Dla małej i wielkiej Ojczyzny. Zasłużeni dla Historii Gdańska – próba podsumowania

Fot. Janusz WikowskiW 2012 r. wystąpiliśmy z inicjatywą organizowania spotkań z ludźmi Zasłużonymi dla historii miasta Gdańska. Chcieliśmy uhonorować w ten sposób osoby szczególnie zasłużone dla miasta, a nieuwzględnione dotąd w głównych oficjalnych „rozdaniach”, z tej prostej przyczyny, że jest tych osób dużo, a odznaczeń stosunkowo mało.

Każdy z uhonorowanych wybrał sobie motto i ulubioną melodię do wykonania na karylionie Ratusza Głównego Miasta.

Pod wrażeniem wybitnej osobowości

Z czasem ustalił się porządek uroczystości. Przed rozpoczęciem ich bohaterowie i zaproszeni goście ustawiają się do zdjęcia przed Dworem Artusa. Po wysłuchaniu odegranych na dzwonach melodii przechodzą do Wielkiej Izby Wety (tzw. Białej Sali) w Ratuszu, lub (w dwóch przypadkach) do Dworu Artusa. Po usadowieniu się w miejscach wchodzi Uhonorowany w asyście dwóch gdańszczanek w stylizowanych strojach i zasiada na podium w gdańskim krześle. Po słowie wstępnym gospodarza – Dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – i prezesa Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” następują laudacje, a po nich odznaczenia i wyróżnienia. Dotychczasowi Honoraci otrzymywali medale od Prezydenta Miasta, który objął spotkania Patronatem, oraz liczne honorowe dary i wyróżnienia – w tym legitymację członka honorowego lub zwyczajnego (w zależności od ich woli) naszego Stowarzyszenia. Teraz następuje coś niezwykle cennego: osobista wypowiedź Uhonorowanego. Efekt jest zawsze ten sam: jesteśmy pod wrażeniem wybitnej osobowości, wytężonej pracy i oddania w służbie miastu i społeczeństwu. Wspaniała to lekcja nie tylko dla nas, organizatorów, ale i dla młodzieży szkolnej, którą zapraszamy na kolejne uroczystości! Po wypowiedzi nasz Bohater wpisuje się do Księgi Pamiątkowej. Po krótkim koncercie w wykonaniu wysokiej klasy muzyków uroczystość kończy toast za zdrowie Osoby, z którą się spotkaliśmy.

Ośmioro uhonorowanych

Oto wykaz Uhonorowanych z datami spotkań i wybranymi dewizami życiowymi:

  • 29.V.2012 Tadeusz Matusiak: „Wszystko, co zasiało nasze pokolenie, rośnie i pięknieje”.
  • 15.X.2012 Prof. Jerzy Młynarczyk: „Gdańsk był zawsze miastem niepokornym”.
  • 15.X.2013 Krystyna Stankiewicz: „Miłość do Gdańska niech idzie w pokolenia”.
  • 17.XII.2013 Prof. Witold Andruszkiewicz(+): „Służyć Polsce, a w niej przede wszystkim Gdańskowi”.
  • 25.III.2014 Halina Winiarska: „Umrzeć młodo – jak najpóźniej”.
  • 17.VI.2014 Stefan Jacek Michalak: „Tylko pracując dla dobra innych można być w pełni szczęśliwym”.
  • 21.X.2014 Ks. infułat Stanisław Bogdanowicz: „Cooperatores simus veritatis” (Bądźmy współpracownikami prawdy).
  • 19.XI. 2014 Grzegorz Pellowski: „Bez pracy nie ma kołaczy”.

Lista się nie wyczerpie

Choć tak różne to osobowości i różne ich zasługi, łączy je wszystkie bezinteresowna działalność dla małej i wielkiej Ojczyzny.

Spotkania z nimi okazały się sukcesem. Wypada podziękować wszystkim, którzy się do niego przyczynili: Prezydentowi Miasta Gdańska i jego Urzędowi, w tym Dyrektor Helenie Chmielowiec, Dyrekcji i Pracownikom Muzeum Historycznego, Gdańskiemu Kołu Przewodników im. Franciszka Mamuszki, które włączyło się do współpracy, Redakcji „Dziennika Bałtyckiego”, dyrektorom uczestniczących w Spotkaniach szkół i wszystkim uczestnikom, a przede wszystkim samym Zasłużonym – za to, że ich mamy.

Dziękujemy także panu Rufinowi Godlewskiemu, który z naszej strony wkłada w organizację duszę i serce. Spotkania będziemy kontynuować.

Lista Zasłużonych dla historii Gdańska jest długa, nie ma obawy, że się wyczerpie.

Andrzej Januszajtis

Bez pracy nie ma kołaczy – z Grzegorzem Pellowskim w Dworze Artusa

Pellowski - 5

GDAŃSK. Uroczyste spotkanie z Grzegorzem Pellowskim, wybitnym piekarzem i aktywnym działaczem społecznym, odbędzie się w środę 19 listopada 2014 r. o godz. 13.00 w Dworze Artusa.

Będzie to już ósme spotkanie w cyklu „Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska”.

Czwarte pokolenie

Wcześniej naszymi gośćmi byli: Tadeusz Matusiak, prof. Jerzy Młynarczyk, Krystyna Stankiewicz, prof. Witold Andruszkiewicz (który zmarł 29 października 2014 r.), Halina Winiarska, Stefan Jacek Michalak, ks. inf. Stanisław Bogdanowicz.

W trakcie uroczystości Grzegorz Pellowski uhonorowany zostanie medalem Prezydenta Miasta Gdańska.

Wcześniej, o godz. 12.50 na przedprożu Dworu Artusa, z pięknie odrestaurowaną elewacją, spotkają się zaproszeni goście i o godz. 13.00 wysłuchają ulubioną melodię wybraną przez Grzegorza Pellowskiego, którą zagra na karylionie Anna Kasprzycka. Następnie, tradycyjnie już, wszyscy zaproszeni goście zostaną uwiecznieni na pamiątkowym zdjęciu przez fotoreportera „Dziennika Bałtyckiego”, patrona medialnego spotkania.

Goście przejdą do Dworu Artusa, gdzie, odbędzie się główna uroczystość. Grzegorzowi Pellowskiemu będą asystować dwie postacie w strojach starogdańskich.

Grzegorz Pellowski to osobowość niezwykła, dynamiczna i bardzo konkretna.

W trakcie przygotowań do uroczystości zapytałem, co uważa za swój największy sukces życiowy?

– Jestem dumny, że nasza firma – jest rzemieślniczą firmą rodzinną, funkcjonującą od 88 lat, w tym od 65 w historycznym centrum Gdańska, przy ulicy Podwale Staromiejskie 82 – powiedział Grzegorz Pellowski. – Należymy do cechu Piekarzy i Cukierników, stowarzyszonym w Pomorskiej Izbie Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Gdańsku. Już czwarte pokolenie pomorskiego, piekarskiego rodu Pellowskich zajmuje się wypiekaniem chleba.

Laudacje, artystyczna oprawa

W roku 2009 Rada Miasta Gdańska wyróżniła Grzegorza Pellowskiego Medalem „Księcia Mściwoja II” – za rozwijanie i upowszechnianie najpiękniejszych tradycji dawnego gdańskiego piekarnictwa oraz za bezinteresowne zaangażowanie w sprawy edukacji młodzieży.

W 2014 r. otrzymał Najwyższe Odznaczenie Rzemieślnicze – „Szablę Kilińskiego”, które jest nadawane rzemieślnikom za wybitne zasługi dla Rozwoju Rzemiosła Polskiego i propagowanie jego osiągnięć w kraju i za granicą.

Podczas uroczystego spotkania w dniu 19.11.2014 r. w Dworze Artusa przewidywany jest następujący porządek:

Gości powita – Dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – Adam Koperkiewicz. Następnie wystąpi Prezes Zarządu Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” – doc. dr inż. Andrzej Januszajtis, a główną laudację wygłosi – Wiesław Szajda – Prezes Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Gdańsku.

Po laudacji i wręczeniu odznaczeń i wyróżnień Grzegorz Pellowski wpisze się do Księgi Pamiątkowej.

Wystąpi Kapela Mariacka, która tak pięknie zaprezentowała się w dniu 21.10.2014 r. w Dworze Artusa na spotkaniu z ks. inf. Stanisławem Bogdanowiczem.

W pracy i życiu osobistym Grzegorzowi Pellowskiemu towarzyszy staropolskie przysłowie: „Bez pracy nie ma kołaczy”.

Rufin Godlewski

Pellowski - 4 Pellowski - 3 Pellowski - 2 Pellowski - 1

 

Tunele w Gdańsku i gdzie indziej

1. W tunelu pod Martwą Wisłą (fot. A. Januszajtis) sm

W tunelu pod Martwą Wisłą. Fot. Andrzej Januszajtis

Jesteśmy na szóstym miejscu w Europie!W niedzielę, 19 października 2014 roku, mieszkańcy Gdańska mieli jedyną w swoim rodzaju okazję przespacerowania się tunelem pod Martwą Wisłą. Trasa spaceru – od ronda przy ulicy Marynarki Polskiej do wylotu po drugiej stronie rzeki, na południe od basenu Górniczego – liczyła prawie półtora kilometra, z tego w samym tunelu 1077 m. W najgłębszym miejscu znajdowaliśmy się 35 m pod lustrem wody w rzece, głębokiej na 12 m.

Tam na miejscu można było sobie uświadomić, co to znaczy: 12 m wody nad stropem oznacza ciśnienie 1,2 atmosfery – na każdy metr kwadratowy 12 ton! Jego pęknięcie byłoby katastrofą.

Pierwszy nad Tamizą z1841 roku

Ale robota była solidna – nawet nie przeciekał.

Tunel jest podwójny – są to właściwie dwa tunele w postaci betonowych rur, złożonych z 560 „tubingów” o zewnętrznej średnicy 12 m. Między tunelami powstało 7 łączników. W każdej rurze będą dwa pasma ruchu pojazdów. Jak wielkie to osiągnięcie? Żeby to ocenić, przypatrzmy się innym. W Polsce w rachubę wchodzą dwa tunele, oba w Warszawie. Zarówno ten w ciągu Wisłostrady (lądowy, z 2003 r.) jak i ukończony właśnie tunel metra pod Wisłą, są krótsze od naszego: pierwszy mierzy 900, drugi 840 m (co nie znaczy, że nie są osiągnięciami). W Europie jest wiele długich i głębokich tuneli (wystarczy wspomnieć norweskie, pod cieśninami morskimi, czy długą na 35 km przeprawę pod kanałem La Manche), ale jeżeli się ograniczymy do drogowych pod rzekami, to dłuższych od naszego mamy tylko pięć. Są to: nowy tunel pod Łabą (Hamburg, zbudowany w roku 1975) 3325 m, tunel Queensway pod rzeką Mersey (Liverpool, 1934) 3240 m, Kingsway pod Mersey (Liverpool, 1971) 2483 m, Waasland pod Skaldą (Antwerpia, 1933) 2111 m i Rotherhithe pod Tamizą (Londyn, 1908) 1769 m. Jesteśmy więc na szóstym miejscu w Europie! To sukces, nieco spóźniony, ale niewątpliwy.

Jak bardzo jesteśmy spóźnieni (bez naszej winy!), pokazuje przykład Londynu, w którym są 22 tunele pod Tamizą. Pierwszy z nich (długi na 396 m, zarazem pierwszy w Europie) powstał w 1641 roku. Drążono go za pomocą wysokiej na 7 i szerokiej na 11 m tarczy, wynalezionej przez francuskiego inżyniera Marca Brunela. Zasada była podobna do dzisiejszej, ale wszystko odbywało się ręcznie. Po ukończeniu tunel pod Tamizą stał się jedną z największych atrakcji Londynu.

Ściany szybu są okrągłe, wykończone sztukaterią i obwieszone malowidłami

Oto fragment relacji amerykańskiego podróżnika Williama Allena Drewa z 1851 r.: „Wśród bloków oddzielających ulicę od rzeki widać ośmioboczną budowlę z marmuru. Wchodzimy przez jedne z kilkorga drzwi, by znaleźć się w rotundzie pięćdziesięciu stóp średnicy, z posadzką wyłożoną mozaiką z niebieskiego i białego marmuru. Ściany przybrane sztukaterią, wokół nich stoiska handlujące papierem, broszurami, książkami, konfekcją, piwem itp.

Przy boku rotundy od strony rzeki stoi coś w rodzaju budki wartowniczej, w której jest tłusty karczmarz albo poborca podatków. Przed sobą ma mosiężne obrotowe wejście, przez które pozwala ci przejść, gdy zapłacisz pensa, i wszedłszy w drzwi zaczynasz zagłębiać się w szyb po szeregu bardzo długich marmurowych schodów, prowadzących w dół do szerokiej platformy, od której następny szereg schodów schodzi w przeciwnym kierunku. Ściany szybu są okrągłe, wykończone sztukaterią i obwieszone malowidłami i innymi ciekawymi przedmiotami. Zatrzymujesz się parę chwil na pierwszej platformie i słuchasz dźwięków dużych organów, które zajmują jej część, rozbrzmiewając znakomitą muzyką.

Kontynuujesz wędrówkę w dół, dopóki nie osiągniesz drugiej kondygnacji, czyli marmurowej platformy, gdzie znajdujesz dalsze atrakcje, mające zaprzątnąć twoją uwagę, kiedy się zatrzymujesz, by odpocząć. A potem idziesz w dół i w dół, aż do samego dna szybu głębokiego na osiemdziesiąt stóp; ściany po drodze są upakowane obrazami, rzeźbami albo gipsowymi posągami itd. Dotarłszy na dno znajdujesz się w rotundzie odpowiadającej tej, do której wszedłeś z ulicy – okrągłym pomieszczeniu z marmurową posadzką, pięćdziesięciu stóp średnicy.

Od cygańskich wywoływaczy duchów i wróżek do tańczących małp

Przy ścianach są alkowy z wszelkiego rodzaju urządzeniami dla wyłudzenia twoich pieniędzy, od cygańskich wywoływaczy duchów i wróżek do tańczących małp. Sala jest oświetlona gazem i bardzo jasna. Zajrzyjmy teraz do tunelu pod Tamizą przed nami. Składa się z dwóch pięknych arkad, sięgających do drugiego brzegu rzeki. Każda z tych arkad zawiera drogę szeroką na czternaście stóp, dwadzieścia dwie stopy wysoką, i dwie ścieżki dla pieszych trzy stopy szerokie. Tunel wydaje się dobrze wentylowany, bowiem powietrze nie jest wilgotne ani ciężkie. Ściana między arkadami biegnąca na całej długości tunelu, jest poprzerywana poprzecznymi arkadami, prowadzącymi od jednej drogi do drugiej. Jest ich chyba z pięćdziesiąt i są wykorzystane na fantazyjne i zabawne sklepy w najbogatszym stylu – z kontuarami z polerowanego marmuru, złoconymi półkami obrzeżonymi tapetą, z lustrami, sprawiającymi że wszystkiego widzi się dwa razy więcej. Panie w modnych sukniach, arkadowo uśmiechnięte czekają wewnątrz i nie dają żadnemu mężczyźnie przejść bez dania mu okazji do kupienia jakiejś ładnej rzeczy do zabrania do domu jako pamiątki z tunelu pod Tamizą. Arkady są oświetlone palnikami gazowymi, które czynią je jasnymi jak słońce; a korytarze są zawsze zatłoczone ruchomym tłumem mężczyzn, kobiet i dzieci, studiujących strukturę tunelu, albo przeglądających fantastyczne towary, zabawki itd., oferowane przez uśmiechnięte dziewczyny z tych arkad. Przejście bez zakupienia jakiejś ciekawostki jest niemożliwe. Większość tych artykułów nosi etykiety: „Kupione w Tunelu Tamizy” – „Prezent z Tunelu Tamizy”.

W 1865 r. tunel przejęła kolej. Dziś można go zwiedzać tylko w czasach remontów.

Andrzej Januszajtis

2. Schody do tunelu pod Tamizą na starej ilustracji

Zejście do tunelu pod Tamizą na starej ilustracji

 

Sztandar Stowarzyszenia Nasz Gdańsk przy pomniku Marszałka Piłsudskiego

Nasz Gdańsk Sztandar SAM sm_0318Delegacja Stowarzyszenia Nasz Gdańsk ze sztandarem Stowarzyszenie wzięła udział 10 listopada w uroczystościach przed pomnikiem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Gdańsku-Wrzeszczu.

W przeddzień Narodowego Święta Niepodległości, w Gdańsku odbyła się uroczystość złożenia wieńców u stóp pomnika marszałka Józefa Piłsudskiego na Strzyży. Na zaproszenie Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza uczestniczyli w niej m.in. przedstawiciele administracji samorządowej, służb mundurowych, kombatanci, przedstawiciele uczelni wyższych, urzędów, instytucji i organizacji, a także nauczyciele, studenci, uczniowie.

Postać Marszałka nierozerwalnie wiąże się z odzyskaniem przez Polskę niepodległości w wyniku podpisania traktatu w Compiègne w dniu 11 listopada 1918 r. Tym samym zakończono 123 lata niewoli pod zaborami Rosji, Prus i Austrii. Dzięki staraniom Marszałka zwieńczonym sukcesem, państwo polskie wkroczyło w okres tworzenia podstaw niepodległego narodu. Po wiekach walki o niepodległość, ojczysty język i własną tożsamość, Polacy mogli zacząć cieszyć się wolnością i mogli być dumni ze swojej Ojczyzny. (gdansk.pl)

 

nasz gd ben

Fot. J. Pinkas (serwis gdansk.gda)

gda pomn

Fot. J. Pinkas (serwis gdansk.gda)

gda pomnik pils

Fot. J. Pinkas (serwis gdansk.gda)

 

ak gda

Akowcy gdańscy. Fot. J. Pinkas (serwis gdansk.gda)

nasz gdansk szandar

Fot. J. Pinkas (serwis gdansk.gda)

 

 

W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim

gts sm ROB_7310Miesiąc z Teatrem Narodowym z Warszawy. Cztery przedstawienia prezentuje listopadzie 2014 roku Teatr Narodowy z Warszawy na scenie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Grane są: „Śluby panieńskie” Aleksandra Fredry w reżyserii Jana Englerta, „Dowód na istnienie drugiego” w reżyserii Macieja Wojtyszki, „Kotka na gorącym blaszanym dachu” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza oraz „Udręka życia” w reżyserii Jana Englerta.

Zapowiadają się kolejne gościnne występy.

Bilety rozeszły się błyskawicznie

W ten sposób rozpoczął się pierwszy sezon impresyjny w niedawno otwartej siedzibie GTS przy ulicy Bogusławskiego 1 w Gdańsku.

– Prezentowane będą teatry z Polski i z Europy, jedyną produkcją szekspirowską przygotowywaną przez GTS jest „Lato z Szekspirem” na scenie elżbietańskiej – mówi dyrektor prof. Jerzy Limon.

Kolejne gościnne występy w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim planowane są na maj 2015 roku. W następnej kolejności przyjadą do nas: Teatr Polski z Wrocławia, Teatr Polski z Warszawy.

– Cieszę się, że możemy wielki teatr polski przybliżyć trójmiejskiej publiczności, która, jak widać, jest jego złakniona, bilety rozeszły się błyskawicznie – powiedział prof. Jerzy Limon.

– Dobór przedstawień, które wybraliśmy dla Gdańska w listopadzie 2014 roku podyktowany był nie tylko względami artystycznymi, ale i możliwościami technicznymi – powiedział Jan Englert, zastępca dyrektora do spraw Artystycznych Teatru Narodowego z Warszawy. – Żałuję, że nie może być grana „Królowa Margot” w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, ale przedstawienie się tu po prostu nie zmieści.

W premierze „Ślubów panieńskich” panią Dobrójską grała Gabriela Kownacka, nieżyjąca, w tej roli występuje Katarzyna Gniewkowska. Jan Englert jest dumny z przedstawienia, inspiracją do jego realizacji była dla niego scena pisania listów odgrywana w czasie studiów aktorskich przez adeptów sztuki aktorskiej, zaangażowanych później jego teatrze jeszcze.

– Bo akurat tak się składa, że poza Kasią, reszta to moi byli studenci – wyjaśnia Englert. – Tym większa przyjemność pracy, że zespół jest rodzinny.

– Z olbrzymią satysfakcją jechaliśmy do Gdańska, imponujący jest pomysł wybudowania i uruchomienia Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego – powiedział Marcin Hycnar, aktor Teatru Narodowego w Warszawie. – Granie w nowej przestrzeni jest dla nas przyjemnością i wyzwaniem.

Spotkanie Gombrowicza z Mrożkiem

Kolejnym przedstawieniem, które zobaczymy jest – wysoko oceniony przez krytykę i publiczność – „Dobór na istnienie drugiego” dotyczący spotkania Gombrowicza z Mrożkiem.

– Najgorętszą bułeczką repertuarową jest „Kotka na gorącym blaszanym dachu” – kontynuuje Englert – Przedstawienie grane było w pierwszej wersji przez Małgorzatę Kożuchowską, którą, ze względu na sukces rodzicielski, zastąpiła Edyta Olszówka.

Z kolei „Udręka życia” z Anną Seniuk i Januszem Gajosem oraz Włodzimierzem Pressem, w reżyserii dyrektora, sukcesy osiągnęła również na scenach europejskich.

– Na wszystkie nasze przedstawienia w Warszawie do końca 2014 roku nie ma biletów – dodaje Jan Englert. – To jest odpowiedź dla tych, którzy mówią, że teatr się kończy!

W 2015 roku obchodzić będziemy 250 lecie Teatru Narodowego w Warszawie, będzie to również święto teatru publicznego w Polsce.

– Będzie to dla nas olbrzymie przedsięwzięcie zarówno w sferze wydawniczej, jak interpretacyjnej – zapowiada Jan Englert. – Filarami będą dwie premiery: „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii litewskiego reżysera Eimuntasa Nekrosiusa oraz „Kordian” Juliusza Słowackiego w mojej reżyserii. Cały nasz repertuar przyszłoroczny jest poświęcony polskiej dramaturgii.

Teatr Narodowy w Warszawie już w tym roku zaczął od realizacji „Iwony, księżniczki Burgunda” Witolda Gombrowicza, przedstawienie zostało świetnie przyjęte. Następną premierą będą „Fredraszki”, nowa próba dotknięcia Fredry, w reżyserii dyrektora.

– W roku jubileuszowym placówka planujemy kolejną edycję Spotkania Teatrów Narodowych – festiwal przedstawiający najważniejsze teatry narodowe Europy – zapowiada Jan Englert.

Katarzyna Korczak

Zdjecia: Materiały promocyjne Teatru Narodowego w Warszawie

gts UDREKA_galeria_1 gts sm DOWOD_galeria_9_Kamilla Baar(Rita Labrosse)-Jan Englert(Witold Gombrowicz)_Fot-Andrzej Wencel gts SLUBY_galeria_4_Patrycja Soliman(Aniela)-Marcin Hycnar(Gustaw)_fot-Stefan Okołowicz gts KOTKA_galeria_6_Edyta Olszówka(Margaret),Grzegorz Małecki(Brick)_Fot-Robert Jaworski gts KOTKA_galeria_1_Edyta Olszówka(Margaret)_Fot-Robert Jaworski

Pozytywna energia

pelIowski sm MG_0004

Fot. M. Zarzecki

Rozmowa z Gerzegorzem Pellowskim, współwłaścicielem Piekarni – Cukierni „Pellowski”, rodzinnej firmy rzemieślniczej działającej od 1922 roku, członkiem Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku, członkiem Zarządu Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw, uhonorowanym Medalem Mściwoja II w 2009 roku i Szablą Kilińskiego w 2014 r.

– Trzyma pan linię.

– Intensywnie jeżdżę na rowerze. Gdy byłem młodszy dużo biegałem, jeździłem konno i na motorze, to mi dawało ogromną satysfakcję. Przestałem, jak się ożeniłem, doszły obowiązki, małe dzieci, żona bardzo dobrze gotuje i wtedy zacząłem poważnie przybierać na wadze. Jak to się mówi, po trzydziestce zaczynają lecieć obwody i tak było ze mną. Ważyłem 90 kilogramów, kołnierzyki nr 42, spodnie mi się przecierały na udach i to się odbiło negatywnie na zdrowiu, miałem złe wyniki, fatalnie się czułem. Do tego piwko, papierosy, czego się teraz bardzo wstydzę, odrzuca mnie od dymu. Z dnia na dzień: zastosowałem się do zaleceń lekarza, przestałem palić, prawidłowo się odżywiałem. Zjechałem 20 kilogramów, od tego czasu ważę równo 70, katalogowo. Jazda na rowerze wyczynowym w terenie wciągnęła mnie, to jest sport, przy uprawianiu którego dużo się dzieje, a ja to bardzo lubię. Uczestniczę w różnego rodzaju kolarskich zawodach, w których startują zarówno zawodowcy, jak i amatorzy. I tak to trwa.

– Sport daje panu kondycję i zdrowie.

– Świetnie się czuję i to jest dla mnie siła napędowa do pracy. Jestem pełen pozytywnej energii. Bardzo jest ważne, żeby – oprócz pracy – mieć pasję.

– Pieczywo sprzedawane w dużych sklepach, tanie, nie znaczy dobre, cieszy się powszechnym popytem.

– Przez ostatnich 20 lat bardzo dużo się w branży piekarniczej działo, następuje ogromna komasacja, piekarstwo tradycyjne, stare technologie, receptury, znikają. Zaczyna być to wypierane przez produkty piekarsko pochodne. Konsument, kupując towar, kompletnie nie myśli o żołądku, żyje chwilą, cieszy się dobrą ceną i nieźle wyglądającym produktem. Przez lata obserwuję i widzę, że zaczyna nam rosnąć pokolenie, które nie rozumie smaku. Mamy dzisiaj na rynku bardzo dużo słodyczy, ale ja uwielbiam to, czym zajadałem się w dzieciństwie. W wieku kilkunastu lat chodziłem na Halę Targową do pani Ady i brałem, na „krechę”, tata potem płacił, „Prince Polo”, ich smak mam w pamięci do dzisiaj. Podobnie miłe wspomnienia wywołują we mnie:: „Michałki”, „Ptasie mleczko”, „Torciki Wedlowskie”. Jak ktoś u nas w firmie ma imieniny, kupujemy mu w prezencie coś z tego, bo to nasze smaki, polskie produkty. Teraz dzieci żyją globalnie i jedzą na przykład „Milkę”, a mnie szlak trafia, bo produkty „E. Wedla” są o wiele lepsze.

– Za bardzo pędzimy?

– Tempo życia jest tak duże, że mamy coraz mniej czasu na szukanie, tylko idziemy do marketu raz, dwa razy w tygodniu, robimy zakupy na cały tydzień, często nie zastanawiamy się co kupujemy. Mnie się wydaje, że ginie w nas celebracja zakupów. Ale widzę grupę ludzi dobrze wykształconych, są to: profesorowie medycyny, sędziowie, mecenasi, którzy z rodzinami, w sobotę rano, przyjeżdżają do Śródmieścia. Kupują produkty dobre, świeże, u swoich stałych dostawców. Idą do piekarza po pieczywo, potem na Halę Targową po warzywa, owoce, kalafiory im wystają z siatek i schodzą na dół po mięso, wędliny. Potem przyjdą do mnie na kawę, usiądziemy, porozmawiamy. Oni ogromną wagę przywiązują do zakupów, sięgają po produkty najmniej przetworzone i wiedzą, jak zdrowo się odżywiać. Według mojej oceny, liczba tych osób się powiększa.

– Lista członków Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku kurczy się.

– To jest bardzo smutne. Przed transformacją w Cechu było około stu członków, dziś jest nas czterdziestu jeden. Na przestrzeni dwudziestu pięciu lat walki o przetrwanie, w pogoni za zyskiem, przy cięciu kosztów, niestety, te zakłady, które nie inwestują, nie posuwają się do przodu, nie wytrzymują. To jest proces, który zachodzi w całej Europie, komasacja produkcji przesuwa się w stronę ogromnych zakładów przemysłowych. Powodów tego zjawiska jest bardzo dużo, jednym z nich jest brak następców.

– Pana piekarnia była jedyna na Podwalu Staromiejskim, teraz co drugi sklep na tej ulicy handluje pieczywem.

– Piekarń produkujących ubywa. Sklepów tej branży jest coraz więcej, ale one pojawiają się i znikają. Za komuny o tym, co i gdzie można sprzedawać, decydował urzędnik, to nie było dobre. Teraz wybiera konsument, jeśli towar jest dobry, kupi, jak nie, nie kupi. Najlepszym sprawdzianem jest rynek.

– Pojawiła się moda na pieczenie chleba w domach.

– Powiem na przykładzie pani architekt, która dla nas projektuje. Zwróciła się do mnie: „Panie Pellowski, dałby mi pan trochę kwasu chlebowego.” Spytałem:„A po co to pani?” A ona się zwierzyła, że próbowała piec chleb w domu, ale rodzina się z niej śmiała, że wyszły cegły. Mówię: „Pani Olgo, nie lepiej kupić?” A ona: „Nie, moja babcia piekła chleb, moja mama piekła chleb i ja też będę piekła chleb.” I krótko ją przeszkoliłem jak sprawić, żeby chleb był pulchny, bo kwas chlebowy nie uratuje wyrobu, jeżeli nie będą przestrzegane pewne zasady. I ona dwa razy do roku, na święta, piecze chleb.

– Zagrożenie dla piekarzy?

– Wprost przeciwnie, uważam to za zjawisko pozytywne i wychodzę temu naprzeciw. W nowym kompleksie, jaki wybudowałem na Olszynce, otwarcie przewiduję wiosną 2015 roku, przy kawiarni będzie działać mała piekarenka. W kuchni wybudowaliśmy kaflowy piec chlebowy, tak zwany piersiowy, opalany drewnem, w którym wypiekać będziemy chleb i bułki. Chleb – na oczach klientów kawiarni – będzie garował na deskach i trafi do pieca. Urządzenia udostępnimy od czasu do czasu uczestnikom ogólnodostępnych warsztatów pod nazwą: „Każda mama piecze sama”. Pierwszy termin szkolenia – przed przyszłoroczną Wielkanocą, serdecznie zapraszam.

W innej sali ustawiamy – wykonywane na nasze zamówienie – urządzenia, które niegdyś używano w piekarniach, jako eksponaty. Są wśród nich kopie tak zwanych bajt – drewnianych stołów z półokrągłą dzieżą – do wykonywania różnych czynności manualnych. Na bajtach ciasto się werkowało, to znaczy toczyło z niego kule, następnie lęgowało, czyli wydłużało i formowało bochenki. W tymże stole, wewnątrz, wyrabiano ręcznie kwas chlebowy. Powiesiłem w tym pomieszczeniu obraz, namalowany przez zaprzyjaźnionego artystę, przedstawiający naszą rodzinę w strojach starogdańskich nad brzegiem Motławy, nieopodal Żurawia.

– Wraz z zamykaniem małych, nierentownych piekarń rzemieślniczych, znikają stare maszyny.

– Pomysł na rozwiązanie problemu mam prosty. W obiektach na Olszynce przewidziałem miejsce i na zabytki. Tworzymy Izbę Pamięci Piekarstwa. Jest tam już maszyna polskiej produkcji, w której się miesiło ciasto, tak zwana miesiarka, kupił ją tata w 1968 roku, gdy nasza piekarnia, wcześniej przez państwo odebrana, ogołocona z urządzeń, wróciła do rodziny. Umieściliśmy tam także druciane kosze do pieczywa, służące nam w czasie strajków sierpniowych w latach 80. do przewożenia chleba dla robotników do Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Na początku lat 90. właścicielka cukierni „Warszawianka” przy ulicy Łagiewniki w Gdańsku, odchodząc na emeryturę, zadzwoniła do mnie, pytając, czy nie kupiłbym od niej maszyny do lodów. Jak mi powiedziała, że rezygnuje, kupiłem od niej całą cukiernię. W lokalu uruchomiliśmy sklep. Było tam też bardzo ciekawe urządzenie do mieszania ciasta z okresu międzywojennego, które poddaliśmy renowacji i ustawiliśmy jako eksponat. Kolekcja się powiększa.

– Co to za relikty przeszłości zawiera stojąca w hallu gablota?

– Są to przedmioty wykopane w trakcie budowy obiektu. A trzeba wiedzieć, że w tym miejscu na Olszynce w latach 20. było bajoro i wysypywano do niego popiół i śmiecie ze Śródmieścia. Odnaleźliśmy i wyeksponowaliśmy różne drobne, ładne, przedmioty – buteleczki od perfum, lekarstw, płynów do dezynfekcji ust oraz przypraw do zup, kapsle i zamknięcia do butelek, foremki do pierników, klucze, reklamy, kałamarze, łyżki, sygnet, orzeł polski z czapki wojskowej i in. Są też znaczki: niemiecki ze swastyką jakiegoś klubu sportowego, mosiężny klubu kajakarskiego, pocztowy z trąbką i herbem Gdańska. Cennym znaleziskiem jest reklama istniejącej do dziś, niemieckiej firmy ubezpieczeniowej, Iduna Germania, którą założyli rzemieślnicy. Wykopalisk jest znacznie więcej, wyeksponowaliśmy najciekawsze.

– Tak dużego i nowoczesnego kombinatu, jaki tworzy pan na Olszynce, nie ma na Wybrzeżu.

– Przenosimy do nowej siedziby całą produkcję. Już teraz działają tu biura. I pokój dla gości, który wyposażyłem w dzieła sztuki, rodzinne zdjęcia i pamiątki. Ten obraz olejny, z widokiem Gdańska, z gabinetu księdza prałata Henryka Jankowskiego, dostaliśmy od jego rodziny w dowód wdzięczności po odsłonięciu pomnika przed Bazyliką św. Brygidy. Dedykacja brzmi: „Kochanym przyjaciołom, Katarzynie i Grzegorzowi Pellowskim, składamy serdeczne podziękowania za okazane serce, zrozumienie, za wieloletnią pomoc, wsparcie fizyczne, psychiczne oraz materialne naszemu nieodżałowanemu Bratu, Wujkowi, Szwagrowi, księdzu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu”. Umieściłem tu, przyznany mi w 2009 roku Medal Księcia Mściwoja II „za rozwijanie i upowszechnianie najpiękniejszych tradycji dawnego gdańskiego piekarnictwa oraz bezinteresowne zaangażowanie w sprawie edukacji młodzieży”. Na ścianie wisi moja karykatura narysowana przez Mariana Kołodzieja, którą wykupiłem na aukcji charytatywnej. Jest Szabla im Jana Kilińskiego, najwyższa rzemieślnicza Odznaka Honorowa za zasługi dla rzemiosła, którą w ostatnim czasie otrzymałem.

– Pana firma rodzinna jest odbiciem dziejów polskiego piekarstwa, wpisanych w historię Polski.

– Przetrwanie nie było łatwe, często okupione i zdrowiem i życiem. W pod koniec lat 40. władze komunistyczne gnębiły ojca, tak, jak i innych rzemieślników, coraz większymi dopłatami do podatków, tak zwanymi domiarami i kontrolami, urzędnikom towarzyszyli milicjanci z karabinami, którzy na czas „pracy” zakuwali tatę w kajdanki. Ojciec postanowił uciec z Polski do Szwecji, w 1949 roku, wraz z pięcioma kolegami, ukrył się na barce z węglem. Na Zatoce Gdańskiej barkę zatrzymał okręt patrolowy Wojsk Ochrony Pogranicza, uciekinierów przewieziono do aresztu śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku przy ul. Kurkowej, do więzienia przy ul. Okopowej w Gdańsku, następnie do więzienia Urzędu Bezpieczeństwa w Starogardzie Gdańskim. Wszyscy, w tym ojciec, podczas śledztwa, torturowani, jednego z towarzyszy ucieczki zakatowano na śmierć.

Tata mój spędził dwa lata w więzieniu i na robotach, mógł nie wrócić. W 2007 roku zadzwonił do mnie prokurator i zapytał, czy Józef Pellowski to był mój tata. Potwierdziłem, wezwano mnie, jako świadka, do prokuratury Instytutu Pamięci Narodowej w Gdyni. Dowiedziałem się, że rodzina zamordowanego kolegi ojca z barki, której ujawniono akta sprawy ucieczki, natrafiła na nasze nazwisko. Odnaleziono oprawcę, Kazimierza W., miał wtedy 85 lat, mieszkał w Świnoujściu, nie stawił się na rozprawę, przesłuchiwany na miejscu, twierdził, że niczego nie pamięta. Ja się w na tej rozprawie popłakałem. Pytano mnie, co tata opowiadał na temat swojego pobytu w więzieniu, jak był przesłuchiwany i torturowany. Relacjonowałem i przeżywałem wszystko od nowa.

– Państwo Pellowscy działają na rzecz miasta.

– Bycie piekarzem w trzecim pokoleniu zobowiązuje, żeby, oprócz pieczenia chleba, robić coś więcej. Prowadzimy z żoną i całą rodziną różnego rodzaju akcje pomocowe. Wspieramy na stałe swoimi wyrobam iDom Pomocy Społecznej Sióstr Pallotynek w Sobieszewie, jeździ tam żona z córką. Angażujemy się w mniejsze pomocowe przedsięwzięcia. Sporo czasu poświęcam samemu rzemiosłu. Udało nam się, wspólnie z kolegami, uruchomić pierwszą w Polsce szkołę rzemieślniczą – Pomorskie Szkoły Rzemiosł – przy ulicy Sobieskiego w Gdańsku – Wrzeszczu. To jest ogromny sukces. Szkoły rzemieślnicze wcześniej działały, ale, po utworzeniu gimnazjów i liceów zawodowych, władze oświatowe odeszły od typowego kształcenia zawodowego. Ten duży błąd natychmiast wyłapaliśmy i poszliśmy własną drogą. Obecnie w województwie pomorskim mamy dwie takie szkoły, druga jest w Wejherowie, bardzo dobrze prowadzona przez miejscowy Cech Rzemiosł Różnych. Jestem członkiem Zarządu Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw, więc mam wpływ na to, co się dzieje w województwie. Wchodzę też w skład Zarządu Związku Rzemiosła Polskiego, którego siedziba mieści się w pałacu naprzeciwko ministerstwa zdrowia przy ulicy Miodowej w Warszawie. Jesteśmy jedyną organizacją pracodawców w Polsce tak dobrze zorganizowaną, podstawowy szczebel znajduje się w mieście, potem izba, następnie związek w Warszawie, bardzo mocna struktura. Skalę odda to, że jako rzemiosło, należymy do komisji trójstronnej przy premierze.

– Szczególny wkład ma pana rodzina w budowę pomnika księdza prałata Henryka Jankowskiego.

– Byłem inicjatorem przedsięwzięcia z racji tego, że w pewnym okresie była to osoba w Gdańsku bardzo znacząca. Ksiądz prałat był filarem całej naszej Solidarności, ogromnie wspierał ją w momentach krytycznych poprzez msze, spowiedź, organizowanie pomocy dla strajkujących robotników, podnosił na duchu i dzięki temu ruch wolnościowy przetrwał. Lech Wałęsa mówił wielokrotnie, że bez księdza prałata nie byłoby Solidarności i nie byłoby też Lecha Wałęsy. Ja z tatą codziennie rozmawialiśmy, słuchaliśmy Wolnej Europy, kiedy mówiło się o wkroczeniu wojsk radzieckich, o tym nie wolno zapominać, zdawałem sobie sprawę z zagrożenia. Tata zmarł w 1989 roku, zabrakło mi jego wsparcia w momencie transformacji. Trzymałem się blisko księdza prałata, bo tam była informacja z pierwszej ręki, obiektywna, ona mnie podtrzymywała, będąc blisko księdza, miałem poczucie komfortu, że wiem, co się naprawdę w Polsce dzieje.

Ksiądz w ostatnim okresie swojego życia i po śmierci, był marginalizowany przez polityków, władze. Zaproponowałem prezydentowi Pawłowi Adamowiczowi żeby na Skwerze im. ks. prałata Henryka Jankowskiego postawić pomnik kapelana Solidarności. Pomysł spotkał się z wielką aprobatą, zawiązaliśmy społeczny komitet, zebraliśmy pieniądze i wspólnym wysiłkiem przedsięwzięcie zrealizowaliśmy. O tym, że był to dobry pomysł świadczy fakt, że przy pomniku codziennie stoją świeże kwiaty. Ksiądz cały czas żyje w pamięci mieszkańców.

– Ufundował pan dzwon do karylionu na wieży Ratusza Głównego Miasta poświęcony pana ojcu, Józefowi Pellowskiemu.

– Możliwość, żeby mieć własny dzwon, zdarza się raz na pięćset lat, nie skorzystać z takiej okazji byłoby niewybaczalnym błędem. Osoby, które stać na finansowy wkład, powinny brać udział w tego typu inicjatywach, dzięki którym miasto staje się ciekawsze. Jako rzemieślnicy w Bazylice Mariackiej, po lewej stronie Ołtarza Głównego, mamy swoje piękne, pozłacane, epitafium, sfinansowaliśmy też Drogę Królewską w tej świątyni, ufundowałem jedną ze stacji.

Katarzyna Korczak

 

 

 

95. urodziny Brunona Zwarry

zwarra sm @z7

Na 95. urodziny Bronona Zwarry przybyli liczni goście. Fot. Wojtek Ostrowski

GDAŃSK. Brunon Zwarra jest cenionym autorem książek o Gdańsku: autobiograficznych Wspomnień gdańskiego bówki w pięciu tomach, czterotomowej powieści historycznej Gdańszczanie, powieści historycznej W gdańskiej twierdzy oraz zbioru wspomnień Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków-Gdańszczan.

Pisarz urodził się 18.10.1919 r. na Biskupiej Górce i mieszkał tam do 1939 r.

Lektura obowiązkowa

Nikt, tak wzruszająco, jak on, nie opisał tej szczególnej przestrzeni miasta. W swoich Wspomnieniach gdańskiego bówki poświęcił jej wiele miejsca, ze szczególną precyzją oddając malowniczy klimat minionego czasu.

Jak wielu ówczesnych gdańskich Polaków, należał do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, Zjednoczenia Zawodowego Polaków oraz Klubu Sportowego „Gedania” – w ówczesnym Wolnym Mieście Gdańsku, bycie członkiem klubu było zaszczytem i honorem patriotycznej służby wobec Polski.

We wrześniu 1939 r. został aresztowany przez Niemców i przetrzymywany w obozach koncentracyjnych – Stutthof i Sachsenhausen. Zwolniony z obozu, powrócił do Gdańska i do pracy w Emiliewerk Segor – wytwórni szyldów emaliowanych. Po wojnie ogromnym trudem odbudował ten zakład, który funkcjonował już pod nową nazwą – Zakład Lakierniczo- Emalierski Gedania.

W latach 70. XX wieku podjął pracę literacką, której owocem jest opublikowanie dwóch powieści, pięciotomowych wspomnień, zbioru 73 relacji gdańskich Polaków.

Aby uhonorować jego twórczość, która, jak podkreślił gdański prezydent Paweł Adamowicz, jest obowiązkową lekturą dla każdego gdańszczanina, Stowarzyszenie WAGA zorganizowało 18 października Święto 95. Urodzin Brunona Zwarry. Uroczystość odbyła się, a jakże, właśnie na Biskupiej Górce, w lokalu Stowarzyszenia przy ulicy Biskupiej 4, ulicy, przy której to właśnie mieszkał pisarz.

Program urodzinowych obchodów rozpoczęły warsztaty plastyczne dla dzieci, prowadzone przez wykładowczynię gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych – Agnieszkę Gewartowską. Prace namalowane przez dzieci były eksponowane w holu lokalu. Stworzyły mini wystawę dokonań małych artystów.

Tajemnice uliczki Biskupiej

Już nieco zróżnicowane wiekowo, liczne grono przybyłych, uczestniczyło w organizowanej przez gdańską przewodniczkę Agnieszkę Mencel grze miejskiej – Tajemnice uliczki Biskupiej. Nagrodami w grze były m.in. egzemplarze I tomu Wspomnień gdańskiego bówki oraz limitowana edycja przypinek z wizerunkiem gdańskiego bówki właśnie.

W międzyczasie pojawiali się już pierwsi goście wernisażu, który o godzinie 18.00 rozpoczęła Grażyna Knitter, członkini Stowarzyszenia WAGA i współorganizatorka wystawy poświęconej osobie i twórczości Brunona Zwarry. Uroczysta mowa powitalna była doskonałą okazją, aby podkreślić wyjątkowe dokonania pisarza dla zachowania historii Biskupiej Górki, a także, często tragicznych, losów gdańskich Polaków. Na uroczystości obecna była również rodzina jubilata, który ze względu na stan zdrowia nie mógł w spotkaniu uczestniczyć. Córka pisarza podkreśliła, że sobotnia uroczystość była niezwykle ważna dla jej ojca, bowiem jego niezmiennym celem było zawsze podtrzymywanie ognia pamięci minionego czasu, a licznie zgromadzeni goście dowiedli, że tak właśnie się stało, że pamięć żyje w nich.

Gromkimi brawami nagrodzono zaprezentowany film Biskupia Górka Brunona Zwarry, zrealizowany przez uznanego fotografika Wojtka Ostrowskiego, przy współpracy z członkiniami WAGI: Grażyną Knitter i Krystyną Ejsmont. Zawarto w nim m.in. archiwalne wypowiedzi Brunona Zwarry. Nie zabrakło również tradycyjnego urodzinowego akcentu, czyli wspólnego toastu lampką szampana, uroczystego dzielenia tortu, który przygotowała i ofiarowała gdańska Cukiernia Płończak, a także odśpiewania 100 lat na cześć jubilata.

Maszynopisy dzieł, fotografie, świadectwo z Gimnazjum Polskiego

Profesjonalnie przygotowana wystawa przyciągała zainteresowanie licznie zgromadzonych gości. Wśród eksponatów znalazły się m.in. oryginalne maszynopisy dzieł pisarza, wielkoformatowe kopie fotografii dokumentujące życie autora, świadectwo szkolne ze słynnego gdańskiego Gimnazjum Polskiego, do którego w latach 1929 – 1935 uczęszczał Brunon Zwarra, z podpisem legendarnego dyrektora szkoły – Jana Augustyńskiego, a także materiały i notatki stanowiące warsztat pisarski autora. Nieocenioną pomocą w organizowaniu wystawy była współpraca z Ewą Lichnerowicz z Pracowni Rękopisów Biblioteki Gdańskiej Państwowej Akademii Nauk (PAN). Pozwoliło to na wypożyczenie części eksponatów ze zbiorów PAN, której to pisarz je wcześniej ofiarował. Szczególne podziękowania należą się również wnukowi Brunona Zwarry – Adamowi Choroszkiewiczowi, który od początku bardzo serdecznie odniósł się do pomysłu zrealizowania uroczystych urodzin jego dziadka, wypożyczając rodzinne pamiątki na czas wystawy. Zgromadzone eksponaty można oglądać codziennie do końca października w siedzibie Stowarzyszenia WAGA.

Dwa dni po uroczystościach przedstawicielki Stowarzyszenia WAGA spotkały się z Brunonem Zwarrą. Opowiedziały pisarzowi o przebiegu zorganizowanych urodzin oraz wręczyły urodzinowe kartki z życzeniami od przybyłych na wernisaż gości.

– Mimo skromności i ostrożności dla wyróżniania jego osoby jubilat był zadowolony z przebiegu urodzin. Odsłuchał nagrania z wzniesionego spontanicznie toastu i odśpiewanych „Stu lat.” Był w znakomitej formie, żeby nie powiedzieć – nastroju wręcz figlarnym- wspomina Grażyna Knitter.

Sukces zorganizowanego Święta Urodzin Brunona Zwarry, zainteresowanie wystawą, które przerosło oczekiwania, zachęca Stowarzyszenie WAGA do zorganizowania kolejnych, 96. Urodzin uznanego pisarza. Czego życzę państwu, sobie, a przede wszystkim Brunonowi Zwarrze.

Dominika Ikonnikow

zwarra sm HPIM3550

Gra miejska Tajemnice uliczki Biskupiej zainteresowała przede wszystkim młodzież. Fot. Krystyna Ejsmont

zwarra tort fot waga

Jubileuszowy tort przygotowała i ofiarowała gdańska Cukiernia Płończak. Fot. Wojtek Ostrowski

Organizator: Stowarzyszenie WAGA

Partner: Partnerstwo dla Biskupiej Górki. Partnerzy medialni: BiskupiaGórka.pl, iBedeker, Dziennik Bałtycki, Radio Gdańsk. Projekt dofinansowany ze środków Miasta Gdańska.

zwarra  sm 3 zwarra kADR ul otka d zwarra sm 1 zwarra sm 2 zwarra SM ul otka d

 

Fasola z orłem w koronie – listopadowa potrawa

kowal sm Ryt przypominający orła w koronie

Oby stała się tradycyjną potrawą spożywaną 11 listopada. Natrafiono na zapisy świadczące o tym, że już w czasie pierwszych wypraw do Ameryki fasola z charakterystycznym wizerunkiem orła w koronie dotarła do Europy wraz z powracającym zza Oceanu Krzysztofem Kolumbem. Przywieziona z ziemniakami, innymi nasionami i roślinami, była pierwotnie uprawiana przez Indian.

Ale skąd znalazła się w Polsce gdzie z czasem przybrała rangę narodowego symbolu?

O „mama mija”, Krzysztof Kolumb nie był Włochem, tylko Polakiem!!!

Manuel Rosa, od 20 lat badający życie Kolumba dowodzi, że wielki żeglarz, odkrywca obu Ameryk, który zmarł w 1506 roku odbywszy cztery wyprawy do Nowego Świata, był Polakiem nie Genueńczykiem. A dokładniej: synem Władysława III Warneńczyka, który nie zginął w 1444 roku, lecz schronił się na Maderze, gdzie (pod przybranym nazwiskiem Henryk Niemiec) ożenił się z portugalską szlachcianką. Badacz z poparciem autorytetów naukowych sugeruje, że Władysław III przeżył bitwę z Turkami, uciekł do życia na wygnaniu na wyspie Madera. Pan Rosa uważa że, spisek został uzgodniony, aby ukryć prawdziwe pochodzenie Kolumba i chronić tożsamość jego ojca.

Tajemnice fasoli niepodległości

Czy to możliwe, że na skutek kontaktów wielkiego podróżnika z ojczyzną swojego ojca fasola z wizerunkiem przypominającym polskiego orła w koronie dotarła do Polski 500 lat temu? Tego niestety nie wiemy.

Ale możemy przyjrzeć się faktom. Prof. Anna Rosner z Instytutu Historii Prawa Uniwersytetu Warszawskiego w artykule pt. Prawnoustrojowe symbole Rzeczypospolitej szlacheckiej na ziemiach polskich cytuje: ” … po powstaniu styczniowym w wielu regionach dawnych ziem polskich ostentacyjnie hodowano w ogrodach pewien gatunek fasoli tyczkowej, której naturalny wzór (wybarwienie) przypominał orła”.
Badacze regionalni zgodnie twierdzą że w XIX w podczas zaborów traktowano ją jako wyraz patriotyzmu. W zaborze rosyjskim odbierana jako symbol walki o  narodową tożsamość, co powodowało represje spadające na tych, którzy ją uprawiali. Za posiadanie fasoli z orłem groziła nawet zsyłka na Sybir. Z tego powodu sadzono ją w ukryciu pośród ziemniaków, aby nie była widoczna. Dzięki temu przetrwała do czasów niepodległości 1918 roku.

Tradycją na kresach wschodnich było przygotowywanie z niej przynajmniej jednej potrawy wigilijnej. W dwudziestoleciu międzywojennym obyczaj jedzenia fasoli z barszczem był znany zarówno w szlacheckich dworach, jak i chałupach chłopskich, później jednak coraz bardziej zanikał.

Z Terespola do Gdańska

Przed paroma laty pojawiły się informacje i zdjęcia w internecie o rzekomo zaginionym gatunku fasoli, który przetrwał na strychu w  gospodarstwie koło Nowego Sącza.
To przecież fasola, która  nigdy nie zaginęła, a przynajmniej od 1946 r. była uprawiana w Gdańsku wykrzyknąłem!

W 1946 r. siostra mego ojca, Zofia Sobolewska Kowalina, przyjechała do Gdańska z Terespola nad Bugiem i przywiozła ze sobą „fasolę orzełkową”, którą otrzymała od swoich rodziców. Zofia  uprawiała pośród innych warzyw  w swoim przydomowym ogródku przy ul. Junaków na Oruni. Było to w biednych  powojennych czasach, gdy zazwyczaj liczne rodziny, zamieszkałe w poniemieckich domach z ogrodami, powszechnie trudniły się uprawą warzyw dla urozmaicenia ubogiej diety. Przybysze z wielu regionów Polski przywozili ze sobą tradycyjne w swoich stronach uprawy. Młodszy brat, Tadeusz Kowalina, przyjechał również do Gdańska po maturze w 1960 r.,  tu  ukończył studia założył rodzinę i w 1973 otrzymał działkę w ogrodzie rodzinnym „Nad Motławą”. Od siostry dostał ziarnka fasoli z orzełkiem oraz inne nasiona wspaniałych pomidorów malinowych i ogórków terespolskich. Od 2001 r. również jego syn Arkadiusz (autor) oraz wnukowie na własnym kawałku kaszubskiej ziemi uprawiają te tradycyjne odmiany.

Na liście produktów tradycyjnych

W 2010 roku Minister Rolnictwa zarejestrował tę odmianę na liście produktów tradycyjnych. Nadano jej dwie oficjalne nazwy: „polska fasola z orzełkiem” oraz „fasola niepodległości”. Inicjatorzy akcji chcą, aby zawędrowała do każdego polskiego domu i, na podobieństwo amerykańskiego indyka jedzonego na Święto Dziękczynienia, stała się tradycyjną potrawą spożywaną w dniu 11 listopada. Na razie ziaren fasoli nie jest wiele, pojedyncze trafiają na aukcje internetowe lub są przekazywane z rąk do rąk w celu hodowania. Potwierdzam, smakuje wyśmienicie w barszczu czerwonym, lub ugotowana w zupie fasolowej szczególnie podczas Święta Niepodległości.

Dobra na wszystko

Fasolę można jeść przez cały rok, choć najsmaczniejsza jest jesienią i zimą. Jest źródłem białka, zwiera węglowodany, tłuszcze i witaminy grupy B oraz witaminę E. Poza tym jest bogata w fosfor, potas, magnez, wapń i żelazo. Wykazuje korzystne działanie na organizm – wzmacnia serce zapobiega miażdżycy, nadciśnieniu i zakrzepom. Zmniejsza wydzielanie kwasów żołądkowych, redukuje nadkwasotę i zgagę. Polecana w profilaktyce osteoporozy. Tłuszcze, to w większości nienasycone kwasy tłuszczowe, które zabijają zły cholesterol, a podnoszą poziom dobrego. Znajdująca się w fasoli lecytyna wpływa korzystnie na mózg, poprawia koncentrację oraz zwiększa pamięć. Nienasycone kwasy tłuszczowe zawarte w fasoli pomagają rozpuszczać witaminę Awitaminę D, witaminę E, witaminę K. W fasoli znajdują się też lignany, które zmniejszają ryzyko chorób nowotworowych.

Na podstawie kilkunastu już letnich doświadczeń mogę potwierdzić, że fasola z orzełkiem  ma mnóstwo wspaniałych zalet. Jest gatunkiem nisko rosnącym, gruntowym i nie wymaga tyczkowania. Łatwa w uprawie – praktyczne udaje się na każdej, nawet piaszczystej kaszubskiej glebie. Fasola nie choruje i jest odporna na suszę oraz szkodniki. Jako roślina strączkowa przyswaja azot z powietrza. Zamiast sztucznych nawozów stosowana w płodozmianie, użyźnia glebę poprzez system korzeniowy. Stosowana naprzemiennie
z ziemniakami daje bardzo dobre plony. Można ją polecić nawet początkującym ogrodnikom.

Kto wie, może się kiedyś dowiemy, czy dzisiejsza fasola niepodległości znana od wielu lat w rodzinie Kowalinów pod nazwą fasoli orzełkowej, to ta sama fasola przywieziona z ziemniakami do Europy przez Krzysztofa  Kolumba, syna Władysława III Warneńczyka?

Tekst i zdjęcia Arkadiusz Kowalina

kowal kadr Ryt przypominający orła w koronie

Prof. Witold Andruszkiewicz – aktywny do ostatnich chwil życia

GDAŃSK. Prof. Witold Andruszkiewicz nie żyje. Zmarł w wieku 97 lat, do ostatnich chwil bogatego w przeżycia oraz dorobek zawodowy i społeczny życia bardzo aktywny…

—————————————————————————————————————————————————-

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że dnia 29 października 2014 r.,

w wieku 97 lat odszedł

ś.p.

Prof. Witold Andruszkiewicz

Wybitny specjalista w dziedzinie portów morskich i żeglugi.

Był aktywny zawodowo do ostatnich chwil życia.

Rodzinie Zmarłego i Bliskim

Wyrazy serdecznego współczucia

składają

Zarząd, Członkowie i Sympatycy

Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

znicz 2

——————————————————————————————————————–

*  *  *

Zasnął spokojnie w Panu syty swych dni pomimo tak wielkiego apetytu na życie kochany nasz Pan Profesor Witold Andruszkiewicz. Z żalem i nadzieją musieliśmy oddać Ciebie Niebu. Chociaż stąpałeś po ziemi niestrudzenie to głowę miałeś wysoko w chmurach.

Twoje idee z przed 70 laty zmaterializowały się jako Gazoport w Świnoujściu i Port Północny, do którego mogą wpływać największe statki świata i skroplony gaz. Dziś to rozumiemy ale wtedy musiałeś zmagać się z ogromnymi trudnościami. Wiele z Twych cennych pomysłów ciągle czeka na realizację.

Z żalem żegnają Ciebie członkowie „Koła Inżynierów i Pasjonatów Nasz Wrzeszcz”, którego również byłeś budowniczym. Dopłynąłeś do ostatniego portu Twojego życia. Będzie nam bardzo Ciebie brakować.

Arkadiusz Kowalina

Koło Inżynierów i Sympatyków „Nasz Wrzeszcz”

Jesienne barwy Wołynia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku gromadzi materiały. Tylko pozornie życie zachodniej Ukrainy, a w niej na Wołyniu, toczy się normalnie. Wystarczy się tylko uważniej przyjrzeć by zauważyć, że wojna na wschodzie tego dużego kraju i tutaj kładzie się cieniem. Patrole służb mundurowych i ochrony instytucji społecznych poruszają się z bronią krótką, a nierzadko i z długą. Na głównych placach miast stoją stanowiska, gdzie każdy może wrzucić pieniądze i zostawić różnorodne dobra materialne mogące służyć pomocą dla walczących o niepodległość wojsk Ukrainy.

I widać, że bardzo wielu pomaga, jak może. Duże szklane skarbonki wypełnione są nierzadko większymi i różnorodnymi w walucie banknotami, a obok leży ciepła odzież, koce i inne potrzebne na froncie dobra.

Przychylność Ukraińców do narodu polskiego

Na tych samych placach stoją ściany fotografii z wizerunkami tych, którzy polegli w obronie niezawisłości i wolności Ukrainy. Takie same miejsca pamięci widać w wielu muzeach i innych obiektach użyteczności publicznej. Często palą się przy nich znicze, a z pobliskich kościołów i cerkwi dobiegają poruszające słowa pieśni i modlitw za Ojczyznę. Od spotykanych ludzi często słyszymy, że młodzież nie może swobodnie wyjeżdżać z kraju. Jest powoływana do wojska, ale też i bardzo często sama zgłasza się do ochotniczych jednostek wojskowych i paramilitarnych.

Wrogiem numer jeden jest tutaj dla naszych rozmówców prezydent Rosji Władimir Putin. On przede wszystkim jest dla wielu Ukraińców ucieleśnieniem zła i problemów, jakie ich dotknęły. To pod jego adresem padają najbardziej obraźliwe epitety i to nie tylko od kibiców podczas transmitowanych meczy piłkarskich, gdy gra reprezentacja Rosji, ale i od zwykłych ludzi. Ileż to emocji w niewybrednych słowach pod jego adresem usłyszeliśmy chociażby od prostego traktorzysty z wołyńskiej wsi, którego dwóch synów walczy na zachodzie Ukrainy i z którymi nie ma on regularnego kontaktu.

Mimo wielu konfliktów w naszej historii i – nie zawsze do końca wyjaśnionych – tragicznych, obfitujących w ofiary, zdarzeń w relacjach polsko – ukraińskich, w wielu momentach naszego październikowego pobytu na Wołyniu widzieliśmy wielką dzisiaj przychylność Ukraińców do narodu polskiego. Widzą i doceniają poparcie Polaków dla ich sprawy. Jeszcze niedawno pewnie nie byłoby możliwe tak szczere w wyznaniu i przebiegu zdarzenie, którego staliśmy się uczestnikami. Oto członek jednej z sotni UPA (jego nazwisko i dowodzącego nią dowódcy nie jest w tym miejscu istotne), z którym przeprowadziliśmy dłuższy wywiad przed kamerą, na zakończenie wstał i powiedział: ,,Była wojna, byliśmy wrogami, minęło ponad siedemdziesiąt lat i teraz jesteśmy przyjaciółmi”. Dobrze już ponad 90 – letni człowiek podszedł do nas i, nieco zaskoczonych, każdego serdecznie uściskał.

I strach miejscowych Polaków po 90 latach

To dobrze, że wiele się zmieniło, ale nie ma co ukrywać, że na inne, trwałe i pozytywne zmiany trzeba czasu, to odczucie widoczne jest wśród miejscowych polskich świadków i ofiar nacjonalizmu ukraińskiego w czasie minionej II wojny światowej. Coraz rzadziej, ale niestety nadal, na skutek utrwalonego w nich strachu, nie chcą wciąż o wszystkim mówić do kamery: ,,Bo powiem, a przyjdą, zarezają, ubiją mnie i rodzinę”. Dopiero, gdy gaśnie kamera, stają się odważniejsi, mówią więcej i szczerzej o tym, co widzieli i czego byli uczestnikami.

Wołyń jest przepiękny, a jesienna, najpiękniejsza paleta barw liści, pogodna aura, tylko dodaje mu uroku. Pisali o nim polscy wieszcze w poematach, widząc krajobraz na żywo trudno się z nimi nie zgodzić. Na Wołyniu trzeba być, by zrozumieć późniejszą tęsknotę za nim i pełne emocji wspomnienia ludzi, którzy tu żyli, a których los zmusił do opuszczenia tego miejsca. Do końca życia pozostanie w naszej pamięci na przykład widok odległego o kilka kilometrów od Łucka zakola rzeki Styr, czy też brzegi i wody największego na Polesiu Wołyńskim jeziora Świtaź.

Przeszłość nadal miesza się tu z teraźniejszością. Wyobraźnia widzi, porosłe niegdyś wysoką trawą, rozległe stepy. Uszy słyszą szum maszerujących po nich wojsk. Oczy szukają borów z wiekowymi bukami i dębami, jakie niegdyś kilku mężczyzn z trudem rękami obejmowało. Takich borów i lasów dzisiaj już tu nie ma, próżno ich dzisiaj wypatrywać…

Na Wołyniu byłem krótko przed kliku laty zimą, nie wszędzie można było wtedy dojechać. Tym bardziej cennym był udział w tegorocznym wyjeździe delegacji Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w tamte strony. Nie można przecież pokazać konfliktu minionej wojny bez jej zdarzeń na Wołyniu. Otrzymaliśmy wiele zadań, a dnia niejednokrotnie i tak brakowało na ich wypełnienie. Wiele by pisać o tym, jakie efekty przyniosła nasza tygodniowa wizyta na tej ziemi, znajdą odzwierciedlenie w tworzonym Muzeum.

Listopad to ważny miesiąc dla Polaków.1 listopada obchodzimy Wszystkich Świętych, 2 listopada jest Dzień Zaduszny. Nasze myśli, siłą wiary i tradycji, biegną do miejsc spoczynku tych, którzy odeszli, pochowanych na cmentarzach i do nie zachowanych mogił. W Gdańsku mamy bardzo dużą grupę osób pochodzących z przedwojennych Kresów II Rzeczypospolitej.

Wielu z nich pozostaje związanych z Wileńszczyzną, ich przedstawiciele znajdują się m.in. w naszych władzach samorządowych, ale i wśród znamienitych przedstawicieli innych gdańskich środowisk. Nie brakuje wśród Gdańszczan również osób związanych z Wołyniem. Tam ich rodziny pozostawiły swoje przedwojenne domy, a w wielu miejscach spoczywają szczątki doczesne ich krewnych.

We wsiach Zasmyki i Przebrane, w Kowlu, we Włodzimierzu Wołyńskim, w Mielnikach

Podczas wizyty na Wołyniu mieliśmy okazję być w takich miejscach. Przy okazji listopadowych wspomnień o zmarłych warto przywołać przynajmniej niektóre z nich. Odwiedziliśmy dwa polskie cmentarze wojenne w – okrytych zasłużoną sławą polskich ośrodkach samoobrony w czasie drugiej wojny światowej – we wsiach Zasmyki i Przebraże (ostanie obecnie pod zmienioną nazwą – Hajowe (ukr. Гайове).

Piękny stary cmentarz z polskimi mogiłami możemy odwiedzić w Kowlu, wiele nagrobków jest znacznie zniszczonych i wymaga pilnej renowacji. Kontrastuje z nimi, odnowiona już, kwatera polskich mogił żołnierzy poległych na Wołyniu w okresie I wojny światowej. Niedaleko od niej znajduje się kwatera ekshumowanych szczątków doczesnych pomordowanych przez Sowietów więźniów kowelskiego więzienia i pomordowanych przez NKWD żołnierzy polskich w sowieckiej niewoli w latach 1939-1941.

Podobną, jak w Kowlu, kwaterę możemy odwiedzić na cmentarzu we Włodzimierzu Wołyńskim. Kwaterę ekshumowanych szczątków polskich żołnierzy i funkcjonariuszy państwowych pomordowanych w latach 1939-1941 znajdziemy również na cmentarzu w Mielnikach koło Szacka. Trzeba przyznać, że wiele z takich miejsc jest już objętych opieką władz polskich i ukraińskich. Powstają też nowe miejsca, gdzie składa się ekshumowane szczątki polskich ofiar minionej wojny.

Można tylko żałować, że nie wszystko da się uratować. Widzieliśmy chociażby maleńki cmentarz przy byłej Kolonii Ochocin w gminie Torczyn. Jak nam powiedział napotkany Ukrainiec: ,,Jeszcze dziesięć lat temu narożniku cmentarza były widoczne polskie groby”. Dzisiaj czas wyrównał je z ziemią, porosły je trawy, a na cmentarzu zachowało się tylko kilka starych katolickich krzyży bez tabliczek. Podobnie stało się z wieloma innymi przypadkowymi miejscami, gdzie ofiary chowano wojny w pospiechu, a niejednokrotnie i w strachu. W tej samej gminie byliśmy przy krzyżu przydrożnym we wsi Aleksandrówka, według przekazów świadków pochowano pod nim kilku Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w drugi dzień Świat Bożego Narodzenia w 1943 r.

Chciałoby się rzec, że Wołyń wieloma polskimi mogiłami stoi. Świadczą one o naszej złożonej, a i tragicznej niejednokrotnie, historii na tych terenach. W listopadowych wspomnieniach o zmarłych warto o Nich pamiętać.

Tekst i zdjęcia Waldemar Kowalski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Historyczny Cmentarz w Kowlu. Kwatera mogił polskich żołnierzy poległych na Wołyniu w okresie I wojny światowej.