Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”

NASZ GDANSK nowy Zarząd Fot_Janusz Wikowski A31_8071

Zarząd Stowarzyszenia NASZ GDAŃSK w obecnej kadencji. Fot. Janusz Wikowski

Walne Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze Członków Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” odbędzie się 28  września br. (wtorek) o godz. 17 w Gdańsku, w Domu Technika NOT – Sala Inżynierów ( II p. sala B).

W programie m.in. przyjęcie sprawozdania, udzielenie absolutorium oraz wybór na kolejną kadencję: Prezesa, Zarządu Stowarzyszenia, Komisji Rewizyjnej i Sądu Koleżeńskiego.
NASZ GDANSK zaoroszenie na Walne Zebranie

Statki okresu renesansu

Ryc-5-300 dpi-JStatki gdańskie w ikonografii (6)

W 1454 roku, po zwycięskiej wojnie z zakonem krzyżackim, Gdańsk powrócił pod berło króla Polski. Ówczesny władca Kazimierz Jagiellończyk podkreślił ten fakt dodaniem korony do herbu miasta oraz przyznał jemu pakiet przywilejów. Wzmacniało to pozycję kupiectwa gdańskiego w pośrednictwie handlowym.

Król otworzył tym samym miasto dla chcących się w nim osiedlić cudzoziemców, zwłaszcza z miast, które nie należały do Hanzy.

Jedno z czołowych miast Europy

Gdańsk otrzymał zgodę na bicie własnej monety z wizerunkiem i imieniem króla Polski. W sprawach morskich przywilej dawał miastu prawo do kontroli wybrzeża morskiego od Księstwa Słupskiego po obszar administrowany przez Elbląg. Za zgodą króla Gdańsk mógł otwierać i zamykać sezon żeglugowy, mógł też zwalczać piratów. Kolejny przywilej znosił prawo składu miastom położonym wzdłuż dróg wodnych z obszaru Polski i Litwy aż do samego Gdańska. Rada Miejska mogła też zezwalać kupcom z zagranicy na prowadzenie handlu w mieście.

W sumie rezultaty wojny z Zakonem i związki polityczne z Polską stworzyły warunki do wzrostu pozycji Gdańska nad Bałtykiem, który, rozwijając handel morski, stał się jednym z czołowych miast Europy w okresie renesansu.

Kupcy gdańscy, skupieni w bractwach Dworu Artusa, swoją wdzięczność królowi Polski wyrazili między innymi, lokując we wnętrzu tej znakomitej budowli rzeźbę wyobrażającą postać Kazimierza Jagiellończyka. Co ciekawe, w okresie okupacji władze hitlerowskie nie usunęły tej rzeźby (wycofano z ekspozycji inne polonica), co więcej, nie zmieniły też herbu Gdańska, chociaż nagminnie usuwano polskie pamiątki z miasta.

Walka o dominację nad Bałtykiem

W XVI wieku zaczęło się uwidaczniać załamanie gospodarczo – handlowe Hanzy, co wzmogło rywalizację Danii i Szwecji o dominację nad Bałtykiem. Do walk o „dominium maris Baltici” włączała się również Polska. Już w 1514 roku król Zygmunt I starał się zorganizować flotę wojenną, ale, z powodu braku własnych okrętów i portów ,wybrał popularny wówczas wariant – powołał flotę kaperską, dowodzoną przez kapitanów gdańskich. Sprzyjało temu zacieśnienie związków Gdańska z Polską w obliczu toczonej w latach 1519-1521 wojny polsko-krzyżackiej. W toku jej trwania Gdańsk wspierał króla Polski, wystawiając nie tylko siły lądowe, ale i morskie – blokując wiosną 1520 roku swą flotą porty Bałgi i Królewca. Działania wojenne na morzu nie przyniosły większych sukcesów i w 1522 roku flota została rozwiązana.

W 1567 roku baza okrętów w Pucku

System kaperski przeciwko Szwecji wznowił w 1560 roku król Zygmunt II August, sprzymierzając się z Danią i Lubeką. Ponadto kaprowie mieli dezorganizować żeglugę do Narwy (dzisiaj w Estonii), portu zajętego w 1558 roku przez cara Iwana Groźnego.

Działalność kaprów operujących pod polską flagą z neutralnego portu, jakim opowiadał się Gdańsk, spowodowała działania odwetowe przeciwko flocie handlowej miasta. W rezultacie usilnych zabiegów Gdańska król zdecydował się przenieść w 1567 roku bazę okrętów do Pucka. Nie był to dogodny port do postoju większych jednostek i wkrótce potem król anulował wcześniejsze zarządzenie, kierując okręty znowu do Gdańska.

Zygmunt August powołał Komisję Morską

System kaperski nie satysfakcjonował Zygmunta Augusta, który, nie przerywając wystawiania listów kaperskich, postanowił utworzyć swą administrację morską. W tym celu powołał w 1568 roku Komisję Morską, która miała zorganizować państwową flotę wojenną. Budowa okrętów wymagała stoczni i konstruktorów, a król tym nie rozporządzał. Również ze względów politycznych nie można było budować okrętów w Gdańsku, więc postanowiono konstruować je w Elblągu. Wobec braku fachowca, mogącego pokierować budową nowoczesnego okrętu, nie popularnego jeszcze na Bałtyku galeonu – budowniczych król sprowadził w 1570 roku z Wenecji (Ryc. 1).

IRyc. 1

Na szczycie wieży Ratusza Głównego Miasta od 1561 roku ustawiona jest figura króla Zygmunta Augusta, który trzyma w ręku drąg z wiatrowskazem wyobrażającym galeon. Oryginał jest uszkodzony i jako cenny zabytek znajduje się w zbiorach Muzeum Gdańska. Fot. Muzeum Gdańska

Do pomocy zaangażowano cieśli z Elbląga i z Gdańska, gdzie kupowano materiały do budowy okrętu i jego wyposażenia. (Ryc. 2)

Ryc. 2)

Model – próba odtworzenia galeonu „Smok” budowanego w Elblągu w latach 1570 -1571. Rekonstrukcja, wykonana przez Mieczysława Boczara, znajduje się w zbiorach Narodowego Muzeum Morskiego. Fot. Ewa Meksiak, NMM

Powstały dużym nakładem środków finansowych galeon, któremu nadano nazwę „Smok”, nie został, z powodu śmierci króla, Zygmunta Augusta, w 1572 roku, wprowadzony do służby. W tym samym czasie zakończono działalność kaprów, którzy w sumie, od 1565 do 1571 roku, przechwycili 104 obce statki z zaopatrzeniem militarnym dla Rusi. Budowany z wielkim wysiłkiem okręt uległ prawdopodobnie zniszczeniu podczas krótkotrwałego konfliktu, jaki miał miejsce w 1577 roku pomiędzy królem Polski, Stefanem Batorym, a Gdańskiem.

Popularny stał się galeon

Pomimo nie podjęcia w Gdańsku budowy galeonu na zamówienie Zygmunta Augusta, niekiedy realizowano w miejscowych stoczniach zamówienia na duże statki. Takim był, być może, galeon skonstruowany w 1581 roku dla armatora z Wenecji, który, z powodu znaczących rozmiarów, podczas wypływania z portu wpłynął na mieliznę. Faktem jednak stało się to, że po koniec XVI wieku na Bałtyku popularnym okrętem stał się galeon. Zwykle nosił trzy (niekiedy i cztery) maszty, a uzbrojony był w liczne działa, rozlokowane przy burtach, na rufie i w części dziobowej kadłuba. Takie też konstrukcje udokumentowano w gdańskiej ikonografii. Ukazany na pieczęci miasta z 1582 roku okręt wyobraża podstawowe cechy galeonu. (Ryc. 3)

Ryc. 3

Pieczęć Gdańsku z 1582 roku wyobraża galeon. Foto NMM

Wczesny galeon uwidacznia płaskorzeźba na portalu domu bractwa szyprów przy ulicy św. Ducha. (Ryc. 4)

Ryc. 4

Piękny portal wyobrażający galeon zdobi od 1605 roku dom bractwa szyprów przy ulicy św. Ducha. Fot. Jerzy Litwin

Obiekt powstał w 1605 roku, a dekoracja portalu wykonana była w różnych okresach. Niemniej, samo precyzyjne wyobrażenie okrętu, odpowiada stadium rozwojowemu galeonu z końca drugiej dekady XVII wieku. Choć artysta zaznaczył wcześniejsze elementy wyposażenia, jak kotwica abordażowa pod bukszprytem i, co najważniejsze, nie uniknął zasadniczego błędu – przedstawił dwa rzędy furt armatnich, których górne usytuował wprost nad dolnymi, czego w rzeczywistości, z uwagi na niezbędne równomierne obciążenie pokładów, nie stosowano.

Uwiecznił je Izaak van den Blocke

Na burcie okrętu widzimy również elementy świadczące o niezłej wiedzy rzeźbiarza, układzie masztów z rejami, a także osadzenie na bukszprycie masztu z reją oraz rei żagla podbukszprytowego. Burty są zdobione ornamentem, a galeria rufowa, zaczynająca się wieżyczką, podobna jest do wieżyczki na wysokości pokładu górnego. Na pokładach i marsach fok i grotmasztu widać figurki marynarzy z flagami, na kasztelu dziobowym jest trębacz. Flagę też uniósł do góry marynarz na pokładzie górnym, a na półpokładzie rufowym widać kapitana, w części rufowej sygnalistę. W sumie wyobrażenie to jest bogate w szczegóły i wymaga oddzielnej analizy, jak chociażby mało czytelny wygląd figury dziobowej.

Z początków XVII wieku mamy jeszcze jeden interesujący nas obraz – Apoteoza Gdańska – dzieło niderlandzkiego artysty Izaaka van den Blocke’a, powstały w 1608 roku. Widzimy na nim, między innymi, dwa galeony, w tym jeden pod okazałą gdańską flagą. (Ryc. 5)

Ryc-5-300 dpi-J

Bogata w szczegóły „Apoteoza Gdańska” – dzieło Isaaka van den Blocka” a zdobiąca od 1608 roku w Ratuszu Głównego Miasta Wielką Salę Rady uwidacznia między innymi dwa galeony, w tym jeden pod okazałą flagą Gdańska jako banderą. Fot. Muzeum Gdańska

Jerzy Litwin

Rozmowa z dr. hab. Andrzejem Ceynową. Tego gdzie indziej nie zobaczysz

ceynowa_2

Rozmowa z dr. hab. Andrzejem Ceynową, amerykanistą, byłym rektorem Uniwersytetu Gdańskiego.

– Spójrzmy na mapę. Od wschodniej granicy Kartuzy z grubsza dzieli 400 kilometrów, od zachodniej jakieś 300. Trochę mniej w linii prostej. To dzisiaj. Ale przez wieki Kaszuby były kresami. Dodajmy: kresami różnych krajów. Czy coś się z tego ostało?

– Podróżny, który wyjeżdża z Kaszub, zaraz dostrzeże, że stąd wyjechał. Nie tylko zauważy inne zabudowania. Ludzie po wsiach inaczej opiekują się obejściami, inaczej wyglądają te liczące ponad sto lat stare szkolne budynki, które jeszcze przetrwały. To obserwacja naskórkowa. A głębsza? Przede wszystkim dotyczy tożsamości. Pierwszy raz o tym pomyślałem, rozmawiając z Danzigerami. Mieszkali w Gdańsku i uważali się za ludzi z Gdańska; nie czuli się obywatelami Prus czy Niemiec ani też Polski. Natomiast mówili po polsku, po niemiecku i po kaszubsku, zależnie od tego, którędy wiodły ścieżki. W słowach rodziców nie słyszałem nic dziwnego, kiedy mówili, że jesteśmy i Polakami, i Kaszubami. Taką tożsamość uważałem za oczywistą. A potem pomyślałem, że skoro określamy się jako Polacy i Kaszubi, to muszą też być ludzie, którzy się uważają za Kaszubów i Niemców. Ci zostali jednak wypchnięci stąd po wojnie.

– Więcej, tożsamości mogły się zmieniać z pokolenia na pokolenie w tej samej rodzinie. Znam taką, której jedno pokolenie uważało się za Kaszubów-Niemców, inne za Kaszubów-Polaków. Natomiast rysem niezmiennym była trójjęzyczność. Dodam, że chodzi o sprawy dawne, bo i rodzina stara.

– Mój dziadek ze strony mamy nosił nazwisko Sztolc, zresztą różnie pisane w różnych czasach. Uważał się bezdyskusyjnie za Kaszubę-Polaka. W czasie pierwszej wojny światowej był podoficerem pruskiej armii. Ten fakt i poczucie, że jest polskim Kaszubą, wcale się w nim nie kłóciły.

Mówmy jednak o kresach. Nie sztuka wyobrazić sobie jakieś kresy, powiedzmy, za Uralem. Często bowiem wyobrażamy je sobie jako pas między cywilizacją a głuszą; między cywilizacją a terytorium niecywilizowanym. Nawet w tle myślenia o naszej dawnej wschodniej granicy jest zderzenie ze swego rodzaju dzikością. Jeżeli kresy są jednak na zachodzie? Słowo „kresy” w pierwszej chwili wyda się nieodpowiednie.

Tymczasem na Kaszubach funkcjonowały różne kultury, różne języki, ludzie byli przemieszani, także religijnie, bo to i katolicy, i protestanci różnych wyznań. W tej mierze – pogranicznego przenikania się cywilizacji – to na pewno kiedyś były kresy. Dzisiaj ten wątek nie zawsze wabi. Niemniej słowo „kresy” – zaskakujące w pierwszej chwili – jest dla Pomorza i Kaszub odpowiednie. Oczywiście w odniesieniu do pewnych okresów.

– Jest także czar fizycznej odległości. Kresy spełniają baśniowe wymaganie: daleko, za siedmioma rzekami, za siedmioma górami…

– Tak, ale w tej baśniowości kryje się drugie dno. Daleko, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami jest inność. Więc wydaje się groźna. Więc trzeba ją oswoić, dostosować do naszych miar. Żyjących tam ludzi ulepszyć. Cywilizować…

W tle myślenia Prus o Kaszubach też było miejsce na obawę przed jakąś dzikością. Jak w naszym myśleniu o naszych wschodnich kresach. My w swoim czasie też uważaliśmy – mówię o Polakach – że na północy i wschodzie mamy cywilizować Litwinów, Żmudzinów, mieszkańców wsi białoruskiej czy Ukraińców. Wyszło różnie.

– Tknijmy inny wątek. Wschodnie kresy – tamto zderzenie ludzi, obyczaju, wierzeń, religii, sądów i przesądów – dały Polsce niezwykle dużo, w tym kawał wielkiej poezji i literatury. Jeśli mówimy, że ktoś jest z kresów, rozumiemy, że chodzi o Kresy Wschodnie. To oczywistość. Zatem co pewien czas wraca pytanie, co twórczego niosą kresy zachodnie? W kulturze kresy z zasady są żyzne.

– Zetknięcie z kulturą niemiecką zawsze było dla Polaków dość dotkliwe, bo to było zetknięcie z kulturą trochę lepiej rozwiniętą literacko, muzycznie, naukowo, gospodarczo. Więc rodziło uczucie, że i my chcemy czegoś takiego.

– W polskich dziejach ważna część szerokiego świata docierała przez Niemcy.

– A którędy miała docierać? Szwedzi niewiele mogli zaoferować poza rybami i biedą Skandynawii. Niemcy to była filozofia, nauka, to było malarstwo, literatura…

– Prusy miały godne uwagi państwo.

– Z trudem przechodzi nam to przez usta. Miały jedno z państw najbardziej postępowych, najlepiej zorganizowanych. Jako pierwsze wprowadziło obowiązkowe szkolnictwo podstawowe, zreformowane szkolnictwo średnie, a przede wszystkim wyższe. To od pruskiego uniwersytetu w Berlinie zaczął się pochód uniwersytetów jako jednostek badawczych, a nie tylko magazynów dobrej starej, sprawdzonej wiedzy. Mnie się zdaje, że mieszkając tu, na Pomorzu, długo odczuwaliśmy kulturowego kaca, nie szanowaliśmy dostatecznie swojego folkloru, ani tutejszych wierzeń i obyczajów, bo mieliśmy je za gorsze. Za to kiedy popatrzymy na niegdysiejszy polski Wschód, to akurat tam ceniliśmy swoją kulturę, poprzez nią mieliśmy wpływać na tamte strony, to ona nas wyróżniała pozytywnie, a ludową kulturę tamtych kresów dopiero z czasem uznaliśmy za ważną, za znak rozpoznawczy.

– Mówiąc o Pomorzu, jak dotąd, pomijamy celowy nacisk ze strony Prus, służący kulturowej dominacji. On też odegrał rolę.

– Paradoksalnie, wzmocnił Kaszubów kulturowo, bo celowy nacisk, więcej, Kulturkampf budziły sprzeciw. Akcja powoduje reakcję. Łatwiej chłonąć po dobremu. Znane sprawy. A na kresach jak to na kresach, jedni górowali, inni wręcz przeciwnie. W każdym razie opowieści o kresowym rajskim i równoprawnym współbytowaniu to trochę czytanka dla dziatwy.

– Nawiasem, spotkałem się z tezą, że na ziemiach, którymi rządził zakon krzyżacki – ściślej, oba rycerskie zakony – więc od Bytowa, Człuchowa po dzisiejszy Tallinn, miejscowa ludność nie doświadczyła tak natarczywej germanizacji, jak pod niemieckim władztwem świeckim.

– Bo państwo zakonne przypominało cywilizacje kolonialne. Rządzeni mieli pracować w wyznaczonym zakresie, płacić podatki. A grupa rządząca, która miała na głowie co innego, nie zamierzała z niczym schodzić do rządzonych. Bo i po co? A potem skutki zadziwiają.

– Zabrnęliśmy w czasy nieledwie baśniowe. A co ze współczesnością? Kaszuby już nie są kresami od siedemdziesięciu lat. Patrzymy na mapę: do jednej granicy 300 kilometrów, jeszcze dalej do drugiej, a bliżej – nie do wiary – Królewiec, ale rosyjski. Co jeszcze zostało z kresowości kaszubskiej?

– Nowsze gdańskie tramwaje noszą imiona wybitnych gdańszczan. To nie tylko Schopenhauer, Chodowiecki czy Fahrenheit, lecz i Joachim Oelhaf czy Jan Jerzy Forster, podróżnik; w sumie co najmniej tuzin postaci znanych głównie historykom. Znaczna część tych ludzi nie umiała po polsku. Nie szkodzi. Tworzyli tu historię. Tego się gdzie indziej w Polsce nie zobaczy.

Wśród Kaszubów i nie-Kaszubów żywa była dyskusja, czy Kaszubi porozumiewają się między sobą polską gwarą, czy też własnym językiem. Wygrał pogląd, że chodzi o język. Mamy więc dwujęzyczne tablice przy drogach i filologię kaszubską na uniwersytecie. Czy gdzieś w Polsce są odpowiedniki?

– Projektanci i zleceniodawcy chętnie sięgają po motyw szachulcowy. Odwołanie do tej architektury lokalnej, lecz biednej, można dzisiaj odnaleźć w kosztownych domach. Rzadziej widzi się wariacje na temat bryły kaszubskiego budynku. Ale też są.

– Z innej beczki – Grass. Na polskim Pomorzu uznany za swego. Wiadomo, o czym pisał, niemniej część jego popularności niemieckiej bierze się z pisania o tym, co się działo na utraconych kresach. Kto przed powieściami Güntera Grassa czytał po niemiecku o Kaszubach?

– Napomykał o nich w XIX wieku Theodor Fontane, ceniony przez Grassa i Tomasza Manna. W „Effi Briest”, najpopularniejszej powieści Fontanego, właściciel zajazdu to Kaszuba, osobnik tajemniczy, bo inny, zatem niegodny zaufania. Ale nie dlatego „Effi Briest” cieszyła się poczytnością…

– Dzisiaj Kaszuby nie są kresami, niemniej pamiątki kresowości widać na każdym kroku.

Z drugiej strony, w miasteczku kaszubskim stoi dziś taki sam sklep Lidla jak w miasteczku austriackim, na półce leży ten sam włoski makaron, który przyjął się w Anglii czy Skandynawii. I tak dalej. Czy Kaszuby wymkną się globalizacji?

– Cóż, lubimy czary, lecz nie będziemy wróżyć. Owszem, mamy koty, lecz brak nam kryształowej kuli.

Wojsław Brydak

*

Rozmowa przeprowadzona została i wydrukowana w 2016 roku w albumie fotograficznym Wojsława Brydaka „Za siódmym jeziorem”, który ukazał się nakładem wydawnictwa REBIS. Dr hab. Andrzej Ceynowa zmarł 30 sierpnia 2021 roku.

Diamentowe gody Ewy i Andrzeja Januszajtisów. W Bazylice Mariackiej w Gdańsku

26. 60-lecie slubu EiA Januszajtis_Fot_Janusz Wikowski kadr IMG_4371

Diamentowi jubilaci Ewa i Andrzej Januszajtisowie. Gdańsk 18 lipca 2021 rok. Fot. Janusz Wikowski

23. 60-lecie slubu EiA Januszajtis_Fot_Janusz Wikowski IMG_4412Dwa dni po kalendarzowej 60. rocznicy zawarcia związku małżeńskiego przez Ewę i Andrzeja Januszajtisów, 18 lipca 2021 roku, w Bazylice Mariackiej w Gdańsku, odbyła się msza święta w ich intencji, koncelebrowana przez ks. prałata Ireneusza Bradtke, rektora kościoła św. o. Józefa w Gdańsku Marcina Szaforsa i wikarego ks dr Tomasza Frymarka.

Świątynia zawdzięcza wiele Andrzejowi Januszajtisowi, jego wiedza i determinacja były nieocenione przy rekonstrukcji zegara astronomicznego, doprowadzaniu do świetności ołtarza głównego i in.. Podobnie, jak całe miasto nad Motławą, które wyglądałoby inaczej, gdyby małżonkowie nie wybrali go jako Małą Ojczyznę. Ks. Bradtke życzył zgromadzonym, aby umieli kochać się, jak dostojni jubilaci, którzy nieustannie to pokazują, zachowując młodość, uśmiech, serdeczność. Msza była także w intencji ich rodziny – córki Katarzyny, która pięknie zagrała dla rodziców na skrzypcach, i tragicznie zmarłej 30 lat temu Aleksandry. Przepięknie zaśpiewała Joanna Sperska. Małżonkowie zakupili gwiazdę – cegiełkę, która zawiśnie na sklepieniu świątyni. Państwa Januszajtisów obsypano kwiatami, dyplomami, wierszami, prezentami, życzeniom wszystkiego, co najlepsze, nie było końca. Wśród gości byli członkowie i sympatycy Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”, delegacja władz Miasta Gdańska, reprezentanci różnych środowisk, w tym artystów. Przyciągały oko barwne stroje, wzorowane na modzie gdańskiej XVII wieku.

Fotoreportaż Janusza Wikowskiego



IMG20210718131911-1

Po uroczystości przedstawiciele „Naszego Gdańska” złożyli kwiaty przy grobie Pawła Adamowicza w kaplicy św. Marcina.

Red.

Po koncercie „O bałtyckiej syrenie” w kościele św. Jana Bosco w Oruni. Wskrzeszenie Konstancji

Konstancja2Koncert i wykład „O bałtyckiej syrenie”, poświęcony Konstancji Czirenberg, wybitnej gdańskiej śpiewaczce i instrumentalistce, żyjącej w I połowie XVII wieku, odbył się 18 czerwca 2021 roku, w kościele św. Jana Bosco w Oruni. Publiczność wysłuchała utworów zaczerpniętych z – dedykowanego artystce – mediolańskiego zbioru Flores Praestantissimorum Virorum.

Było to nie tylko g d a ń s k i e , ale i  ś w i a t o w e  p r a w y k o n a n i e programu, złożonego z wybranych kompozycji zbioru, od czasu, kiedy żyła bohaterka wieczoru.

Z Gdańska i innych ośrodków

Duch Konstancji Czirenberg, słynącej z talentu urody, skromności i wdzięku, unosił się w przestrzeni oruńskiej świątyni. Publiczność przyjęła koncert z aplauzem. Muzyczny kunszt wykonawców, oryginalność kompozycji, pozostaną w pamięci świadków wydarzenia na długo. W planach jest przygotowanie i wykonanie koncertowe kolejnych utworów ze zbioru Flores Praestantissimorum Virorum oraz realizacja nagrań płytowych.

Wieczór – w ramach Akademii Gdańska – przygotowała Fundacja Horyzonty Sztuki, we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej oraz Parafią Św. Jana Bosko. Przedsięwzięcie współfinansowane było ze środków Miasta Gdańska. Zarejestrowany koncert można obejrzeć i wysłuchać na kanale Youtube Instytutu Kultury Miejskiej.

Wystąpili artyści, specjalizujący się w wykonawstwie muzyki dawnej: Dagmara Barna – Kosowicz, Anna Zawisza (sopran), Katarzyna Olszewska, Victoria Melik (skrzypce), Katarzyna Czubek, Marcin Skotnicki (flet prosty), Danuta Zawada (altówka), Anna Jankowska (wiolonczela), Anna Wiktoria Swoboda (teorba) oraz Agnieszka Wesołowska (klawesyn).

Sylwetkę Konstancji Czirenberg na tle siedemnastowiecznego Gdańska przybliżył gościom prof. Andrzej Januszajtis. 

4.prof.A.Januszajtis

Sylwetkę Konstancji Czirenberg na tle siedemnastowiecznego Gdańska przybliżył gościom prof. Andrzej Januszajtis. Kościół św. Jana Bosco w Oruni. 18 czerwca 2021 rok. Fot. Bartosz Bańka. Materiały promocyjne Instytutu Kultury Miejskie

Jak doszło do przygotowania niecodziennego wieczoru? Kim są młodzi, wspaniali, muzycy z Gdańska i innych ośrodków w Polsce, którym niezapomnianego wieczoru udało się wskrzesić postać cudownej, gdańskiej artystki i muzykę czasów jej współczesnych? Po koncercie rozmawiałam z artystami muzykami Katarzyną Czubek i Anną Jankowską, wykonawcami i organizatorami oruńskiego koncertu, działającymi w Fundacji Horyzonty Sztuki. Obie urodziły się w Gdańsku. Ich fascynacja muzyką dawną zrodziła się w dzieciństwie, w Zespole Muzyki Dawnej Bianco Fiore Magdaleny Warżawy w Pałacu Młodzieży im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Dziś Magdalena Warżawa prowadzi w tym samym miejscu Konsort Fletów Prostych oraz Pracownię Muzyki Dawnej i zaraża muzyką dawną kolejne roczniki dzieci i młodzieży.

Różnorodne perełki

– Regularnie przeglądam różne źródła w tym strony internetowe w poszukiwaniu utworów, także bohaterów umiłowanych mi miast, a Gdańsk jest takim miastem – powiedziała Katarzyna Czubek. – Wszystko zaczęło się od pana Andrzeja Januszajtisa, który napisał wiele artykułów na temat Konstancji Czirenberg. I tak, krok po kroczku, dotarłam do zbioru utworów kompozytorów mediolańskich, opracowanego przez Filipa Lomatio, dedykowanego Konstancji Czirenberg. Jednak nie od razu do całego. Biblioteka Uniwersytetu w Rochester udostępniła tylko trzy księgi z zapisem trzech głosów – sopranowego, altowego i basowego. W tym okresie utwory nie były notowane w partyturach, tylko w pojedynczych głosach.

– Brakowało nam zapisu głosu tenorowego – kontynuowała Katarzyna Czubek. – Szukałam dalej, sięgając do strony RISM, międzynarodowego inwentarza źródeł muzycznych informującej o tym, gdzie przechowywane są manuskrypty i starodruki z całego świata. I okazało się, że czwarta księga z głosem tenorowym znajduje się we włoskiej Bibliotece Malatestiana w Cesenie. Otrzymałam skany manuskryptów. Później był proces ich przepisywania na komputerze, są do tego coraz lepsze programy, co zajęło nam sporo czasu. Na koncert w Oruni przygotowaliśmy część utworów z tego zbioru – na dwa żeńskie głosy, basso continuo oraz kompozycje instrumentalne. Jest ich w sumie trzydzieści sześć, są jeszcze utwory przeznaczone na kwartet wokalny, a także inne kombinacje.

– Co państwa zafascynowało w kompozycjach zawartych w zbiorze?

– Zostały napisane przez kompozytorów pracujących w jednym mieście, Mediolanie, ale każdy jest inny, każdy w sobie ma coś niesamowitego. I tak kwartet Frisssoni’ego brzmi bardzo konsortowo, jakby był napisany na jednorodne instrumenty, z kolei kwartet Cimy jest mocno awangardowy, ewidentnie pisany w stylu seconda prattica. Urzekło mnie w zbiorze to, że zawiera tak różnorodne perełki, że nie ma w nim jednolitej stylistyki i myśli.

– Czym kierowaliście się państwo wybierając na koncert te, a nie inne utwory?

– Ponieważ na ich wykonanie mamy bardzo dobry skład. – kontynuowała Katarzyna Czubek. – Wystąpiły dwie wspaniałe sopranistki, które nigdy ze sobą nie śpiewały, a jak się spotkały, zaśpiewały tak, jakby współpracowały od lat. Budując program, zwracaliśmy także uwagę na wartość artystyczną kompozycji.

W jaki sposób udało się państwu pozyskać tak znakomitych, młodych muzyków nie tylko z Gdańska, ale i z różnych ośrodków w Polsce, i jak przygotowywaliście się do koncertu?

– Zależało nam na tym, żeby wskazać środowisko skupione wokół muzyki dawnej nie tylko z Gdańska, ale także z Gdańskiem związane, oraz zaprosiliśmy wykonawców z Polski, którym bliskie jest wykonawstwo XVII wiecznej muzyki włoskiej – wyjaśnia Anna Jankowska. – Przygotowywaliśmy się indywidualnie. Trzy dni przed koncertem spotkaliśmy się w Gdańsku i rozpoczęliśmy próby. I się udało, ponieważ wytworzyła się swego rodzaju chemia między artystami. Niektórzy z wykonawców po raz pierwszy grali razem. Bardzo nas to cieszy – do dziś otrzymuję telefony, maile od wykonawców, którzy wspominają jakie to było fantastyczne. Z pewnością duży wpływ na atmosferę pracy i finalny rezultat miała atrakcyjność wykonywanego repertuaru. Cały czas żyjemy tym koncertem. Nie tak dawno jak wczoraj rozmawiałam z Victorią Melik – skrzypaczką barokową, która powiedziała: „Ania, rozesłałam link z nagraniem „O bałtyckiej syrenie”, i tak wiele osób nas słucha, nie tylko w Polsce, na świecie!” Z radością stwierdzamy, że z dnia na dzień rosną statystyki tak zwanej oglądalności programu. Mieliśmy to szczęście, że wsparł nas Instytut Kultury Miejskiej, dzięki czemu udało się uwiecznić koncert. Ale to jest dopiero pierwszy krok.

– Jakie są dalsze państwa zamierzenia?

– Chcielibyśmy, żeby koncert nie był jednorazowy, zamierzamy go wykonać w innych miejscach – kontynuuje Anna Jankowska. – Są duże szanse, że jeszcze zabrzmi. Natomiast kolejnym krokiem będzie staranie się o uzyskanie funduszy na dokonanie nagrania płytowego. Pod koniec roku zamierzamy aplikować o granty na ten cel do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Planujemy również poszerzyć skład wokalny o kolejne głosy i wykonać pozostałe kompozycje z tego zbioru.

Z entuzjazmem i miłością do muzyki

– Fundacja Horyzonty Sztuki powstała ponad dziesięć lat temu, stworzyła ją i prowadziła z dobrymi rezultatami, artystka plastyk, instruktor w Pałacu Młodzieży, nieżyjąca już, pani Iwona Głogowska – Gieszcz, z którą miała zajęcia moja córka – wyjaśnia Anna Jankowska. – Nawiązałyśmy porozumienie. Na jej prośbę przejęłam Fundację, pracowałyśmy razem, ona w dziedzinie plastyki, ja w obszarze muzyki dawnej. Obecnie koncentrujemy się na muzyce dawnej, która nam, muzykom, specjalizującym się w wykonawstwie tego rodzaju repertuaru, jest najbliższa. Można więc powiedzieć, że to Fundacja przyszła do nas, nie musieliśmy jej zakładać.

– Kilka lat temu w naszych młodzieńczych głowach, a właściwie w głowie Kasi Czubek zrodził się festiwal Młoda Muzyka Dawna – kontynuuje Anna Jankowska. – Na początku działałyśmy, można powiedzieć, chałupniczo – organizowałyśmy koncerty w kościołach gminy Kolbudy, które nie odbywały się cyklicznie.

– Od 2018 jest to festiwal doroczny, którego głównym zadaniem jest popularyzacja muzyki dawnej w wykonaniu młodych artystów w świeży sposób, z entuzjazmem i miłością do muzyki – mówi Katarzyna Czubek. – Prezentujemy nowy, wciąż odkrywany repertuar, z wykorzystaniem nowych praktyk wykonawczych. Artystów wybieramy w dwojaki sposób – część zespołów zapraszamy, natomiast wykonawców jednego z koncertów wybieramy w drodze otwartego naboru – Open Call. W lipcu przystąpimy do naboru uczestników do tegorocznego festiwalu Młoda Muzyka Dawna, który odbywać się będzie w dniach od 9 do 12 września. Koncerty i inne działania organizujemy w Łapinie, Pręgowie, Kolbudach, Marszewskiej Górze i Babidole.

– Wybierając zespół w drodze otwartego naboru dajemy mu możliwość odbycia artystycznej rezydencji, to oznacza, że laureaci wystąpią nie tylko podczas festiwalu Młoda Muzyka Dawna, ale także, dzięki współpracy z Michałem Orzechowskim, zagrają w Kinie Pomorzanin w Bydgoszczy – dodała Katarzyna Czubek. – Nawiązujemy kolejne kontakty, żeby formuła się rozwinęła i wykonawcy mogli odwiedzić więcej miejsc, także za granicą.

– Poprzednie festiwale Młoda Muzyka Dawna odbywały się na przełomie czerwca i lipca, tegoroczny przesunęliśmy na wrzesień z uwagi na późniejsze rozstrzygnięcie konkursów grantowych – informuje Anna Jankowska. – w tym roku mamy przydzielone dotacje z trzech różnych źródeł na realizację tego przedsięwzięcia, co bardzo nas cieszy. Oznacza to, że idea festiwalu została nie tylko zauważona ale i doceniona.

– Oprócz koncertów, naszych słuchaczy zaprosimy do udziału w warsztatach rodzinnych muzyki kaszubskiej oraz na tradycyjną potańcówkę – kontynuuje Anna Jankowska. – zabrzmi więc nie tylko muzyka dworska, „z wyższych sfer”, ale też muzyka karczemna, ludowa, stąd też odniesienia do lokalnej tradycji ludowej. Nasza publiczność bardzo sobie ceni otwartą, luźną formę potańcówki.

– Aktywizacja lokalnej społeczności, mieszkańców Kolbud i okolic, jest bardzo ważnym aspektem naszego działania – kontynuuje Anna Jankowska. – Obserwujemy, że z roku na rok przynosi to coraz lepsze efekty. Mamy już stałą publiczność, a wraz z każdą kolejną edycją to grono odbiorców się poszerza i zyskujemy kolejnych melomanów, którzy wyczekują – ku naszej radości – na nowe, adresowane do nich, propozycje kulturalne.

– Serdecznie zapraszamy do udziału w tegorocznym, wrześniowym festiwalu Młoda Muzyka Dawna – powiedziały na zakończenie rozmowy Katarzyna Czubek i Anna Jankowska.

Katarzyna Korczak

Konstancja3

Od lewej: Katarzyna Olszewska, Danuta Zawada, Anna Jankowska, Anna Wiktoria Swoboda, Victoria Melik. Kościół św. Jana Bosco w Oruni. 18 czerwca 2021 rok Fot. Bartosz Bańka. Materiały promocyjne Instytutu Kultury Miejskiej

Konstancja2

Od lewej: Anna Zawisza, Anna Jankowska, Agnieszka Wesołowska, Anna Wiktoria Swoboda, Dagmara Barna –Kosowicz. Kościół św. Jana Bosco w Oruni. 18 czerwca 2021 rok Fot. Bartosz Bańka. Materiały promocyjne Instytutu Kultury Miejskiej

Konstancja1

Od lewej: Katarzyna Olszewska, Victoria Melik, Anna Jankowska, Agnieszka Wesołowska, Anna Wiktoria Swoboda, Marcin Skotnicki, Katarzyna Czubek podczas koncertu „O bałtyckiej syrenie”. Kościół św. Jana Bosco w Oruni. 18 czerwca 2021 rok Fot. Bartosz Bańka. Materiały promocyjne Instytutu Kultury Miejskiej

 

Anna Jankowska (wiolonczela barokowa)

W roku 2009 uzyskała tytuł magistra sztuki Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w klasie wiolonczeli prof. Tadeusza Samerka. Swą edukację muzyczną kontynuowała w Królewskim Konserwatorium w Hadze (NL) na wydziale muzyki dawnej, doskonaląc swe umiejętności w grze na instrumentach historycznych: wiolonczeli barokowej, violi da gamba, a także uczęszczając do klasy śpiewu historycznego. Dzięki wsparciu Prezydenta Miasta Gdańska, w ramach stypendium Młody Gdańszczanin, odbyła również studia i staż zawodowy w Jeaun Orchestre de l’Abbaye/Poitiers University we Francji. Anna Jankowska miała zaszczyt kształcić się i koncertować pod okiem wielu znakomitych artystów, takich jak: Jaap ter Linden, Philippe Herreweghe, Wieland Kuijken, Andrew Parrott, Hidemi Suzuki, Lucia Swarts i wielu innych.

W roku 2015 jej wieloletnie osiągnięcia artystyczne zostały docenione przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które przyznało jej stypendium Młoda Polska. Oprócz działalności artystycznej, Anna Jankowska zajmuje się również pracą na rzecz kultury, przekuwającego swoje zamiłowanie do sztuki w działanie. Jako pracownik Instytutu Kultury Miejskiej współtworzy projekty kulturalne i animacyjne. Czynnie działa na płaszczyźnie organizacji pozarządowych (Fundacja Horyzonty Sztuki, Gdańska Fundacja Innowacji Społecznych) czy też zasiadając w Radzie Dzielnicy Orunia – Św. Wojciech – Lipce.

Katarzyna Czubek (flety proste oraz oboje historyczne)

Jest asystentem klasy fletu prostego prof. Erika Bosgraafa w Akademii Muzycznej w Krakowie. Ukończyła studia pod kierunkiem Jorge Isaaca w Conservatorium van Amsterdam oraz prof. Petera Holstlaga w Akademii Muzycznej w Krakowie. Studiowała obój historyczny w Conservatorium di Verona u prof. Paolo Grazziego oraz w Akademii Muzycznej we Wrocławiu u Magdaleny Karolak. Jest pomysłodawcą festiwalu Młoda Muzyka Dawna, który współorganizuje wraz Anną Jankowską. Współpracuje z cenionymi zespołami i orkiestrami specjalizującymi się w wykonawstwie repertuaru historycznego: Les Ambassaduers (A. Kossenko), Capella Cracoviensis (J. T. Adamus), Arte dei Suonatori (A. Goliński), Cappella Neapolitana (A. Florio). Zrealizowała nagrania dla wytwórni płytowych: DUX, Deutsche Harmonia Mundi oraz MDG Scene. Została wyróżniona stypendiami oraz nagrodami Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Miasta Gdańska oraz Wójta Gminy Kolbudy.

 


“Tekst wydrukowany był w Nr 6 (191) czerwiec 2017”

Niezwykle utalentowana i wszechstronnie wykształcona

Konstancja z Czirenbergów Kerschensteinowa

Kto zobaczył tę Konstancję Czirenberg, ten dzień ów spędził w sposób najszczęśliwszy.” – zanotował 23 lutego 1636 r. w swoim dzienniku bawiący wówczas w Gdańsku sekretarz posła francuskiego Charles Ogier. Kim była dama, którą tak wychwalał?

Urodziła się 6 października 1605 roku jako córka ławnika (od 1603 r.), późniejszego burmistrza (od 1630 r.) Jana Czirenberga (1574-1642) i jego żony – od 1600 r. – Anny Kerl (1582-1638).

PRO INVIDIA – dla zazdrości!

Konstancja wychowywała się w kamieniczce Zierenbergów – Frederów (Długa 29), którą jej matka odziedziczyła po swoim ojcu. Ok. roku 1620 powstała dzisiejsza fasada, domniemane dzieło Abrahama van den Blocke, z poziomym attykowym zwieńczeniem. Medaliony z głowami cezarów dłuta Piotra Ringeringa i kartusz z herbem Frederów są dodatkiem późniejszym (1647 r.). Attyka stanowi zarazem balustradę tarasu przed cofniętym szczytem. Inskrypcja wyjaśnia, w jakim celu wzniesiono tak bogaty dom: PRO INVIDIA – dla zazdrości!

Nie wiemy, gdzie i jakie przedstawicielka jednej z najznakomitszych gdańskich rodzin pobierała nauki, ale jedno jest pewne: była niezwykle utalentowana i wszechstronnie wykształcona. Opanowała co najmniej pięć języków: niemiecki, polski, łacinę, francuski i włoski, być może także szwedzki, o czym świadczy fragment dziennika Ogiera z 3 II 1636: „Była dla najdostojniejszego posła lektorką i tłumaczką listu, który do niego napisała królowa Szwecji.”

W roku 1628 Konstancja wyszła za mąż za starszego o 23 lata ławnika (od 1617 r.) Zygmunta Kerschensteina (1582-1644) z rodu szlacheckiego, znanego także w Prusach Książęcych i na Litwie, gdzie doszli do wysokich godności (Kirszenstein). Dwukrotny wdowiec miał już pięcioro dzieci w wieku od 5 do 14 lat. W roku 1636 został rajcą, w rok później sędzią, w 1641 (na rok) królewskim burgrabią. W czasie pobytu Ogiera (1635-36 r.) nękały go choroby, m.in. podagra (dna moczanowa): „(28 II 1636) Odwiedziłem niezrównaną Konstancję, która siedziała przy mężu, bo niedomagając leżał w łożu. Miłości małżeńskiej ona jest wzorem, czy raczej samym jej bóstwem opiekuńczym.”

Córka Konstancja w muzyce ukształcona do podziwu

W małżeństwie z Kerszchensteinem urodziła troje dzieci: Ludwika (1629-81), Konstancję (1631-52) i Annęa (1633-44), z których przeżył ją tylko Ludwik. Ona sama zmarła w czasie epidemii 17 stycznia 1653 r. Pochowano ją u boku męża i jego poprzednich żon w kościele Mariackim, pod płytą nr 310, w południowej nawie blisko południowo wschodniego filaru skrzyżowania naw.

Najlepiej można ją poznać z zapisów Ogiera. Oto ich wybór, (w tłumaczeniu z łaciny Edwina Jędrkiewicza), z pominięciem już cytowanych:

16 XI 1635: „Najdostojniejszy poseł odwiedził burmistrza Czirenberga i słuchał śpiewu i gry na organach Konstancji, jego córki. Najpiękniejsza to w całym mieście niewiasta i choć we wszystkich sztukach, które niewiastę zdobią ukształcona, w muzyce przecież ukształcona do podziwu. Głos posiada piękny niezwykle i śpiewa italską manierą, ponieważ ta jedynie w Polsce i Niemczech jest znana. Kiedy sława jej doszła do Italii, znamienici muzycy mediolańscy uznali ją za godną tego, by jej poświęcić księgę, zatytułowaną „Kwiaty najświetniejszych mężów (rozumie się to o muzykach) uszczknięte przez Filipa Lomatio”. Na czele zasię tej księgi umieścili wielce wytworny list do Konstancji Czirenberg. Niejaki Naeran, który był w Gdańsku (w 1631), a teraz przeniósł się do Belgii, napisał na jej chwałę najmilsze elegie. Lepszych przynajmniej nie czytałem we wszystkich tych północnych krajach.

Śpiewał wobec niej nasz Varennes [członek delegacji francuskiej]: wielce chwaliła jego modulowanie i manierę śpiewania i przyznała, że nigdy nie słyszała nikogo śpiewającego po francusku. Przecież odważyła się w naszej obecności zaśpiewać pieśń francuską, którą śpiewała jednak swoją italską manierą. Prosiła potem Varennesa, by ją pouczył i zaśpiewała z nim razem. W zwyczajnej swej ogładzie chwalił poseł bez miary cnoty tej tak bardzo ukształconej niewiasty, a zwłaszcza jej skromność, nie ową pospolitą i służalczą, lecz tę, którą trąci zacne, wrodzone pochodzenie.”

Przepaski, rękawice tkała i haftem zdobiła

7 III 1636: „Sam najdostojniejszy poseł odwiedził Konstancję, która jego i nas najrozkoszniej zabawiała rozmową, śpiewem, grą i objaśnianiem obrazów, które sama rysowała.”

11 IV 1636: „Całe popołudnie przepędziłem z jejmość Konstancją, która jak zwyczajnie, siedziała przy chorym mężu i podczas gdy on mi rzeczy opowiadał, na poznanie zasługujące, ona rozkładała przede mną swe niewieście ozdoby, jako to łańcuchy, naramiennice, diademy i mnóstwo białych (…) pereł i pouczała mnie o rozmaitych strojach narodu swojego i polskiego. Kiedy mi zaś przed oczy położyła przepaski, rękawice, pasy i inne tego rodzaju, które sama tkała i haftem zdobiła, tom już myślał, żem na samą natknął się Palladę.”

29 IV 1636: „Najdostojniejszy poseł odwiedził jejmość Konstancję, której hafty oglądał i podziwiał – tak bardzo widoczne są świetne jej zdolności także w pracy jej rąk, nie tylko w pracy głowy czy w mowie.”

17 V 1636: „A cóż mówić o niezrównanej Konstancji, którą dla jej uroku i wieku do młódek ciągle zaliczam, chociaż poradzi ona i rozmowie z królami i senatorami? Czyż ona nie wchłania wszystkiego, co albo widzi, albo słyszy? (…) Zdumiewałem się niedawno, jak to – kiedy jej przyniesiono róg myśliwski – bez zmieszania go pochwyciła i na nim zatrąbiła, za nic sobie mając skrupuły starożytnej Pallady, która piszczałkę wrzuciła do rzeki!”

Tysiące ptaków ją obstąpiło

21 V 1636: „Do leżącego poza przedmieściem Szkoty (w parku oruńskim) dworku burmistrza Czirenberga wybrał się poseł na wycieczkę wraz z burmistrzem. Przybyła tam i niezrównana Konstancja, która ze skowronkami cały dzień szła w zawody. Z dobrodziejstwa przymilającej się wkoło natury miejsce to wielce jest rozkoszne, a rozkoszniejsza o wiele jeszcze rozmowa z Konstancją i widok jej, od sztuczności wszelkiej wolnej i udawania. (…) Patrząc na samca pawia, tak wspaniałą i powłóczystą szatą z piór się pyszniącego i z niej radego, i o tym myśląc, iż wśród zwierząt często samce od samic są piękniejsze, powiadam do Konstancji: – Jakże to dobrze i łaskawie postąpiła wobec was sama natura czyniąc was piękniejszymi od mężczyzn, choć widzimy, że u zwierząt rzecz się z tym ma inaczej. – A przecież – odpowiedziała – o ileż nas przewyższacie wy mężczyźni, których, ponad miarę nam udzieloną, hojnie obdarzyła geniuszem i mądrością! (…) …w owym ogrodzie butle wina węgierskiego, hiszpańskiego, francuskiego i reńskiego wszędzie szeroko się rozkładały wraz z nami, bośmy na trawie leżeli miękcej i przyjemniej niż na jedwabnych poduszkach; wśród tego śpiewałem nasze spod bachusowego znaku piosenki, których chciwie słuchała Konstancja i które łączyła i upiększała swoimi, bardziej uczonymi, których się od naszego Varennesa była nauczyła. Po polsku, po niemiecku nie śpiewała niczego. Tysiące ptaków tymczasem ją obstąpiło. Łabędzie wyciągnęły długie szyje i nastawiły uszu, oba pawie pychę wszelką odłożywszy do niej niby swojej Junony podeszły. Nie starczyło na owe najniewinniejsze rozkosze dnia – jak on tam długi o tej porze roku w tych północnych stronach – i dopiero zbliżanie się nocy odwołało nas do miasta.”

Chciałoby się żyć w tamtym czasie

Jakaż to piękna relacja! Chciałoby się żyć w tamtym czasie, by móc poznać ową Konstancję, zobaczyć jak wyglądała i posłuchać jej śpiewu. Nie zachował się żaden jej portret, więc te opisy muszą nam wystarczyć.

Na koniec przytoczę jeszcze fragmenty owych mediolańskich „dedykacji dla Konstancji we własnym tłumaczeniu. Na początek nagłówek: „Kwiaty najznakomitszych mężów, zebrane przez Filipa Lomazziego, księgarza, do Spiewania na jeden, dwa, trzy i cztery głosy, do których dodana msza, Magnificat, tudzież dwie kancjony, jak mówią alla Francese (na francuską modłę) z dwoma, trzema i czterema instrumentami, następnie partita na organy, niedawno na widok publiczny wydane, dla najsławniejszej Konstancji Czirenberg z Gdańska, w Mediolanie, czcionkami tegoż Lomazziego, roku 1626.” Dalej następują dedykacje. „Prezbiter” Wawrzyniec Frisso poświęcił jej sześciowiersz:

Pytasz czemu Konstancję otacza wieku chwała?

Ona wśród Muz największa, jak też największa z Charyt,

Góruje nad mężami, bogom zamyka usta.

Mową, wiernością, głosem, niezwykłym wdziękiem swoim

Sprawia, że Gdańsk ją sławi, uwielbia Polska cała.

Tak tylko śmiertelnicy nad bogów wznieść się mogą.”

Franciszek Bamphi dodał dwuwiersz:

Powiem to bez wahania: przez słodycz, śpiew i stałość

jest ona jako Febe, co serca nam porywa.”

Władysław Waza przekazał swój zachwyt mediolańczykom

Z obszernej dedykacji inicjatora i wydawcy tych „Kwiatów” Filipa Lomazziego, niech wystarczy ten piękny fragment:

Nie mogła cnót Twoich chwała w granicach Polski, choćby największych się pomieścić, tu tedy wraz ze sławą i najwierniejszą imienia Twego rekomendacją do Włoch, do Mediolanu dotarła. I tak oświeciła, że tak jak do wszystkich oczu dotarła, tyleż przyjaznych promieni wywołała i szacunek i miłość dla Ciebie umocniła. (…) Jesteś heroiną, w której wszystkie Charyty (greckie boginie wdzięku) mają mieszkanie, kształtami Helenę, obyczajami Penelopę, umysłem Palladę, głosem i wdziękiem Dianę, śpiewem nową na Parnasie muzę Kaliopę, języków znajomością, nauk wszelkich opanowaniem i wiedzą współczesnych przewyższasz. Lecz tym, co wszystkich do uwielbienia porywa, jest to, co przynosi sława Twej niesłychanej, wręcz niewiarygodnej chwały w sztuce muzyki. Że najbieglejsze masz ręce, najzręczniejsze palce do grania, słowicze gardło do śpiewu, tak że w śpiewie z najznamienitszymi Niezwyciężonego Króla Polski i Szwecji artystami i mistrzami jego dworu, co sam Książę z zachwytem osądził, nie wahasz się współzawodniczyć.”

Dalej następuje 36 utworów, napisanych dla niej przez 24 mediolańskich muzyków. Jakimi drogami dotarła do Mediolanu sława Konstancji, która o ile wiemy nigdy tam nie była? Według Katarzyny Grochowskiej, autorki nagrodzonego w 2002 r. eseju „From Milan to Gdańsk” przyczynił się do tego ów Książę z dedykacji Lomazzia – królewicz Władysław Waza, który odwiedził tuż przedtem Mediolan. Będąc wcześniej (w 1623 r.) w Gdańsku ze swoim ojcem Zygmuntem III dał się porwać urokiem i talentami niepospolitej gdańszczanki i przekazał swój zachwyt mediolańczykom. Sądzę jednak, że musieli ją słyszeć osobiście. Gdzie i kiedy – pozostaje zagadką.

Andrzej Januszajtis

1. Dom Czirenbergów-Frederów (w środku) przed rozbiórką przedprozy

Dom Czirenbergów-Frederów (w środku) przed rozbiórką przedproży

2. Kwiaty najznamienitszych mężów dedykowane Konstancji

Kwiaty najznamienitszych mężów dedykowane Konstancji.

 

Ewie i Andrzejowi Januszajtisom życzenia z okazji Diamentowych Godów

januszajtis slub Image0110 - Kopia

Ewa i Andrzej Januszajtisowie po zawarciu związku małżeńskiego. 16 lipca 1961 rok, Zakopane. Fot. Z archiwum rodzinnego

dav

Państwu

Ewie i Andrzejowi Januszajtisom

Z okazji Diamentowych Godów,

które przypadają 16 lipca 2021 roku

najserdeczniejsze życzenia

zdrowia

szczęścia

wszelkiej pomyślności

sukcesów w pracy zawodowej

i życiu osobistym

spełnienia marzeń, pragnień

oraz dalszych szczęśliwych wspólnie przeżytych lat

życzą

przyjaciele z „Naszego Gdańska”

sdr

sdr

 

Fotorelacja z Bazuny 2021

Fotorelacja z Bazuny 2021

Aplikacja mobilna nt. architektury Gdańska

SONY DSC

Gdańsk. Fot. Janusz Wikowski

Aplikacja turystyczna „Zwiedzaj Inaczej Gdańsk” to spacer przez kilkanaście obiektów architektury Gdańska z zakończeniem w Bibliotece Miejskiej przy ulicy Mariackiej 42. Jak informuje Maciej Kędra, tutaj uczestnicy spaceru, którzy odpowiedzieli prawidłowo na wszystkie pytania otrzymają nagrody.

Link do aplikacji w Google Play

https://play.google.com/store/apps/details?id=zwiedzaj_inaczej_gdansk.library.release.v001&hl=pl&gl=US

„Nasz Gdańsk” – 20-lecie miesięcznika Stowarzyszenia

NG VI 2021 do netu-page-001 sm a

Miesięcznik „Nasz Gdańsk” ukazuje się już 20 lat – mówi Zbigniew Socha, współzałożyciel czasopisma. – To sukces na rynku medialny, a  także satysfakcja dla Redakcji, Autorów, osób zajmujących się kolportażem, promocją oraz wspomagających nas finansowo firm i instytucji.

SONY DSC

Zbigniew Socha – współzałożyciel Miesięcznika „Nasz Gdańsk”. Fot. Janusz Wikowski

NG VI 2021 do netu-page-006 NG VI 2021 do netu-page-007 NG VI 2021 do netu-page-008

NG VI 2021 do netu-page-009 a

SONY DSC

Panorama Gdańska, Fot. Janusz Wikowski

NG VI 2021 do netu-page-001 sm