Serce i dobra wola – tylko trzeba chcieć…

panie 2 fot_J_Wikowski  DSC06246

Danuta Znamierowska i Anna Makilla uhonorowane Złotymi Odznakami Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” podczas obchodów jubileuszowych w Dworze Artusa. Fot. Janusz Wikowski

Rozmowa z Danutą Znamierowską, dyplomowaną pielęgniarką, wiceprzewodniczącą Komisji Zdrowia i Opieki Społecznej Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

– Pani działalność w Komisji Zdrowia i Opieki Społecznej Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” nie jest dziełem przypadku.

– W rodzinnym domu nigdy nie spotkałam się z agresją, jako mała dziewczynka byłam wrażliwa na zło, niesprawiedliwość w otoczeniu. Opiekowałam się pieskiem, zbierałam i leczyłam poranione ptaki. Wcześnie pojawiły się u mnie zadatki, by pełnić humanitarny zawód. Widziałam siebie w roli pielęgniarki tym bardziej, że siostra i kuzynki wybrały ten zawód, w rodzinie było kilkoro nauczycieli – społeczników. Uczyłam się w liceum ogólnokształcącym poza miejscem zamieszkania, korzystałam z kwatery prywatnej, internatu. Sam człowiek był i musiał wiedzieć, co jest dobre, a co złe.

– Wcześnie nauczyła się pani samodzielności.

– Bardzo pomogło mi to w pracy, żeby wziąć odpowiedzialność za innych, trzeba poradzić sobie z własnymi problemami. Nie przypuszczałam, jak ciężki i odpowiedzialny jest ten zawód, dopiero zetknięcie z rzeczywistością na praktykach dało mi dużo do myślenia, tym bardziej, że trafiłam do szkoły pielęgniarskiej o profilu psychiatrycznym. Interesowała mnie psychologia, chciałam iść na studia w tym kierunku, choroba mamy uniemożliwiła mi realizację planów. W 1970 roku przyjechałam do Gdańska i zaczęłam pracować jako pielęgniarka na oddziałach: Chirurgicznym, Neurochirurgicznym, Pediatrycznym ówczesnej Akademii Medycznej w Gdańsku. Po ponad dziesięciu latach przeszłam do Przychodni Rejonowej przy ul. Kaletniczej w Gdańsku.

– Zawód, czy społeczna misja?

– Najważniejsze jest całkowite poświęcenie choremu, dyscyplina, precyzja, zawodowa uczciwość, wykazanie się pełną psychiczną i fizyczną sprawnością. Już w pierwszych miesiącach pracy wrzucono mnie na głęboką wodę. Pełniłam nocne ostre dyżury na chirurgii. Sama musiałam trzydzieściorgu pacjentom zrobić zabiegi na czas, nie tylko zmierzyć temperaturę, czy ciśnienie, ale dopilnować, czy opatrunek nie mokry, jeśli były bilanse diurezy, wszystko notować, podejmować szybkie decyzje. Przygotowywałam i zawoziłam chorych windą na salę operacyjną. W pierwszych latach 70. nie było sal pooperacyjnych, wszyscy pacjenci leżeli razem, przychodziły całe rodziny i musiałyśmy pilnować, żeby nie nakarmili ojca, matki, czymś, co zaszkodzi. To była szkoła życia.

– Pacjent oczekuje dobrego słowa.

– Ważne jest, żeby pracę polubić, wiedzieć, że pacjent jest najważniejszy, bo zarobki zawsze były niskie. Były momenty, że nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Jak już nie było sił, mówiłam do siebie: „wytrwaj, wyobraź sobie, że to ktoś z najbliższej rodziny, każdego trzeba tak samo obsłużyć, być oddanym dla niego.” Na dziecięcej endokrynologii miałam do czynienia między innymi z dziećmi chorymi na cukrzycę, przydały się doświadczenia z dorosłymi. Mali pacjenci są szczególnie wrażliwi na ból, żeby zrobić zastrzyk, podłączyć kroplówkę, potrzeba zdobyć ich zaufanie. Dziewczynka w nocy bała się, siedziała za szybą, wzięłam ją do dyżurki, porozmawiałam, do innej małej pacjentki nie przyszła mama, płacz. Nie można nikogo faworyzować, trzeba reagować odpowiednio.

Po przejściu do pracy w przychodni przy ul. Kaletniczej zaczęła pani działać w Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk”.

– Pracowałam jako pielęgniarka zabiegowa, potem środowiskowa – z dorosłymi i z dziećmi. Odwiedzałam rodziny w domach na terenie Głównego Miasta. Poznałam bliżej i zaprzyjaźniłam się z przemiłą, nieżyjącą już, niestety, panią Dobrochną Michel, której robiłam zastrzyki, a potem ona, jako artysta plastyk, włączyła się w naszą działalność charytatywną, przygotowując wystrój sal na spotkania. Jej mąż, inż. arch. Stanisław Michel powiedział, że przydałabym się w Stowarzyszeniu, od dawna widział potrzebę zajęcia się w Śródmieściu ludźmi starszymi, myślał o założeniu klubu seniora. Pracując w przychodni na Kaletniczej współpracowałam z działającą tam wtedy komórką Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, chodziłam do rodzin na interwencje, widziałam dużo potrzeb w środowisku. I tak w 2000 roku, razem z Anna Makillą – Puczką i Barbarą Tułodziecką – Stangel, założyłyśmy Komisję Zdrowia i Opieki Społecznej przy Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk”, która ściśle współpracowała z lokalnym MOPS. Nieco później dołączyły do nas: lek. med. Anna Kit – Bieniecka, obecna przewodnicząca i Helena Korzeniowska, także do dziś pracująca z nami.

– Kiedy komisja wkraczała do akcji?

– Zdarzało się, że w rodzinie umarł ojciec, albo matka, albo, co w tym czasie było częste, rodzice wyjechali do pracy za granicę i dzieci zostawały pod opieką babć. Matka, ojciec, tylko czasem wspierali finansowo swoje dzieci, które czuły się zawsze niepełnowartościowe, potrzebowały akceptacji w grupie. Bywało, że wnuczce, wnukowi, urosły stopy i babcia nie miała za co kupić trampek, wszyscy żyli z jednej emerytury. MOPS w takich sytuacjach dawał zapomogę, ale jednorazową. Doszliśmy do wniosku, że trzeba co dzień tym rodzinom pomagać, żeby miały co jeść, co na siebie włożyć itp. W działalność włączyły się wszystkie komisje Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. Nawiązywaliśmy kontakty z okolicznymi szkołami, bardzo aktywnie współpracowaliśmy ze Szkołą Podstawową nr 50 przy ul. Grobla IV.

– Nie było wtedy grantów dla organizacji pozarządowych.

– Zaczęliśmy pozyskiwać sponsorów, którzy dostarczali: produkty żywnościowe, odzież, zabawki, książki itp. do paczek. Wszyscy, do których zwracaliśmy się, byli otwarci, tym bardziej, że niektórzy kupcy, przedsiębiorcy, działali w naszym Stowarzyszeniu. Odpowiadano na hasła: zbieramy książki, zabawki, ubrania. Najbardziej hojny, uczynny, który nigdy nas nie zawiódł, był Ryszard Grzesik, kupiec z Hali Targowej, dawał najlepszej jakości owoce, często sam je przywoził. Włączały się najróżniejsze lokalne społeczności, począwszy od grup gimnastycznych, na naszych sąsiadach skończywszy. Ten przekazał ubranka po dzieciach, inny ofiarował nieużywany wózek dziecięcy dla samotnej matki. Wśród darczyńców znaleźli się przedstawiciele polonii kanadyjskiej. Lista jest długa, wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni.

– Trzeba wiedzieć komu, co i jak dać.

– Potrzeby określaliśmy w rozmowach z lekarzami, pracownikami socjalnymi MOPS i paniami świetliczankami w szkołach. Dzieci otrzymywały, na przykład na Dzień Dziecka, na święta, paczki z ubraniami, słodyczami, mlekiem, odżywkami, maskotkami. Organizowaliśmy zabawy, loterie, konkursy, zawody, wycieczki, szczególnie zapisał się w pamięci wypad do ZOO, odbywały się wyjazdy młodzieży na wakacje, na przykład nad jezioro Mausz. Były wśród naszych podopiecznych dzieci niepełnosprawne, w tym dwoje na wózkach z porażeniem mózgowym. Weszliśmy z działalnością na dziecięcy oddział onkologii, chirurgii do Szpitala Wojewódzkiego im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. Urządzaliśmy dla chorych dzieci Mikołaje, zanosiliśmy paczki, występował zespół Aksamitki ze Szkoły Podstawowej nr 57, organizowaliśmy konkursy wiedzy o Gdańsku z nagrodami książkowymi, nasz kolega ze Stowarzyszenia, Andrzej Furmaga, podarował małym pacjentom dwa aparaty fotograficzne.

– Serce i pomoc okazywaliście i okazujecie seniorom.

– W Śródmieściu żyje wielu starszych ludzi, miejscem ich spotkań była przez długi czas świetlica Szkoły Podstawowej nr 50. Mieszkańcy z przyjemnością wychodzili z domów, ładnie się ubierali. Spotykaliśmy się na opłatkach, na Walentynkach dzieci wręczały uczestnikom serduszka z napisem: „Z najlepszymi życzeniami od przybranej wnuczki”. Z Anną Makillą przygotowywałyśmy stosy kanapek. Zawsze wielkim wydarzeniem był udział w spotkaniach wspaniałej aktorki, Haliny Słojewskiej, która recytowała poezję. Wtedy myśleliśmy o stworzeniu Śródmieściu Klubu Seniora, niestety, nie znaleźliśmy lokalizacji. Na Długim Targu przestał działać KMPiK, gdzie ludzie starsi chętnie się spotykali i czytali gazety.

– Mieszkańcy pamiętają, jak członkowie Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” kwestowali na Drodze Królewskiej na rzecz szkół, które ucierpiały na skutek powodzi.

– Najbardziej poszkodowane były dwie szkoły na Oruni i jedna na Olszynce. Jest to teren bardzo ubogi, niektóre rodziny mieszkały na działkach, które zostały doszczętnie zalane i nie miały gdzie się podziać. Zrobiliśmy plan kto i gdzie będzie z kwestą chodził, wypożyczyliśmy puszki z PCK, uzyskaliśmy pozwolenie od miasta. Zbierali pieniądze wszyscy nasi członkowie, każdej szkole przekazaliśmy po prawie 2 tysiące złotych.

– Mijają lata, zmieniają się realia, a potrzeby ludzi ubogich, samotnych, chorych, są nadal.

– Od czasu, gdy pracownicy socjalni opuścili przychodnie zdrowia, osoby starsze, potrzebujące pomocy, przestały mieć łatwy dostęp do świadczeń, nie każdy może dotrzeć do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej przy ul. Powstańców Warszawskich. Brakuje geriatrów, lekarze pierwszego kontaktu mają zbyt wielu pacjentów, żeby zajmować się dłużej osobami w podeszłym wieku. Zaczęliśmy organizować prelekcje, pogadanki na temat zdrowia, na przykład o nadciśnieniu, o chorobach onkologicznych, przyjmowane są z dużym zainteresowaniem. Lekarze dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem bezpłatnie w wolnym od pracy zawodowej czasie.

Nie ma już konieczności, żeby starsze osoby zbierały się w szkołach, są inne formy, powstało dużo klubów seniora. Pojawiają się nowe formy spotkań, na przykład Dni Sąsiadów, z których mieszkańcy, w tym samotni, wykluczeni z czynnego życia, chętnie korzystają, nawiązują kontakty, które później kontynuują.

Anna Makilla podpatrzyła, że w Sopocie seniorzy spotykają się w kawiarniach i już kolejny rok, w porozumieniu z kawiarniami w Śródmieściu, rozdajemy emerytom i rencistom „Karty dla Seniora”, upoważniające do zakupu kawy, albo herbaty za symboliczną cenę.

– Ktoś powie, że są organizacje, instytucje, powołane do pomocy.

– Tam są bariery, nie zawsze możliwe do pokonania. Poza tym, nie wszyscy potrzebujący wiedzą do kogo i po co można się zwrócić. Trzeba patrzeć i widzieć tych, którzy sobie nie radzą. Potrzeby były, są i będą. Każdy może w takim, czy innym zakresie, komuś pomóc. Obserwuję, że w kamienicach, blokach, gdzie lokatorzy się znają, jest pomoc sąsiedzka. Ludzi dobrej woli nie brakuje, można do nich dołączyć i współpracować, tylko trzeba chcieć.

Rozmawiała Katarzyna Korczak

panie 4 fot_J_Wikowski  DSC06254

Danuta Znamierowska i Anna Makilla w gronie odznaczonych. Fot. Janusz Wikowski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.