Z udziałem GTPS

NG bal budynek POSK

Budynek Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Fot. Arch.

50-lecie Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Londynie obchodzi jubileusz 50–lecia powstania tej zasłużonej placówki. Swój wkład w docenienie jednego z najważniejszych ośrodków aktywności społeczno-kulturalnej Wspólnoty Polskiej w Wielkiej Brytanii wniesie też Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki.

Idea powołania w Londynie ośrodka skupiającego działalność kulturalną, społeczną, naukową, oświatową i towarzyską Polaków ma długą historię.

Więź wśród Polonii, łączność z Krajem

Największą rolę w organizowaniu tego skomplikowanego przedsięwzięcia odegrał inż. Roman Wajda.

Ostatecznie decyzję podjęto w roku 1963. Natomiast osobowość prawną POSK uzyskał 19 sierpnia 1964 r. W programie działalności podkreślono m.in. konieczność wzmacniania więzi kulturowej wśród Polonii na całym świecie, w duchowej łączności z Krajem.

W roku 1971 w londyńskiej dzielnicy Hammersmith poświęcono kamień węgielny pod budowę reprezentacyjnej siedziby. Już po trzech latach otwarto zachodnią część budynku. Natomiast 3 maja 1977 r. następuje otwarcie przeniesionej tu Biblioteki Polskiej, której prawnym właścicielem staje się POSK. W jej zbiorach udaje się zgromadzić największy poza granicami Polski zbiór wydawnictw niezależnych z lat 1976 – 1989. Finansowaną dzięki niezwykłej ofiarności polskiego wychodźstwa inwestycję wieńczy otwarcie w 1982 r. teatru. Warto dodać, że na 7 grudnia 2014 r. zaplanowano prezentację książki „Historia POSK”. Niewątpliwie było o czym pisać.

Budynek POSK (ang. Polish Social and Cultural Association) stał się siedzibą licznych organizacji jak: Zjednoczenie Polskie, Instytut Józefa Piłsudskiego, Polski Uniwersytet na Obczyźnie, Stowarzyszenie Polskich Kombatantów. Trudno przecenić ich znaczenie dla podtrzymania polskości na obczyźnie.

Wystawa i promocja książki

Pod koniec września 2014 r. w obchody 50-lecia powstania POSK włączy się Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki. Zaprezentuje w Londynie wystawę plastyczną o Janie Heweliuszu i jego Gdańsku połączoną z promocją wydanej przez Gdańskie Towarzystwo Naukowe książki pod red. prof. Mariana Turka „Johannes Hevelius and his Gdańsk”. Książka została wydana na światowym poziomie, a jej współautorami są m.in. profesorowie z uniwersytetów w Oxfordzie, Paryżu i Parmie.

Wykłady o Heweliuszu wygłoszą  współautorzy tej publikacji m.in. prof. Andrzej Januszajtis oraz dr Jarosław Balcewicz. Natomiast skomplikowany proces powstawania książki przybliży prof. Marian Turek. Warto wspomnieć, że ten ostatni został wraz z małżonką Elisabeth Turek (rodowitą angielką) laureatem tegorocznej Nagrody Honorowej GTPS w dziedzinie nauki i kultury za przygotowanie i wydanie wspomnianej już książki „Johannes Hevelius and his Gdańsk”. Dodajmy, że tak o tej książce pisze przewodniczący Komitetu Nauk o Sztuce Polskiej Akademii Nauk w Warszawie prof. dr hab. Juliusz Chrościcki. „Książka złożona z prac 19 wybitnych autorów, wyróżnia się pośród innych publikacji naukowych z zeszłego roku i stanowi znaczny wkład do interdyscyplinarnej wiedzy o badaniach astronomicznych Heweliusza i kulturze Gdańska w XVII w.

Dla środowisk polonijnych i brytyjskich

Trudno mi nawet wymieniać wszystkich znanych autorów czy same tytuły ich prac, które w zasadniczy sposób poszerzają stan naszej wiedzy. Ze względu na wyjątkowo staranne wydanie nowatorskiej publikacji naukowej, bezbłędny język angielski, ten nagrodzony Tom spotka się z szerokim odzewem na świecie. Wierzę, że ułatwią w jego rozpowszechnianiu pochwalne recenzje, o których wiem, że są już złożone do druku w Polsce i we Francji”.

Oba wydarzenia doskonale się uzupełniają. Wspomniana wystawa, której kuratorem został (znany i ceniony artysta plastyk) prof. Marek Model oraz książka zostaną zaprezentowane środowiskom polonijnym i brytyjskim oraz naukowym i mediom. Czasu starczy też na wizytę w legendarnym  Royal Society. Ponadto w sali teatralno-widowiskowej POSK zaprezentuje się gdański Baltic kwartet wraz z jego liderem Tomaszem Diakunem.

– Możliwość włączenia się w jubileuszowe obchody powstania POSK to dla nas olbrzymi zaszczyt – podkreśla prezes Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki Beniamin Koralewski. – Słowa podziękowania należą się również Prezydentowi Miasta Gdańska Pawłowi Adamowiczowi za okazaną pomoc i wsparcie.

Jarosław  Balcewicz

Dr Jarosław Balcewicz jest wiceprzewodniczącym Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych Gdańskiego Towarzystwa Naukowego.

NG  Bal Heweliusz okładka

Okładka książki „Johannes Hevelius and his Gdańsk”.

 

Gdańsk w świecie żurawi

1. »uraw w Kodeksie kard. Maciejowskiego (XIII w.)

Żuraw w tzw. Kodeksie kardynała Maciejowskiego (XIII w.)

Ze wszystkich średniowiecznych jest największy i ma największy udźwig. Często słyszymy lub czytamy o gdańskim Żurawiu, że był największym lub najstarszym dźwigiem europejskiego średniowiecza. Czas sprawdzić te informacje. W tym celu spróbujemy dokonać przeglądu historycznych  wiadomości o żurawiach.  Od razu muszę się zastrzec, że ograniczymy się do dźwigów (ściślej dźwignic), służących do przeładunku towarów lub stawiania masztów, jednego tylko rodzaju – napędzanych przez ludzi chodzących w tzw. bębnach deptakowych.

Najstarsze urządzenie mechaniczne tego typu opisał ok. 230 roku przed Chrystusem (naruszam tutaj zakaz komunistycznej cenzury, która nakazywała pisać „przed naszą erą”, w skrócie „p.n.e.”) Filon z Bizancjum.

Rzymskie urządzenia techniczne przejęła w średniowieczu Europa

Był to podnośnik kubełkowy do wyciągania wody ze studni. Niewiele późniejsze jest najstarsze wyobrażenie dźwigu z bębnem deptakowym na płaskorzeźbie rzymskiej z II wieku prz. Chr., eksponowanej w Muzeum Laterańskim w Rzymie. Działające kopie rzymskich żurawi tego rodzaju, wykonane na podstawie odkopanych resztek, stoją w Bonn i Xanten. Pokazy ich pracy są wielką atrakcją, za której  oglądanie turyści płacą pieniądze. Rzymskie urządzenia techniczne przejęła w średniowieczu Europa. Świadectwa istnienia żurawi z napędem bębnowym, zwanych po łacinie magna rota czyli wielkie koło, zaczynają płynąć od około 1225 r., najpierw z Francji, potem z miast innych krajów. Oto lista – z pewnością niepełna – żurawi, według dat pierwszej wzmianki: 1244 Utrecht, 1263 Antwerpia, 1288 Brugia, 1291 Hamburg, 1330 Lüneburg, 1337 Stade i dopiero na siódmym miejscu, w 1367 r. mamy pierwszą wzmiankę o żurawiu w Gdańsku: apud caranum czyli przy Żurawiu. A więc na pewno nie był najstarszy. Ten nasz pierwszy żuraw stał w tym samym miejscu, co dziś, na „dolnym” końcu ulicy Szerokiej, przy bramie wodnej, która istniała już – on pewnie też – w roku 1363. Jak wyglądał, czy był wbudowany w bramę, jak dzisiejszy, czy stał osobno – nie wiemy. Wobec licznych kontaktów z zachodnimi miastami możemy być pewni, że miał już wówczas napęd deptakowy, podobny do tamtych, tzn. dwa „wielkie koła” z chodzącymi wewnątrz ludźmi.

Odbudowany – wygląda jak dawniej

Gdy w 1442 r. spłonął, rozpisano podatek na odbudowę. Ponieważ brama miała być znacznie potężniejsza niż dotąd, Krzyżacy uznali ją za zagrożenie dla zamku w zakolu Motławy i odmówili zgody. Mimo to, dzięki energii i zdecydowaniu burmistrza Henryka Vorratha w roku 1444 ukończono potężną budowlę, która przetrwała pięć wieków.

Po ostatniej wojnie pozostały z niej tylko zrujnowane baszty. Dzięki, przeprowadzonej w latach 1956–1959 odbudowie Żuraw jest dziś znowu symbolem Gdańska i  najwspanialszym obiektem mieszczącego się tu i na Ołowiance Narodowego Muzeum Morskiego. Wysoka na prawie 30 m drewniana konstrukcja, wbudowana między dwie zaokrąglone baszty, wystaje w stronę Motławy. Wystająca część (wysięgnik) opiera się na stojących na nabrzeżu drewnianych słupach, których kamienne bazy, z tzw. żabkami, są rekonstrukcją pierwotnych, pochodzących zapewne z rozebranego po 1454 r. zamku krzyżackiego. Wewnątrz znajduje się również zrekonstruowane urządzenia wyciągowe, w postaci umieszczonych nad sobą dwóch par bębnów. Są to właściwie dwa dźwigi, umieszczone jeden nad drugim. Liny, później łańcuchy, nawinięte na ich osie, były w dalszym biegu przerzucone przez belki i zakończone hakami, do których przyczepiano podnoszone obiekty. Ciężar (ściślej: moment ciężaru) ciał ludzi, zwykle więźniów, wspinających się po szczeblach wewnętrznych ścian bębnów, pozwalał podnieść do 4 ton na wysokość 11 m (przy współdziałaniu obu dźwigów) lub do 2 ton na wysokość 27 m.

W Kolonii, Trewirze, Andersach…

Porównajmy te osiągi z udźwigiem innych historycznych żurawi. Jak wynika z późnośredniowiecznych rozporządzeń 14-wieczne żurawie w Kolonii miały udźwig do 1,62 t, a w pierwszej połowie XV w. –  do 2  t. Żuraw z 1413 r. w Trewirze podnosił ciężary do 1,2 t, w Andernach (z 1561 r.) do 1,4 t. Wspomniany wyżej żuraw w Stade (pochodzący w tej postaci z 1661 r., rozebrany w 1898, zrekonstruowany w 1977 r.) miał według wykonanej w 1878 r. ekspertyzy mieć maksymalny udźwig 4,1 t., co jednak przy rozmiarach jego kół (niecałe 5 m) nie wydaje się prawdopodobne. Rekordowym osiągnięciem wysokiego na 18 m żurawia w Lüneburgu, było podniesienie z barki na brzeg pierwszej w Niemczech lokomotywy w 1840 r. Lokomotywa ważyła 9,3 t. Trzeba tu jednak dodać, że był to dzisiejszy żuraw, zbudowany w 1797 r., o konstrukcji wzmocnionej stalą. W wyczynie, który o mało co nie doprowadził do jego runięcia, wzięło udział 38 pracowników. W dwóch bębnach o średnicy 4,7 m mogło chodzić najwyżej ośmiu z nich, pozostali ciągnęli za „szprychy” bębnów z zewnątrz. Średniowiecznego poprzednika żurawia na tym miejscu obciążano ładunkami rzędu 1,6 t.

Jak widać ze wszystkich średniowiecznych żurawi gdański Żuraw jest największy i ma największy udźwig. Średniowiecznych? – zapytają Czytelnicy – przecież jego urządzenia wyciągowe są powojenną rekonstrukcją! To prawda, ale żaden z istniejących żurawi nie ma zachowanej średniowiecznej konstrukcji. Wszystkie były wielokrotnie wymieniane i modernizowane. Żuraw w Stade jest rekonstrukcją z 1977 r., w Brugii – z 2002, żurawia w Trewirze całkowicie przebudowano w 1661 r. itd., więc nasza „rekonstrukcja” nie przynosi ujmy. Dzięki niej mamy w Gdańsku najwspanialszy dźwig europejskiego średniowiecza. Mocniejszy od niego, o udźwigu 7,5 t. pojawił się dopiero w 1758 r. w Sztokholmie (spalony w 1978, odbudowany w 2003 r.), większy – w Karlskronie (42 m wysokości) – w 1803 r.

Miały je także: Elbląg, Szczecin, Toruń

Warto zauważyć, że wszystkie żurawie, także te rekonstruowane, mają wywieszone liny z bloczkami i hakami, a pokazy ich pracy ściągają turystów. Tak jest w Bonn, Xanten, Brugii, Pradze i wielu innych miejscach, a w gaskońskiej forteczce Larresingle w bębnie zrekonstruowanego żurawia chodzą dzieci! Szkoda, że zrezygnowaliśmy z takich pokazów u nas!

Na koniec ciekawostka: na ziemiach polskich stare żurawie portowe miał także Elbląg (w 1380 r., istniał jeszcze w 1865), Szczecin (poł. XV w., nowy 1570, istniał jeszcze w 1790 r.) i Toruń (przed 1631, nowy 1661, rozebrany w 1830 r.). Żaden z nich nie dorównywał naszemu. Gdańsk miał ich z resztą więcej. „Żurawia Tylnego” z ok. 1610 r.,  przedstawia widok oblężenia Gdańska w 1734 r. Z kolei na planie Schmeera z 1615 r. widnieje niezauważony dotąd przez historyków techniki „Polski Żuraw Masztowy” na Kępie i jeszcze jeden przy dzisiejszym ujściu Kanału Raduni do Motławy. Piątym dźwigiem dysponowała od 1640 r. stocznia na Lastadii. Szósty, „Mały”, na nabrzeżu przy Bramie Stągiewnej, znamy z akwareli Zygmunta Vogla z ok. 1790 r. Siódmy obsługiwał składy ołowiu na Ołowiance. Dawny Gdańsk można śmiało nazwać miastem żurawi.

Andrzej Januszajtis

3. »uraw Tylny przy Bastionie Jednoro¬ca (w 1734 r.)

Żuraw. Tylny na widoku z 1734 r. 4. Mały Żuraw przy wadze żelaza (Z. Vogel, ok. 1790)

2. Wielki »uraw pracuje (zdjŕcie archiwalne)

Wielki Żuraw pracuje (zdjęcie archiwalne)

4) Ma-y »uraw przy wadze ¬elaza ok. 1790 r. (Z. Vogel)

Mały Żuraw przy wadze żelaza (Z. Vogel, ok. 1790)

Krzyże w Ejszyszkach

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ratowanie krzyża. Od lewej Z. Olszewski, R. Gasiński i B. Garba.

 Temu ma służyć, powstające w Gdańsku, Muzeum II Wojny Światowej.

Tu walczyli polscy powstańcy

W tym celu pracownicy placówki odbywają niejednokrotnie dalekie podróże.

Wyruszając na kolejną wyprawę na Litwę nie spodziewaliśmy się, że podczas pozyskiwania eksponatów dla powstającego Muzeum II Wojny Światowej, natrafimy na szczególną pamiatkę związaną z Postaniem Styczniowym, którą przyjdzie mam doraźnie ratować. Ale po kolei. W stosunkowo chłodny, choć słoneczny dzień, 25 października 2013 roku, wraz z pracownikiem Muzeum, Bartłomiejem Garbą, wyruszyliśmy samochodem służbowym z Wilna do niewielkiej miejscowości Ejszyszki. W podróży towarzyszyli nam, zamieszkali w Wilnie: Zygmunt Olszewski, kombatant AK, ps. ,,Korek“ i – nie po raz pierwszy wspierający nas organizacyjnie na Litwie – Robert Gasiński, przedstawiciel Klubu Miłośników Broni Wojskowej w Wilnie i stowarzyszeń polonijnych w Wilnie.

Miasteczko Ejszyszki (lit. Eišiškėsbiał. Эйшышкі; jidysz אישישוק ,איישישאק – Ejszyszok lub Ejszyszuk) jest to kilkutysięczna miejscowość na Litwie usytuowana na południe od Wilna, w rejonie solecznickim. Dzisiaj leży tuż przy granicy z Białorusią. Tereny te pozostają zapisane w historii Powstania Listopadowego i Powstania Styczniowego. To właśnie m.in. tu, pod Ejszyszkami, podczas Powstania Listopadowego, potyczkę z Moskalami stoczył, cofający się z Puszczy Rudnickiej, oddział akademików wileńskich pod dowództwem Emeryka Stankiewicza. Po wybuchu Powstania Styczniowego, gdy w lutym 1863 r. przechodził przez te tereny oddział Ludwika Narbuta, w Ejszyszkach dołączyło do niego 80 powstańców z księdzem Horbaczewskim na czele. Podobnych zdarzeń było, oczywiście, znacznie więcej.

Przewracany i łamany przez komunistów

W dziejach powstań były sukcesy, niestety nie brakowało również dotkliwych strat. W walkach, potyczkach i zasadzkach ginęli Polacy. Czas zatarł pamięć o wielu z nich. O jednym, dzisiaj już anonimowym, pamięć przetrwała dzięki przodkom Zygmunta Olszewskiego. Jego rodzina przed wojną posiadała w Ejszyszkach trzy domy i duże gospodarstwo rolne. Tuż za miastem, na kolonii, jak to niegdyś nazywano, przy drodze do Roubiszek, stał ich dom letniskowy. Według rodzinnych przekazów, w 1863 r., na drodze przed ich domem, Moskale zabili jednego z powstańców. Miano go pochować na cmentarzu w Ejszyszkach. W rodzinie żywa jednak pozostała pamięć miejsca jego śmierci. Kiedy w 1918 r. Polska odzyskała niepodległość, ojciec Zygmunta Olszewskiego, Michał, postanowił działać. Na początku lat 20. XX w., w miejscu śmierci powstańca, postawiono dębowy krzyż. Przy jego wykonaniu pracowało kilku cieśli i – jak się dzisiaj wspomina – liczył 9 do 12 metrów wysokości. Krzyż zdobił rzeźbiony ołtarzyk i równie pięknie wyrzeźbione wykończenia ramion krzyża.

Krzyż przetrwał nietknięty do zakończenia drugiej wojny światowej. Nastały niekorzystne dla niego lata. Był kilkakrotnie przewracany i łamany przez niechętnych mu komunistów. Rodzina państwa Olszewskich i przyjaciele, najczęściej pod osłoną nocy, stawiali krzyż ponownie w jego uprzednie miejsce. Niestety, na skutek zniszczeń, a przede wszystkim złamań, krzyż stawał się coraz krótszy. Niekorzystnie na jego losy wpłynęło również umiejscowienie. Nie ma już, stojącego tu niegdyś, domku letniskowego Olszewskich, a droga przy krzyżu prowadzi do odległej o niecałe trzy kilometry, zamkniętej dla ruchu, granicy.

W szczerym polu

Krzyż stoi dzisiaj samotnie i dosłownie w przysłowiowym szczerym polu. Najbliższe domy w Ejszyszkach położone są w odległości kilkuset metrów stąd. Nie konserwowany, przegnił w podstawie i zaczął się chylić ku upadkowi. Jak przyznał Zygmunt Olszewski, nie dawało mu to spokoju, wręcz ,,nie mógł spać” i zwrócił się do nas o pomoc. Mimo wielu innych zadań w Ejszyszkach wyraziliśmy chęć działania, poczuliśmy się wręcz zobowiązani do tego. Okrągła, 150. rocznica wybuchu Powstania Styczniowego, wzmocniła w nas motywację.

Wykopaliśmy nowy dół i – postawiony równo krzyż – wzmocniliśmy nazbieranymi na miedzach okolicznych pól dużymi kamieniami. Przyglądając się mocno już zniszczonemu krzyżowi wyrażaliśmy cichą nadzieję, że może znajdzie się w miarę szybko jakieś Muzeum lub też inna instytucja, która zabezpieczy i zakonserwuje zabytkowy już dzisiaj obiekt, a w jego miejsce postawi nowy. Niestety, oryginalny krzyż, nie ma szans na przetrwanie.

O tym, że to nie jedyny ważny krzyż w dziejach rodziny Zygmunta Olszewskiego, dowiedzieliśmy się szybko w innym miejscu w Ejszyszkach. Udaliśmy się do jednego z dwóch domów  należących do rodziny Zygmunta Olszewskiego w centrum miasteczka. W ogrodzie starego domu, w którym się wychowywał, dzisiaj wystawionego na sprzedaż, staraliśmy się odkopać ukryte tu przez niego przed NKWD w 1946 r. jego pamiątki z partyzantki. Niestety poszukiwania okazały się bezowocne, być może ktoś znalazł je już wcześniej, chociażby przy remoncie podmurówki.

Z przedwojennej polskiej szkoły do Muzeum

Natrafiliśmy natomiast na inną bezcenną pamiątkę. Na ścianie jednego z pokojów opuszczonego i przygotowanego do sprzedaży tegoż domu natrafiliśmy na kolejny niezwykły drewniany krzyż. Okazało się, że przed wojną znajdował się na ścianie jednej z klas w pobliskiej polskiej szkole. Kiedy po zakończeniu II wojny światowej w miasteczku zaczęli rządzić komuniści, krzyż wyrzucili na śmietnik. Znalazł go, przechodzący wówczas w pobliżu, Zygmunt Olszewski i przyniósł do domu. Obok wielu innych, zdarzenie to dobrze zapamiętała mieszkająca dzisiaj w sąsiednim domu jego siostra, Irena. Powiesili wtedy krzyż na ścianie i jest tu do dzisiaj. Nazywają go ,,szczęśliwym krzyżem”, bo uchronił dom przed pożarami i innymi tragediami. Po negocjacjach zgodzili się przekazać pamiątkę do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, nastąpi to, zgodnie z deklaracją, zaraz po sprzedaży domu.

Spotkanie i rozmowa z Panią Ireną uświadomiły nam, że jest ona ważnym świadkiem historii i należy w niedalekiej przyszłości nagrać z nią dokumentację filmową. Po wojnie przez lata była nauczycielką i bezcenne są jej wspomnienia dotyczące ratowania wartości narodowych, a w tym oporu przed wpływami komunizmu i ratowania przed nimi polskiej młodzieży szkolnej po zakończeniu II wojny światowej na Litwie. Równie ważne są jej wspomnienia dotyczące eksterminacji Żydów przez Niemców w 1941 r.

Wymordowano 921 mężczyzn, 1851 kobiet i 814 dzieci

W jej emocjonalnie jeszcze dzisiaj wyrażanych wspomnieniach pojawiają się nazwiska i obrazy prowadzonych na rozstrzelanie jej sąsiadów, matek z dziećmi i koleżanek z miasteczka.

W 1939 r., w dniu wybuchu II wojny światowej, w miasteczku mieszkało: 3,5 tys. Żydów, 2,5 tys. Polaków i niewielka liczba Tatarów. Kiedy nastała okupacja niemiecka, Żydów zamknięto w miejscowym getcie. We wrześniu 1941 r. getto hitlerowcy zlikwidowali. Masowego mordu dokonało kilkunastu Niemców wraz z żądną krwi watahą współpracujących z nimi litewskich szaulisów i policjantów (oddział ten wcześniej wymordował ludność żydowską w Niemenczynie, Nowej Wilejce i w Jaszunach). Jak meldował niemiecki dowódca grupy likwidacyjnej, wymordowano wówczas 921 mężczyzn, 1851 kobiet i 814 dzieci.

Ofiary zakopano w dołach w dwóch miejscach bestialskiej egzekucji na obrzeżach miasteczka. Jedno z tych miejsc odwiedziliśmy. Pod porosłą wysokimi trawami ziemią leży tam 1500 pomordowanych Żydów z Ejszyszek i okolicznych miejscowości. Po miejscu tragedii oprowadził nas, zamieszkały w Ejszyszkach, Kazimierz Bohdziuń. Od niego też usłyszeliśmy o wielu innych szczegółach historii miasteczka w okresie panowania dwóch totalitaryzmów – faszyzmu i stalinizmu.

A może na terenie nieczynnej starej łaźni?

Idąc śladami pamięci, trafiliśmy również na cmentarz w Ejszyszkach.

W 2009 r. spoczęły na nim szczątki trzech anonimowych żołnierzy Armii Krajowej, których zwłoki oprawcy z NKWD wrzucili, wraz z niewypałami, w 1945 r., do nieczynnej studni. Gdy ekshumowano kilka lat temu ich ciała, towarzyszący nam Zygmunt Olszewski, ps. ,,Korek”, miał nadzieję, że są wśród nich szczątki jego legendarnego dowódcy AK, por. Jana Borysewicza o ps. ,,Krysia”. Dowódca ów poległ w zasadzce NKWD pod Kowalkami, 21 stycznia 1945 r., a jego ciało wystawiano na widok publiczny w kilku miejscowościach, w tym w Ejszyszkach. Niestety, nie tam jest jego miejsce spoczynku. Wielkim pragnieniem Zygmunta Olszewskiego jest doprowadzić, aby zwłoki komendanta ,,Krysi” znalazły godny pochówek. Nieustannie żywa pozostaje jego postać w pamięci nie tylko Zygmunta Olszewskiego, czego wyrazem jest  film dokumentalny. Według nowych informacji szczątki „Krysi” mogą znajdować się w Ejszyszkach na terenie posesji nieczynnej od lat łaźni. Niestety, badania dotyczą trudnego terenu i wymagają znacznych nakładów finansowych.

W Ejszyszkach spędziliśmy zaledwie kilka godzin (musieliśmy wracać do Wilna na kolejne umówione juz wcześniej spotkania) i mimo że tak wiele się w tym czasie wydarzyło i tyle zobaczyliśmy, wyjeżdżaliśmy z niedosytem i postanowieniem powrotu.

Ejszyszki, jak i wiele innych miast i miasteczek kresowych II Rzeczypospolitej, kryją w sobie jeszcze wiele wartych poznania i utrwalenia ważnych dla naszej historii miejsc, ludzi i zdarzeń.

Tekst i zdjęcia: Waldemar Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od lewej R. Gasiński, K. Bohdziun, Z. Olszewski w miejscu masowej egzekucji Żydów pod Ejszyszkami. Fot. W. Kowalski

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Budynek starej szkoły w Ejszyszkach, z której z klas komuniści wyrzyucili na śmietnik krzyże. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

B. Garba z siostrą Z. Olszewskiego – Ireną. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

B. Garba (z lewej) i W. Kowalski na Cmentarzu w Ejszyszkach. W tle mogiły trzech ekshumowanych partyzantów i symboliczna – por. J. Borysewicza ,,Krysia”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ratowanie krzyża. W rękach Z. Olszewskiego przedwojenna fotografia krzyża i nieistniejącego domu. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Krzyż na tle Ejszyszek. Fot. W. Kowalski

krzyze 5. Ratowanie krzyża. Od lewej B. Garba, Z. Olszewski i W. Kowalski

Od lewej B. Garba, Z. Olszewski i W. Kowalski

krzyze 3. Ratowanie krzyża. Od lewej R. Gasiński, Z. Olszewski i B. Garba

Ratowanie krzyża. Od lewej R. Gasiński, Z. Olszewski i B. Garba. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od lewej R. Gasiński, B. Garba i Z. Olszewski. Fot. W. Kowalski

krzyze 1. Ratowanie krzyża. Od lewej B. Garba i Z. Olszewski.

Ratowanie krzyża. Od lewej B. Garba i Z. Olszewski. Fot. W. Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teren nieczynnej łaźni w Ejszyszkach. Przypuszczalne miejsce pochówku por. J. Borysewicza ps. ,,Krysia”. Fot. W. Kowalski

Tajemnice latających łodzi

Port wodno - lotniczy Dornier Super WalPort wodno – lotniczy w Wolnym Mieście Gdańsku. Chociaż pierwsze połączenie wodno – lotnicze Wolnego Miasta Gdańska było początkowo obsługiwane z Sopotu, to jednak – ze względu na niekorzystne warunki otwartego akwenu – szybko przeniesiono je na Martwą Wisłę do Górek Wschodnich (Östlich – Neufähr). Atutem nowej lokalizacji był wysoki las wydmowy.

Las od północy chronił wodnosamoloty przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi, przede wszystkim silnym wiatrem.

Wodnosamoloty typu Dornier Wal

Inauguracja połączenia ze Sztokholmem nastąpiła 5 czerwca 1925 r., a trasę obsługiwały dwa wodnosamoloty typu Dornier Wal mogące przewieźć 14 pasażerów. Przedsięwzięcie było wspólnym dziełem dwóch towarzystw lotniczych: Danziger Aero Lloyd (funkcjonowało w Gdańsku jako filia Deutsche Aero-Lloyd AG z siedzibą w Berlinie) oraz szwedzkiego Nordische Flugreederei.

Start z portu w Górkach Wschodnich następował o godz. 17.15, a o godz. 21.15 wodnosamolot był już w Sztokholmie. Skąd  wylatywał w dniu następnym o 6 rano, aby dotrzeć do Gdańska o godz. 10. Na liczącej 690 km trasie z Gdańska do Sztokholmu bito też rekordy prędkości i tak 18 czerwca 1925 r. pilot Kraut pokonał ją na maszynie Fokker F III w dwie godziny. Parę dni wcześniej wodnopłatowiec Dorniel Wal „Idiar” pokonał ją w czasie dwóch godzin i 38 minut. Ten ostatni uległ też na początku lipca wypadkowi rozbijając się koło wsi Plehnedorf (Płonie). Na szczęście uszkodzeniu uległa tylko maszyna, a pasażerom nic się nie stało. Obiecujący sezon zakończono 30 września 1925 r. Niestety, w następnym roku loty zawieszono.

Warto też wspomnieć o odwiedzeniu Gdańska w październiku 1925 r. przez trzy włoskie hydroplany pod dowództwem majora Umberta Madaleny. Lecąc z Rygi do Kopenhagi zatrzymały się w Gdańsku w celu uzupełnienia paliwa.

Wał wydm chronił od wiatru

Rok 1928 zaowocował wznowieniem komunikacji wodno – lotniczej pomiędzy Wolnym Miastem Gdańskiem i Szwecją. Niestety, tylko w tym roku, chociaż plany były znacznie ambitniejsze. Ze środków WMG wybudowano nawet nowy port wodno – lotniczy w miejscowości Górki Wschodnie. Składał się on z dwóch budynków: dworca pasażerskiego oraz przystani pasażerskiej dla statków dowożących pasażerów z Gdańska i Elbląga. Zaletą lądowiska był chroniący od wiatru wał wydm, co umożliwiało wodowanie hydroplanów nawet przy silnym wietrze. Warto dodać, że ramię rzeki miało w tym miejscu do 1300 m szerokości oraz do 8 m głębokości.

Chociaż w Górkach Wschodnich powstała odpowiednia infrastruktura portu wodno – lotniczego, to jednak największym problemem okazał się brak wodnosamolotów (hydroplanów). Deuttsche Luft Hansa preferowała bowiem konkurencyjną linię Szczecin – Helsinki, a planowanego połączenia na trasie Szczecin – Gdańsk – Libawa – Helsinki ostatecznie nie uruchomiono. Stąd też w okresie od 11 czerwca do 23 września 1928 r. jedynie sezonowo funkcjonowała trasa Gdańsk – Kalmar, na której wykonano 80 lotów i przewieziono 197 pasażerów oraz 287 kg ładunku. Trudno uznać te wyniki za imponujące, odnosząc je do poniesionych przez Senat WMG nakładów. Wspomniana trasa była obsługiwana trzy razy w tygodniu przez wodnosamoloty Dornier Super Wal, a przelot trwał 2,5 godziny. W późniejszych latach regularnych połączeń wodno  – lotniczych nie udało się już wznowić.

„Latająca łódź” Dornier Do-X

Nie oznacza to jednak, że żadne hydroplany do Gdańska już nie zawitały, jak miało to miejsce w przypadku największej i najsłynniejszej w tym okresie „latającej łodzi” Dornier Do-X o numerze burtowym D-1929. Gościła ona w Gdańsku od 6 do 13 lipca 1932 r. i stacjonowała w porcie wodno – lotniczym w Górkach Wschodnich. Tę latającą łódź – o długości 40 m – zaprojektował Claude (Claudius) Dornier, a jej skrzydła miały 48 m rozpiętości. Prędkość przelotowa wynosiła 190 km/h (maksymalna 211 km/h), a maszynę dysponującą trzema pokładami unosiło w powietrze 12 silników o mocy 600 koni mechanicznych każdy. Nic zatem dziwnego, że Dornier Do – X wzbudził w Gdańsku ogromne zainteresowanie, a w porcie w Górkach Wschodnich witał go prezydent Senatu WMG Ernst Ziehm. Aby umożliwić obejrzenie latającej łodzi, firma „Weichbrodt & Schlawjinski” zorganizowała nawet specjalne kursy autobusowe, a gdański armator „Weichsel” LAG uruchomił w tym celu swoje parowce: „Paul Beneke”, „Neufahrwasser” oraz „Schwan”.

Wizyta sterowca Graf Zeppelin

Warto jednak wspomnieć, że wyprodukowany zaledwie w trzech egzemplarzach samolot pasażerski o konstrukcji łodzi latającej Dornier Do X był bardzo awaryjny, a koszty eksploatacji horrendalnie wysokie, co spowodowało, że wycofano go później z eksploatacji i umieszczono w berlińskim muzeum, gdzie zniszczyły to cudo techniki alianckie bomby.

Rok 1932 obfitował zresztą w lotnicze wydarzenia jak chociażby wizyta sterowca Graf Zeppelin, czy też lądowanie w Porcie Lotniczym Gdańsk – Wrzeszcz największego niemieckiego samolotu lądowego D 2000 Junkers G 38. Nie można jednak pomijać propagandowego celu tych wydarzeń w WMG.

Dzięki temu, że na Wyspie Sobieszewskiej nie toczyły się żadne walki, budynki dworca lotniczego ocalały. W dawnym budynku dworca pasażerskiego portu wodno – lotniczego, w którym zachował się nawet kominek, mieści się obecnie stacja badawcza Uniwersytetu Gdańskiego.

Jarosław  Balcewicz

Port wodno - lotniczy Dornier Do X nr D-1929 Claudius Dornier Port wodno - lotniczy _ w Górkach Wschodnich Flugschiff Dornier "Do X", Maschinenzentrale

Epitafium Wildtbergera w kościele Mariackim

Epitafium-Wildtbergera-w-kosciele-Mariackim fdotPJanuszajtis

Epitafium Wildtbergera w kosciele Mariackim. Fot. Andrzej Januszajtis

Listopad nieodmiennie kojarzy się nam z dniem Wszystkich Świętych i przypadającymi nazajutrz Zaduszkami. Myśl zwraca się ku Zmarłym. Wiele starań wkładamy w porządkowanie grobów i miejsc pamięci. Pięknym wyrazem pamięci o zmarłych są epitafia w gdańskich kościołach

Wiele z nich upamiętnia ludzi, którzy przyczynili się do chwały miasta. Są jednak i inne, można by rzec przypadkowe, poświęcone ludziom spoza Gdańska, którzy przyjechali na krótko i tutaj dopadła ich śmierć. Jedno z tych epitafiów wisi w bardzo eksponowanym, wręcz zaszczytnym miejscu kościoła Mariackiego: na Pierwszym Filarze Ukrzyżowania, jak go nazywano, czyli na północno-wschodnim filarze skrzyżowania naw. Epitafium, niedawno pięknie odnowione, błyszczy od złota. Ma postać podłużnej tablicy, ujętej w bogate obramowanie z figurami i dekoracją naśladującą metalowe okucia.
Czegoż tu nie ma! Są putta i trupie czaszki z rurkowanymi kryzami, alegoryczne figury i główki, a w ażurowej oprawie portretu zmarłego i bocznych występach – uszakach podano jak na talerzu złote liście i kolorowe owoce – banany, gruszki, figi, jabłka granatu i winne grona. Całość wieńczy figura Miłości (Caritas) z dzieckiem na ręku i dwójką innych tulących się do jej stóp. Kariatydy podtrzymujące belkowanie herbowego kartusza, na którym stoi, nie przedstawiają jednak, jak należałoby się spodziewać, jej siostrzyc – Wiary i Nadziei. Jest to raczej Roztropność (z księgą) i Umiarkowanie (z czymś, co można chyba odczytać jako pochodnię?).

Kim był bohater tego dzieła? Na czarnym tle czytamy wypisaną złotą majuskułą (dużymi literami) informację: „P.M.S. (Piis Manibus Sacrum – pobożnymi rękami poświęcone) Jerzemu Wildtbergerowi, synowi Ruperta Wildtbergera senatora w Linzu nad Dunajem, który jako chłopiec w Tybińskiej, jako podrostek w Sztrasburskiej Akademii pobożności i dobrym umiejętnościom się poświęcił, jako młodzieniec we Włoszech, działając z najwyższą chwałą i rzetelnością obyczajów stał się tam niektórym, zwłaszcza pochodzącym ze Szwecji, bardzo uczynny, przez których potem zaproszony do Szwecji się przeniósł, gdzie Najjaśniejszemu królowi Janowi, a następnie jego synowi Zygmuntowi III, królowi Polski jako osobisty sekretarz wiernie służąc, różnorakie poselstwa z pilnością sprawował. Mężowi odznaczającemu się najwyższą roztropnością, cnotą i czystością życia, prawdziwie szlachetnemu Piotr Wildtberger i Tomasz Pulshamer, zasmuceni spadkobiercy (pomnik) wystawili. Śmierć go zabrała roku 1593 ósmego dnia miesiąca lutego, gdy miał zaledwie 43 lata.”
Jerzego (Georga) Wildtbergera można określić jako austriackiego dyplomatę w służbie Szwecji i Polski. W owalu u dołu widnieje jego podobizna, namalowana przez Antoniego Möllera lub kogoś z jego pracowni. Przystrojone w rurkowane kołnierze czaszki u dołu mają podobno symbolizować zmarłego i jego żonę. Pod jedną czaszką napisano: QUOD ES EGO FUI, czyli „kim jesteś, ja byłam” (lub byłem), pod drugą QUOD SUM TU ERIS – „kim jestem, ty będziesz”. Między nimi jest trzecia czaszka, oznaczająca Śmierć, oraz klepsydra (zegar piaskowy) – ot, takie Memento Mori W zwieńczeniu przywracają optymizm sylwetki orłów – symbol Nieśmiertelności.
Epitafium, uszkodzone podczas wojny, odrestaurowano w 2005 r. pod kierunkiem Tomasza Korzeniowskiego. Niektóre elementy – putta, orły, konsolki, kapitele i obramienia portretu – trzeba było zrekonstruować, resztę zakonserwować, scalić i przywrócić polichromię. Portret znalazł się w Muzeum Archidiecezjalnym w Oliwie.
Fundatorami tej roboty na medal byli – chwała im za to – gdańscy piekarze. Wymieńmy jeszcze wykonawców: Stanisława Milewskiego i Adama Kołodzieja. Figury już wcześniej zakonserwowała Maria Bigoś-Bojarska.

Andrzej Januszajtis

W skrzyniach ze śmietnika (2)

png_wk_ppłk W. Stoczkowski pod Ankoną zdobytą przez polskich zołnierzy w lipcu 1944 r.

Płk. Wiktor Stoczkowski pod Anconą zdobytą przez polskich żołnierzy w lipcu 1944 roku. Fot. Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

Wśród pamiątek nie było, niestety, zdjęć i dokumentów, nie brakowało natomiast związanych z nimi pytań. Ciąg dalszy musiał nastąpić i tak też się stało.

Krystyna Szymańska – siostra żony Wiktora

png_wk_Krystyna Szymańska - jej starsza siostra Anna w 1933 r. wyszła zamąż za Wiktora Stoczkowskiego. Fot. WK

Krystyna Szymańska, siostra Anny, żony Wiktora Stoczkowskiego

Miłym skutkiem prowadzonych poszukiwań stało się dotarcie do Krystyny Szymańskiej z domu Nowosad (ur.  01.01.1924 r.). Jej siostra Anna, z zawodu nauczycielka, w dniu 11 listopada 1933 r. w Lidzie zawarła związek małżeński z Wiktorem  Stoczkowskim, który w randze kapitana służył tu w 77 Pułku Piechoty. Do września 1939 r. mieszkali w Lidzie. Wojna rozdzieliła rodzinę. Wiktor wyruszył na front.

png_wk_W rozmowie z ppłk W. Stoczkowskim gen. Kazimierz Sosnkowski (po lewej).

Płk. Wiktor Stoczkowski w rozmowie z gen. Kazimierzem Sosnkowskim. Fot: Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

png_wk_ppłk W. Stoczkowski (z lewej) składający meldunek gen. Wł. Andersowi - Włochy 1946 r.

Ppłk W. Stoczkowski (z lewej) składający meldunek gen. Wł. Andersowi. Fot. Z archiwum rodziny Wiktora Stoczkowskiego

 

Skutkiem wrześniowych zawirowań siostry Anna i Krystyna znalazły się w Zamościu. Stąd po kapitulacji Polski z niemałym trudem udało im się powrócić do Lidy, gdzie u zaprzyjaźnionej rodziny zostały po wybuchu wojny córki Anny i Wiktora – Krystyna i Barbara. Miały wiele szczęścia, kilkakrotnie udało im się uniknąć zsyłek na Syberię.

Dużą pomocą okazały się z czasem zachowane dokumenty osobiste i fakt urodzin Anny i Krystyny w Zamościu. W ramach wymiany ludności, jaką prowadzili okupanci niemieccy i sowieccy, udało im się powrócić do Zamościa. Tu Krystyna wraz z jej drugą siostrą Marią i bratem Augustem (zginął w 1944 r.) szybko związały się z konspiracją, a z czasem i z partyzantką na Zamojszczyźnie. Krystyna pełniła funkcję łączniczki w oddziale AK ,,Wiklina” dowodzonym przez Józefa Kaczoruka ps. ,,Ryszard”, który to przeprowadził szereg działań zbrojnych w obronie ludności polskiej przeciwko Niemcom, jak i UPA na Zamojszczyźnie.

Do Polski powrócił w 1947 r. Smutny los

Przez całą wojnę nie miały informacji o Wiktorze, skutku w tym zakresie nie przyniosły również działania Anny, która po kapitulacji Polski szukała męża z pomocą Czerwonego Krzyża. Po zakończeniu wojny przeprowadzili się do Gdańska i dopiero tutaj za pośrednictwem pozostałych w Zamościu krewnych otrzymali informację o Wiktorze

Do Polski powrócił w 1947 r. Przypłynął statkiem do Gdańska. Wiele opowiadał o swoich przeżyciach: ,,Najbardziej straszne były dla nas jego wspomnienia z Rosji”. Niestety radość z powrotu do Ojczyzny i połączenia z rodziną szybko zaczęły tłumić inne problemy: ,,To było niezmiernie przykre dla nas wszystkich. Taka zasłużona dla Polski osoba. Człowiek wykształcony, pułkownik, a nie mógł znaleźć nigdzie stałego zatrudnienia. Chwytał się dorywczo różnych prac. Ostatecznie został zmuszony do wyjazdu do Bydgoszczy. Myślał, że może tam mu się uda. Nic z tego nie wyszło. To było wręcz uwłaczające, by zarobić na życie roznosił i sprzedawał piwo w kiosku na dworcu.”

Z Bydgoszczy powrócił do Gdańska w złym stanie. Skarżył się na dolegliwości serca. Miał z nim już wcześniej problemy w czasie wojny, a dotykające go stresy w powojennej Polsce tylko je pogłębiły. Zmarł w Akademii Medycznej w Gdańsku w Święta Wielkanocne w dniu 22 kwietnia 1957 r.

W kilka dni później 25 kwietnia odbył się jego skromny pogrzeb na Cmentarzu w Oliwie. ,,Rodzina bała się podać zbyt dużo informacji na nagrobku, bała się, że grób będzie niszczony przez służby bezpieczeństwa”. Na nagrobku znalazło się tylko jego imię i nazwisko, bez dat urodzenia i śmierci, bez informacji, o tym kim był za życia i czym zasłużył się Ojczyźnie.

Michał Wincza, przyjaciel Wiktora z Lidy

png_wk_W wielkiej przyjaźni z rodziną ppłk W. Stoczkowskiego żyła rodzina Michała Winczy (na zdjęciu). Fot. WK

Michał Wincza, przyjaciel Wiktora z Lidy

Kolejnych informacji dostarczył kontakt z zamieszkałym w Gdańsku Michałem Winczą (ur. w 1928 r.). Szybko też okazało się, że dobrze znają się z   Krystyną Szymańską od dzieciństwa. Jako dzieci bawili się wspólnie już w czasach, gdy ich rodziny mieszkały przed wojną w Lidzie. Jego ojciec – kpt.  Rajmund Wincza (ur. w 1897 r.) służył w 77 pp. w Lidzie w latach 1930-1937. Tam poznał i zaprzyjaźnił się z Wiktorem Stoczkowskim. Przyjacielskich kontaktów nie zmieniło jego przeniesienie w 1937 r. do 2. Batalionu Strzelców w Tczewie. Wyrazem przyjaźni było m.in. to, że żona Rajmunda Winczy. Janina została w 1935 r. matką chrzestną Barbary – drugiej z córek Wiktora i Anny Stoczkowskich.

,,Po wojnie wiele z rodzin wojskowych zamieszkałych przed wojną w Lidzie odnalazło się w Gdańsku. Szybko też odżyły przyjacielskie kontakty. Trzymały ze sobą rodziny kpt. Żabickiego, kpt. Brażuka, mjr Marzewskiego, kpt. Malickiego, ppłk Stoczkowskiego, no i oczywiście moja. Stoczkowscy mieli duży dom. Mieszkali w Oliwie przy ulicy Podhalańskiej. Ich dom był dobrze położony, na uboczu i pod lasem. U nich też często spotykały się zaprzyjaźnione rodziny. Okazje były różne. Pamiętam Święta Bożego Narodzenia. Po pasterce moja rodzina udała się do domu państwa Stoczkowskich.  Po jakichś dwóch godzinach, już późno w nocy, ppłk Stoczkowski zebrał wszystkie dzieci i poszedł z nami na sanki.”

Michał Wincza do dzisiaj darzy wielkim autorytetem i szacunkiem pułkownika Stoczkowskiego. Zachował też wiele związanych z nim wspomnień: ,,Pamiętam chociażby, jak krótko po jego powrocie do Polski w 1947 r. dał mi w prezencie swój ,,andersowski” beret oficerski. Wszyscy koledzy mi go zazdrościli”. Zaprzyjaźnione rodziny wspólnie przeżywały gorzki los pułkownika Stoczkowskiego: ,,Szybko stał się niewygodny dla nowej władzy. Pod pretekstem położenia Gdańska w strefie przygranicznej zmuszono go do wyjazdu do Bydgoszczy. By zarobić na życie podejmował się różnych prac. Pod koniec 1956 r., gdy do władzy powrócił Władysław Gomułka, zaproponowano mu powrót do służby w wojsku. Nagle uznano, że można wykorzystać jego wiedzę i doświadczenie do prowadzenia walk w terenach górzystych. Rozgoryczony dotychczasowym traktowaniem odmówił. Miał już zresztą w tym czasie problemy ze zdrowiem.”

Grób rodzinny na Cmentarzu Oliwskim

Niestety, trudno jest dzisiaj odtworzyć wszystkie szykany, z jakimi spotkał się po powrocie do kraju ppłk Wiktor Stoczkowski. Pomocna byłaby w tym jego założona mu przez UB teczka. Niestety, dzisiaj wiemy tylko, że taka była i z czasem została przekazana do archiwum Wydziału ,,C” KWMO w Gdańsku, gdzie w 1979 r. została zniszczona. Pojedyncze dokumenty zachowane w archiwach IPN potwierdzają jednak, że był w kręgu zainteresowania służb bezpieczeństwa PRL i to zarówno w trakcie jego pobytów w Gdańsku, jak i w Bydgoszczy, dokąd został zmuszony do wyjazdu. Być może trochę dodatkowych informacji uda się pozyskać z jego zachowanych  powojennych wojskowych aktach osobowych, jakie znajdują się w archiwum IPN w Warszawie.

png_wk_Cmentarz w Oliwie - grobowiec ppłk Wiktora Stoczkowskiego i Anny Stoczkowskiej - Adamowicz. (fot WK)

Grobowiec rodziny Stoczkowskich na Cmentarzu Oliwskim. Fot. Waldemar Kowalski

Grobowiec  rodziny Stoczkowskich bez specjalnego trudu znajdziemy dzisiaj idąc od kaplicy po lewej stronie głównej alei Cmentarza Oliwskiego przy ul. Opackiej i Czyżewskiego. Nie  wiadomo dlaczego i teraz na grobie ppłk Wiktora Stoczkowskiego nie ma dat urodzenia i śmierci. Jest za to nieco więcej informacji o nim samym i jego zasługach: ,,Ś.p. Wiktor Stoczkowski. D-ca 15. Baonu ,,Wilków” pod Monte Cassino. D-ca 4.Woł. Bryg. Piech. II Korpusu Wojsk Polskich w Kampanii Włoskiej. Cześć Jego pamięci”. Po prawej stronie pułkownika spoczęła w grobowcu jego żona Anna Stoczkowska – Adamowicz (ur. 22.03.1910 r. i zmarła 8.12.2005 r.). Sędziwego wieku 95 lat dożyła mieszkając w domu przy ul. Podhalańskiej w Oliwie.

Córki Krystyna, Barbara, Małgorzata – wyemigrowały

Warto jeszcze odnotować, że Wiktor i Anna Stoczkowscy mieli trzy córki. Wszystkie wyemigrowały z Polski. Krystyna (ur. w 1935 br.) zamieszkała w Szwecji, gdzie też zmarła w kwietniu tego roku. W Kanadzie zamieszkały na stałe – w Montrealu Barbara (ur. w 1936 r) i w Calgary Małgorzata (ur. w 1949 r.).

W innej części wspomnianego Cmentarza w Oliwie spoczął również drugi mąż Anny – Józef Adamowicz (zmarł w 1976 r.). To jego postać wiązać należy z inną częścią pamiątek znalezionych w skrzyniach, a przede wszystkim z pieczęcią ze statku s/s ,,Lida” i bloczkiem ze statku. Okazało się, że należy do równie ciekawych postaci. Urodzony 15.02.1905 r. obrał za zawód służbę na morzu, na którym spędził wiele lat. Przed wojną ukończył szkołę morską. Według informacji uzyskanych od rodziny pływał na różnych statkach, w tym na s/s ,,Lida”.  W czasie wojny był w niewoli niemieckiej. Po jej zakończeniu, aż do emerytury pływał na wielu statkach w randze kapitana żeglugi wielkiej.

Wiele się już wyjaśniło, ale też wiele wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec tej historii. Pojawiają się kolejne ślady. Wiele nowych informacji, w tym zdjęć i dokumentów dostarczył bezcenny kontakt, jaki udało się nawiązać z zamieszkałym w Montrealu w Kanadzie Jackiem Sucheckim – wnukiem ppłk Wiktora Stoczkowskiego (synem jego córki Barbary). Zebrał i zabezpieczył wiele pamiątek rodzinnych. Pragnąc przywrócić należną dziadkowi pamięć wiele z nich już udostępnił, wszystkie, wraz z całością zebranego materiału, zostaną zarchiwizowane w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Więcej (również o jego osobie) w kolejnym artykule. Cóż, wypada jedynie stwierdzić, że koniec tej historii jeszcze nie nastąpił.

Waldemar Kowalski

Zobacz: W skrzyniach śmietnika cz. 1

W skrzyniach ze śmietnika (1)

wk_Jeden z kufrów wykonanych z pustych skrzyń_png

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku czeka na każdy okruch pamięci. Początek tej  historii miał dla mnie miejsce 11 stycznia 2013 r. W ten mroźny i śnieżny dzień spotkałem się wieczorem ze Stanisławem Szymajdą. Przyjechałem do niego po jego wcześniejszej deklaracji przekazania pamiątek dla Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W jego mieszkaniu czekały już na mnie dwie stare skrzynie.

Szybko okazało się, że nie są to zwykłe skrzynie, lecz kufry podróżne wykonane z pustych skrzyń transportowych.

Tatusiu, jakaś ekipa opróżnia strych

Z takimi to właśnie niejednokrotnie wracali do Polski po zakończeniu wojny żołnierze 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Pierwszy z kufrów był zamykany na zachowany jeszcze, choć już bez klucza, zamek. Rączkę kufra owinięto – dla wygodniejszego noszenia – wojskowym brezentem. Widoczne ślady po lakowanych na drewnie pieczęciach świadczą do dzisiaj o jego podróżach. Dla zwiększenia jego trwałości pod jego podstawą nabito metalowe stopki. Na drugim z kufrów zachowały się jeszcze dobrze napisy: ,,Stow Away From Boilers”, ,,Rot 96.. Gat …”, 37059 EFI ELBO” i inne. Kufer ten był niegdyś zamykany na kłódkę. Do noszenia służyły dwa brezentowe uchwyty. Wnętrze wyklejono papierem, a zewnętrzne boki obito metalową obejmą.

Z rozmowy ze Stanisławem Szymajdą dowiedziałem się, że cztery, a może już pięć lat temu zadzwoniła do niego córka: ,,Tatusiu, w domu przy ulicy Liczmańskiego w Gdańsku Oliwie jakaś ekipa pracowników opróżnia stary strych. Może do remontu. Wśród wystawionych na śmietnik rzeczy są dwie stare skrzynie z jakimiś rzeczami. Lubisz starocie, to może i te cię zainteresują”. Poinformowany w ten sposób ojciec pojechał i zabrał skrzynie. Uznał, że poosiadają wartość historyczną i szkoda, żeby zostały wyrzucone.  Wtedy nie wiedział jeszcze, co z nimi zrobi. Schował je w swojej piwnicy i tak przetrwały parę kolejnych lat, gdy dojrzała decyzja o ich przekazaniu dla Muzeum.

Właścicielem – płk Wiktor Stoczkowski

Przyjęte protokołem skrzynie i ich zawartość zostały przewiezione do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W lipcu przyszła kolej na ich szczegółową analizę. Przedmioty zostały pogrupowane i powiązane ze sobą logicznie. Wśród przysłowiowych perełek znalazła się grupa pamiątek wskazująca na to, że przed laty ich właścicielem mogła być nietuzinkowa osoba – płk Wiktor Stoczkowski. Przedwojenny polski oficer, żołnierz Kampanii Wrześniowej 1939 r., który po dostaniu się do niewoli był internowany. Wraz z grupą innych polskich oficerów w dniu 9 października 1940 r. został przewieziony z Obozu Kozielsk II do Moskwy i umieszczony w więzieniu NKWD na Butarykach, gdzie polscy oficerowie byli nakłaniani do tworzenia wojska polskiego w służbie sowieckiej. Został uwolniony z grupą oficerów tworzących Armię Gen. Władysława Andersa. Od 4 kwietnia 1943 r. był zastępcą dowódcy 5. Wileńskiej Brygady Piechoty. Był ranny pod Monte Cassino. Od jesieni 1944 r. pełnił służbę dowódcy 4. Wołyńskiej Brygady Piechoty. To oczywiście tylko garść informacji o nim, ale i te wystarczyły, by docenić wartość pozyskanych przedmiotów.

Wiodącym dowodem stał się nieśmiertelnik – kompletny i  informujący, że należał właśnie do Wiktora Stoczkowskiego – ur. 25 sierpnia 1898 r., będącego wyznania rzymsko – katolickiego i służącego w Armii Polskiej.

Pagony, guziki z orłem w koronie, rogatywka

wk_Rogatywka, nieśmiertelnik, nakładki na pagony i guziki, fragment bransolety - 'perły' ze skrzyń.-pngOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do niezmiernie cennych, choć bardzo już zniszczonych, należą nakładki na pagony mundurowe. Dwie z nich są szczególnie ciekawe, mogły powstać w pierwszym okresie tworzenia Armii gen. Władysława Andersa. Tzw. belki wykonano ze zwykłej blachy, użyto również dwóch rodzajów gwiazdek z sowieckich sortów mundurowych. Inne nakładki przypominają o przedwojennej służbie i późniejszej w szeregach 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. O tej ostatniej świadczą również dwa guziki z orłem w koronie używane do płaszcza mundurowego. Wśród sortów mundurowych należy jeszcze wymienić rogatywkę. W jej wnętrzu widoczna jest jej data produkcji – 1942 r. i oznaczenie producenta Silberston & Sons. Do tzw. sztuki okopowej można z kolei zaliczyć znaleziony w jednej ze skrzyń fragment bransolety wykonanej z przedwojennych polskich monet.

Wśród innych zagadkowych przedmiotów znalezionych w skrzyniach znajduje się kilka, które mogą wskazywać, że z biegiem czasu , znalazły się tu być może przedmioty należące do innego mężczyzny. Wskazują na jego związki ze służbą na morzu.  Wśród nich zwraca uwagę przede wszystkim pieczęć ze statku s/s ,,Lida”. Treść pieczęci: ,,Polsko – Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe // Polish Britisch Teamship CO LTD // S/S LIDA”. Być może z tej to też jednostki pochodzi znaleziony tu bloczek do liny, jakich używa się na statkach.

wk_Pieczęć, a być może i bloczek do liny ze statku 'Lida'_png

Drewnicowiec s/s ,,Lida” – statek szczęśliwy

Drewnicowiec s/s ,,Lida” pozostaje w cieniu wielu innych wspaniałych historii polskich statków i okrętów w czasie II Wojny Światowej. Karty jego dziejów są jednak nie mniej ciekawe i warto przypomnieć kilka z nich. Zalicza się go nie bez przyczyny, do statków szczęśliwych. Warto przypomnieć, że przydział na statek ,,szczęśliwy” lub ,,pechowy” miał znaczenie dla marynarzy nie tylko w czasie wojny. Statek ten został zwodowany w 1938 r. Była to wówczas nowoczesna jednostka pływająca przystosowana do przewozu drewna. Miała pojemność 1568 BRT / 790 NRT i nośność 2110 ton. Przy jej długości 77,1 m i szerokości 11,8 m mogła płynąć z prędkością 10 węzłów. Napędzana była dwu prężną 2 -cylindrową maszyną parową systemu Lentza o mocy 1100 KM.  Jej armatorem było Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe S.A. „Polbryt”, z siedzibą w Gdyni, które to zleciło budowę statku stoczni Swan, Hunter&Wigham Richardson w Newcastle – on – Tyne. Przed wybuchem wojny cumował niejednokrotnie w Gdyni.

Jak już wspomniano był zaliczany do szczęśliwych statków i potwierdza to zdarzenie z 20 stycznia 1941 r., kiedy to został trafiony niemiecką bombą lotniczą w jedną z ładowni.

Ucieczka pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Święchowskiego

Bomba ześlizgnęła się za burtę, gdzie eksplodowała, a powstałe – skutkiem wybuchu – uszkodzenia, należały do niewielkich. Do szczęśliwych też należy zaliczyć jego ucieczkę z Casablanki w dniu 4 sierpnia 1940 r., gdzie statek przebywał aresztowany przez kolaborujących z nazistowskimi Niemcami Francuzów z ówczesnej Francuskiej Afryki Zachodniej. Na krótko przed ucieczką załoga podjęła też, nieudaną niestety próbę wywiezienia grupy miejscowych Żydów do Ameryki. Zamiar ten udaremnili Niemcy, którzy przejęli w tych dniach faktyczną władzę w Casablance. Załoga była zmuszona ratować siebie i statek. Pełna napięcia ucieczka statku pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Święchowskiego trwała cztery doby. 8 sierpnia 1940 r. statek dotarł szczęśliwie do Ponta Delgada na Wyspach Azorskich.

S/s ,,Lida” wykonał wiele kolejnych rejsów i przetrwał wojnę, by 6 sierpnia 1946 r. powrócić szczęśliwie do Gdyni. W 1950 r. został przejęty przez Polską Żeglugę Morską w Szczecinie i zmieniono jego nazwę na ,,Gliwice”.

Dotrzeć do mieszkańców domu, rodziny byłych właścicieli pamiątek

Pod nowym właścicielem wykonał ponad czterysta rejsów. W ostatnich latach swojej służby pełnił rolę pływającego magazynu, by ostatecznie w 1973 r. zakończyć swój morski żywot. Pewnie niewiele zostało już po nim pamiątek, tym bardziej cenne pozostają odnalezione przedmioty.

Wśród znalezionych w skrzyniach pamiątek było oczywiście wiele innych mniej lub bardziej ważnych już historycznie przedmiotów. Wymienić można chociażby: maszynkę do ręcznego wyrobu papierosów z połowy XX w. marki Marque&Modele Dêposês ,,Pratica” E.D. Paris (wytwórnia działała we Francji od 1930 r.), brytyjskie mapy hydrograficzne z 1947 r. Bałtyku Zachodniego i Zatoki Gdańskiej, 2. Pfennige Danzig (moneta z okresu Wolnego Miasta Gdańska z 1926 r.), szwedzką maszynkę do ostrzenia żyletek Simens Sirana i pełne opakowanie zapałek okrętowych – tzw. szturmówek: ,,Ship Lifeboat Matches” marki Bryant&May / Aproved By MOFT&CA z 1965 r.

Przy przyjętych w darze przedmiotach nie było żadnych zdjęć i dokumentów. Ich wartość historyczna jest jednak zbyt duża, aby na tym poprzestać. Postanowiłem podążyć tropem, dotrzeć do mieszkańców domu, a może i rodziny byłych właścicieli pamiątek. Będę szukał dalej i wierzę, że może znajdą się też Czytelnicy, którzy mi w tym pomogą. Wszak w kilku innych zagadkowych sprawach miało już to miejsce. Ciąg dalszy musi nastąpić.

Waldemar Kowalski

 Zdjęcia: Z arch. Muzeum II Wojny Światowej

Najpierw był hangar. Lotnisko w dawnym Gdańsku

Flughafen_Danzig

Flughafen_Danzig

W 1935 r. wykonano tu 18 635 lotów, przewieziono 13 128 osób oraz 285 958 kg  ładunku. Pierwsze lotnisko we Wrzeszczu powstało pod koniec 1913 r. Książe Fryderyk Zygmunt pruski wybudował wówczas na terenie ówczesnego dużego placu ćwiczeń hangar lotniczy. Natomiast rozwój nowoczesnego lotnictwa przypadła już na czasy Wolnego Miasta, kiedy to 17 czerwca 1923 r. uroczyście otwarto Port Lotniczy Gdańsk-Wrzeszcz.

Jego powstanie było możliwe dzięki licznym dotacjom z Niemiec.

Lokalizacja doskonała

Rząd polski nie wykazywał w tym okresie większego zainteresowania sprawami lotniczymi w Wolnym Mieście Gdańsku, a także nie podjął działań zmierzających do formalnego zagwarantowania możliwości przelotów polskich samolotów wojskowych nad obszarem WMG. Kwestia ta była o tyle istotna, że stosunkowo niedaleko znajdowała się baza Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku.

Jeżeli chodzi o lokalizację nowego Portu Lotniczego to z marketingowego punktu widzenia była ona doskonała. Niespełna kilometr od niego znajdował się bowiem dworzec kolejowy zapewniający dogodną komunikację na trasie Sopot – Gdańsk. Pomimo tego lotnisko było w stanie przyjąć największe w tamtym czasie samoloty pasażerskie. W dodatku warunki terenowe zapewniały płaski obszar, który pomimo bliskości morza nie był podmokły.

Na początku port lotniczy otrzymał drewniany budynek o powierzchni 400 m kw., w którym mieściły się biura i skromny bufet z kilkoma miejscami noclegowymi. W 1924 r. doszły do tego dwa warsztaty lotnicze i hangar o powierzchni 1200 m. kw. Efektem prac modernizacyjnych było także zainstalowanie w 1926 r. oświetlenia niezbędnego do obsługi nocnej komunikacji lotniczej Berlin – Gdańsk – Królewiec, którą uruchomiono rok później.

Lata 30. – nowy gmach administracyjny

Natomiast przyłączenie budynków portu lotniczego do wodociągów i kanalizacji miejskiej nastąpiło w roku 1928.

Lata trzydzieste przynoszą największe zmiany. Rozpoczyna się bowiem budowa nowego gmachu administracyjnego, który zostaje uroczyście otwarty 8 grudnia 1934 r. Jest on położony ok. 30 m. od dworca kolejowego skąd co kwadrans odchodzą pociągi do centrum Gdańska, Oliwy oraz Sopotu. Niedaleko budynku portu lotniczego znajduje się też przystanek linii tramwajowych i autobusowych. Z punktu widzenia wygody pasażerów były to rozwiązania wręcz idealne.

Wprowadzano też liczne zmiany przyczyniające się do poprawy bezpieczeństwa. Gdański Port Lotniczy wyposażono m.in. w radio pokładowe i goniometr (urządzenie do namierzania i naprowadzania radiowego samolotów), radiolatarnię oraz aparaturę służącą do mierzenia prędkości i wysokości nocnej pokrywy chmur, a nawet urządzenia służące do „ślepego lądowania”. Te bardzo wówczas nowoczesne rozwiązania stawiały Gdańsk w czołówce portów lotniczych Europy i zapewniały mu miejsce w I klasie lotnisk komunikacyjnych.

Deutsche Luft Hansa  i Polskie Linie Lotnicze „LOT”

Z dniem 2 marca 1934 r. weszła w życie umowa lotnicza miedzy Niemcami a Polską. Ustalono w niej m.in. bramy wlotowe na trasie Berlin – Gdańsk – Królewiec przez polski korytarz. Wyrażenie zgody na przelot przez terytorium Polski było szczególnie istotne dla strony niemieckiej, gdyż samoloty kierujące się do i z Gdańska nie musiały już okrążać Półwyspu Helskiego i lecieć nad morzem.

Rok 1935 zaowocował dla Portu Lotniczego Gdańsk – Wrzeszcz wykonaniem 18 635 lotów. Przewieziono w tym czasie 13 128 osób oraz285 958 kg  ładunku. Stałą pasażerską komunikację lotniczą zapewniały tylko dwie firmy: Deutsche Luft Hansa  i Polskie Linie Lotnicze „LOT”. Te ostatnie od 1 maja tegoż roku uruchomiły regularną komunikację lotniczą do nowo wybudowanego portu lotniczego w Rumi, który obsługiwał nabierającą coraz większego znaczenia Gdynię.

Port Lotniczy Gdańsk-Wrzeszcz był własnością Wolnego Miasta Gdańska. Administracyjnie podlegał Wydziałowi Komunikacji Senatu WMG.

Jarosław Balcewicz

Lotnisko na planie Gdanska , 1934 r.

Lotnisko na planie Gdańska, 1934 r.

Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku

Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku

Junkers F 13 przedsiŕbiorstwa pocztowego Danziger Luftpost 1921

Junkers F 13 przedsiębiorstwa pocztowego Danziger Luftpost 1921 r.

Cały czas pragnę się zobaczyć, jak najprędzej i żyć na Waszą Korzyść

Od lewej Maryla i Maria Żwitwckie.

Od lewej Maryla i Maria Swiąteckie.

Do powstającego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku dotarły dokumenty majora Wojska Polskiego, Jan Sałęgi i jego rodziny. Szukamy synów bohatera: Bolesława i Bogusława Sałęgów i ich rodzin.

Na biurku przede mną leży zbiór zdjęć i dokumentów, jakie dotarły korespondencyjnie do powstającego Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Porządkuję je i układam chronologicznie. Poznaję kolejną, jedną z wielu historii, jakie przyniosła polskim rodzinom II Wojna Światowa. Otrzymany zbiór należy do urodzonego w 1894 r. majora Wojska Polskiego Jan Sałęgi i jego rodziny.

Był doskonałym jeźdźcem. Uczestniczył w Kampanii Wrześniowej.  Osadzony w obozie jenieckim w Kozielsku.Z dokumentów wynika, że był uczestnikiem I Wojny Światowej, od 1927 r. związał się ze szkolnictwem wojskowym.

Był doskonałym jeźdźcem. W 1931 r. wraz z: ppłk kawalerii WP Józefem Trenkwaldem, K. Szoslandem i Z. Rucińskim, zdobył Puchar Narodów. Był też laureatem nagrody jeździeckiej marszałka Józefa Piłsudskiego w Konkursie Armii Polskiej w Krajowych Zawodach Konnych w 1932 r. Przed wybuchem wojny w 1939 r. pełnił funkcję Komendanta Kursu Instruktorów Jazdy Konnej i Zaprzęgami w Toruniu. Zamieszkiwał  w tym czasie w mieszkaniu skarbowym przy ul. Prądzyńskiego 3/ m.6. W dniu 24 sierpnia – w związku ze służbą i rozkazami – opuścił mieszkanie. Z tego dnia zachował się interesujący urzędowy spis wyposażenia mieszkania obrazujący stan materialny jego oficerskiej rodziny (żona Bolesława i dwóch synów – Bolesław i Bogusław). Po udziale w Kampanii Wrześniowej ukrywał się przez pewien czas. Z okresu tego zachowały się dwa ,,grypsy” kierowane do żony. Oba zachowały jego teściowa, Maria Świątecka i jej córka, Maryla, które zamieszkiwały w tym czasie we Lwowie. Zatrzymany przez Sowietów został osadzony w obozie jenieckim w Kozielsku.

Od lewej Maria i Maryla Żwiteckie

Od lewej Maria i Maryla Świąteckie

Z okresu pobytu w Kozielsku zachowały się jego trzy listy kierowane do żony, Bolesławy. Pisał w nich o swoich nadziejach i tęsknocie za rodziną, biedzie obozowej, pogarszającym się wzroku i chorobie uszu. W jednym z listów skarżył się, że musiał sprzedać zegarek, by mieć pieniądze na niezbędne mu rzeczy, prosił też o przesłanie skarpetek i nożyków do golenia. Mimo trudnego położenia nie tracił wiary i tak m.in. w dniu 25 listopada 1939 r. pisał do żony: Oczekuję na wyjazd do Torunia lub Warszawy, jako mieszkaniec Torunia sprzed wojny. Ty również z dziećmi i Romek, jako uciekinierzy wojenni, macie prawo powrotu do Warszawy lub Torunia (…). Jego troska o rodzinę była w każdym z listów. W jednym z nich z 8 stycznia 1940 r. pisał: Cały czas pragnę się zobaczyć, jak najprędzej i żyć na Waszą Korzyść (…). Zwracał się również bezpośrednio do synów, m.in.: Czy grzeczni jesteście i słuchacie Mamusi? Uczcie się chętnie i dobrze, to Wam dużo naopowiadam jak się zobaczymy (…)

Fragment listu z obozu w Kozielsku z dnia 25.11.1939 r.

Fragment listu z obozu w Kozielsku z dnia 25.11.1939 r.

 

Jeden z tysięcy polskich oficerów zamordowany w Katyniu. Jego żonę, Bolesławę Sałęgę, wraz z synami, Bolesławem i Bogusławem, zesłano do Kazachstanu

Już się nie zobaczyli, został jednym z tysięcy polskich oficerów zamordowanych w Katyniu.

Jego żonę, Bolesławę Sałęgę, wraz z synami, zesłano do Kazachstanu. Z okresu tego zachowały się rysunki Bolesławy Sałęgi.

image description

Rysunek Bolesławy Sałęgi wykonany w Kazachstanie

image description

Rysunek Bolesławy Sałęgi wykonany w Kazachstanie.

Na kartkach papieru, przy użyciu ołówka i kredek ilustrowała ich warunki pobytu, codzienne życie i większe lub mniejsze wydarzenia.  Z Kazachstanu, wraz z Armią gen. Władysława Andersa, udało im się przedostać przez Azję Mniejszą do Afryki, skąd trafili do Sydney w Australii. Do Australii przeprowadziła się również po wojnie, z córką Marylą, Maria Świątecka – matka Bolesławy, do której wcześniej kierował swoją korespondencję mjr Jan Sałęga, a później jego żona, Bolesława. Wyjeżdżając do Australii Maria Świątecka pozostawiła w depozycie u swojej przyjaciółki, Ireny Neunert, przywołane pamiątki rodzinne. Po jej śmierci depozyt w spadku przejął jej przyrodni brat, Zbigniew Jastrzębski. Po jego śmierci jego żona, by nie uległy zniszczeniu i zapomnieniu, spakowała je i przesłała do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wśród otrzymanych materiałów nie ma jeszcze zdjęć samego majora i jego żony. Wierzę, że z czasem i te się znajdą. Są natomiast zdjęcia jego teściowej i szwagierki. Jest też przeurocze zdjęcie jego synów Bolesława i Bogusława. Wykonane w Toruniu latem 1939 r., na krótko przed wybuchem wojny, przedstawia dwóch szczęśliwych i ufnie patrzących w przyszłość chłopców przed samochodem ich ojca.

image description

Na odwrocie zdjęcia odręczny napis ,,Boluni”

Wystarczyły tygodnie, miesiące, by w machinie wojennych systemów totalitarnych wszystko legło w gruzach. Spadkobierca depozytu, Zbigniew Jastrzębski, próbował odszukać barci. Według posiadanych przez niego przekazów jeden z nich po wojnie został lekarzem i zamieszkał w Anglii. Niestety czas długo nie był przyjaznym takim poszukiwaniom. Wymagały one również środków finansowych, a tych poszukujący nie miał za wiele. Może teraz się uda? Posiadających informację i inne materiały w sprawie przedwojennych, wojennych, jak i powojennych losów rodziny majora Jana Sałęgi, prosimy o kontakt z redakcją lub z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

*  *  *

            Przedstawiona historia jest zaledwie jedną z tysięcy, jakie stały się udziałem polskich rodzin. Nie jest też jedyną, jakie wraz z towarzyszącymi im pamiątkami, trafiły do powstającego w Gdańsku Muzeum. Nie można o nich zapominać, winny nadal służyć swoim przekazem kolejnym pokoleniom.

Waldemar Kowalski