychu w  gospodarstwie koło Nowego Sącza.
To przecież fasola, która  nigdy nie zaginęła, a przynajmniej od 1946 r. była uprawiana w Gdańsku wykrzyknąłem!

W 1946 r. siostra mego ojca, Zofia Sobolewska Kowalina, przyjechała do Gdańska z Terespola nad Bugiem i przywiozła ze sobą „fasolę orzełkową”, którą otrzymała od swoich rodziców. Zofia  uprawiała pośród innych warzyw  w swoim przydomowym ogródku przy ul. Junaków na Oruni. Było to w biednych  powojennych czasach, gdy zazwyczaj liczne rodziny, zamieszkałe w poniemieckich domach z ogrodami, powszechnie trudniły się uprawą warzyw dla urozmaicenia ubogiej diety. Przybysze z wielu regionów Polski przywozili ze sobą tradycyjne w swoich stronach uprawy. Młodszy brat, Tadeusz Kowalina, przyjechał również do Gdańska po maturze w 1960 r.,  tu  ukończył studia założył rodzinę i w 1973 otrzymał działkę w ogrodzie rodzinnym „Nad Motławą”. Od siostry dostał ziarnka fasoli z orzełkiem oraz inne nasiona wspaniałych pomidorów malinowych i ogórków terespolskich. Od 2001 r. również jego syn Arkadiusz (autor) oraz wnukowie na własnym kawałku kaszubskiej ziemi uprawiają te tradycyjne odmiany.

Na liście produktów tradycyjnych

W 2010 roku Minister Rolnictwa zarejestrował tę odmianę na liście produktów tradycyjnych. Nadano jej dwie oficjalne nazwy: „polska fasola z orzełkiem” oraz „fasola niepodległości”. Inicjatorzy akcji chcą, aby zawędrowała do każdego polskiego domu i, na podobieństwo amerykańskiego indyka jedzonego na Święto Dziękczynienia, stała się tradycyjną potrawą spożywaną w dniu 11 listopada. Na razie ziaren fasoli nie jest wiele, pojedyncze trafiają na aukcje internetowe lub są przekazywane z rąk do rąk w celu hodowania. Potwierdzam, smakuje wyśmienicie w barszczu czerwonym, lub ugotowana w zupie fasolowej szczególnie podczas Święta Niepodległości.

Dobra na wszystko

Fasolę można jeść przez cały rok, choć najsmaczniejsza jest jesienią i zimą. Jest źródłem białka, zwiera węglowodany, tłuszcze i witaminy grupy B oraz witaminę E. Poza tym jest bogata w fosfor, potas, magnez, wapń i żelazo. Wykazuje korzystne działanie na organizm – wzmacnia serce zapobiega miażdżycy, nadciśnieniu i zakrzepom. Zmniejsza wydzielanie kwasów żołądkowych, redukuje nadkwasotę i zgagę. Polecana w profilaktyce osteoporozy. Tłuszcze, to w większości nienasycone kwasy tłuszczowe, które zabijają zły cholesterol, a podnoszą poziom dobrego. Znajdująca się w fasoli lecytyna wpływa korzystnie na mózg, poprawia koncentrację oraz zwiększa pamięć. Nienasycone kwasy tłuszczowe zawarte w fasoli pomagają rozpuszczać witaminę Awitaminę D, witaminę E, witaminę K. W fasoli znajdują się też lignany, które zmniejszają ryzyko chorób nowotworowych.

Na podstawie kilkunastu już letnich doświadczeń mogę potwierdzić, że fasola z orzełkiem  ma mnóstwo wspaniałych zalet. Jest gatunkiem nisko rosnącym, gruntowym i nie wymaga tyczkowania. Łatwa w uprawie – praktyczne udaje się na każdej, nawet piaszczystej kaszubskiej glebie. Fasola nie choruje i jest odporna na suszę oraz szkodniki. Jako roślina strączkowa przyswaja azot z powietrza. Zamiast sztucznych nawozów stosowana w płodozmianie, użyźnia glebę poprzez system korzeniowy. Stosowana naprzemiennie
z ziemniakami daje bardzo dobre plony. Można ją polecić nawet początkującym ogrodnikom.

Kto wie, może się kiedyś dowiemy, czy dzisiejsza fasola niepodległości znana od wielu lat w rodzinie Kowalinów pod nazwą fasoli orzełkowej, to ta sama fasola przywieziona z ziemniakami do Europy przez Krzysztofa  Kolumba, syna Władysława III Warneńczyka?

Tekst i zdjęcia Arkadiusz Kowalina

kowal kadr Ryt przypominający orła w koronie

Prof. Witold Andruszkiewicz – aktywny do ostatnich chwil życia

GDAŃSK. Prof. Witold Andruszkiewicz nie żyje. Zmarł w wieku 97 lat, do ostatnich chwil bogatego w przeżycia oraz dorobek zawodowy i społeczny życia bardzo aktywny…

—————————————————————————————————————————————————-

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że dnia 29 października 2014 r.,

w wieku 97 lat odszedł

ś.p.

Prof. Witold Andruszkiewicz

Wybitny specjalista w dziedzinie portów morskich i żeglugi.

Był aktywny zawodowo do ostatnich chwil życia.

Rodzinie Zmarłego i Bliskim

Wyrazy serdecznego współczucia

składają

Zarząd, Członkowie i Sympatycy

Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

znicz 2

——————————————————————————————————————–

*  *  *

Zasnął spokojnie w Panu syty swych dni pomimo tak wielkiego apetytu na życie kochany nasz Pan Profesor Witold Andruszkiewicz. Z żalem i nadzieją musieliśmy oddać Ciebie Niebu. Chociaż stąpałeś po ziemi niestrudzenie to głowę miałeś wysoko w chmurach.

Twoje idee z przed 70 laty zmaterializowały się jako Gazoport w Świnoujściu i Port Północny, do którego mogą wpływać największe statki świata i skroplony gaz. Dziś to rozumiemy ale wtedy musiałeś zmagać się z ogromnymi trudnościami. Wiele z Twych cennych pomysłów ciągle czeka na realizację.

Z żalem żegnają Ciebie członkowie „Koła Inżynierów i Pasjonatów Nasz Wrzeszcz”, którego również byłeś budowniczym. Dopłynąłeś do ostatniego portu Twojego życia. Będzie nam bardzo Ciebie brakować.

Arkadiusz Kowalina

Koło Inżynierów i Sympatyków „Nasz Wrzeszcz”

Jesienne barwy Wołynia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku gromadzi materiały. Tylko pozornie życie zachodniej Ukrainy, a w niej na Wołyniu, toczy się normalnie. Wystarczy się tylko uważniej przyjrzeć by zauważyć, że wojna na wschodzie tego dużego kraju i tutaj kładzie się cieniem. Patrole służb mundurowych i ochrony instytucji społecznych poruszają się z bronią krótką, a nierzadko i z długą. Na głównych placach miast stoją stanowiska, gdzie każdy może wrzucić pieniądze i zostawić różnorodne dobra materialne mogące służyć pomocą dla walczących o niepodległość wojsk Ukrainy.

I widać, że bardzo wielu pomaga, jak może. Duże szklane skarbonki wypełnione są nierzadko większymi i różnorodnymi w walucie banknotami, a obok leży ciepła odzież, koce i inne potrzebne na froncie dobra.

Przychylność Ukraińców do narodu polskiego

Na tych samych placach stoją ściany fotografii z wizerunkami tych, którzy polegli w obronie niezawisłości i wolności Ukrainy. Takie same miejsca pamięci widać w wielu muzeach i innych obiektach użyteczności publicznej. Często palą się przy nich znicze, a z pobliskich kościołów i cerkwi dobiegają poruszające słowa pieśni i modlitw za Ojczyznę. Od spotykanych ludzi często słyszymy, że młodzież nie może swobodnie wyjeżdżać z kraju. Jest powoływana do wojska, ale też i bardzo często sama zgłasza się do ochotniczych jednostek wojskowych i paramilitarnych.

Wrogiem numer jeden jest tutaj dla naszych rozmówców prezydent Rosji Władimir Putin. On przede wszystkim jest dla wielu Ukraińców ucieleśnieniem zła i problemów, jakie ich dotknęły. To pod jego adresem padają najbardziej obraźliwe epitety i to nie tylko od kibiców podczas transmitowanych meczy piłkarskich, gdy gra reprezentacja Rosji, ale i od zwykłych ludzi. Ileż to emocji w niewybrednych słowach pod jego adresem usłyszeliśmy chociażby od prostego traktorzysty z wołyńskiej wsi, którego dwóch synów walczy na zachodzie Ukrainy i z którymi nie ma on regularnego kontaktu.

Mimo wielu konfliktów w naszej historii i – nie zawsze do końca wyjaśnionych – tragicznych, obfitujących w ofiary, zdarzeń w relacjach polsko – ukraińskich, w wielu momentach naszego październikowego pobytu na Wołyniu widzieliśmy wielką dzisiaj przychylność Ukraińców do narodu polskiego. Widzą i doceniają poparcie Polaków dla ich sprawy. Jeszcze niedawno pewnie nie byłoby możliwe tak szczere w wyznaniu i przebiegu zdarzenie, którego staliśmy się uczestnikami. Oto członek jednej z sotni UPA (jego nazwisko i dowodzącego nią dowódcy nie jest w tym miejscu istotne), z którym przeprowadziliśmy dłuższy wywiad przed kamerą, na zakończenie wstał i powiedział: ,,Była wojna, byliśmy wrogami, minęło ponad siedemdziesiąt lat i teraz jesteśmy przyjaciółmi”. Dobrze już ponad 90 – letni człowiek podszedł do nas i, nieco zaskoczonych, każdego serdecznie uściskał.

I strach miejscowych Polaków po 90 latach

To dobrze, że wiele się zmieniło, ale nie ma co ukrywać, że na inne, trwałe i pozytywne zmiany trzeba czasu, to odczucie widoczne jest wśród miejscowych polskich świadków i ofiar nacjonalizmu ukraińskiego w czasie minionej II wojny światowej. Coraz rzadziej, ale niestety nadal, na skutek utrwalonego w nich strachu, nie chcą wciąż o wszystkim mówić do kamery: ,,Bo powiem, a przyjdą, zarezają, ubiją mnie i rodzinę”. Dopiero, gdy gaśnie kamera, stają się odważniejsi, mówią więcej i szczerzej o tym, co widzieli i czego byli uczestnikami.

Wołyń jest przepiękny, a jesienna, najpiękniejsza paleta barw liści, pogodna aura, tylko dodaje mu uroku. Pisali o nim polscy wieszcze w poematach, widząc krajobraz na żywo trudno się z nimi nie zgodzić. Na Wołyniu trzeba być, by zrozumieć późniejszą tęsknotę za nim i pełne emocji wspomnienia ludzi, którzy tu żyli, a których los zmusił do opuszczenia tego miejsca. Do końca życia pozostanie w naszej pamięci na przykład widok odległego o kilka kilometrów od Łucka zakola rzeki Styr, czy też brzegi i wody największego na Polesiu Wołyńskim jeziora Świtaź.

Przeszłość nadal miesza się tu z teraźniejszością. Wyobraźnia widzi, porosłe niegdyś wysoką trawą, rozległe stepy. Uszy słyszą szum maszerujących po nich wojsk. Oczy szukają borów z wiekowymi bukami i dębami, jakie niegdyś kilku mężczyzn z trudem rękami obejmowało. Takich borów i lasów dzisiaj już tu nie ma, próżno ich dzisiaj wypatrywać…

Na Wołyniu byłem krótko przed kliku laty zimą, nie wszędzie można było wtedy dojechać. Tym bardziej cennym był udział w tegorocznym wyjeździe delegacji Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w tamte strony. Nie można przecież pokazać konfliktu minionej wojny bez jej zdarzeń na Wołyniu. Otrzymaliśmy wiele zadań, a dnia niejednokrotnie i tak brakowało na ich wypełnienie. Wiele by pisać o tym, jakie efekty przyniosła nasza tygodniowa wizyta na tej ziemi, znajdą odzwierciedlenie w tworzonym Muzeum.

Listopad to ważny miesiąc dla Polaków.1 listopada obchodzimy Wszystkich Świętych, 2 listopada jest Dzień Zaduszny. Nasze myśli, siłą wiary i tradycji, biegną do miejsc spoczynku tych, którzy odeszli, pochowanych na cmentarzach i do nie zachowanych mogił. W Gdańsku mamy bardzo dużą grupę osób pochodzących z przedwojennych Kresów II Rzeczypospolitej.

Wielu z nich pozostaje związanych z Wileńszczyzną, ich przedstawiciele znajdują się m.in. w naszych władzach samorządowych, ale i wśród znamienitych przedstawicieli innych gdańskich środowisk. Nie brakuje wśród Gdańszczan również osób związanych z Wołyniem. Tam ich rodziny pozostawiły swoje przedwojenne domy, a w wielu miejscach spoczywają szczątki doczesne ich krewnych.

We wsiach Zasmyki i Przebrane, w Kowlu, we Włodzimierzu Wołyńskim, w Mielnikach

Podczas wizyty na Wołyniu mieliśmy okazję być w takich miejscach. Przy okazji listopadowych wspomnień o zmarłych warto przywołać przynajmniej niektóre z nich. Odwiedziliśmy dwa polskie cmentarze wojenne w – okrytych zasłużoną sławą polskich ośrodkach samoobrony w czasie drugiej wojny światowej – we wsiach Zasmyki i Przebraże (ostanie obecnie pod zmienioną nazwą – Hajowe (ukr. Гайове).

Piękny stary cmentarz z polskimi mogiłami możemy odwiedzić w Kowlu, wiele nagrobków jest znacznie zniszczonych i wymaga pilnej renowacji. Kontrastuje z nimi, odnowiona już, kwatera polskich mogił żołnierzy poległych na Wołyniu w okresie I wojny światowej. Niedaleko od niej znajduje się kwatera ekshumowanych szczątków doczesnych pomordowanych przez Sowietów więźniów kowelskiego więzienia i pomordowanych przez NKWD żołnierzy polskich w sowieckiej niewoli w latach 1939-1941.

Podobną, jak w Kowlu, kwaterę możemy odwiedzić na cmentarzu we Włodzimierzu Wołyńskim. Kwaterę ekshumowanych szczątków polskich żołnierzy i funkcjonariuszy państwowych pomordowanych w latach 1939-1941 znajdziemy również na cmentarzu w Mielnikach koło Szacka. Trzeba przyznać, że wiele z takich miejsc jest już objętych opieką władz polskich i ukraińskich. Powstają też nowe miejsca, gdzie składa się ekshumowane szczątki polskich ofiar minionej wojny.

Można tylko żałować, że nie wszystko da się uratować. Widzieliśmy chociażby maleńki cmentarz przy byłej Kolonii Ochocin w gminie Torczyn. Jak nam powiedział napotkany Ukrainiec: ,,Jeszcze dziesięć lat temu narożniku cmentarza były widoczne polskie groby”. Dzisiaj czas wyrównał je z ziemią, porosły je trawy, a na cmentarzu zachowało się tylko kilka starych katolickich krzyży bez tabliczek. Podobnie stało się z wieloma innymi przypadkowymi miejscami, gdzie ofiary chowano wojny w pospiechu, a niejednokrotnie i w strachu. W tej samej gminie byliśmy przy krzyżu przydrożnym we wsi Aleksandrówka, według przekazów świadków pochowano pod nim kilku Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w drugi dzień Świat Bożego Narodzenia w 1943 r.

Chciałoby się rzec, że Wołyń wieloma polskimi mogiłami stoi. Świadczą one o naszej złożonej, a i tragicznej niejednokrotnie, historii na tych terenach. W listopadowych wspomnieniach o zmarłych warto o Nich pamiętać.

Tekst i zdjęcia Waldemar Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Historyczny Cmentarz w Kowlu. Kwatera mogił polskich żołnierzy poległych na Wołyniu w okresie I wojny światowej.

Zmarł prof. Witold Andruszkiewicz

andruszkiewicz jwGDAŃSK. 29 października zmarł prof. Witold Andruszkiewicz, specjalista w dziedzinie ekonomiki portów i żeglugi. Miał 97 lat.

Pogrzeb prof. Witolda Andruszkiewicza odbędzie się w środę, 5 listopada. Msza rozpocznie godz. 11:00 w Kościele Garnizonowym przy ul. Matejki we Wrzeszczu. Uroczystości pogrzebowe odbędą się na cmentarzu Łostowickim o godz. 12:30.

Prof. Witold Andruszkiewicz to osoba niezwykła –  „Zasłużony w historii Miasta Gdańska”. Jego wiedza i wielki talent przyczyniły się w ogromnym stopniu do rozwoju polskich portów, a w szczególności portu Gdańsk.Z jego inicjatywy i według jego pomysłu został zbudowany i otwarty w 1974 r. Port Północny, najgłębszy na Morzu Bałtyckim, z torem wodnym głębokości 17 m, co umożliwia wchodzenie statków o nośności 150 tys. ton. Oznacza to obniżkę kosztów jednostkowych transportu morskiego o 50 proc.– w porównaniu z kosztami dla statków o nośności 15 tys. ton, największych jakie wchodziły do portu w Szczecinie. Prof. Andruszkiewicz wysunął swój pomysł już w pracy doktorskiej, napisanej w 1947 r., a obronionej dopiero w 1962 r. w Katedrze Portów Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie. Promotorem był kierownik Katedry prof. Bolesław Kasprowicz.

Projekt techniczny Rejonu Przeładunku Towarów Masowych (RPTM) w porcie gdańskim sporządziło Biuro Projektów Budownictwa Morskiego „Projmors” w Gdańsku. Obiekty techniczne wykonało około 30 przedsiębiorstw budowlanych z Hydrobudową na czele. RPTM zatwierdziła Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej w Moskwie, ale to Polacy zbudowali najgłębszy port na Bałtyku dla węgla i ropy naftowej, nazwany od 1970 r. Portem Północnym Gdańska.

Poparcie decyzyjne dla tego pomysłu okazali ministrowie żeglugi – prof. Stanisław Darski (zatwierdzający budowę) i mgr inż. Jerzy Szopa, oraz Przewodniczący Zespołu Ekspertów Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, członek rzeczywisty PAN prof. zw. dr hab. Stanisław Leszczycki. Głównym odpowiedzialnym za budowę był Naczelny Dyrektor Zjednoczenia Portów Morskich mgr inż. Zbigniew Teplicki.

Za to wielkie osiągnięcie prof. Witold Andruszkiewicz otrzymał Zespołową Nagrodę Państwową Pierwszego Stopnia. Wcześniej, również z jego inicjatywy i według jego pomysłu powstał głębokowodny port Świnoujście z torem wodnym o głębokości 14,5 m, umożliwiającym wchodzenie statków o nośności 65 tys. ton. Zapewniło to obniżkę kosztów jednostkowych transportu morskiego o 30 proc.

Za zrealizowane pomysły rozbudowy polskich portów prof. Witold Andruszkiewicz otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski (11 listopada 1985 r.) i Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (już w Polsce Niepodległej – 28 maja 1997 r.).

Profesor zdobywał wyróżnienia również za granicą, gdzie został zatwierdzony jako ekspert ONZ ds. portów morskich i transportu międzynarodowego. Jako taki wygrał światowy konkurs ONZ i został z jej ramienia doradcą premiera oraz ministra transportu Republiki Kongo w Afryce, gdzie pełnił misję 9 miesięcy w latach 1971–1972.

Oto jeden z ostatnich wywiadów z prof. Andruszkiewiczem

– Panie Profesorze, proszę przybliżyć naszym czytelnikom i sympatykom Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” prawdę historyczną, że urodził się Pan na Syberii w Omsku 29.09.1917 r.

– Pradziadek Antoni Busowski (od strony Mamy) za udział w powstaniu styczniowym w 1863 r., został zesłany na 25 lat katorgi (więzienie) w kopalni złota w Usolu Sybirskim koło Irkucka niedaleko granicy z Chinami. Po odbyciu kary nie miał prawa wrócić do miejsca zamieszkania czyli do Choroszczy koło Białegostoku. Musiał zostać do końca życia na Syberii, ale miał prawo zaprosić swoją rodzinę na przyjazd na Syberię, aby tam została na stałe. Patriotyczne Polki jechały na Syberię ze swoimi rodzinami. W ten sposób moja Mama Adela z domu Waszkiewicz z Matki z domu Bogusławskiej znalazła się w Omsku nad Irtyszem w centralnej Syberii, gdzie otrzymała telegram, że jej Dziadek Antoni Busowski zmarł nagle na serce w domu kuracyjnym w wannie z gorącą wodą. Dlatego do Usola nie pojechali i zostali w Omsku, gdzie Mama poznała młodego Antoniego Andruszkiewicza, który tam przybył też w rodzinnej grupie zesłańców i tam zawarli związek małżeński.

W wyniku zwycięstwa Polski pod wodzą Marszałka Józefa Piłsudskiego nad armią sowiecką, Piłsudski wymusił na sowietach wypuszczenie ze Związku Radzieckiego wszystkich zesłańców wraz z ich rodzinami, które przyjechały do nich na Sybir, przydzielenie pociągu i przywiezienie ich do granicy z Polską.

Powrót do Polski w wagonach bydlęcych trwał 3 miesiące (maszyniści podwozili wagony trochę parowozem i wracali do domu, a wagony z ludnością stały na stacjach węzłowych).

Granicę sowiecko-polską przekroczyliśmy w Baranowiczach, gdzie jak pamiętam otrzymałem polską chorągiewkę biało-czerwoną z papieru oraz konika wyciętego z dykty na deseczce z kółkami ciągnięty na sznurku oraz spodenki uszyte z amerykańskiego płaszcza wojskowego.

Miałem 5 lat jak w 1922 r. przyjechałem z rodzicami do Niepodległej Polski. Zamieszkaliśmy w Bydgoszczy. Tam skończyłem trzy klasy Szkoły Podstawowej, a następnie Miejskie Gimnazjum Matematyczno-Przyrodnicze im. Mikołaja Kopernika. W 1937 r. zdałem maturę i rozpocząłem studia w Akademii Handlowej w Poznaniu.

W gimnazjum byłem harcerzem z najwyższym stopniem – Harcmistrz Rzeczypospolitej Polski (złota lilijka w złotym kółku i ze złotym wieńcem na Krzyżu, oraz stopień instruktorski podharcmistrza i 32 sprawności).

Do Gdańska przyjechałem na stałe w 1945 roku.

Motto prof. Witolda Andruszkiewcza brzmiało: „Chcemy służyć Polsce i w tym szczególnie Gdańskowi”

Więcej na ten temat w publikacji „Nasz Gdańsk”/Rufin Godlewski)

Prof. Andrzej Januszajtis wybiera pilne sprawy dla Gdańska

W MEDIACH. Prof. Andrzej Januszajtis, miłośnik historii Gdańska, chce wymiany nawierzchni Drogi Królewskiej, przywrócenia kursów tramwajów wodnych na Zatoce Gdańskiej, a także zagospodarowania zaniedbanych podwórek i skwerów. – Wspaniale, że budujemy rzeczy wielkie, ale ciągle zaniedbujemy rzeczy małe – mówi prof. Januszajtis.

Trwa głosowanie w plebiscycie „Wybierz z Wyborczą”. Wspólnie z czytelnikami stworzyliśmy listę rzeczy, które w pierwszej kolejności należy zrobić w Trójmieście Z listy najważniejszych do załatwienia spraw biorący udział w głosowaniu wybierają pięć najpilniejszych i pięć takich, z których należy zrezygnować lub które można „odłożyć na półkę”.

Prof. Andrzej Januszajtis wybiera:

Wymienić nawierzchnię Drogi Królewskiej. Trzeba pamiętać, że Droga Królewska nie kończy się na Zielonej Bramie, ale na Bramie Żuławskiej. Jest to najdłuższy w świecie pochodzący ze średniowiecza trakt monumentalny. Wymieniając nawierzchnię Drogi Królewskiej, warto pamiętać o przedprożach, które zachowały się jeszcze gdzieniegdzie przy Długim Targu. Proponuję, żeby tam, gdzie się da, przywrócić przedproża na Drodze Królewskiej, mogłyby one zostać wykorzystane przez restauratorów, podobnie jak piwniczki, które pozostały po przedprożach.

Dalej rozbudowywać sieć tramwajową. Trwa rewitalizacja Dolnego Miasta, główną osią komunikacyjną Dolnego Miasta jest ul. Łąkowa, nie wyobrażam sobie, żeby nie chodził tamtędy z powrotem tramwaj. To ma wielkie znaczenie dla mieszkańców. W tej chwili, kiedy najcięższy ruch przeniósł się na Obwodnicę Południową, tramwaj można dołączyć do Trasy W-Z z Podwala Przedmiejskiego. Moim zdaniem w przyszłości możliwe będzie nawet przeprowadzenie linii tramwajowej ul. Toruńską, na Stare Przedmieście. Wtedy przystanek Gdańsk Śródmieście będzie także obsługiwał Dolne Miasto, co w tej chwili jest niemożliwe.

Rozwijać rekreacyjną funkcję pasa nadmorskiego. Ale nie budować wieżowców hotelowych w tym miejscu. Wystarczy pojechać do Hiszpanii, żeby zobaczyć, jak zniszczono krajobraz wybrzeża nadmorskiego nadmiarem takich budowli. Jeśli już budynki hotelowe, to tylko stonowane, nienaruszające krajobrazu, bo w pasie nadmorskim chcemy odpoczywać.

Zagospodarować zaniedbane podwórka i skwery. Dużo zrobiono, jeśli chodzi o segregację śmieci, ale nie wszędzie. Sam mieszkam na Starym Mieście, moja wspólnota załatwiła to porządnie, ale tuż obok jest zaniedbany śmietnik, w którym na dodatek mieszka bezdomny, o czym wszyscy wiedzą, dla wielu jest to też publiczny szalet. Takie rzeczy nie mogą w Gdańsku istnieć. Wspaniale, że budujemy rzeczy wielkie, takie jak np. tunel pod Martwą Wisłą, terminal lotniczy,  Port Północny, ale ciągle zaniedbujemy rzeczy małe.

Przywrócić kursy tramwajów wodnych na Zatoce Gdańskiej. Tramwaje wodne są częścią komunikacji miejskiej i miasto powinno je dotować. Gdański tramwaj wodny, który pływa od Żabiego Kruku na Westerplatte, obsługują dwie jednostki, kursy odbywają się trzy razy dziennie. Jednostek powinno być co najmniej sześć, żeby kursowały co godzinę, a nawet co pół godziny. Jednostki powinny być nowoczesne, bo takie pochłaniają mniej paliwa.

(źródło: trojmiasto.gazeta.pl)

Ks. infułat Stanisław Bogdanowicz – „Zasłużony w Historii Miasta Gdańska”

bogdanowicz swiderski

Wspólne zdjęcie. Fot. P. Świderski (DB)

21 października 2014 r. podczas uroczystego spotkania ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz, wieloletni proboszcz Bazyliki Mariackiej uhonorowany został Medalem przez Prezydenta Miasta Gdańska.

Ks. Bogdanowicz był przez wiele lat proboszczem Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Jest autorem 53 książek i ponad 320 artykułów dotyczących historii, architektury i dziejów gdańskich kościołów. Został odznaczony tytułem Honorowy Obywatel Miasta Gdańska, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Polonia Restituta

Przed spotkaniem na przedprożu Dworu Artusa goście i turyści zwiedzający Gdańsk wysłuchali przepięknej melodii „La ci darem la mano” z opery „Don Giovanni” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Tę ulubioną i wybraną przez ks. inf. Stanisława Bogdanowicza kompozycję zagrała na karylionie Anna Kasprzycka.

W Dworze Artusa uczestników uroczystości powitał dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – Adam Koperkiewicz. Następnie wystąpili: Anna Korzeniowska – Konserwator Dzieł Sztuki w Bazylice Mariackiej w Gdańsku i Tomasz Korzeniowski – prezes Oddziału w Gdańsku Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, dyrektor Zbiorów Bazyliki Mariackiej w Gdańsku.

Na zakończenie odbyła się część artystyczna – według pomysłu Joanny Orzeł, Organisty – Kantora – Kapelmistrza Kapeli Mariackiej w Gdańsku. Spotkanie w Dworze Artusa z ks. infułatem Stanisławem Bogdanowiczem – „Zasłużonym w historii Miasta Gdańska” uświetnił recital z udziałem muzyków: Tomasza Szpica (tenor, kontratenor) i Joanny Orzeł (sopran, kapelmistrz) z Kapelą Mariacką. Muzyczne chwile wypełniła twórczość geniusza W. A. Mozarta, jednego z ulubionych kompozytorów naszego honorowego Gościa,. Specjalnie dla niego artyści wykonali wybrane części efektownego motetu „Exsultate jubilate” kv 165 oraz ulubione arie z oper „Wesele Figara” i „Don Giovanni” („Voi che sapete”, „La ci darem la mano”).

Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz to niezwykła, interesująca i aktywna osobowość – wielce zasłużony Polak i Gdańszczanin. Bazylika Mariacka w Gdańsku w czasach PRL, gdy od 1979 roku jej proboszczem został Stanisław Bogdanowicz, była oparciem dla prześladowanych ludzi „Solidarności”. Tu odbywały się msze patriotyczne w dniach 3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada, które gromadziły liczne rzesze wiernych. Przez 35 lat, wykonując posługę kapłańską jako jej proboszcz, z uporem i odwagą przywracał jej dawny blask, jednocześnie ubiegając się o zwrot rozproszonych po II wojnie światowej dzieł sztuki. Dzięki jego staraniom, które nadal kontynuuje, do wnętrza bazyliki powróciła znaczna część średniowiecznych zabytków ruchomych, po wojnie przejęta przez placówki muzealne Polski i Niemiec.

Warto przypomnieć, że Bazylice Mariackiej  znajduje się duży zbiór zabytkowych obiektów sakralnych, które budzą żywe zainteresowanie pielgrzymów, turystów oraz licznych badaczy. Bazylika Mariacka – zwana „Koroną Miasta Gdańska” – jest jednym z głównych magnesów przyciągających do Gdańska turystów krajowych i zagranicznych.

Ks. inf. Stanisław Bogdanowicz jest trzecim w historii gdańskiej świątyni proboszczem najdłużej wykonującym w niej posługę kapłańska przez 35 lat (1979–2014). Dłużej funkcję proboszcza pełnili tylko: Andrzej Slommow przez 40 lat (1398–1438) i Stanisław Alojzy Rossołkiewicz przez 37 lat (1818–1855). Jako proboszcz nie szczędził swoich sił i  dążył aby posługa kapłańska i jego niezwykła działalność kulturalno-publicystyczna prowadzona była w Bazylice Mariackiej z autentycznym zaangażowaniem zgodnie z jego mottem życiowym: Cooperatores sinus veritatis – „Bądźmy współpracownikami prawdy”.

* * *

Było to już siódme spotkanie z cyklu „Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska” organizowane przez Stowarzyszenie Nasz Gdańsk. Wcześniej gośćmi honorowymi byli: Tadeusz Matusiak, prof. Jerzy Młynarczyk, Krystyna Stankiewicz, prof. Witold Andruszkiewicz, Halina Winiarska i Stefan Jacek Michalak.

Więcej na ten temat: w tekście Cooperatores sinus veritatis (Bądźmy współpracownikami prawdy) Rufina Godlewskiego.

Debata w NOT: „Zagrożenia i poprawa stanu środowiska naturalnego”

GDAŃSK. Klub Technika NOT zaprasza na debatę „Zagrożenia i poprawa stanu środowiska naturalnego – metody utylizacji odpadów komunalnych i przemysłowych” .

KLUB TECHNIKA ZAPRASZA NA DEBATĘ

„Zagrożenia i poprawa stanu środowiska naturalnego – METODY UTYLIZACJI ODPADÓW KOMUNALNYCH I PRZEMYSŁOWYCH”

6 listopada 2014 r., godz. 13.00

Dom Technika NOT

Gdańsk, ul. Rajska 6

W PROGRAMIE:

 Wystąpienie dr inż. Bogdana Sedlera, Prezesa Fundacji Naukowo-Technicznej „Gdańsk” „Nowoczesne metody utylizacji odpadów. Wpływ emisji ze spalania na środowisko”

 Debata

Prosimy o potwierdzenie udziału w debacie mailowo (projekty@notgdansk.pl) lub telefonicznie (58 301 12 18) do dnia 04 listopada 2014 r.

WSTĘP WOLNY