Nikogo się nie lękaj, nikogo nie obrażaj

Januszajtis ok M. Zarzecki JW OK

Rozmowa z doc. dr inż. Andrzejem Januszajtisem, prezesem Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”, laureatem Wielkiej Pomorskiej Nagrody Artystycznej za całokształt wybitnych osiągnięć artystycznych oraz dokonań na rzecz kultury.

– 25 kwietnia 2013 r. w Sali Koncertowej Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina w Gdańsku, podczas Gali Pomorskiej Nagrody Artystycznej za rok 2012, Mieczysław Struk, marszałek Sejmiku Województwa Pomorskiego, wręczył panu Wielką Pomorską Nagrodę Artystyczną. Statuetka Gryfa Pomorskiego, dyplom, kwiaty i czek w wysokości 20 tys. zł., przypadły panu w udziale „Za wieloletnią niestrudzoną działalność na rzecz popularyzacji historii Gdańska i Pomorza, za aktywność w dziele ratowania pamiątek naszego dziedzictwa, a zwłaszcza zabytków, za pasję i miłość do rodzinnego miasta, którą rozbudził w pokoleniach młodych gdańszczan”. Podczas wręczania publiczność zgotowała panu długą owację na stojąco. Gratulujemy!!!

– Zostałem zaproszony na uroczystość, wiedziałem, że coś się święci, ale nie znałem szczegółów. Przypuszczałem, że spotka mnie coś przyjemnego, nie spodziewałem się jednak, że aż tak miłego. Dramaturgię uroczystości przygotowano starannie, według wskazówek Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, potem napięcie rośnie aż do samego końca. Odbierając nagrodę powiedziałem to, co i dziś czuję – że jestem niezwykle wzruszony, ale, że to nie ja w gruncie rzeczy dostałem nagrodę, tylko Gdańsk, ja tylko relacjonuję jego piękno. Nagroda umacnia mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie.

– Podziwiam Pana niezłomność i stoicki spokój, skąd czerpie pan siły do działania i osiągania sukcesu za sukcesem wobec tylu przeszkód i raf?

– Jest na Złotej Kamieniczce dewiza, odtworzona niedawno przy remoncie, brzmiąca w tłumaczeniu: „Czyń słusznie, nie lękaj się nikogo”, która przyświeca mi jako motto. Tych złotych myśli – drogowskazów do działanie nie tylko dla mnie – jest w Gdańsku więcej. Na innej kamieniczce czytamy sentencję: „Nikogo się nie lękaj, nikogo nie obrażaj”, jest wyjątkowo aktualna zwłaszcza dzisiaj, gdy politycy bez przerwy się nawzajem obrażają, uważając to za sposób dyskutowania. Tymczasem mnie uczono jeszcze w szkole, że nie należy stosować argumentum ad hominum, na przykład zarzucać komuś, że nie ma racji, bo jest łysy, albo ma krzywy nos, czy krótszą nogę. Niestety, tak dzisiaj się dzieje, o mnie też mówią, że nie mam prawa się wypowiadać o architekturze, bo nie jestem architektem; to zupełnie błędne podejście, dlatego, że architekci tworzą – lepiej, albo gorzej, a my potem mieszkamy w tych domach i obcujemy z nimi na codzień, a oni często jadą sobie gdzie indziej, żeby tam z kolei się pokazać. Architekci nie działają w próżni, ale dla ludzi i powinni się liczyć ze zdaniem społeczeństwa. Za każdym razem mówię, że wyzywam na pojedynek słowny tych, którzy twierdzą, że nie mam prawa wypowiadać się na jakikolwiek temat związany z Gdańskiem. Proszę bardzo, zróbmy zawody i przekonajmy się, kto wie więcej, wtedy się okaże, czy mam prawo mówić.

– W Gdańsku, co Pan przy wielu okazjach podkreśla, wiele dzieje się dobrego.

– Ogromnym sukcesem władz miasta jest przebudowa układu komunikacyjnego, to nieważne, że szczegóły mogą czasem być nie takie, jak trzeba, ale ogólnie biorąc, jest to sprawa wielkiego znaczenia. Po zakończeniu robót znikną korki w środku miasta, a na pewno przestaną przez Śródmieście jeździć wielkie tiry. Epokowym wydarzeniem, sam też o tym pisałem, jest budowa kolei metropolitalnej. Niezwykle ważna jest odbudowa kolei, która powstała już w 1914 roku i – przez nieporozumienie – nie odbudowano jej po drugiej wojnie światowej. Tajemnicą poliszynela było, że rozebrano tory i oddano je Rosjanom; człowiek, który o tym zadecydował, został później jakimś ważnym dyrektorem PKP i ile razy przychodziła propozycja odbudowy tej kolei, wrzucał sprawę do kosza.

– Niedawno znowu byłam świadkiem sporu czy można używać nazwy Politechnika Gdańska mówiąc o tej uczelni w okresie przedwojennym.

– Ta sprawa ciągle powraca, po wojnie dopiero w latach. 60. władze komunistyczne zabroniły mówić o przedwojennej Politechnice Politechnika Gdańska i niektórzy do dzisiaj mają to w głowie, nie przejdzie im przez usta, czy pióro „Politechnika Gdańska” przedwojenna. Tymczasem to był oficjalny polski odpowiednik niemieckiej nazwy, w 1921 roku zatwierdził ją zarówno Senat Politechniki, jak i władze Wolnego Miasta Gdańska, wszystkie przedwojenne polskie organizacje tej uczelni miały w nazwie polską nazwę uczelni, np. Bratnia Pomoc Studentów Polaków Politechniki Gdańskiej (a nie Technische Hochschule).

– Jest stale o co walczyć – widać to w Pana wypowiedziach, artykułach, książkach – aby Gdańsk nie uległ zeszpeceniu.

– W tej chwili pierwszą sprawą jest zbyt wysoka zabudowa, która ma powstać na Wyspie Spichrzów. Nie chodzi już w tej chwili o kształt, chociaż też jest ważny, ale on, mimo wszystko, jest rzeczą wtórną. Natomiast nie wolno dopuścić, żeby szczyty tych budynków po drugiej stronie Motławy były widoczne z wnętrz ulicy Chlebnickiej, a w przyszłości także ulicy Mariackiej. Musimy walczyć, bo inaczej cały efekt odbudowy Głównego Miasta diabli wezmą. W przedłużeniu osi tych ulic nowe budynki muszą być co najmniej o 3 m niższe niż na projekcie.

– Jak bumerang powraca sprawa kładki nad Motławą.

– To nie jest moja idee fixe, ja nie jestem przedstawicielem lobby budowniczych promów, nikt mi za to nie płaci, chodzi o coś zupełnie innego, o coś, co było zawsze źródłem bogactwa i rozwoju Gdańska – o port, wodę, żeglugę. Ta nieszczęsna kładka nad Motławą, nawet, gdyby miała być, to nie może być ten wariant – najgorszy ze wszystkich: 2,5 metra nad wodą to śmierć dla wszelkiej żeglugi na Motławie. Gdyby nawet miała powstać, musiałaby mieć co najmniej 8 metrów prześwitu pionowego, a najlepiej, żeby nie było jej wcale, tym bardziej, że istnieje znacznie lepsze i tańsze rozwiązanie – prom. Tymczasem od początku założono kładkę. Wiem, że p. dyrektor Perucki planuje budową drugiej sali koncertowej i musi mieć możliwość szybkiego przemieszczenia 1000 osób, co według niego wyklucza prom. To jest jednak tylko kwestia odpowiednich promów, a kładka tez ma ograniczoną przepustowość. Poza tym dlaczego wszyscy mają korzystać z kładki, wiele, jeśli nie większość osób pojedzie w inną stronę. Trzeba tez pamiętać, że powstanie trasa Młodego Miasta, która, w moim głębokim przekonaniu, powinna przejść tunelem pod Motławą i wtedy jest bardzo bliski dojazd na Ołowiankę, który może doprowadzić samochody i autobusy i niepotrzebna jest kładka, która zabije żeglugę. Nie możemy się na to zgodzić!

Problem jest bardzo szeroki, nie wolno w Gdańsku niszczyć żeglugi, a niestety zrobiono już sporo w tym kierunku.

– Kolejny przykład?

– Proszę bardzo – most Jana Pawła II za 130 milionów złotych zbudowany, piękny, bardzo ważny i potrzebny, ale, na stumetrowym pylonie zawieszono jezdnię osiem metrów nad wodą. To jest dno krótkowzroczności! Sam widziałem, jak mała żaglówka wysokości osiem metrów utknęła tam, bo myślał, że przepłynie, przechylił się, nagle dmuchnęło, wyprostował się i utknął pod tym olbrzymim mostem. Przecież to jest coś, co się w głowie nie mieści. Ja nie jestem żeglarzem, po prostu myślę racjonalnie.

To jest droga wodna, ona w tej chwili nie jest wykorzystywana, ale, trzeba patrzeć w przyszłość i naśladować na przykład Holendrów. W Rotterdamie powstał most Erazma, przepiękny, co prawda nie osiem, tylko osiemnaście metrów prześwitu, ale Holendrzy dali na końcu zwodzone przęsło, żeby móc przepuszczać większe jednostki pływające. I tak samo w Gdańsku trzeba było zrobić – zawiesić jezdnię o wiele wyżej (np. trzydzieści pięć metrów) albo na końcu dać możliwość zwodzenia.

Drugi taki most w Gdańsku, bezsensowny, który powstał, też potrzebny, to jest most z Młynisk na Ostrów przy Elektrociepłowni, który powinien być zwodzony. Jest propozycja moja, ale nie tylko moja, będziemy się starać ją również popierać i promować, budowy przystani wielkich wycieczkowców na Młodym Mieście, blisko ujścia Motławy i Martwej Wisły. Mamy tam obrotnicę, czyli miejsce przygotowane do obracania statków długości ćwierć kilometra, a głębokość przed wojną była dziesięć i pół do jedenastu metrów, dzisiaj jest mniejsza, bo nie bagrowano, ale jest możliwość jej przywrócenia.

– Jak statki mają płynąć tamtędy?

– W tej chwili przez Kanał Kaszubski, chociaż jest nieco za wąski, a obok są nabrzeża Gdańskiej Stoczni Remontowej, gdzie czasem stają duże jednostki, co może utrudniać swobodne przepłynięcie. Na przyszłość proponuję przywrócić zwodzenie mostu prowadzącego z Młynisk na Ostrów i tamtędy przeprowadzać wielkie wycieczkowce, tam wszędzie głębokość jest wystarczająca. Mogę przypomnieć, że nasz „flagowy” m/s „Batory” miał 180 metrów długości i zanurzenie siedem metrów, a więc statek tej wielkości beż żadnych problemów i dzisiaj może tam wpływać nawet przez Kanał Kaszubski. Jeżeli nawet obecnie nie stać nas na to – trzeba taką możliwość zostawić, a nie ją zamykać.

– Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk” w 2014 roku obchodzić będzie 20–lecie działalności.

– Chcemy to uczcić, przygotowujemy szczegółowy program, na pewno nawiążemy współpracę z Naczelną Organizacja Techniczną, rozmowy na ten temat trwają, między innymi inicjatywa jest taka, żeby na budynku NOT ufundować tablicę ku czci prof. Jerzego Doerffera, który był prezesem NOT przez jakiś czas, był wspaniałym rektorem Politechniki Gdańskiej, ale był przede wszystkim jednym z twórców powojennego przemysłu okrętowego, wielkim wynalazcą, nowatorem itd.

Drugą tablicę pamiątkową, chcemy odsłonić na jednym z domów przy Długim Targu, w którym urodził się królewicz Aleksander Sobieski, nawet proponowano go na króla Polski.

– Zbliża się jeszcze jeden ważny dla Gdańska i bliski Pana sercu jubileusz…

– Również w przyszłym roku, 30 kwietnia, przypadają 550. urodziny zegara astronomicznego w Bazylice Mariackiej. Urządzimy ze Stowarzyszeniem „Horologium” – dziś już trzydziestoletnim – konferencję i zjazd miłośników tego rodzaju zegarów i specjalistów z całego świata, mam ich adresy. Niezależnie od tego, żeby pokazać ten zegar, chcielibyśmy zakończyć jego odbudowę i w pełni przywrócić go do życia. W tej chwili, po przeszło dwudziestu latach niektóre części po prostu się zużyły. Poza tym nasza robota była pionierska, fasada zegara jest prawie w całości autentyczna, natomiast zrekonstruowaliśmy mechanizm, ale średniowieczny, nie wahadłowy, tylko kolebnikowy, prawdopodobnie jedyny tego typu, jaki w XX wieku  wybudowano. Musieliśmy się głowić jak to mogło wyglądać, wobec tego niektóre rozwiązania trzeba trochę poprawić, koszt tych robót wynosić będzie około 150 tysięcy złotych, liczymy na pomoc władz miasta, zainteresowanych osób i instytucji. Niektóre brakujące części trzeba dorobić, na przykład postacie strażników wrót i aniołów miały dzwonki, starzec na dole machał ręką. Mamy małe automatyczne organy, ale trzeba dorobić mechanizm sterujący itd. Wykorzystaliśmy autentyczne tarcze z blachy miedzianej, które są wiotkie, jedna została przez konserwatorów usztywniona, ale druga nie. Z kolei wielka drewniana tarcza kalendarza przy obrocie wyskakuje z zazębienia, ma ponad 500 lat i to jest nieuniknione, ale musimy wprowadzić poprawki, żeby zegar dobrze chodził i żeby można było uznać odbudowę za zakończoną.

– Szykują się kolejne Pana publikacje?

– W tej chwili już wydrukowany jest pierwszy egzemplarz, lada chwila pojawią się następne, czwartego zbioru moich felietonów o Gdańsku i jego historii pt. „W ratuszowych izbach”, które się ukazywały w „Gazecie Wyborczej”, wydawcą jest „Marpress”. Pracuję nad historią nauk ścisłych i techniki w Gdańsku, mam na to rok czasu. Nie jest wykluczone, że wydam album ze zdjęciami Gdańska, mam trochę swoich, chcę też wykorzystać serię kolorowych zdjęć przedwojennego Gdańska na małych przeźroczach, wyjątkowo dobrej jakości. Ich autorem jest nauczyciel z Berlina, prof. Brandt, który przyjechał z uczniami do Gdańska w 1943 roku, miał dobry aparat i dobre oko, a potem, w Berlinie, jak się zbliżały wojska sowieckie, zapakował te zdjęcia w celofan, włożył do metalowej puszki i zakopał w ogrodzie. Parę lat później je odkopał, a jego syn, po jego śmierci, ofiarował mi zbiór. Doszło do tego w ten sposób, że zadzwoniła do mnie pewna pani, Polka z Francji. Powiedziała, że od lat śledzi moje publikacje i że jej znajomy ma zdjęcia kolorowe Gdańska, zapytała, czy byłbym nimi zainteresowany. I po pewnym czasie syn autora przysłał mi te zdjęcia i upoważnił do wykorzystania. Zbiór składa się z 40 zdjęć z Gdańska i 20 z Malborka. Niedługo potem pojawiły się zdjęcia wykonane w tym samym czasie przez norweskiego studenta Politechniki Gdańskiej, które otrzymało Muzeum Historyczne Miasta Gdańska. Staram się o zgodę, żeby i tę kolekcję opublikować w planowanym albumie.

– Czego mogę Panu życzyć?

– Zdrowia i sił fizycznych oraz duchowych, ale zwłaszcza fizycznych. Chciałbym wydać ponownie moje „Sonety greckie” z własnymi ilustracjami, poprzedni nakład z lat 80. dawno się już wyczerpał.

– Dziękuję za rozmowę i życzę realizacji wszystkich zamierzeń i planów oraz spełnienia najskrytszych marzeń.

Rozmawiała: Katarzyna Korczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.