Opowieść wigilijna – babci Krysi

Kowalina IMG_0461Mam 98 lat i nie wyobrażam sobie życia bez pracy.

Jest środa, 20 grudnia, 2017 roku. Zimna, oszroniona, wiata na przystanku tramwajowym na rogu Al. Grunwaldzkiej i ulicy Jaśkowa Dolina. Wokoło miarowy ruch rozpędzającego się i hamującego miasta, wymuszany zmianą świateł.

Na ławeczce starsza kobieta z kramikiem, w rządkach – rękawiczki, czapki, szaliki z kolorowej włóczki.

Z prawdziwej, czystej, wełny

Jest owinięta zieloną chustą w kolorowe kwiaty. Kurtka ortalionowa koloru malinowego dopełnia nierealnego obrazu jakby z innej epoki. Spod czarnych oprawek okularów popatrują na przechodniów wesołe oczy. Wiekowa, sympatyczna, twarz, z mocno zarysowanymi brwiami, i przyczernionymi rzęsami, a na pomarszczonych ustach ślad szminki. Na najmniejsze zainteresowanie stoiskiem odpowiada zdecydowanym, niemal teatralnym, głosem, zachęcając do zakupu:

– Wszystko u mnie z prawdziwej, czystej, wełny od naszych górali z Podhala.

Dźwięczne „h” i wschodni zaśpiew nie pozostawiają wątpliwości co do kresowego pochodzenia.

– A ciepłe skarpety męskie dostanę – pytam?

– Dziś już nie mam, ale, jeśli szanowny pan życzy, jutro będą.

Dowiaduję się, że skarpety dzierga przez trzy dni, i że chce za nie tylko 30 zł.

– Czy 10 złotych dniówka to dużo? – pyta ze swadą sprzedawczyni i jej zwinne ruchy rąk wykonują wyimaginowaną robótkę na niewidzialnych drutach. – Mnie, proszę szanownego pana, wystarczy, jestem jak maszyna, ciuch, ciuch, bez pracy żyć nie mogę. Zapraszam jutro od dziesiątej do piętnastej.

Następnego dnia odwilż, chlapa i znów ten sam gwar i ruch. Na przystankowej ławeczce, pochylona nad kolorową gazetą, znajoma z wczorajszej rozmowy. Po peronie przeciska się tłum pasażerów, nikt nie zwraca uwagi na niemodne wełniane wyroby.

– Dzień dobry, ja po skarpety.

Opatulona postać szybko prostuje się znad gazety i patrzy mi prosto w oczy:

– Oho, a co pan myśli? – Mam co najmniej czterdziestu takich kawalerów dziennie.

– Ale czy są? – pytam niepewnie. – Żaden ze mnie kawaler – żona, czwórka dzieci.

– Proszę, jasne, ciemniejsze, jakie chce, może wybierać.

– Pani to prawdziwa maszyna, zdążyła w ciągu jednego wieczoru zrobić kilka nowych par.

– No co pan, mam w domu przygotowany zapas.

Kupiłem skarpetki na przystanku

Chcę się upewnić czy będą pasować, chyba zmuszony jestem przymierzyć skarpety na przystanku.

– Proszę dać rękę i zwinąć dłoń, o tak, a kciuk schować.

Kobieta bierze skarpetę i owija stopką dookoła mojej zaciśniętej pięści, pięta i palce wyrobu idealnie się ze sobą stykają

– Te dobre dla pana i – nie musi pan zdejmować buta.

Podaję sto złotych, zakłopotana, przeszukuje podniszczoną torebkę.

– Reszty nie trzeba, sama pani mówiła, że to trzy dni roboty, za taką pracę to i tak niewiele.

Odmawia zdecydowanie.

– Może ktoś zaraz kupi albo proszę dobrać rękawiczki dla żoneczki, czapkę dla dziecka.

– Żona ma nakrycia głowy, dzieciaki nie będą nosiły wełnianych.

Upieram się przy swoim. Każe mi usiąść i poczekać, mam urlop i chwilowo nic lepszego do robienia oprócz świątecznych zakupów. Zaczyna opowiadać, a ja słucham.

Szkoła powszechna w Wilnie i na roboty do Niemiec

– Przed wojną chodziłam do szkoły powszechnej w moim kochanym Wilnie, to była bardzo dobra szkoła, oprócz innych przedmiotów uczono dziewczęta: gotowania, szydełkowania, robótek na drutach i krawiectwa, a chłopcy mieli elektryczność i technikę. – chwali się z dumą. – Na koniec roku wystawiane były wszystkie prace i moje zawsze wśród najlepszych – Wilnianie to był pracowity naród i zdrowy, żeby tak ktoś żebrał albo pijany chodził po ulicach lub narkotyki jakieś, jak dziś, pod tą „Biedronką”- tego nie znali. – Owszem, na uroczystości samogon czasem był, ale wszystko kulturalnie i wesoło.

W czasie wojny do Wilna przyszli Sowieci, po nich Niemcy, złapali ją na ulicy i wywieźli na roboty do Niemiec. Rodzice nie wiedzieli, co się z córką stało. Trafiła do fabryki SIMENS WERKE w Berlinie, produkcja przestawiona była na potrzeby armi, przyuczono ją do obsługi maszyny. Pracowały starsze Niemki razem z młodymi robotnicami przymusowymi z okupowanych państw: Polkami, Czeszkami, Słowaczkami, Węgierkami i inne. W ciągu trzech lat nauczyła się sześciu języków. Obermajster korzystał z jej pomocy jako tłumaczki. Jak była potrzebna, wołali ją do kancelarii „Kristin, komm.”

– Myśmy bez żadnego porozumienia między sobą niszczyły śrubki, materiały, żeby zaszkodzić produkcji zbrojeniowej. Jedną Czeszkę złapali na tym i natychmiast zastrzelili. Z Niemkami lubiłyśmy się, dawały mi czasami kilka kartofli, kromkę chleba i mleko gdzieś na boku zostawiały. Jeden raz dostałam od obermajstra obiad, głód był wśród więźniarek okropny.

Niemieckie kobiety, które tam poznała, szczerze nienawidziły Hitlera, bo im mężów i synów zabrał na wojnę. Aż się trzęsły z wściekłości na niego, niektóre zostały wdowami, a inne straciły synów i w podeszłym wieku musiały ciężko pracować w fabryce.

Jak nasz hymn słyszę, to trochę oczy wilgotniejsze

– Jedna Niemka wysłała list do moich rodziców, że żyję i po jakimś czasie rodzice odpowiedzieli. – opowiada. – Jak dostałam wiadomość od rodziny, nie płakałam, w sercu coś mnie ścisnęło. Oczy mi wilgotnieją tylko wtedy, gdy polski hymn słyszę. Jestem wychowana w patriotyzmie, w mojej rodzinie jedni ginęli dla ojczyzny, inni uczciwie dla niej pracowali.

– Po zakończeniu wojny przez Czerwony Krzyż dowiedziałam się, że moja rodzina przebywa w Gdańsku. – opowiada. – Tata był w partyzantce i wyzwalał Wilno spod okupacji. Brat miał 16 lat w czasie wypędzania Niemców z miasta i też był w partyzantce. Ojciec przeżył, a syn nie, czasami tak bywa. Rodzina musiała szybko wyprowadzić się z Wilna. Znalazłam ją w Gdańsku i tu wróciłam po zakończeniu wojny. Już nigdy więcej nie zobaczyłam mojego ukochanego Wilna.

– Byłam radną w Radzie Narodowej, zajmowałam się sprawami społecznymi. Jak dostałam mieszkanie w Nowym Porcie, to zaczęłam robić porządki i poszłam na śnieg trzepać dywanik. Nowe sąsiadki zaraz wyleciały: „Przecież pani się przeziębi.” Od dziecka przyzwyczajona byłam boso wybiegać z domu na świeży śnieg. Zdrowie mi do dziś dopisuje, licho mnie jakoś nie bierze. Jestem ateistką, jak można myśleć, że Bóg istnieje, że jakaś istota o twarzy podobnej do człowieka fruwa po niebie? Naukowcy już dawno wykopali pierwszą Ewę w Afryce, trochę podobną do małpy, ale była już wyprostowana! Ja chcę umrzeć jak człowiek, wyprostowana, do ostatnich chwil zamierzam pracować bez chorowania i odpoczynku. Pach, przewrócę się i to będzie dla mnie koniec ewolucji.

Nie chcę być nieprzydatna

– Nieznajomy wysiadł z tramwaju i dał mi gazetę, poczytam, lubię dużo wiedzieć. Bardzo lubię oglądać telewizję, a zwłaszcza programy historyczne. Płacę abonament, chociaż wiem, że jak się kończy 70 lat, jest się zwolnionym, ale ja nie chcę nic za darmo i być ciężarem dla społeczeństwa. Nie chcę być nieprzydatna, więc pracuję tutaj, emerytura nie najwyższa. Mam 98 lat, i nie wyobrażam sobie życia bez pracy. Od młodości śpię tylko 4 godziny na dobę. Kładę się po drugiej w nocy, budzik nastawiam na siódmą, szóstej już jestem wyspana.

– Na ten przystanek przyjeżdżam o dziesiątej od trzech lat. – kontynuuje. – Dobrych znalazłam ludzi i dobre miejsce. Deszcz na głowę nie pada. We Wrzeszczu jest centrum Gdańska, wszyscy przesiadają się, zakupy robią, porozmawiają czasem jak pan dzisiaj. O, przyleciały moje gołąbki, przyjemnie mieć jakichś swoich, codziennie je karmię, zboże można kupić na rynku od rolnika po złotówce, wydziobią do ostatniego ziarenka i nic się nie zmarnuje. Gołąb to czysty ptak, żadnego robaka, ani nic brudnego, ani nawet muchy nie ruszy. Picasso wybrał go na symbol niebieskiego pokoju.

Na Wigilię zaplanowałam pranie

Na przystanku zebrała się grupa młodzieży z wychowawczynią i patrzą…, patrzą, na panią Krysię i na gołębie. Próbuję zrobić zdjęcie smartfonem. Pani Krystyna wie, że dziś wszyscy mają takie urządzenia, ale ona nie potrzebuje tego.

– Mieszkam na poddaszu na 4 piętrze. – opowiada. – Sobie tak stukam po schodach z tą kulą -typ, typ . W szpitalu na Zaspie mnie zoperowali, bo staw się zużył.

– Do zobaczenia zdrowych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia – życzę i zapraszam na spotkanie opłatkowe w Radzie Dzielnicy Wrzeszcz Górny. – Będą ciasta, kawa i herbata. Tu niedaleko, za następnym przystankiem tramwajowym na „Wysepce”.

– Ja świąt nie uznaję! – Na pewno nie przyjadę. Zakupy zrobiłam normalne: chleb mleko i kartofle, a na Wigilię zaplanowałam pranie. Każdy musi mieć swoje zajęcie, najgorsza cecha to lenistwo, leniwemu wszystko źle, wszędzie nieprzyjemnie, a mnie jest dobrze w każdej chwili.

Tekst i zdjęcia Arkadiusz Kowalina

Kowalina IMG_0461 Kowalina IMG_0462 Kowalina IMG_0921 Kowalina IMG_0925 Kowalina IMG_0927

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.