Halina Winiarska. Heroina bez patosu

Halina Winiarska 2

Halina Winiarska – wybitna aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna.

W sierpniu 1980 r. występowała wraz z grupa aktorów dla strajkujących robotników w Stoczni Gdańskiej, pełniła funkcję przewodniczącej Komitetu Zakładowego „Solidarności” w Teatrze Wybrzeże, brała udział w koncertach poetyckich w kościołach w czasie stanu wojennego – Halina Winiarska, wybitna aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna.

Halina Winiarska wspomina stan wojenny: „Byłyśmy na drugim piętrze, pilnowało nas Wojsko Polskie, a my dla żołnierzy spuszczałyśmy na sznurkach w termosie gorącą herbatę, oni do góry nam podawali karteczki z informacjami, co się dzieje, radia nie miałyśmy. Absolutna komitywa”. 

Rozmowa z Haliną Winiarską, wybitną aktorką teatralną, filmową i telewizyjną.

– Wielkiej klasy aktorka, klasyczna uroda, zniewalający głos, dystans w grze, elegancja, głębokie zrozumienie tekstu, ucieleśnienie scenicznego ideału.

– Byłam, byłam! Teraz już nie, bo to nie zostaje. Ten rozdział życia mam za sobą. We właściwym momencie podjęłam decyzję, przestałam grać na scenie, w porę opuściłam żaluzje. Nie lubię, nie mogę wspominać, nie sprawia mi to przyjemności, raczej się zmagam z pamięcią. Zresztą – od takiej strony – nigdy do roli nie podchodziłam, nie przywiązywałam wagi ani do wyglądu, ani do postawy specjalnej, tego ani nie szukałam, ani się nie dokopywałam. Ja raczej doszukiwałam się sensu w samym tekście i to było zawsze najważniejsze, żeby go dobrze pojąć i jasno, klarownie powiedzieć. Nawet sobie niedawno pomyślałam, że gdyby ktoś teraz zaproponował mi rolę, nie wróciłabym na scenę. Jedyną rzeczą, której nigdy bym się nie wyrzekła, jest poezja, to mi daje pełną satysfakcję, to lubię i chcę robić.

– Występowała Pani na scenach w Nowej Hucie, Białymstoku, Rzeszowie, Zielonej Górze, Poznaniu, by wreszcie w 1966 na stałe związać się z Teatrem Wybrzeże.

– Po przyjeździe do Gdańska na pierwszym miejscu bym postawiła sztukę „Punkt przecięcia” Paula Claudela w reżyserii Piotra Paradowskiego, której premiera odbyła się w 1968 roku na scenie kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Grałam z Jerzym Kiszkisem, moim mężem i świętej pamięci Andrzejem Szalawskim, wielkim aktorem, znacznie starszym od nas. Bardzo sympatyczna była współpraca z reżyserem, tekst poetycko piękny, zniewalający, mądry, szukaliśmy jeszcze pogłębienia i to sprawiało nam przyjemność, radość, wiedzieliśmy, że coś ważnego chcemy powiedzieć widowni. To było niezwykłe przedstawienie między innymi dlatego, że ogromne skróty wprowadziła nam cenzura, z którą toczyliśmy wielką wojnę. Mieliśmy tego świadomość i – kiedy nie można było wypowiedzieć słów – wzmacnialiśmy dialog, zdarzenia, wprowadzając więcej emocji. Spektakl, mimo skrótów, powstał bardzo wartościowy, publiczność odbierała go świetnie.

– Współpracowała Pani z innymi znakomitymi reżyserami.

– W Poznaniu, Zielonej Górze spotkałam się z Markiem Okopińskim, który nie był wymagający, trzeba było samemu szukać sensów różnych i on je wtedy pokazywał, przyjmował. W Gdańsku najlepiej wspominam pracę ze Stanisławem Hebanowskim, do dzisiaj go widzę, chodzącego na sztywnych nogach, z tekstami pod pachą. Był wielce wykształconym człowiekiem, filozofem, przerastał znacznie wszystkich aktorów. Ale myśmy też drwiny sobie robili z niego, wyciągaliśmy jakieś słowo, którego nie rozumieliśmy, zadawaliśmy pytania z pogranicza filozofii i on zaczynał tłumaczyć. Chodziło o to, żeby dowiedzieć się jak najwięcej i przedłużyć rozmowę i nie zaczynać od razu próby. Brał wszystkie nasze prośby poważnie, był ciągłym źródłem mądrości, wielu rzeczy można się było od niego nauczyć. Był bardzo sympatycznym człowiekiem, chociaż miał swoje zawirowania. Wiedział czego w tekście dramatycznym szukać, chociaż myśmy nie zawsze jego rozumieli, gdy chcieliśmy dociekać, był skory do objaśnień, drążenia kwestii, tematu, słowa. Jego spektakle były znaczące, bardzo dobre i wartościowe. Bardzo interesująca była praca z Zygmuntem Hubnerem, kiedy reżyserował „Ulissesa”.

– Za czasów Stanisława Hebanowskiego grała pani heroiny – Elektrę, Ifigenię, Marię Stuart, Kliteimnestrę, Helenę…

– Byłam jego ulubioną aktorką, być może repertuar nawet dobierał szukając partii dla mnie. Pewnego dnia, z przykrością, ale się przyznaje do tego, zaproponował mi rolę Fedry w dramacie Jeana Racine’ a  i ja się pierwszy raz zbuntowałam, powiedziałam: „Co, ty znowu chcesz, żebym stała jak ta pionowa belka i klepała wierszyki, które ty przetłumaczyłeś? Nie będę tego grała!”. Bardzo go uraziłam. Obraził się na mnie. Sztuka nie została zrealizowana. I od tej pory nie obsadzał mnie w ogóle. Ogromnie cierpiałam z tego powodu, oczywiście przeprosiłam go, ale to nic nie dało, był dotknięty. Miał potem kolejną ulubiona aktorkę, chociaż inna była skala tych ról. Ja już u niego nie zagrałam nic. Właściwie tak się powinno zdarzyć, ale w innej formie. Z perspektywy wciąż uważam, że, choć byłam już znudzona, zachowałam się brzydko, chociaż powiedziałam prawdę.

– Wspaniale prezentowała się Pani na tle scenografii i w kostiumach Marian Kołodzieja.

– Najpierw powstawały projekty w jego pracowni, które on traktował jako akt bezdyskusyjny, nigdy niczego nie konsultował z aktorami. Potem następowały przymiarki. On, jako jedyny projektant kostiumów, nie opuścił ani jednej miary krawieckiej. Siedział na dużym stole, z opuszczonymi nogami i patrzył bardzo pilnie,  pilnował, żeby wszystko było wykonane tak, jak zostało zaprojektowane, bez odstępstw. Każdy guziczek, pętelka, perełka, stójka, zamek, musiały być przyszyte precyzyjnie, jak chciał. Wszystkie jego kostiumy przyjmowałam, nie miał chyba ze mną kłopotów. Nie było łatwo w nich się poruszać, dużo materiału, obciążonego jeszcze perłami, metalowymi ozdobnikami. Czekaliśmy niecierpliwie na stroje Kołodzieja, żeby wreszcie zacząć w nich pracować, a dostawaliśmy je tuż przed premierą.

– Ma Pani w biografii również role lżejsze.

– Szczególnie utkwiła mi w pamięci kameralna, trzyosobowa sztuka „Droga do Mekki” Athola Fugarda w Czarnej Sali Teatru Wybrzeże z 1994 roku,  grałam z Dorotą Kolak i Andrzejem Nowińskim. Żałowaliśmy, że ją zdjęto z afisza, a stało się to dlatego, że rozpoczął się remont.

– Lubiła Pani występować na scenie Jerzym Kiszkisem, prywatnie mężem?

– Zdarzało się, że graliśmy razem, choć nie za często, myśmy do tego nie przywiązywali wielkiej wagi. Obowiązywało między nami prawo, że w domu absolutnie nigdy nie mówiliśmy o teatrze, dom, to dom.

– W sierpniu 1980 roku występowała Pani wraz z grupa aktorów dla strajkujących robotników w Stoczni Gdańskiej, pełniła Pani funkcję przewodniczącej Komitetu Zakładowego „Solidarności” w Teatrze Wybrzeże, brała Pani udział w koncertach poetyckich w kościołach w czasie stanu wojennego.

– Staszek Michalski, który wtedy był dyrektorem artystycznym Teatru Wybrzeże, niesamowite poczucie humoru miał, gdy przyszli do niego panowie, żeby zakazał aktorom uczestniczyć w tych koncertach, powiedział im: „A czego chcecie, przecież oni po łacinie to wszystko mówią i tak nikt nic nie rozumie” i przegonił intruzów, cały czas był jednak pod wielka presją. Kiedy mieliśmy koncerty w kościele, rezygnował z popołudniówki w teatrze, w której braliśmy udział, to są jego decyzje, szalenie znaczące. Raz nawet brał udział w koncercie we Wrzeszczu w kościele jezuitów, przyjechała Halina Mikołajska, obstawili cały kościół sukami, jakoś obyło się bez ingerencji, ale dali znak, że są obecni i wiedzą o wszystkim.

– Zaangażowała się Pani czynnie w przemiany w Polsce.

– Ale to nie była polityka, dla nas to było społeczne działanie. Niczego się nie zmieniało, niczego nie przeinaczało, tylko o to swoje miejsce na ziemi, które było naznaczone, się walczyło, chcieliśmy godnie żyć i pracować, a nie ślizgać się pomiędzy pałami i sikawkami.

– Przypłaciła Pani działalność internowaniem.

– Owszem, nas we dwójkę z Jurkiem zabrano z domu, zostało nasze dziecko, Asia, ale akurat nocowała u nas wtedy jej przyjaciółka i dziewczynki pojechały rano, po godzinie policyjnej, do jej rodziców, państwa Suchorów i Aśka u nich została. Agnieszka poszła w ślady ojca, Piotra Suchory,  który, niestety, już nie żyje i jest aktorką w Warszawie. Inni internowani ludzie były w znacznie gorszych, niż my, sytuacjach, mieli maleńkie dzieci, które musieli zostawić. Odwiedziłam parę więzień  – najpierw byłam na Kurkowej w Gdańsku, potem w Strzebielinku i w Fordonie w Bydgoszczy, stamtąd dopiero przewieziono nas, dziewiętnaście kobiet, do ośrodka wypoczynkowego pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi.

– Jak spędzałyście Panie czas w trakcie internowania?

– Szczególnie utkwił mi w pamięci moment, kiedy nas zawieziono do ośrodka w Gołdapi. My wysiadamy, a tu dwa plutony wojska nas witają, wszyscy uzbrojeni. Prowadzą nas na do jadalni, zapraszają do stołów zastawionych grubym fajansem i wychodzi pani i mówi z taką elegancją i zażenowaniem:„Bardzo panie przepraszamy, ale dziś ziemniaki będą z puszki, ponieważ nie spodziewaliśmy się tylu gości”. Halina Mikołajska była z nami, pokładała się ze śmiechu. Zderzenie tych pepesz z kartoflami z puszki było niesamowite zupełnie, takie czarujące kontrasty. A co robiłyśmy? Nasza współtowarzyszka, masażystka, masowała nas wszystkie, gimnastykowałyśmy się w tym pokoju, na dwór się nie wychodziło. Byłyśmy na drugim piętrze, pilnowało nas Wojsko Polskie, a my dla żołnierzy spuszczałyśmy na sznurkach w termosie gorącą herbatę, oni do góry nam podawali karteczki z informacjami, co się dzieje, radia nie miałyśmy. Absolutna komitywa. Najpierw drzwi celi były cały czas zamknięte, potem nam pozwalali otwierać drzwi, potem mogłyśmy wychodzić i rozmawiać i wtedy, po miesiącu, wyszłam. Ogromne starania w celu wypuszczenia mnie na wolność czynili arcybiskup Tadeusz Gocłowski i Tadeusz Fiszbach, byłam im wdzięczna.

– Jak Pani teatr postrzega dziś?

– Być może ja pozostałam trochę staroświecka w swoim myśleniu o teatrze, nie wszystkie pomysły dzisiejszych reżyserów mi odpowiadają, nie zawsze one mają czytelny związek z intencją sztuki, albo ja nie jestem w stanie tego pojąć. Reżyserzy dopisują, dodają coś, albo odmieniają teksty dramatów, może jest im za mało. Ostatnia realizacja, „Martwe dusze” Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Wybrzeże, złożona jest z tekstów dziesiątków autorów, to mi się akurat podobało, z majstersztykiem Janusz Wiśniewski to zrobił. Charakteryzacja postaci jest zachwycająca, myśmy przez pewien czas nie rozpoznawali kolegów aktorów. Bardzo dobry spektakl, taka jestem rada, że realizacja jest udana.

– Uważa się Pani za aktorkę spełnioną?

– Jestem absolutnie usatysfakcjonowana i niczego mi w moim życiorysie artystycznym nie brakuje. Sumując, we właściwym momencie odeszłam. Uważałam, że już więcej się nie da zrobić, że wszystko, co mogłam, zrealizowałam. Scena to zamknięty rozdział. Mnie interesuje to, co teraz mam do zrobienia.

– Chętnie bierze Pani udział w wieczorach poetyckich.

– Poezja jest moja miłością. Lubię poezję współczesną, trudną, Miłosz mnie nie opuszcza, ale nie cała jego twórczość, mój sztandarowy jego wiersz, to: „Walc”. Kiedyś jedna ze słuchaczek po wyjściu z wieczoru poezji powiedziała mi: „Pani deklamowała tego walca, a ja płynęłam w tańcu do samego końca i jeszcze teraz chciałabym tańczyć”. To było największe uznanie, jakiego może doświadczyć aktorka. To mnie podniosło na duchu, tak mi było przyjemnie, że nawet mi się łza zakręciła w oku, oczywiście nie okazałam tego. Głosy publiczności są najważniejsze, nie to, co piszą krytycy, bo oni się nie znają na aktorstwie, nie umieją o tym pisać, tylko analiza spektaklu im się udaje.

Katarzyna Korczak

Halina Winiarska 3 Winiarska Halina Winiarska 1 Halina Winiarska 5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.