Zebranie Sprawozdawczo – Wyborcze Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

30 maja odbędzie się Walne Zebranie Sprawozdawczo – Wyborcze Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”.

Zaproszenie na Walne Zebranie Sprawozdawczo – Wyborcze

Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

Zarząd Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”  uprzejmie zawiadamia, że w dniu 30 maja 2017 roku (wtorek), o godz. 17 (drugi termin godzina 17.30), w Narodowym Muzeum Morskim w Gdańsku, przy ulicy Tokarskiej 21/25 (wejście od Długiego Targu przy Żurawiu) w Ośrodku Kultury Morskiej (windą na IV piętro) odbędzie się Walne Zebranie Sprawozdawczo – Wyborcze Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”.

Serdecznie zapraszamy!

Zarząd Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

NG V 2017 do netu-page-005 sm

Nigel Cennedy i Cappella Gedanensis

KK WP_20170502_17_21_44_Pro_LI

Nigel Kennedy i Marek Więcławek

Wielkie tournee po Polsce z „Czterema porami roku” Vivaldiego. Szczecin, Warszawa, Poznań, Toruń i Gdańsk – taką trasę koncertową odbędą wspólnie światowej klasy skrzypek Nigel Kennedy i Cappella Gedanensis w dniach od 4 do 12 maja 2017 r.

W programie koncertów „The New Four Seasons and My World” znajdą się na nowo opracowane „Cztery Pory roku” Antonia Vivaldiego, aranżacje Jimmi’ego Hendrixsa i in.

Po raz pierwszy Nigel Kennedy i Cappella Gedanensis zagrali w Gdańsku w Starym Maneżu w 2016 roku.

Fantastyczna energia i wirtuozeria

Konferencję prasową poprzedziła otwarta próba, podczas której mieliśmy okazję wejść w atmosferę przygotowywanego koncertu. W ruch poszły instrumenty elektroniczne, dźwięki zwielokrotnione przez nagłośnienie rozsadzały wprost siedzibę Cappelli Gedanensis przy ulicy Nowe Ogrody w Gdańsku. Energetyczny wirtuoz zelektryzował muzyków, którzy na co dzień zajmują się wykonawstwem subtelnej muzyki dawnej. Takiej atmosfery jeszcze tutaj nie było!

Nigel, jak zwykle, ubrany był na sportowo, jako fan piłki nożnej przywdział dwie koszulki Crakovii i Aston Villa.

– Miłość do piłki jest dla mnie miłością ponad wszystko – powiedział tuż po próbie rozemocjonowany, tryskający humorem skrzypek, piłka łączy narody, dzisiaj odbywa się finał o Puchar Polski.

Marzenia się spełniły

– Gram z Celppellą Gedanensis, ponieważ zespół ma w sobie fantastyczną energię, są tu poszczególne osoby obdarzone wirtuozerią – kontynuuje Nigel Kennedy. – Zaprezentujemy Vivaldiego, dlaczego nie? To cudowna muzyka o prostej wyrazistej strukturze pobudzająca do wciąż nowych, odkrywczych, interpretacji. Dorastałem na tej muzyce, to jest piękno, którym chcę się dzielić ze światem. Nie chodzi o pokazywanie kolejnych interpretacji technicznych, chcę dać, grając, coś osobistego.

– Cieszymy się, że po tylu latach marzenia się spełniły, zjawił się wielki Nigel Kennedy – powiedział Marek Więcławek, dyrektor i solista Cappelli Gedanensis. – Mamy ogromne szczęście do znakomitości ze świata, niedawno na dawnych instrumentach graliśmy z Guliano Carmignola. Dzisiaj Nigel Kennedy, zupełnie inna specyfika, artysta codziennie inaczej interpretuje muzykę, jest rewelacyjny! Wspólna praca i koncerty dodają nam wiele energii, satysfakcji i stwarzają nowe, szerokie perspektywy.

Finałem tournee będzie wspólny występ w piątek, 12 mama o godzinie 20 w Starym Maneżu przy ulicy Słowackiego 23 w Gdańsku – Wrzeszczu.

Katarzyna Korczak

KK Kennedy&GedB2gacopromotionsX3GDANSK2

NIGEL KENNEDY – BIOGRAFIA

Ręka przeznaczenia wyniosła Nigela Kennedy’ego do rangi jednego z największych artystów świata muzyki klasycznej.

Urodził się i wychował w rodzinie muzyków, wykształcił się w społeczności muzyków, i to właśnie muzyka otworzyła mu drogę do międzynarodowej kariery i statusu supergwiazdy.

Kennedy jest najpopularniejszym skrzypkiem wszechczasów, a jego płyty sprzedają się w rekordowych nakładach. W pojedynkę wytyczył nowe szlaki dla kolejnych pokoleń artystów, którzy odnoszą sukcesy zarówno na polu muzyki poważnej, jak i popularnego mainstreamu. Jego wirtuozowska technika, unikalny talent i nieodparty sceniczny urok pozwoliły mu wnieść świeżą perspektywę zarówno do repertuaru klasycznego, jak też współczesnego.

Poszerzając granice, które dla innych muzyków są nieprzekraczalne, nieustannie dokonuje pionierskich odkryć w dziedzinie nowych brzmień i metod wykonawczych.

Wytrwały, zdecydowanie dążący do celu i wyjątkowy w każdym calu, Kennedy w swoim repertuarze łączy muzykę klasyczną, jazz, muzykę klezmerską, rockową i wiele, wiele innych gatunków.

Gdy był dzieckiem, matka najpierw zachęcała go do nauki gry na fortepianie, a następnie kupiła mu pierwsze skrzypce. Jego pierwsza nauczycielka skrzypiec wykazując się dalekowzrocznością starała się łączyć naukę z zabawą – nie wymagała od malca ćwiczeń dłuższych niż kilka minut i zawsze wynagradzała go słodyczami.

Jego wybitny talent błyszczał już od dzieciństwa i gdy Kennedy miał siedem lat odkrył go sam wielki Yehudi Menuhin i zaproponował mu naukę w swojej szkole, opłacając z własnej kieszeni wszystkie związane z tym koszta. Kennedy ukończył naukę celująco, osiągając niebywałą biegłość, postanowił jednak kontynuować studia, tym razem w nowojorskiej szkole Juilliard School pod kierunkiem Dorothy DeLay.

Już na etapie studiów zaczął się wyróżniać niekonwencjonalnym podejściem do wykonawstwa. Krytykował bezsensowny konformizm, którego oczekiwano wówczas od młodych muzyków i zdarzało mu się na scenie nonszalancko zdjąć marynarkę i rozwiązać muchę – co wywoływało zachwyt publiczności.

Jak mówi: „Dawało mi to poczucie bezpośredniego kontaktu ze słuchaczami na widowni. Dzięki temu zdawali sobie sprawę, że jestem jednym z nich. A koncerty stawały się bardziej ekscytujące”.

Aczkolwiek szufladkując Kennedy’ego jako efekciarskiego indywidualistę byłoby uproszczeniem. Jest bez wątpienia jednym z największych wirtuozów, a jego fascynujący talent, żelazna etyka pracy i skłonność do perfekcjonizmu nieustannie pozwalają mu się wznosić na kolejne wyżyny. Dzięki temu że rozpoczyna każdy dzień od trzech godzin intensywnych skrzypcowych ćwiczeń, udaje mu się ustawicznie rozwijać i doskonalić w miarę rozwoju kariery.

Lecz Kennedy zostawia niezatarte ślady swojego talentu nie tylko w muzyce klasycznej. Legendarne stało się jego odświeżenie twórczości Jimiego Hendrixa, które na prośbę spadkobierców wielkiego gitarzysty nagrał na płycie będącej hołdem dla kultowego bluesmana. Przełomowy krążek The Kennedy Experience wypełniają improwizowane utwory oparte na kompozycjach Hendrixa.

Wkład Kennedy’ego w świat muzyki rockowej obejmuje kolaboracje z wieloma artystami takimi jak: Sir Paul McCartney, Kate Bush, zespół The Who, czy wokalista Led Zeppelin Robert Plant.

„Wiele się nauczyłem dzięki współpracy z tymi ludziskami” – opowiada artysta. – „Macca to naprawdę wybitny i wszechstronnie utalentowany muzyk ze szczególnym darem do melodii, Planty to prawdziwa legenda rocka, Kate zawsze dawała z siebie wszystko na 200%, a Daltry i Townsend z The Who zmienili na zawsze oblicze muzyki”.

Kennedy odczuwa silną więź i bliskość ze słuchaczami z wszelkich sfer społecznych i dzięki temu udaje mu się popularyzować i wprowadzać ożywczego ducha do nieco sztywnego i wyniosłego światka muzyki klasycznej, wprowadzając doń spontaniczność i naturalność. Przykładem może tu być zamiłowanie artysty do futbolu – jest wiernym kibicem klubu Aston Villa – co często pomaga też przełamywać bariery.

Gdy jego ukochany klub walczył puchar o Mistrzostw Europy w Rotterdamie w 1982, Kennedy grał akurat koncert w Niemczech. Przerwał wówczas występ i kazał na scenie umieścić wielki ekran, żeby móc razem z publicznością obejrzeć mecz – i dopiero po transmisji kontynuował koncert. Jak wspomina: „To był bardzo dobry mecz. A publiczności podobała się zarówno muzyka jak i piłka”.

Artysta z potrzeby serca uczestniczy też w akcjach humanitarnych jako aktywista, niezmordowanie walcząc o pomoc dla ludzi zubożałych i dotkniętych nędzą. Głośno też zabiera głos w obronie ofiar opresji i uciskanych mniejszości, których cierpienia często spotykają się z obojętnością mediów.

Pomiędzy koncertami, które gra dosłownie na terenie całego świata, prywatnie artysta dzieli swój czas pomiędzy domami w Anglii i Polsce, gdzie mieszka z żoną, Agnieszką. Małżonkowie współpracowali ostatnio przy nowej płycie Kennedy’ego pt. My World, na której znalazła się muzyka do nowej wersji sztuki Czechowa pt. Trzy siostry. Autorką nowego przekładu sztuki jest Agnieszka Kennedy, a muzykę skomponował oczywiście nasz wielki skrzypek.

Na płycie My World znalazły się również utwory będące hołdem dla pięciu muzyków i artystycznych mentorów Kennedy’ego, którzy wpłynęli na jego życie, pomagając mu na jego drodze twórczej.

Legendarni skrzypkowie tacy jak Yehudi Menuhin i Stephane Grappelli byli dla Kennedy’ego ogromną inspiracją w jego dążeniu do wielkiej światowej sławy. Ale wiele zawdzięcza też innym artystom. W rozwoju muzycznym pomógł mu wielki Isaac Stern, cenna była dla niego też twórcza współpraca z polskim gitarzystą jazzowym Jarkiem Śmietaną oraz z wybitnym amerykańskim instrumentalistą Markiem O’Connorem. Wyrazem wdzięczności Kennedy’ego za ten bezmiar inspiracji są kompozycje własnego autorstwa, które pozwalają mu w pełni zaprezentować swoje nadzwyczajne zdolności wykonawcze, jak też olśniewający talent kompozytorski. Sam komentuje to skromnie, mówiąc: Chciałem po prostu znaleźć jakiś muzyczny sposób na to by im podziękować”.

 

W nadchodzących latach Kennedy’ego czeka jeszcze wiele twórczej pracy. Ma w planach liczne koncerty i projekty, dzięki którym będzie nieustannie rozwijał innowacje brzmieniowe pozwalające mu uszczęśliwiać miliony ludzi.

Jako kompozytor, wykonawca i leader zespołu jego najważniejszym celem pozostaje ustawiczny rozwój oraz – jak to czynił do tej pory – poszerzanie horyzontów muzycznych i wprowadzanie przełomowych rozwiązań twórczych.

„Czasami porównuję muzykę do sportu wyczynowego. Wielcy sportsmeni bez przerwy pracują nad sobą i starają się być coraz lepsi. Nawet gdy już osiągną szczytowe pierwsze miejsce, nigdy nie są tym usatysfakcjonowani, zawsze chcą dokonać jeszcze więcej. No i ja tak samo. Możecie być pewni, że jeszcze was niejednym zaskoczę. Jestem bardzo podekscytowany swoimi planami na przyszłość”.

Wśród wielu wyróżnień i zaszczytów jakie zdobył Kennedy można wymienić nagrody BRIT, niemieckie ECHO i Bambi, liczne nominacje do Grammy i wiele innych na terenie całego świata. Jego repertuar wykonawczy i płytowy sięga od muzyki epoki baroku aż do współczesności. Wiele z jego albumów zyskały status płyty platynowej i złotej, a najnowszy krążek pt. My World zdążył już się wspiąć na szczyt listy przebojów płyt z muzyką klasyczną w Anglii.

Jest to artysta jedyny w swoim rodzaju, a jego kariera nieprzerwanie się rozwija zasłużenie zdobywając kolejne szczyty. Te słowa byłyby na pewno muzyką dla uszu rzeszy jego fanów.

*

CAPPELLA GEDANENSIS

Cappella Gedanensis to zespół powstały w roku 1981 dzięki inicjatywie Aliny Kowalskiej-Pińczak. Założeniem była kontynuacja działającej od XVI wieku Kapeli Rady Miejskiej w Gdańsku. Po raz pierwszy w historii na jego czele stanęła kobieta jako siedemnasty kapelmistrz, co uznać można za signum temporis naszych czasów. Jednocześnie wskazuje na niezwykłą otwartość Cappelli Gedanensis na wyzwania repertuarowe. Początkowo jako Zespół Muzyki Dawnej skupiał się na twórczości mistrzów związanych z Pomorzem (K. Förster, J.V. Meder, M.D. Freisslich i in.) i spuścizną wielkich mistrzów z J.S. Bachem i A. Vivaldim na czele. Rok 1992 to ważna data w historii zespołu, od tego momentu stał się on Samorządową Instytucją Kultury Miasta Gdańska. Uświetniał uroczystości związane z wizytą ważnych osobistości jak papież Jan Paweł II, Margaret Thatcher, Książę Karol. Zespół miał także zaszczyt dwukrotnego koncertowania w czasie uroczystości w Bazylice św. Piotra w Rzymie: w roku 1997 na 1000-lecie chrztu Gdańska i w roku 1999 podczas uroczystości ogłoszenia św. Brygidy Szwedzkiej patronką Europy. Wszystko to wpłynęło na niezwykle szybki rozwój artystyczny Cappelli Gedanensis. W krótkim czasie zespół wystąpił w większości krajów Europy, w Ameryce Północnej i Azji. Prezentował się na znaczących festiwalach muzycznych, m.in. Vratislavia Cantans, Royal Music Festival w Sztokholmie, Festiwal Radiowy WDR (Niemcy), Festiwal Muzyki Sakralnej w Abu-Gosh (Izrael) czy na Międzynarodowym Festiwalu PROBALTICA. Każda ważna scena polska stała się również miejscem występów Cappelli Gedanensis, w tym Filharmonia Narodowa w Warszawie, sale koncertowe w Toruniu, Wrocławiu, Krakowie czy Poznaniu. Nagrany został szereg płyt (Pory Roku A. Vivaldiego, Nowy Rok u Ojca Świętego, Stabat Mater L. Boccheriniego i in.), które docenione zostały nagrodami, w tym nominacją do Fryderyka 2008. Minione kilka lat działalności to absolutny rozkwit zespołu. Wspomnieć można choćby podjęcie stałej współpracy z K.A. Kulką (który od roku 2012 jest Konsultantem Artystycznym Cappelli Gedanensis), P. Eswoodem, G. Carmignolą, M. Ortegą, Ł. Długoszem, W. Wiłkomirską czy N. Kennedym. Z ostatnim z wymienionych zespół odbędzie w roku 2017 trasę koncertową po Polsce. Dodatkowo dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zakupione zostały instrumenty dawne, dzięki Instytutowi Muzyki i Tańca odbywają się prawykonania dzieł młodych polskich kompozytorów, a podejmowanie kolejnych wyzwań artystycznych poprzez wykonywanie muzyki od Renesansu po współczesność sprawia, że Cappella Gedanensis jest zespołem rozpoznawalnym nie tylko na Pomorzu, w Polsce, ale pojawia się w świadomości melomanów całej Europy.

Zwiedzanie Gdańska na rowerze

SONY DSC

Doc. Andrzej Januszajtis – podczas inauguracji akcji. Fot. Janusz Wikowski

Spod Neptuna, na Długim Targu w Gdańsku wyruszyła pierwsza wycieczka zwiedzania zabytków Gdańska na rowerze.

Pierwszym przewodnikiem był prof. Andrzej Januszajtis, prezes Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. Na Długim Targu, pod Neptunem opowiadał licznie zgromadzonym miłośnikom Gdańska historie okolicznych obiektów.

SONY DSC

Fot. Janusz Wikowski

SONY DSC

Fot. Janusz Wikowski

Akcji patronuje Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk” oraz mistrz olimpijski w wioślarstwie,  czterokrotny mistrz świata gdańszczanin Adam Korol.

SONY DSC

Krystyna Ochędzan (przewodniczka) i prof. Andrzej Januszajtis. Fot. J. Wikowski

SONY DSC

Tadeusz Godlewski – współorganizator akcji: startujemy!!! Fot. J. Wikowski

Inicjatorem akcji „Zabytki Gdańska widziane z roweru” jest Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk”. Organizatorami są: Andrzej Siewruk – wiceprezes oraz Krystyna Ochędzan (przewodniczka) oraz Tadeusz Godlewski. Pierwszą wycieczkę z kilkunastoma rowerzystami poprowadziła 19 maja spod Neptuna Krystyna Ochędzan.

Fotorelacja Janusza Wikowskiego

Zaproszenie na regaty. Majówka z „Naszym Gdańskiem”

IWR plakatZarząd Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”  w ramach wsparcia medialnego organizuje majówkowy integracyjny wyjazd na regaty w dniu 27 maja (sobota) 2017 r.
  • Wyjazd  godz. 7. 00
  • Powrót   godz. ok. 20.00
Środek transportu:  Samochody prywatne oraz mały BUS
Koszt 15 zł od osoby (dla Członka Stowarzyszenia).
Ilość miejsc ograniczona – decyduje emailowe pierwszeństwo zgłoszenia pod adresem < kubicki.jozef@gmail.com >
Finały regat odbędą się w sobotę, 27 maja na terenie Portu Śródlądowego w Iławie.

Profesor Andrzej Januszajtis zaprasza

Profesor Andrzej Januszajtis zaprasza na wykład 17 maja 2017 roku. Temat: O Młyniskach, Letnicy, Brzeźnie, Nowym Porcie, Wisłoujściu, Przeróbce.

Profesor Andrzej Januszajtis zaprasza na kolejne spotkanie z cyklu „Dzielnice, ulice, zabytki”, który odbędzie się w środę, 17 maja 2017 roku, o godz. 17. 30 w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego przy ulicy Korzennej 33/35 w Gdańsku. Opowiadać będzie o Młyniskach, Letnicy, Brzeźnie, Nowym Porcie, Wisłoujściu, Przeróbce.

 

Wstęp wolny!

 

Na zdjęciu

Andrzej Januszajtis

Fot. Marek Zarzecki

 

Życzenia na Wielkanoc 2017

zyczenia 11III2017 ogród

Fot. Tomasz Korczak

Życzymy wszystkim członkom i sympatykom naszego Stowarzyszenia, czytelniczkom i czytelnikom naszego miesięcznika i wszystkim mieszkańcom Gdańska jasnych, prawdziwie wiosennych Świąt Wielkanocnych, odpoczynku od politycznych zawirowań, dużo słońca, radości i odświeżających spacerów po pięknym Gdańsku i jego równie pięknych okolicach.

Wesołego Alleluja!

Zarząd Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” i

Redakcja czasopisma „Nasz Gdańsk”.

Jaka piękna katastrofa

opaska westerplatte luty 2017 03GDAŃSK. Westerplatte – zniszczenie konstrukcji ochronnej brzegu morskiego. „Zawiadamiamy o katastrofie budowlanej obiektu budowlanego: Opaski Brzegowej, która ma miejsce na terenie pasa technicznego brzegu morskiego półwyspu Westerplatte, na wysokości ul. Majora Sucharskiego w Gdańsku.

Zaistniałe niezamierzone i gwałtowne zniszczenie konstrukcji ochronnej brzegu morskiego, wzniesionej w celu ochrony brzegu morskiego na wypadek sztormu lub innego, intensywnie abrazyjnego działania środowiska hydrodynamicznego morza, spełnia dokładnie definicję przesłanki w/w art. 73, pkt 1 prawa budowlanego.”

Do Głównego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego…

Takim to dramatycznym pismem zawiadomiliśmy w dniu 23 lutego 2017 r. Główny Inspektorat Nadzoru Budowlanego, informując jednocześnie Prokuraturę Okręgową w Gdańsku, Komendę Miejska Policji w Gdańsku, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej i inne kompetentne instytucje, mając nadzieję podjęcia przez nie stosownych działań i uniknięcia próby tzw. „zamiatania pod dywan”.

W uzasadnieniu podaliśmy szereg warunków, które musi literalnie spełniać dokumentacja projektowa, a szczególnie morskie budowle hydrotechniczne i ich usytuowanie.

Obiekt uległ nieodwracalnym zniszczeniom konstrukcji polegającym na:

  • – Zniszczeniu odcinkowym dolnej ławy konstrukcji monolitycznej – element nie nadaje się do naprawy lub wymiany.
  • – Całkowitemu zniszczeniu konstrukcji umocnienia dna podtrzymującej narzut ochronny z kamienia – element nie nadaje się do naprawy.
  • -Rozmyciu skarpy zbocza podtrzymującego narzut ochronny z kamienia – elementy chwili obecnej nie istnieje.
  • – Zniszczeniu odcinkowemu górnej ławy żelbetowej konstrukcji monolitycznej zwieńczającego koronę skarpy narzutu ochronnego z kamienia – element nie nadaje się do naprawy lub wymiany.
  • – Utrata stateczności narzutu ochronnego z kamienia – ponowne nałożenie elementów narzutu.

Przyczyny katastrofy

Katastrofa ta ma następujące przyczyny:

– Bezpośrednie: hydrodynamiczne oddziaływanie falowania na budowlę ochronną

– Pośrednie: błędnie ukształtowaną stopę narzutu ochronnego z kamienia (błąd projektowy), źle dobrane wielkości poszczególnych frakcji z kamienia tworzącego narzut ochronny (błąd projektowy), nie zachowanie wymaganych nachyleń skarp narzutu ochronnego (błąd projektowy),brak odpowiedniego i merytorycznego nadzoru inwestora – Urzędu Morskiego w Gdyni nad dokumentacją projektową oraz w trakcie eksploatacji konstrukcji opaski ochronnej mimo zgłaszanych przez wykonawcę robót zaobserwowanych pogłębień i zniszczeń konstrukcji umocnienia dna przed stopą opaski brzegowej (już w 2014 r.).

Konstrukcje należy wybudować prawie od nowa

Są to niektóre z zasygnalizowanych nieprawidłowości na przykładzie Westerplatte; podobne zniszczenia wystąpiły też na innych odcinkach w ramach projektu „Zabezpieczenie brzegów Morza Bałtyckiego będących w administracji Urzędu Morskiego w Gdyni”.

Inwestycja na odcinku Westerplatte pochłonęła 12,5 mln zł, zaś koszt wszystkich pięciu odcinków wyniósł 68,76 mln zł (dotacja UE 58,3 mln zł).

Wbrew twierdzeniom kierownictwa Urzędu Morskiego w Gdyni, szkód na Westerplatte nie da się usunąć za 2 -3 mln zł. Konstrukcje należy wybudować prawie od nowa, podobnie jak inne, które uległy zniszczenie, do czego przyczyniła się nie tylko natura, ale i człowiek.

Tekst i zdjęcie: Pr Eng, dr inż. Bogdan Sedler

opaska Westerplatte luty 2017 02

Opaska Westerplatte. Luty 2017 rok

Opaska Westerplatte. Luty 2017 rok

Sławni Gdańszczanie: Świętopełk II Wielki

Januszajtis 2. Pomnik Świętopełka (W. Samp)

Pomnik Świętopełka autorstwa Wawrzyńca Sampa.

Datę urodzenia najsławniejszego ze średniowiecznych książąt gdańskich określa się dziś jako „przed 1195 rokiem”. Ojcem Świętopełka był późniejszy (od 1206 r.) namiestnik wschodnio pomorski Mściwój I, matką Zwinisława. O jego dzieciństwie czy naukach brak wiadomości.

Po śmierci ojca w 1219 lub 1220 roku zostaje mianowany przez Leszka Białego namiestnikiem Pomorza Gdańskiego.

Czas naznaczony wojnami

W tym samym czasie żeni się z księżniczką wielkopolską Eufrozyną, z którą będzie miał syna i następcę Mściwoja (II), oraz córkę: Eufemię, przyszłą żonę księcia Rugii, Jaromira. Dodajmy, że bratem Eufrozyny był Władysław Odonic, którego wspieranie miało w przyszłości narazić Świętopełka na wiele przykrości.

Czas panowania Świętopełka był naznaczony wojnami. W 1223 r. jako namiestnik Leszka Białego wziął udział u jego boku w krucjacie przeciw Prusom. W tym samym czasie – wspólnie z wygnanym przez Władysława Laskonogiego z Wielkopolski Odonicem – zaczął najeżdżać nadnoteckie pogranicze. Ok. 1225 r. przyłączył do Pomorza Gdańskiego zagarniętą przez Duńczyków ziemię słupską. Pragnąc ukrócić konflikty między książętami władający dzielnicą senioralną Leszek Biały wezwał ich w 1227 r. do Gąsawy. W czasie zjazdu Władysław Odonic napadł na księcia, który w trakcie ucieczki został zabity. Dopiero w jakiś czas po śmierci Odonica (w 1239 r.), chcąc go oczyścić zaczęto o zbrodnię oskarżać Świętopełka, który wykorzystał śmierć zwierzchnika, by uniezależnić swoją dzielnicę. Zmienił swój tytuł na książę (dux, przedtem był to princeps – dosłownie naczelnik) i przeprowadził szereg zmian.

Nadał Gdańskowi prawo miejskie lubeckie

Jedną z pierwszych było nadanie Gdańskowi prawa miejskiego lubeckiego. Oryginalny dyplom się nie zachował, dokładnej daty nie znamy. O kontaktach z Lubeką świadczy jeden z pierwszych aktów prawnych, wystawiony przez Świętopełka tamtejszym kupcom między rokiem 1222 a 1224, ustalający opłaty celne od przypływających statków i przywożonych towarów. Gmina miejska na prawie lubeckim mogła wtedy już istnieć, ale bardziej prawdopodobny wydaje się rok 1227, w którym w dokumencie po raz pierwszy występuje sołtys – książęcy urzędnik do tego rodzaju spraw. Za tą datą przemawia też to, że świeżo upieczony książę potrzebował przychylności mieszczan, wśród których ważną rolę grali przybysze z coraz potężniejszej Lubeki. Najpóźniejszą możliwą datą jest rok 1263, w którym lubeczanie „ze względu na cześć, szacunek i prośbę prześwietnego J. Pana Świętopełka, księcia Pomorzan, jak również dla czci i prośby mieszczan miasta Gdańska” przysłały im zaktualizowany kodeks swojego prawa. Słowo „mieszczan” może świadczyć, że Gdańsk faktycznie miał już wtedy prawa miejskie, choć według części historyków dopiero je otrzymywał. W trwającej na ten temat dyskusji nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa.

Protekcja Stolicy Apostolskiej

Zdobywszy niezupełnie legalną drogą tytuł książęcy i osiągnąwszy niezależność swojego księstwa, Świętopełk wystarał się dla siebie w 1231 r. o ważną w oczach współczesnych protekcję Stolicy Apostolskiej. W tym też czasie po śmierci pierwszej żony ożenił się z hrabianką szweryńską Ermengardą, późniejszą matką synów Jana i szczególnie ukochanego Warcisława (II), oraz córek Salomei (imię niepewne) i Damroki (Dąbrówki?), fundatorki kościoła w Chmielnie. Z podejmowanych przez niego akcji zbrojnych należy (oprócz stale powracających zatargów z Wielkopolską) wymienić działania na terenie Prus, nieopanowanych jeszcze do końca przez sprowadzony przez Konrada Mazowieckiego Zakon Krzyżacki. Początkowo książę gdański, podobnie jak inni książęta polscy, wspierał Krzyżaków. W 1234 r. uczestniczył w wyprawie polsko-krzyżackiej na Prusy i przyczynił się do jej sukcesu odnosząc zwycięstwo w bitwie nad rzeką Dzierzgoń. Sukcesem na innym terenie było przyłączenie w roku 1236 lub 1237 (po wymarciu tamtejszej dynastii) ziemi sławieńskiej. Tuż potem, w latach 1237-1238, musiał odpierać najazd Krzyżaków i książąt meklemburskich, którzy wsparli jego młodszych braci, Sambora i Racibora, dążących do obalenia jego władzy. W sojuszu ze wspierającymi go pogańskimi Prussami o mało nie doprowadził do upadku władztwa Krzyżaków w Prusach. Kolejny najazd w latach 1242-1248 był mniej pomyślny. Z poprzednich wrogów Świętopełka ubyła Meklemburgia, ale do Krzyżaków dołączyli biskup włocławski i polscy książęta Konrad Mazowiecki, Kazimierz Kujawski, synowie Odonica Przemysł I i Bolesław Pobożny, oraz inspiratorzy całej awantury – jego właśni bracia.

1248 r. – wymuszony pokój

W czasie wojny zginął jego syn Jan, a drugi Mściwój trafił do niewoli. W wymuszonym w 1248 r. pokoju książę zgodził się na odstąpienie Krzyżakom części ziem na prawym brzegu Wisły (w zamian za Mierzeję Wiślaną) i na pozostawienie Mściwoja jako zakładnika. Działania wojenne wszczęte na nowo w 1252 r. zakończyły się w rok później na poprzednich warunkach. Zapewniwszy sobie za cenę ustępstw spokój z tej strony, książę kontynuował walkę z książętami wielkopolskim – do roku 1256, w którym przyjął okup za zdobyte Nakło. Z dawnym przeciwnikiem Kazimierzem Kujawskim zawarł sojusz, który ułatwił odparcie najazdu książąt zachodnio-pomorskiego i wielkopolskiego na Pomorze w latach 1257-1259. Decydującą rolę odegrało zwycięstwo pod Słupskiem. Odtąd, aż do śmierci miał względny spokój.

Niemałe były osiągnięcia Świętopełka w organizacji państwa. Najważniejszą z nich była reforma ustroju, obejmująca ostateczne zastąpienie zaniechanych już częściowo ponad 125 grodów plemiennych, systemem 15 grodów kasztelańskich. Każdy z nich był ośrodkiem jednostki administracyjnej zwanej kasztelanią, na której czele stał kasztelan. Rozwinięta warstwa urzędników dworskich zajmowała się sprawami wewnętrznymi. Niezwykle istotne było wspieranie handlu i żeglugi. O uregulowaniu ceł w latach 1222-1224 była już mowa. W ślad za nim, ok. 1240 r. książę uchylił zakorzenione od stuleci barbarzyńskie prawo brzegowe, oznaczające w praktyce rabunek rozbitych statków. Rozbitkowie byli odtąd objęci ochroną. Ważną nowością był wprowadzony w 1260 r. jarmark św. Dominika, ustanowiony wprawdzie przez papieża, ale z pewnością popierany przez Świętopełka.

Nie zamierzał zrywać związków z Macierzą

Wcześniejsze (1227 r.) osadzenie w kościele św. Mikołaja dominikanów, sprowadzonych z Krakowa, świadczyło, że władca Gdańska mimo wybicia się na niepodległość, nie zamierzał zrywać związków z Macierzą. Wśród świadków odnośnego dokumentu wymieniony jest „nauczyciel chłopców” (magister puerorum”), świadectwo istnienia szkoły, a także autorytetu, jakim ów zawód się cieszył. Za Świętopełka doszło także do założenia klasztoru benedyktynów w Św. Wojciechu (1236) i cystersów w Bukowie Morskim koło Darłowa (1249). Z jego inicjatywy powstało nie mniej niż 11 nowych parafii. On też przekazał Zantyr (w widłach Wisły i Nogatu) biskupowi Chrystianowi, który miał przeprowadzić misję chrystianizacji Prus.

Książę gdańsko-pomorski Świętopełk II zmarł w 1266 r. „Tu w Gdańsku umarł, w Oliwie pochowany. Równy mu się nie urodzi, podobnego Gdańsk nie ukoronuje. Gdy spadła ta gwiazda, był jedenasty stycznia.” Pochowano go obok przodków w Oliwie, dzisiejszej archikatedrze. Opis pogrzebu wymienia w Gdańsku trzy kościoły, w których wystawiano ciało, oraz bramę, za którą przyjęli je „ci z Oliwy”, by ponieść do miejsca pochówku. Liczba kościołów i brama – zapewne fortyfikacji – świadczą o rozkwicie miasta pod jego rządami. „Mąż wyróżniający się heroiczną cnotą, kwitnący dobrem kraju i jaśniejący zwycięstwami” jako pierwszy z polskich książąt zrozumiał zagrożenie ze strony Krzyżaków i prowadził z nimi wojnę, którą w końcu przegrał, ale utrzymał niezależność i integralność swojego księstwa. Za jego czasów Gdańsk uzyskał prawa miejskie i stał się jednym z ważnych portów i miast nadbałtyckich. Potomność nadała księciu przydomek: Wielki. Nieprzeciętny władca, wybitny wojownik i organizator dobrze sobie na niego zasłużył.

Andrzej Januszajtis

Januszajtis 1. Odrys pieczęci Świętopełka

Odrys pieczęci Świętopełka

Teatr to życie, życie to teatr…

URODZINY foto Dominik Werner (6)GDAŃSK. Po premierze spektaklu „Urodziny czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta”.  Na „Urodziny czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta” nie powinni przychodzić ci, którzy na Teatrze Wybrzeże się nie wychowali, nie mieli i nie mają tutaj ukochanych aktorów, reżyserów. Bohaterem przedstawienia jest teatr z artystycznego i ludzkiego punktu widzenia, wpisany w rzeczywistość społeczną i polityczną. To, co przygotowano, oscyluje pomiędzy akademią ku czci a rozprawą filozoficzną, dokumentem i plotką.

Jest to przede wszystkim wielki urodzinowy jubel, mamy bardzo wiele dobrego humoru, ale jest też okrucieństwo, agresja, bezwzględność, strach.

Jędrusik, Cybulski i inni

Spektakl autorstwa Radosława Paczochy, w reżyserii Adama Orzechowskiego, powstał w sezonie obchodów podwójnego jubileuszu Teatru Wybrzeże: 70 lecia pracy w Trójmieście i 50 lecia działalności w gmachu na Targu Węglowym. Na „Urodziny…” zapraszają plakaty w dwóch wersjach – z artystycznym wizerunkiem dwojga powojennych celebrytów: Kaliny Jędrusik i Zbigniewa Cybulskiego, którzy w powszechnej pamięci przetrwali do dziś. Jest bardzo wiele innych postaci związanych z naszym teatrem. O tym, co do dziś z ich pracy, obecności z nami pozostało w pamięci zbiorowej, zadecydowały teksty publikowane na przestrzeni lat przez upolitycznionych, wpływowych „pismaków” i socjologów, medialny szum stwarzany przez samych artystów dla poklasku i sławy, przypadek, a bywało i bywa, że i nieporozumienie. Teatr działający od 1946 roku w zmieniających się warunkach politycznych, ekonomicznych, zależny i oddziaływujący na rzeczywistość.

Jak na przestrzeni lat wyglądało życie i praca tych, którzy albo odeszli na zawsze, albo odpłynęli do innych środowisk? Opowiadają o tym aktualnie zatrudnieni w Teatrze Wybrzeże aktorzy, a czynią to z wdziękiem, talentem, energią, wykazują inteligencję sceniczną, wzruszają i tryskają humorem. Patrzymy z przyjemnością na twórczy, okrzepnięty zespół, który z pełną świadomością kontynuuje tradycje i dorobek swoich poprzedników.

Od początku tok myślenia prowadzony jest tak, że nic nie bierze się z niczego, każdy miał nauczyciela, że, jak mówi na początku Aktor Młody „Dziedzictwo jest tworzeniem kultury, tu i teraz, chociaż z uwzględnieniem przeszłości…”

Przedstawienie jest rodzajem retrospekcji zdarzeń z życia artystycznego i osobistego ludzi teatru, wejrzeniem w organizację instytucji artystycznych, wydarzeń politycznych na Wybrzeżu i w Polsce, wszystko to nawzajem się przenika, rzutuje na siebie, odbija na losach artystów i widzów. To, co działo się i dzieje w naszym środowisku podlega także mechanizmom od wieków obecnym w teatrze na świecie.

Metroseksualni marynarze pociągają za sznurki

W przedstawieniu nie ma akcji w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, jest mnóstwo: cytatów z utworów dramatycznych, literackich, prasy, fragmentów, wręcz strzępów wspomnień, przekazywanych z ust do ust anegdot, dobranych autorsko, subiektywnie. Ten konglomerat przyprawić może o zawrót głowy, ale pęd zgodny jest z rytmem codziennej pracy i życia, a zwłaszcza szalonej urodzinowej imprezy, taka jest konwencja przedstawienia. Zacytuję słowa reżysera Radosława Paczochy: (…)” Na pewno jest to też historia, którą można sobie wyobrazić inaczej, ale też historia, którą tak właśnie można sobie wyobrazić, bo jest ona przede wszystkim artystyczną ekspresją.” Tak właśnie spointować by należało spektakl przygotowany na nasze teatralne urodziny.

Aktorzy kreują po kilka postaci, zmiany wcieleń odbywają się błyskawicznie, można się chwilowo nawet trochę pogubić, wszyscy aktorzy zasługują na najwyższe uznanie. Spiritus movens dziania się na scenie jest osobliwy tercecik zniewieściałych, zgodnie z aktualną nomenklaturą metroseksualnych marynarzy, grają ich Piotr Biedroń, Marcin Miodek i Jakub Mróz. To oni – grają rewelacyjnie! – wywołują osoby, zdarzenia, pociągają za sznurki, wydają cenzury, pozwalają wejść do zabawy, albo wyrzucają uczestnika zdarzeń poza nawias istnienia. Utkwiła w pamięci zwłaszcza Marta Herman grająca Kalinę Jędrusik, podobna fizycznie do bohaterki, dysponuje równie ciepłym, uwodzicielskim, jak ona głosem, ma porównywalny wdzięk, czar. I Robert Ninkiewicz jako Andrzej Cybulski, wyrazisty i przekonujący w swoim rozmemłanym artyzmie, żądzy sławy połączonej z brakiem pewności siebie. Agata Bykowska – żywiołowa, wulkan energii zagrała Barbarę Krafftównę, w jej imieniu opowiada jak z wdziękiem wcieliła się w Chochlika w „Balladynie”. Dorota Androsz dostała rolę Wandy Stanisławskiej Lothe i zostaje wyrzucona przez mistrzów ceremonii z obchodów jubileuszowej fety i stłamszona poza granice możliwości. Katarzyna Michalska gra swojego dziadka, aktora i dyrektora teatru, Stanisława Michalskiego. Piotr Łukawski doskonale wciela się w rolę zmieniającego się na przestrzeni lat pierwszego sekretarza, który na koniec awansuje do lokalnego mafioso.

Kontener przewiązany wstążką i „Sto lat”!

Jest oczywiście galeria dyrektorów i reżyserów, pokazani są szybko, w biegu, kilka kwestii w imieniu Stanisława Hebanowskiego wypowiada znakomity aktor Marek Tynda. Była to wielką postać, pamiętamy jego charakterystyczny sposób mówienia, poruszania się, cudowną erudycję, tembr głosu, było z tego na scenie bardzo mało.

Scenografia Magdaleny Gajewskiej nie jest rozbudowana, centralnym punktem odniesienia jest opakowany czerwoną kokardą gigantyczny kontener pełniący różne funkcje. Natomiast wprowadziła artystka ciekawe kostiumy i peruki dla aktorów grających aktorów, nie wiem natomiast dlaczego dyrektorów ubrała w uniformy. Scenograf wprowadziła ogromnie wiele rekwizytów (sztuczne kwiaty, baloniki, maski, papierowe królewskie korony i in.), którymi chwilami zasypywana jest scena i sami aktorzy.

Piosenka „Sto lat” rozbrzmiewa w czasie przedstawienia nie raz, są fanfary, wiwatujące wystrzały.

Rozważania o teatrze na przestrzeni siedemdziesięciu lat w sztuce „Urodziny czyli ceremonia żałobne w czas radosnego święta” pozwalają na wyciągnięcie konkluzji: życie i teatr przenikają się nawzajem i są ulotne jak mgła. Pomimo starań i wysiłków nie zawsze osiągniemy sukces, bo jakże często w grę wchodzą „nieprzewidziane okoliczności”. Z tych samych powodów nie wiemy kiedy i dlaczego będziemy zmuszeni zejść ze sceny – życiowej, teatralnej. Najważniejsze jest działać, nadążać za pędzącym światem, dawać światu jak najwięcej siebie.

Katarzyna Korczak

Zdjęcia Dominik Werner. Materiały promocyjne Teatru Wybrzeże

URODZINY foto Dominik Werner (9) URODZINY foto Dominik Werner (8) URODZINY foto Dominik Werner (6) URODZINY foto Dominik Werner (5) URODZINY foto Dominik Werner (4) URODZINY foto Dominik Werner (3) URODZINY foto Dominik Werner (2) URODZINY foto Dominik Werner (1) Layout 1 Layout 1

*

  • URODZINY CZYLI CEREMONIE ŻAŁOBNE W CZAS RADOSNEGO ŚWIĘTAReżyseria: Adam Orzechowski
    Scenografia i reżyseria świateł: Magdalena Gajewska
    Muzyka: Marcin Mirowski
    Asystent reżysera: Michał Jaros, Wioleta Ochocka
    Inspicjent: Jerzy Kosiła

W spektaklu występują: Dorota Androsz, Agata Bykowska, Katarzyna Dałek, Marta Herman, Katarzyna Z. Michalska, Maria Mielnikow-Krawczyk, Marzena Nieczuja Urbańska, Piotr Biedroń, Piotr Chys, Jerzy Gorzko, Michał Jaros, Mirosław Krawczyk, Piotr Łukawski, Krzysztof Matuszewski. Marcin Miodek, Jakub Mróz, Robert Ninkiewicz, Jakub Nosiadek, Zbigniew Olszewski, Grzegorz Otrębski, Cezary Rybiński, Marek Tynda, Piotr Witkowski.

Premiera: 7 kwietnia 2017 roku na Dużej Scenie
Kolejne spektakle: 8, 9, 11, 12, 17, 18 kwietnia oraz 12, 13, 14 maja

Adam Orzechowski (ur. 1957) – reżyser. Absolwent Wydziału Reżyserii PWST w Krakowie. W latach 2000-2005 dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Od 2006 roku dyrektor Teatru Wybrzeże. Powołał do życia Festiwal Prapremier i przegląd Wybrzeże Sztuki. Jako dyrektor naczelny i artystyczny stoi za jednym z największych sukcesów gdańskiej sceny od lat. Reżyserował teksty klasyczne i współczesne w teatrach całej Polski, m.in. SZALEŃSTWO WE DWOJE Eugene Ionesco w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, AKTORA Bogusława Schaeffera w Teatrze Współczesnym im. Edmunda Wiercińskiego we Wrocławiu, PRZERŻNĄĆ SPRAWĘ Davida Mameta w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, NIEPOROZUMIENIE Alberta Camusa w Teatrze Polskim w Warszawie, CZAROWNICE Z SALEM Arthura Millera w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim, BOGA Woody’ego Allena w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, OŻENEK Nikołaja Gogola w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu, DZIEŃ DOBRY I DO WIDZENIA Athola Fugarda w Teatrze Polskim w Poznaniu, DZIADY Adama Mickiewicza w Lubuskim Teatrze im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze, POSKROMIENIE ZŁOŚNICY Williama Shakespeare’a w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie, I. ZNACZY INNA Andreasa Sautera i Bernharda Studlara oraz SKÓRZANĄ MASKĘ Helmuta Kraussera w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Jako etatowy reżyser (w latach 1993-1996) Teatru Wybrzeże w Gdańsku wyreżyserował tam m.in. MORALNOŚĆ PANI DULSKIEJ Gabrieli Zapolskiej i WESOŁE KUMOSZKI Z WINDSORU Williama Shakespeare’a. W ostatnim 10-leciu na gdańskiej scenie zrealizował m.in. INTYMNE LĘKI Alana Ayckbourna, FARSĘ Z WALWORTH Endy Walsha, WIELE HAŁASU O NIC Williama Shakespeare’a, OŻENEK Nikołaja Gogola, TAJEMNICZĄ IRMĘ VEP Charlesa Ludlama, PER PROCURA Neila Simona, FAZĘ DELTA Radosława Paczochy, BABĘ CHANEL Nikołaja Kolady, spektakl (G)DZIE-CI FACECI, wielokrotnie nagradzanego BRONIEWSKIEGO Radosław Paczochy (m.in. Nagroda dla najlepszego spektaklu na 21. Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi oraz drugie miejsce w plebiscycie na najlepszy spektakl Telewizyjnego Festiwalu Teatrów Polski), MURZYNA WARSZAWSKIEGO Antoniego Słonimskiego oraz PEŁNIĘ SZCZĘŚCIA Charlesa den Texa i Petera de Baana. Jego ostatnią realizacją jest spektakl TANGO ŁÓDŹ Radosława Paczochy wystawiony na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi, który otrzymał Nagrodę publiczności dla najlepszego spektaklu na 22. Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Adam Orzechowski jest laureatem wielu nagród i wyróżnień m.in. prestiżowego odznaczenia Srebrny Medal Zasłużony kulturze Gloria Artis, nagrody Gazety Wyborczej POMORSKI SZTORM w kategorii CZŁOWIEK ROKU, Honorowej Nagrody Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki, Nagrody Teatralnej Miasta Gdańska oraz Nagrody Teatralnej Marszałka Województwa Pomorskiego.

Radosław Paczocha (ur. 1977) – dramatopisarz, scenarzysta i dramaturg. Jest absolwentem polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Autor sztuk: ZAPACH CZEKOLADY, PRZYJACIEL, BAR BABYLON, BENIAMIN, REWOLUCJA ZWIERZĄT, UWODZICIEL, WIZYTA, FAZA DELTA, BRONIEWSKI, BYĆ JAK KAZIMIERZ DEYNA. Jego sztuki tłumaczone były na języki: angielski, niemiecki, czeski, gruziński oraz rosyjski. URODZINY… to jego czwarta realizacja w Teatrze Wybrzeże, w którym pracuje jako dramaturg od sezonu 2016/2017.

Magdalena Gajewska (ur. 1973) – scenograf. Absolwentka wydziału Architektury Wnętrz i Wzornictwa Przemysłowego poznańskiej ASP oraz Wydziału Scenografii ASP w Krakowie. Pracowała m.in. w Teatrze Powszechnym w Łodzi, Teatrze Polskim w Bydgoszczy, Teatrze Polskim we Wrocławiu oraz w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Od 2006 roku scenograf Teatru Wybrzeże. Laureatka nagrody im. Teresy Roszkowskiej przyznawanej przez Polski Ośrodek Międzynarodowego Instytutu ITI. Jest autorką scenografii m.in. do FARSY Z WALWORTH Endy Walsha, BABY CHANEL Nikołaja Kolady, BRONIEWSKIEGO Radosława Paczochy w reżyserii Adama Orzechowskiego oraz do ARABELI Maliny Prześlugi w reżyserii Pawła Aignera.

Muzeum Drugiej Wojny Światowej – placówka najwyższej światowej rangi

muzeum 1. Gmach Muzeum na Wiadrowni kadr

Gmach Muzeum na Wiadrowni. Fot. A. Januszajtis

GDAŃSK. Wystawa, którą każdy powinien zobaczyć. Mam na myśli wystawę w Muzeum Drugiej Wojny Światowej, naszym najnowszym, nazwanym przez kogoś nową gdańską katedrą. Tak górnolotnie bym go nie określił, ale niewątpliwie otrzymaliśmy placówkę najwyższej światowej rangi, chlubę Gdańska i Polski.

Dla ponad czterystu osób, które jako pierwsze przekroczyły próg Muzeum Drugiej Wojny Światowej, przygotowana prezentacja okazała się prawdziwym wydarzeniem.

400 gablot, a w nich przeszło 2500 eksponatów

Opracowana przez zespół pod kierunkiem dyrektora Pawła Machcewicza, przy współudziale specjalistów z tej tematyki, najwybitniejszych jakich można było znaleźć w Polsce i świecie, jest tak bogata, że brak słów, by szczegółowo ją opisać. Na powierzchni ok. 5 tys. metrów kwadratowych (pół hektara!) ustawiono 400 gablot, w których zgromadzono przeszło 2500 eksponatów. Na 250 stanowiskach multimedialnych można obejrzeć materiały filmowe trwające 4 godziny. Towarzyszące teksty liczą ponad tysiąc stron. Gdybyśmy chcieli każdemu eksponatowi poświęcić minutę uwagi (to minimum!), to pełne zwiedzenie wystawy zajęłoby nam 41 godzin, czyli 5 dni – licząc po osiem godzin dziennie, co oczywiście przekracza przeciętne ludzkie możliwości. Można tu będzie prowadzić cotygodniowe wycieczki, np. dwugodzinne, za każdym razem z innym programem, przez cały rok szkolny czy akademicki! To prawdziwa encyklopedia wiedzy nie tylko o wojnie, ale o tym, co do niej doprowadziło. Pokazuje przede wszystkim, jak rodziło się zło, jak doszło do nienawiści i wynikających z niej zbrodni, najstraszniejszych i najbardziej masowych w dotychczasowej historii ludzkości. Jest jednym wielkim ostrzeżeniem: uważajcie, bo i wam może się to przytrafić! Czyńcie wszystko, co możliwe, żeby się to nigdy nie powtórzyło!

Walka Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością

Przesłanie wystawy i w ogóle całego gmachu Muzeum jest klarowne i przekonujące – to walka Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością, pełnego słońca świata zewnętrznego z mrokiem podziemi, w których ją umieszczono. Wstrząśnięci mrocznymi obrazami w bocznych zakamarkach możemy w każdej chwili wyjść na główną oś komunikacyjną, biegnącą po linii jednej z dawnych ulic historycznej Wiadrowni (ulicy Wielkiej), częściowo nawet wybrukowanej dawnym brukiem. Wysoka przestrzeń między pochyłymi ścianami, oświetlona od góry naturalnym światłem dnia, pozwala nam wrócić do teraźniejszości i uświadomić sobie, że żyjemy w całkiem innych czasach.

Dla mnie wystawa jest swojego rodzaju powrotem w przeszłość – na początek w czas mojego dzieciństwa. Oto np. przedwojenna ulica, prawie naturalnych rozmiarów, sklepy, wystawy, pełne autentycznych przedmiotów z tamtej epoki, wśród nich gablota z gazetami. Przeglądam tytuły i widzę „KURJER PORANNY”, tak właśnie pisany, nawet po przeprowadzonej w 1936 r. zmianie pisowni. Wracają wspomnienia z Lublina. Widzę gabinet dziadka Michała, który drzemie w fotelu, z ulubioną gazetą na kolanach. Pięcioletni brzdąc, któremu ojciec niedawno pokazał duże drukowane litery, podchodzi do śpiącego, wpatruje się w tytuł gazety, sylabizuje K-U-R-J-E-R P-O-R-A-N-N-Y i po raz pierwszy litery składają mu się w słowa! To dawne olśnienie przeżyłem dzięki wystawie po raz drugi!

Do dziś cierpnie mi skóra

Ulica pojawia się w następnym pomieszczeniu, dramatycznie zniszczona, z sowieckim czołgiem królującym na kupie gruzów. Ileż ja takich obrazów widziałem! Kolejne wspomnienie: ten sam Lublin, w czasie wojny, zbombardowana kamienica na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Kapucyńskiej. Dwaj chłopcy chodzą po gruzach. Jeden z nich (mój towarzysz) znalazł jakiś niewielki pocisk i zamierza się, by rzucić w moim kierunku. Wołam: nie rób tego!, ale on rzuca. Pocisk przelatuje przez dziurę w murze, uderza w coś i wybucha – za chroniącą nas ścianą! Nietrudno zgadnąć, że po chwili już nas tam nie było.

Inny obrazek: idziemy w trójkę w zimowy wieczór przez zaciemnione miasto, przyświecając sobie latarką, z której byłem dumny. Miała świetny reflektorek, rzucający po odpowiednim podregulowaniu prawie punktowe światło. Pokazuję to na ślepej ścianie mijanego budynku i oto, jak spod ziemi, wyrasta niemiecki żandarm z jakimś cywilem. Za naruszenie wojennego zaciemnienia można było nawet zostać rozstrzelanym, więc jesteśmy przygotowani na najgorsze. Cywil mówi (po polsku): Daj tę latarkę! Oglądają, świecą, próbują, na koniec żandarm daje mi w zamian swoją, o wiele gorszą. Wracam z kolegami do domu, uboższy ale szczęśliwy, bo żyję! Czy takie przeżycia, strach który nam codziennie towarzyszył, dadzą się oddać wystawą? Nad tą zrujnowaną ulicą można by na przykład wyświetlać nadlatujący samolot, taki, jakie widziałem podczas wędrówki z rodzicami we wrześniu w 1939 r. Na pomruk wysoko lecącego samolotu śmigłowego do dziś cierpnie mi skóra.

Ze ściśniętym gardłem

Albo wyobraźmy sobie taką możliwość: zwiedzając wystawę znajdujemy się w mieszkaniu warszawskim podczas wojny. Nagle słychać syreny, to alarm! Pracownicy prowadzą nas po schodach do odtworzonego schronu w piwnicy. Słychać wybuchy, wszystko się trzęsie, potem nastaje cisza. Syreny odwołują alarm. Wracamy do pokoju, ale tego drugiego, pokazującego stan po bombardowaniu. Wiem, że to trochę pachnie Disneylandem, ale pozwalałoby jeszcze mocniej odczuć grozę wojny.

W sali poświęconej tragedii katyńskiej najbardziej wstrząsające są autentyczne guziki pomordowanych i napis: „zostały tylko guziki”. W innej sali oglądamy rysunki dzieci, którym nauczycielka tuż po wojnie kazała narysować co pamiętają z tamtych czasów. Patrzę na narysowaną przez dziecko szubienicę i stają mi w pamięci kartki z zapiskami rosyjskiej dziewczynki, Tani Sawiczewej, z czasu strasznego głodu podczas oblężenia ówczesnego Leningradu. Odnotowała po kolei śmierć babci, siostry, brata, dwóch wujków i mamy, a na ostatniej kartce napisała: „Wszyscy Sawiczewy umarli, została tylko Tania.” Czyta się to ze ściśniętym gardłem. Niedługo potem śmierć zabrała i ją.

W wymiarze uniwersalnym

Największą zaletą wystawy jest właśnie pokazanie okropności wojny w wymiarze uniwersalnym, potworności, które dotykają wszystkich. Czy rany Niemca, Rosjanina, Japończyka mniej bolą niż polskie? U jednego z moich wojennych kolegów zakwaterowano niemieckiego oficera z żoną i 10-letnim synem, jego rówieśnikiem. Obaj przypadli sobie do gustu. Po roku oficera przeniesiono do Hamburga. Stamtąd niemiecki chłopiec przysyłał polskiemu pocztówki ze zdjęciami sprzed wojny, zaznaczając na nich krzyżykami domy, których już nie było, bo zniszczyły je alianckie bomby. Te krzyżyki radowały nasze serca, bo dawały pewność, że hitlerowskie Niemcy muszą w końcu przegrać, że wojna się skończy. Ale alianckie bomby, jak każde inne musiały powodować cierpienie i śmierć wielu ludzi, także niewinnych. W czasie wojny zabijanie staje się koniecznością i właśnie dlatego wojny są tak straszne. Jako harcerz Szarych Szeregów byłem jeszcze za młody, by uczestniczyć w walce zbrojnej, ale przygotowywano nas do zabijania, co wówczas uważaliśmy za rzecz oczywistą. Ale wojna się skończyła, od ponad 70 lat mamy pokój i dalsze hodowanie w sobie nienawiści nieuchronnie doprowadziłoby do destrukcji, w pierwszym rzędzie nas samych!

Wystawa jest wielkim osiągnięciem. Nie wolno jej likwidować, można co najwyżej ją uzupełnić. Powinna to robić ta sama ekipa, która w tak znakomity sposób zrealizowała to niezwykłe dzieło. Ludzi dobrej roboty należy nagradzać, a nie pozbawiać możliwości kontynuacji działania! Osobiście dodałbym stoiska poświęcone powojennej pracy nad odwracaniem skutków wojny: odbudowie zabytków, staraniom o zwrot dzieł sztuki zabranych z miejsc, gdzie się od wieków znajdowały i – co niezwykle ważne – skutecznym działaniom na rzecz pojednania i przyjaźni między narodami. Tylko to może zapobiec nowym wojnom.

Andrzej Januszajtis

muzeum 2. Główna oś komunikacyjna

Oś komunikacyjna. Fot. Andrzej Januszajtis

muzeum 3, Sowiecki czołg na gruzach

Czołg na gruzach. Fot. Andrzej Januszajtis

muzeum 4. Zostały tylko guziki sm

Zostały tylko guziki… Fot. Andrzej Januszajtis