Profesor Andrzej Januszajtis zaprasza

Profesor Andrzej Januszajtis zaprasza na wykład 17 maja 2017 roku. Temat: O Młyniskach, Letnicy, Brzeźnie, Nowym Porcie, Wisłoujściu, Przeróbce.

Profesor Andrzej Januszajtis zaprasza na kolejne spotkanie z cyklu „Dzielnice, ulice, zabytki”, który odbędzie się w środę, 17 maja 2017 roku, o godz. 17. 30 w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego przy ulicy Korzennej 33/35 w Gdańsku. Opowiadać będzie o Młyniskach, Letnicy, Brzeźnie, Nowym Porcie, Wisłoujściu, Przeróbce.

 

Wstęp wolny!

 

Na zdjęciu

Andrzej Januszajtis

Fot. Marek Zarzecki

 

Życzenia na Wielkanoc 2017

zyczenia 11III2017 ogród

Fot. Tomasz Korczak

Życzymy wszystkim członkom i sympatykom naszego Stowarzyszenia, czytelniczkom i czytelnikom naszego miesięcznika i wszystkim mieszkańcom Gdańska jasnych, prawdziwie wiosennych Świąt Wielkanocnych, odpoczynku od politycznych zawirowań, dużo słońca, radości i odświeżających spacerów po pięknym Gdańsku i jego równie pięknych okolicach.

Wesołego Alleluja!

Zarząd Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” i

Redakcja czasopisma „Nasz Gdańsk”.

Jaka piękna katastrofa

opaska westerplatte luty 2017 03GDAŃSK. Westerplatte – zniszczenie konstrukcji ochronnej brzegu morskiego. „Zawiadamiamy o katastrofie budowlanej obiektu budowlanego: Opaski Brzegowej, która ma miejsce na terenie pasa technicznego brzegu morskiego półwyspu Westerplatte, na wysokości ul. Majora Sucharskiego w Gdańsku.

Zaistniałe niezamierzone i gwałtowne zniszczenie konstrukcji ochronnej brzegu morskiego, wzniesionej w celu ochrony brzegu morskiego na wypadek sztormu lub innego, intensywnie abrazyjnego działania środowiska hydrodynamicznego morza, spełnia dokładnie definicję przesłanki w/w art. 73, pkt 1 prawa budowlanego.”

Do Głównego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego…

Takim to dramatycznym pismem zawiadomiliśmy w dniu 23 lutego 2017 r. Główny Inspektorat Nadzoru Budowlanego, informując jednocześnie Prokuraturę Okręgową w Gdańsku, Komendę Miejska Policji w Gdańsku, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej i inne kompetentne instytucje, mając nadzieję podjęcia przez nie stosownych działań i uniknięcia próby tzw. „zamiatania pod dywan”.

W uzasadnieniu podaliśmy szereg warunków, które musi literalnie spełniać dokumentacja projektowa, a szczególnie morskie budowle hydrotechniczne i ich usytuowanie.

Obiekt uległ nieodwracalnym zniszczeniom konstrukcji polegającym na:

  • – Zniszczeniu odcinkowym dolnej ławy konstrukcji monolitycznej – element nie nadaje się do naprawy lub wymiany.
  • – Całkowitemu zniszczeniu konstrukcji umocnienia dna podtrzymującej narzut ochronny z kamienia – element nie nadaje się do naprawy.
  • -Rozmyciu skarpy zbocza podtrzymującego narzut ochronny z kamienia – elementy chwili obecnej nie istnieje.
  • – Zniszczeniu odcinkowemu górnej ławy żelbetowej konstrukcji monolitycznej zwieńczającego koronę skarpy narzutu ochronnego z kamienia – element nie nadaje się do naprawy lub wymiany.
  • – Utrata stateczności narzutu ochronnego z kamienia – ponowne nałożenie elementów narzutu.

Przyczyny katastrofy

Katastrofa ta ma następujące przyczyny:

– Bezpośrednie: hydrodynamiczne oddziaływanie falowania na budowlę ochronną

– Pośrednie: błędnie ukształtowaną stopę narzutu ochronnego z kamienia (błąd projektowy), źle dobrane wielkości poszczególnych frakcji z kamienia tworzącego narzut ochronny (błąd projektowy), nie zachowanie wymaganych nachyleń skarp narzutu ochronnego (błąd projektowy),brak odpowiedniego i merytorycznego nadzoru inwestora – Urzędu Morskiego w Gdyni nad dokumentacją projektową oraz w trakcie eksploatacji konstrukcji opaski ochronnej mimo zgłaszanych przez wykonawcę robót zaobserwowanych pogłębień i zniszczeń konstrukcji umocnienia dna przed stopą opaski brzegowej (już w 2014 r.).

Konstrukcje należy wybudować prawie od nowa

Są to niektóre z zasygnalizowanych nieprawidłowości na przykładzie Westerplatte; podobne zniszczenia wystąpiły też na innych odcinkach w ramach projektu „Zabezpieczenie brzegów Morza Bałtyckiego będących w administracji Urzędu Morskiego w Gdyni”.

Inwestycja na odcinku Westerplatte pochłonęła 12,5 mln zł, zaś koszt wszystkich pięciu odcinków wyniósł 68,76 mln zł (dotacja UE 58,3 mln zł).

Wbrew twierdzeniom kierownictwa Urzędu Morskiego w Gdyni, szkód na Westerplatte nie da się usunąć za 2 -3 mln zł. Konstrukcje należy wybudować prawie od nowa, podobnie jak inne, które uległy zniszczenie, do czego przyczyniła się nie tylko natura, ale i człowiek.

Tekst i zdjęcie: Pr Eng, dr inż. Bogdan Sedler

opaska Westerplatte luty 2017 02

Opaska Westerplatte. Luty 2017 rok

Opaska Westerplatte. Luty 2017 rok

Sławni Gdańszczanie: Świętopełk II Wielki

Januszajtis 2. Pomnik Świętopełka (W. Samp)

Pomnik Świętopełka autorstwa Wawrzyńca Sampa.

Datę urodzenia najsławniejszego ze średniowiecznych książąt gdańskich określa się dziś jako „przed 1195 rokiem”. Ojcem Świętopełka był późniejszy (od 1206 r.) namiestnik wschodnio pomorski Mściwój I, matką Zwinisława. O jego dzieciństwie czy naukach brak wiadomości.

Po śmierci ojca w 1219 lub 1220 roku zostaje mianowany przez Leszka Białego namiestnikiem Pomorza Gdańskiego.

Czas naznaczony wojnami

W tym samym czasie żeni się z księżniczką wielkopolską Eufrozyną, z którą będzie miał syna i następcę Mściwoja (II), oraz córkę: Eufemię, przyszłą żonę księcia Rugii, Jaromira. Dodajmy, że bratem Eufrozyny był Władysław Odonic, którego wspieranie miało w przyszłości narazić Świętopełka na wiele przykrości.

Czas panowania Świętopełka był naznaczony wojnami. W 1223 r. jako namiestnik Leszka Białego wziął udział u jego boku w krucjacie przeciw Prusom. W tym samym czasie – wspólnie z wygnanym przez Władysława Laskonogiego z Wielkopolski Odonicem – zaczął najeżdżać nadnoteckie pogranicze. Ok. 1225 r. przyłączył do Pomorza Gdańskiego zagarniętą przez Duńczyków ziemię słupską. Pragnąc ukrócić konflikty między książętami władający dzielnicą senioralną Leszek Biały wezwał ich w 1227 r. do Gąsawy. W czasie zjazdu Władysław Odonic napadł na księcia, który w trakcie ucieczki został zabity. Dopiero w jakiś czas po śmierci Odonica (w 1239 r.), chcąc go oczyścić zaczęto o zbrodnię oskarżać Świętopełka, który wykorzystał śmierć zwierzchnika, by uniezależnić swoją dzielnicę. Zmienił swój tytuł na książę (dux, przedtem był to princeps – dosłownie naczelnik) i przeprowadził szereg zmian.

Nadał Gdańskowi prawo miejskie lubeckie

Jedną z pierwszych było nadanie Gdańskowi prawa miejskiego lubeckiego. Oryginalny dyplom się nie zachował, dokładnej daty nie znamy. O kontaktach z Lubeką świadczy jeden z pierwszych aktów prawnych, wystawiony przez Świętopełka tamtejszym kupcom między rokiem 1222 a 1224, ustalający opłaty celne od przypływających statków i przywożonych towarów. Gmina miejska na prawie lubeckim mogła wtedy już istnieć, ale bardziej prawdopodobny wydaje się rok 1227, w którym w dokumencie po raz pierwszy występuje sołtys – książęcy urzędnik do tego rodzaju spraw. Za tą datą przemawia też to, że świeżo upieczony książę potrzebował przychylności mieszczan, wśród których ważną rolę grali przybysze z coraz potężniejszej Lubeki. Najpóźniejszą możliwą datą jest rok 1263, w którym lubeczanie „ze względu na cześć, szacunek i prośbę prześwietnego J. Pana Świętopełka, księcia Pomorzan, jak również dla czci i prośby mieszczan miasta Gdańska” przysłały im zaktualizowany kodeks swojego prawa. Słowo „mieszczan” może świadczyć, że Gdańsk faktycznie miał już wtedy prawa miejskie, choć według części historyków dopiero je otrzymywał. W trwającej na ten temat dyskusji nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa.

Protekcja Stolicy Apostolskiej

Zdobywszy niezupełnie legalną drogą tytuł książęcy i osiągnąwszy niezależność swojego księstwa, Świętopełk wystarał się dla siebie w 1231 r. o ważną w oczach współczesnych protekcję Stolicy Apostolskiej. W tym też czasie po śmierci pierwszej żony ożenił się z hrabianką szweryńską Ermengardą, późniejszą matką synów Jana i szczególnie ukochanego Warcisława (II), oraz córek Salomei (imię niepewne) i Damroki (Dąbrówki?), fundatorki kościoła w Chmielnie. Z podejmowanych przez niego akcji zbrojnych należy (oprócz stale powracających zatargów z Wielkopolską) wymienić działania na terenie Prus, nieopanowanych jeszcze do końca przez sprowadzony przez Konrada Mazowieckiego Zakon Krzyżacki. Początkowo książę gdański, podobnie jak inni książęta polscy, wspierał Krzyżaków. W 1234 r. uczestniczył w wyprawie polsko-krzyżackiej na Prusy i przyczynił się do jej sukcesu odnosząc zwycięstwo w bitwie nad rzeką Dzierzgoń. Sukcesem na innym terenie było przyłączenie w roku 1236 lub 1237 (po wymarciu tamtejszej dynastii) ziemi sławieńskiej. Tuż potem, w latach 1237-1238, musiał odpierać najazd Krzyżaków i książąt meklemburskich, którzy wsparli jego młodszych braci, Sambora i Racibora, dążących do obalenia jego władzy. W sojuszu ze wspierającymi go pogańskimi Prussami o mało nie doprowadził do upadku władztwa Krzyżaków w Prusach. Kolejny najazd w latach 1242-1248 był mniej pomyślny. Z poprzednich wrogów Świętopełka ubyła Meklemburgia, ale do Krzyżaków dołączyli biskup włocławski i polscy książęta Konrad Mazowiecki, Kazimierz Kujawski, synowie Odonica Przemysł I i Bolesław Pobożny, oraz inspiratorzy całej awantury – jego właśni bracia.

1248 r. – wymuszony pokój

W czasie wojny zginął jego syn Jan, a drugi Mściwój trafił do niewoli. W wymuszonym w 1248 r. pokoju książę zgodził się na odstąpienie Krzyżakom części ziem na prawym brzegu Wisły (w zamian za Mierzeję Wiślaną) i na pozostawienie Mściwoja jako zakładnika. Działania wojenne wszczęte na nowo w 1252 r. zakończyły się w rok później na poprzednich warunkach. Zapewniwszy sobie za cenę ustępstw spokój z tej strony, książę kontynuował walkę z książętami wielkopolskim – do roku 1256, w którym przyjął okup za zdobyte Nakło. Z dawnym przeciwnikiem Kazimierzem Kujawskim zawarł sojusz, który ułatwił odparcie najazdu książąt zachodnio-pomorskiego i wielkopolskiego na Pomorze w latach 1257-1259. Decydującą rolę odegrało zwycięstwo pod Słupskiem. Odtąd, aż do śmierci miał względny spokój.

Niemałe były osiągnięcia Świętopełka w organizacji państwa. Najważniejszą z nich była reforma ustroju, obejmująca ostateczne zastąpienie zaniechanych już częściowo ponad 125 grodów plemiennych, systemem 15 grodów kasztelańskich. Każdy z nich był ośrodkiem jednostki administracyjnej zwanej kasztelanią, na której czele stał kasztelan. Rozwinięta warstwa urzędników dworskich zajmowała się sprawami wewnętrznymi. Niezwykle istotne było wspieranie handlu i żeglugi. O uregulowaniu ceł w latach 1222-1224 była już mowa. W ślad za nim, ok. 1240 r. książę uchylił zakorzenione od stuleci barbarzyńskie prawo brzegowe, oznaczające w praktyce rabunek rozbitych statków. Rozbitkowie byli odtąd objęci ochroną. Ważną nowością był wprowadzony w 1260 r. jarmark św. Dominika, ustanowiony wprawdzie przez papieża, ale z pewnością popierany przez Świętopełka.

Nie zamierzał zrywać związków z Macierzą

Wcześniejsze (1227 r.) osadzenie w kościele św. Mikołaja dominikanów, sprowadzonych z Krakowa, świadczyło, że władca Gdańska mimo wybicia się na niepodległość, nie zamierzał zrywać związków z Macierzą. Wśród świadków odnośnego dokumentu wymieniony jest „nauczyciel chłopców” (magister puerorum”), świadectwo istnienia szkoły, a także autorytetu, jakim ów zawód się cieszył. Za Świętopełka doszło także do założenia klasztoru benedyktynów w Św. Wojciechu (1236) i cystersów w Bukowie Morskim koło Darłowa (1249). Z jego inicjatywy powstało nie mniej niż 11 nowych parafii. On też przekazał Zantyr (w widłach Wisły i Nogatu) biskupowi Chrystianowi, który miał przeprowadzić misję chrystianizacji Prus.

Książę gdańsko-pomorski Świętopełk II zmarł w 1266 r. „Tu w Gdańsku umarł, w Oliwie pochowany. Równy mu się nie urodzi, podobnego Gdańsk nie ukoronuje. Gdy spadła ta gwiazda, był jedenasty stycznia.” Pochowano go obok przodków w Oliwie, dzisiejszej archikatedrze. Opis pogrzebu wymienia w Gdańsku trzy kościoły, w których wystawiano ciało, oraz bramę, za którą przyjęli je „ci z Oliwy”, by ponieść do miejsca pochówku. Liczba kościołów i brama – zapewne fortyfikacji – świadczą o rozkwicie miasta pod jego rządami. „Mąż wyróżniający się heroiczną cnotą, kwitnący dobrem kraju i jaśniejący zwycięstwami” jako pierwszy z polskich książąt zrozumiał zagrożenie ze strony Krzyżaków i prowadził z nimi wojnę, którą w końcu przegrał, ale utrzymał niezależność i integralność swojego księstwa. Za jego czasów Gdańsk uzyskał prawa miejskie i stał się jednym z ważnych portów i miast nadbałtyckich. Potomność nadała księciu przydomek: Wielki. Nieprzeciętny władca, wybitny wojownik i organizator dobrze sobie na niego zasłużył.

Andrzej Januszajtis

Januszajtis 1. Odrys pieczęci Świętopełka

Odrys pieczęci Świętopełka

Teatr to życie, życie to teatr…

URODZINY foto Dominik Werner (6)GDAŃSK. Po premierze spektaklu „Urodziny czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta”.  Na „Urodziny czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta” nie powinni przychodzić ci, którzy na Teatrze Wybrzeże się nie wychowali, nie mieli i nie mają tutaj ukochanych aktorów, reżyserów. Bohaterem przedstawienia jest teatr z artystycznego i ludzkiego punktu widzenia, wpisany w rzeczywistość społeczną i polityczną. To, co przygotowano, oscyluje pomiędzy akademią ku czci a rozprawą filozoficzną, dokumentem i plotką.

Jest to przede wszystkim wielki urodzinowy jubel, mamy bardzo wiele dobrego humoru, ale jest też okrucieństwo, agresja, bezwzględność, strach.

Jędrusik, Cybulski i inni

Spektakl autorstwa Radosława Paczochy, w reżyserii Adama Orzechowskiego, powstał w sezonie obchodów podwójnego jubileuszu Teatru Wybrzeże: 70 lecia pracy w Trójmieście i 50 lecia działalności w gmachu na Targu Węglowym. Na „Urodziny…” zapraszają plakaty w dwóch wersjach – z artystycznym wizerunkiem dwojga powojennych celebrytów: Kaliny Jędrusik i Zbigniewa Cybulskiego, którzy w powszechnej pamięci przetrwali do dziś. Jest bardzo wiele innych postaci związanych z naszym teatrem. O tym, co do dziś z ich pracy, obecności z nami pozostało w pamięci zbiorowej, zadecydowały teksty publikowane na przestrzeni lat przez upolitycznionych, wpływowych „pismaków” i socjologów, medialny szum stwarzany przez samych artystów dla poklasku i sławy, przypadek, a bywało i bywa, że i nieporozumienie. Teatr działający od 1946 roku w zmieniających się warunkach politycznych, ekonomicznych, zależny i oddziaływujący na rzeczywistość.

Jak na przestrzeni lat wyglądało życie i praca tych, którzy albo odeszli na zawsze, albo odpłynęli do innych środowisk? Opowiadają o tym aktualnie zatrudnieni w Teatrze Wybrzeże aktorzy, a czynią to z wdziękiem, talentem, energią, wykazują inteligencję sceniczną, wzruszają i tryskają humorem. Patrzymy z przyjemnością na twórczy, okrzepnięty zespół, który z pełną świadomością kontynuuje tradycje i dorobek swoich poprzedników.

Od początku tok myślenia prowadzony jest tak, że nic nie bierze się z niczego, każdy miał nauczyciela, że, jak mówi na początku Aktor Młody „Dziedzictwo jest tworzeniem kultury, tu i teraz, chociaż z uwzględnieniem przeszłości…”

Przedstawienie jest rodzajem retrospekcji zdarzeń z życia artystycznego i osobistego ludzi teatru, wejrzeniem w organizację instytucji artystycznych, wydarzeń politycznych na Wybrzeżu i w Polsce, wszystko to nawzajem się przenika, rzutuje na siebie, odbija na losach artystów i widzów. To, co działo się i dzieje w naszym środowisku podlega także mechanizmom od wieków obecnym w teatrze na świecie.

Metroseksualni marynarze pociągają za sznurki

W przedstawieniu nie ma akcji w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, jest mnóstwo: cytatów z utworów dramatycznych, literackich, prasy, fragmentów, wręcz strzępów wspomnień, przekazywanych z ust do ust anegdot, dobranych autorsko, subiektywnie. Ten konglomerat przyprawić może o zawrót głowy, ale pęd zgodny jest z rytmem codziennej pracy i życia, a zwłaszcza szalonej urodzinowej imprezy, taka jest konwencja przedstawienia. Zacytuję słowa reżysera Radosława Paczochy: (…)” Na pewno jest to też historia, którą można sobie wyobrazić inaczej, ale też historia, którą tak właśnie można sobie wyobrazić, bo jest ona przede wszystkim artystyczną ekspresją.” Tak właśnie spointować by należało spektakl przygotowany na nasze teatralne urodziny.

Aktorzy kreują po kilka postaci, zmiany wcieleń odbywają się błyskawicznie, można się chwilowo nawet trochę pogubić, wszyscy aktorzy zasługują na najwyższe uznanie. Spiritus movens dziania się na scenie jest osobliwy tercecik zniewieściałych, zgodnie z aktualną nomenklaturą metroseksualnych marynarzy, grają ich Piotr Biedroń, Marcin Miodek i Jakub Mróz. To oni – grają rewelacyjnie! – wywołują osoby, zdarzenia, pociągają za sznurki, wydają cenzury, pozwalają wejść do zabawy, albo wyrzucają uczestnika zdarzeń poza nawias istnienia. Utkwiła w pamięci zwłaszcza Marta Herman grająca Kalinę Jędrusik, podobna fizycznie do bohaterki, dysponuje równie ciepłym, uwodzicielskim, jak ona głosem, ma porównywalny wdzięk, czar. I Robert Ninkiewicz jako Andrzej Cybulski, wyrazisty i przekonujący w swoim rozmemłanym artyzmie, żądzy sławy połączonej z brakiem pewności siebie. Agata Bykowska – żywiołowa, wulkan energii zagrała Barbarę Krafftównę, w jej imieniu opowiada jak z wdziękiem wcieliła się w Chochlika w „Balladynie”. Dorota Androsz dostała rolę Wandy Stanisławskiej Lothe i zostaje wyrzucona przez mistrzów ceremonii z obchodów jubileuszowej fety i stłamszona poza granice możliwości. Katarzyna Michalska gra swojego dziadka, aktora i dyrektora teatru, Stanisława Michalskiego. Piotr Łukawski doskonale wciela się w rolę zmieniającego się na przestrzeni lat pierwszego sekretarza, który na koniec awansuje do lokalnego mafioso.

Kontener przewiązany wstążką i „Sto lat”!

Jest oczywiście galeria dyrektorów i reżyserów, pokazani są szybko, w biegu, kilka kwestii w imieniu Stanisława Hebanowskiego wypowiada znakomity aktor Marek Tynda. Była to wielką postać, pamiętamy jego charakterystyczny sposób mówienia, poruszania się, cudowną erudycję, tembr głosu, było z tego na scenie bardzo mało.

Scenografia Magdaleny Gajewskiej nie jest rozbudowana, centralnym punktem odniesienia jest opakowany czerwoną kokardą gigantyczny kontener pełniący różne funkcje. Natomiast wprowadziła artystka ciekawe kostiumy i peruki dla aktorów grających aktorów, nie wiem natomiast dlaczego dyrektorów ubrała w uniformy. Scenograf wprowadziła ogromnie wiele rekwizytów (sztuczne kwiaty, baloniki, maski, papierowe królewskie korony i in.), którymi chwilami zasypywana jest scena i sami aktorzy.

Piosenka „Sto lat” rozbrzmiewa w czasie przedstawienia nie raz, są fanfary, wiwatujące wystrzały.

Rozważania o teatrze na przestrzeni siedemdziesięciu lat w sztuce „Urodziny czyli ceremonia żałobne w czas radosnego święta” pozwalają na wyciągnięcie konkluzji: życie i teatr przenikają się nawzajem i są ulotne jak mgła. Pomimo starań i wysiłków nie zawsze osiągniemy sukces, bo jakże często w grę wchodzą „nieprzewidziane okoliczności”. Z tych samych powodów nie wiemy kiedy i dlaczego będziemy zmuszeni zejść ze sceny – życiowej, teatralnej. Najważniejsze jest działać, nadążać za pędzącym światem, dawać światu jak najwięcej siebie.

Katarzyna Korczak

Zdjęcia Dominik Werner. Materiały promocyjne Teatru Wybrzeże

URODZINY foto Dominik Werner (9) URODZINY foto Dominik Werner (8) URODZINY foto Dominik Werner (6) URODZINY foto Dominik Werner (5) URODZINY foto Dominik Werner (4) URODZINY foto Dominik Werner (3) URODZINY foto Dominik Werner (2) URODZINY foto Dominik Werner (1) Layout 1 Layout 1

*

  • URODZINY CZYLI CEREMONIE ŻAŁOBNE W CZAS RADOSNEGO ŚWIĘTAReżyseria: Adam Orzechowski
    Scenografia i reżyseria świateł: Magdalena Gajewska
    Muzyka: Marcin Mirowski
    Asystent reżysera: Michał Jaros, Wioleta Ochocka
    Inspicjent: Jerzy Kosiła

W spektaklu występują: Dorota Androsz, Agata Bykowska, Katarzyna Dałek, Marta Herman, Katarzyna Z. Michalska, Maria Mielnikow-Krawczyk, Marzena Nieczuja Urbańska, Piotr Biedroń, Piotr Chys, Jerzy Gorzko, Michał Jaros, Mirosław Krawczyk, Piotr Łukawski, Krzysztof Matuszewski. Marcin Miodek, Jakub Mróz, Robert Ninkiewicz, Jakub Nosiadek, Zbigniew Olszewski, Grzegorz Otrębski, Cezary Rybiński, Marek Tynda, Piotr Witkowski.

Premiera: 7 kwietnia 2017 roku na Dużej Scenie
Kolejne spektakle: 8, 9, 11, 12, 17, 18 kwietnia oraz 12, 13, 14 maja

Adam Orzechowski (ur. 1957) – reżyser. Absolwent Wydziału Reżyserii PWST w Krakowie. W latach 2000-2005 dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Od 2006 roku dyrektor Teatru Wybrzeże. Powołał do życia Festiwal Prapremier i przegląd Wybrzeże Sztuki. Jako dyrektor naczelny i artystyczny stoi za jednym z największych sukcesów gdańskiej sceny od lat. Reżyserował teksty klasyczne i współczesne w teatrach całej Polski, m.in. SZALEŃSTWO WE DWOJE Eugene Ionesco w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, AKTORA Bogusława Schaeffera w Teatrze Współczesnym im. Edmunda Wiercińskiego we Wrocławiu, PRZERŻNĄĆ SPRAWĘ Davida Mameta w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, NIEPOROZUMIENIE Alberta Camusa w Teatrze Polskim w Warszawie, CZAROWNICE Z SALEM Arthura Millera w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim, BOGA Woody’ego Allena w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, OŻENEK Nikołaja Gogola w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu, DZIEŃ DOBRY I DO WIDZENIA Athola Fugarda w Teatrze Polskim w Poznaniu, DZIADY Adama Mickiewicza w Lubuskim Teatrze im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze, POSKROMIENIE ZŁOŚNICY Williama Shakespeare’a w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie, I. ZNACZY INNA Andreasa Sautera i Bernharda Studlara oraz SKÓRZANĄ MASKĘ Helmuta Kraussera w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Jako etatowy reżyser (w latach 1993-1996) Teatru Wybrzeże w Gdańsku wyreżyserował tam m.in. MORALNOŚĆ PANI DULSKIEJ Gabrieli Zapolskiej i WESOŁE KUMOSZKI Z WINDSORU Williama Shakespeare’a. W ostatnim 10-leciu na gdańskiej scenie zrealizował m.in. INTYMNE LĘKI Alana Ayckbourna, FARSĘ Z WALWORTH Endy Walsha, WIELE HAŁASU O NIC Williama Shakespeare’a, OŻENEK Nikołaja Gogola, TAJEMNICZĄ IRMĘ VEP Charlesa Ludlama, PER PROCURA Neila Simona, FAZĘ DELTA Radosława Paczochy, BABĘ CHANEL Nikołaja Kolady, spektakl (G)DZIE-CI FACECI, wielokrotnie nagradzanego BRONIEWSKIEGO Radosław Paczochy (m.in. Nagroda dla najlepszego spektaklu na 21. Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi oraz drugie miejsce w plebiscycie na najlepszy spektakl Telewizyjnego Festiwalu Teatrów Polski), MURZYNA WARSZAWSKIEGO Antoniego Słonimskiego oraz PEŁNIĘ SZCZĘŚCIA Charlesa den Texa i Petera de Baana. Jego ostatnią realizacją jest spektakl TANGO ŁÓDŹ Radosława Paczochy wystawiony na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi, który otrzymał Nagrodę publiczności dla najlepszego spektaklu na 22. Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Adam Orzechowski jest laureatem wielu nagród i wyróżnień m.in. prestiżowego odznaczenia Srebrny Medal Zasłużony kulturze Gloria Artis, nagrody Gazety Wyborczej POMORSKI SZTORM w kategorii CZŁOWIEK ROKU, Honorowej Nagrody Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki, Nagrody Teatralnej Miasta Gdańska oraz Nagrody Teatralnej Marszałka Województwa Pomorskiego.

Radosław Paczocha (ur. 1977) – dramatopisarz, scenarzysta i dramaturg. Jest absolwentem polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Autor sztuk: ZAPACH CZEKOLADY, PRZYJACIEL, BAR BABYLON, BENIAMIN, REWOLUCJA ZWIERZĄT, UWODZICIEL, WIZYTA, FAZA DELTA, BRONIEWSKI, BYĆ JAK KAZIMIERZ DEYNA. Jego sztuki tłumaczone były na języki: angielski, niemiecki, czeski, gruziński oraz rosyjski. URODZINY… to jego czwarta realizacja w Teatrze Wybrzeże, w którym pracuje jako dramaturg od sezonu 2016/2017.

Magdalena Gajewska (ur. 1973) – scenograf. Absolwentka wydziału Architektury Wnętrz i Wzornictwa Przemysłowego poznańskiej ASP oraz Wydziału Scenografii ASP w Krakowie. Pracowała m.in. w Teatrze Powszechnym w Łodzi, Teatrze Polskim w Bydgoszczy, Teatrze Polskim we Wrocławiu oraz w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Od 2006 roku scenograf Teatru Wybrzeże. Laureatka nagrody im. Teresy Roszkowskiej przyznawanej przez Polski Ośrodek Międzynarodowego Instytutu ITI. Jest autorką scenografii m.in. do FARSY Z WALWORTH Endy Walsha, BABY CHANEL Nikołaja Kolady, BRONIEWSKIEGO Radosława Paczochy w reżyserii Adama Orzechowskiego oraz do ARABELI Maliny Prześlugi w reżyserii Pawła Aignera.

Muzeum Drugiej Wojny Światowej – placówka najwyższej światowej rangi

muzeum 1. Gmach Muzeum na Wiadrowni kadr

Gmach Muzeum na Wiadrowni. Fot. A. Januszajtis

GDAŃSK. Wystawa, którą każdy powinien zobaczyć. Mam na myśli wystawę w Muzeum Drugiej Wojny Światowej, naszym najnowszym, nazwanym przez kogoś nową gdańską katedrą. Tak górnolotnie bym go nie określił, ale niewątpliwie otrzymaliśmy placówkę najwyższej światowej rangi, chlubę Gdańska i Polski.

Dla ponad czterystu osób, które jako pierwsze przekroczyły próg Muzeum Drugiej Wojny Światowej, przygotowana prezentacja okazała się prawdziwym wydarzeniem.

400 gablot, a w nich przeszło 2500 eksponatów

Opracowana przez zespół pod kierunkiem dyrektora Pawła Machcewicza, przy współudziale specjalistów z tej tematyki, najwybitniejszych jakich można było znaleźć w Polsce i świecie, jest tak bogata, że brak słów, by szczegółowo ją opisać. Na powierzchni ok. 5 tys. metrów kwadratowych (pół hektara!) ustawiono 400 gablot, w których zgromadzono przeszło 2500 eksponatów. Na 250 stanowiskach multimedialnych można obejrzeć materiały filmowe trwające 4 godziny. Towarzyszące teksty liczą ponad tysiąc stron. Gdybyśmy chcieli każdemu eksponatowi poświęcić minutę uwagi (to minimum!), to pełne zwiedzenie wystawy zajęłoby nam 41 godzin, czyli 5 dni – licząc po osiem godzin dziennie, co oczywiście przekracza przeciętne ludzkie możliwości. Można tu będzie prowadzić cotygodniowe wycieczki, np. dwugodzinne, za każdym razem z innym programem, przez cały rok szkolny czy akademicki! To prawdziwa encyklopedia wiedzy nie tylko o wojnie, ale o tym, co do niej doprowadziło. Pokazuje przede wszystkim, jak rodziło się zło, jak doszło do nienawiści i wynikających z niej zbrodni, najstraszniejszych i najbardziej masowych w dotychczasowej historii ludzkości. Jest jednym wielkim ostrzeżeniem: uważajcie, bo i wam może się to przytrafić! Czyńcie wszystko, co możliwe, żeby się to nigdy nie powtórzyło!

Walka Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością

Przesłanie wystawy i w ogóle całego gmachu Muzeum jest klarowne i przekonujące – to walka Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością, pełnego słońca świata zewnętrznego z mrokiem podziemi, w których ją umieszczono. Wstrząśnięci mrocznymi obrazami w bocznych zakamarkach możemy w każdej chwili wyjść na główną oś komunikacyjną, biegnącą po linii jednej z dawnych ulic historycznej Wiadrowni (ulicy Wielkiej), częściowo nawet wybrukowanej dawnym brukiem. Wysoka przestrzeń między pochyłymi ścianami, oświetlona od góry naturalnym światłem dnia, pozwala nam wrócić do teraźniejszości i uświadomić sobie, że żyjemy w całkiem innych czasach.

Dla mnie wystawa jest swojego rodzaju powrotem w przeszłość – na początek w czas mojego dzieciństwa. Oto np. przedwojenna ulica, prawie naturalnych rozmiarów, sklepy, wystawy, pełne autentycznych przedmiotów z tamtej epoki, wśród nich gablota z gazetami. Przeglądam tytuły i widzę „KURJER PORANNY”, tak właśnie pisany, nawet po przeprowadzonej w 1936 r. zmianie pisowni. Wracają wspomnienia z Lublina. Widzę gabinet dziadka Michała, który drzemie w fotelu, z ulubioną gazetą na kolanach. Pięcioletni brzdąc, któremu ojciec niedawno pokazał duże drukowane litery, podchodzi do śpiącego, wpatruje się w tytuł gazety, sylabizuje K-U-R-J-E-R P-O-R-A-N-N-Y i po raz pierwszy litery składają mu się w słowa! To dawne olśnienie przeżyłem dzięki wystawie po raz drugi!

Do dziś cierpnie mi skóra

Ulica pojawia się w następnym pomieszczeniu, dramatycznie zniszczona, z sowieckim czołgiem królującym na kupie gruzów. Ileż ja takich obrazów widziałem! Kolejne wspomnienie: ten sam Lublin, w czasie wojny, zbombardowana kamienica na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Kapucyńskiej. Dwaj chłopcy chodzą po gruzach. Jeden z nich (mój towarzysz) znalazł jakiś niewielki pocisk i zamierza się, by rzucić w moim kierunku. Wołam: nie rób tego!, ale on rzuca. Pocisk przelatuje przez dziurę w murze, uderza w coś i wybucha – za chroniącą nas ścianą! Nietrudno zgadnąć, że po chwili już nas tam nie było.

Inny obrazek: idziemy w trójkę w zimowy wieczór przez zaciemnione miasto, przyświecając sobie latarką, z której byłem dumny. Miała świetny reflektorek, rzucający po odpowiednim podregulowaniu prawie punktowe światło. Pokazuję to na ślepej ścianie mijanego budynku i oto, jak spod ziemi, wyrasta niemiecki żandarm z jakimś cywilem. Za naruszenie wojennego zaciemnienia można było nawet zostać rozstrzelanym, więc jesteśmy przygotowani na najgorsze. Cywil mówi (po polsku): Daj tę latarkę! Oglądają, świecą, próbują, na koniec żandarm daje mi w zamian swoją, o wiele gorszą. Wracam z kolegami do domu, uboższy ale szczęśliwy, bo żyję! Czy takie przeżycia, strach który nam codziennie towarzyszył, dadzą się oddać wystawą? Nad tą zrujnowaną ulicą można by na przykład wyświetlać nadlatujący samolot, taki, jakie widziałem podczas wędrówki z rodzicami we wrześniu w 1939 r. Na pomruk wysoko lecącego samolotu śmigłowego do dziś cierpnie mi skóra.

Ze ściśniętym gardłem

Albo wyobraźmy sobie taką możliwość: zwiedzając wystawę znajdujemy się w mieszkaniu warszawskim podczas wojny. Nagle słychać syreny, to alarm! Pracownicy prowadzą nas po schodach do odtworzonego schronu w piwnicy. Słychać wybuchy, wszystko się trzęsie, potem nastaje cisza. Syreny odwołują alarm. Wracamy do pokoju, ale tego drugiego, pokazującego stan po bombardowaniu. Wiem, że to trochę pachnie Disneylandem, ale pozwalałoby jeszcze mocniej odczuć grozę wojny.

W sali poświęconej tragedii katyńskiej najbardziej wstrząsające są autentyczne guziki pomordowanych i napis: „zostały tylko guziki”. W innej sali oglądamy rysunki dzieci, którym nauczycielka tuż po wojnie kazała narysować co pamiętają z tamtych czasów. Patrzę na narysowaną przez dziecko szubienicę i stają mi w pamięci kartki z zapiskami rosyjskiej dziewczynki, Tani Sawiczewej, z czasu strasznego głodu podczas oblężenia ówczesnego Leningradu. Odnotowała po kolei śmierć babci, siostry, brata, dwóch wujków i mamy, a na ostatniej kartce napisała: „Wszyscy Sawiczewy umarli, została tylko Tania.” Czyta się to ze ściśniętym gardłem. Niedługo potem śmierć zabrała i ją.

W wymiarze uniwersalnym

Największą zaletą wystawy jest właśnie pokazanie okropności wojny w wymiarze uniwersalnym, potworności, które dotykają wszystkich. Czy rany Niemca, Rosjanina, Japończyka mniej bolą niż polskie? U jednego z moich wojennych kolegów zakwaterowano niemieckiego oficera z żoną i 10-letnim synem, jego rówieśnikiem. Obaj przypadli sobie do gustu. Po roku oficera przeniesiono do Hamburga. Stamtąd niemiecki chłopiec przysyłał polskiemu pocztówki ze zdjęciami sprzed wojny, zaznaczając na nich krzyżykami domy, których już nie było, bo zniszczyły je alianckie bomby. Te krzyżyki radowały nasze serca, bo dawały pewność, że hitlerowskie Niemcy muszą w końcu przegrać, że wojna się skończy. Ale alianckie bomby, jak każde inne musiały powodować cierpienie i śmierć wielu ludzi, także niewinnych. W czasie wojny zabijanie staje się koniecznością i właśnie dlatego wojny są tak straszne. Jako harcerz Szarych Szeregów byłem jeszcze za młody, by uczestniczyć w walce zbrojnej, ale przygotowywano nas do zabijania, co wówczas uważaliśmy za rzecz oczywistą. Ale wojna się skończyła, od ponad 70 lat mamy pokój i dalsze hodowanie w sobie nienawiści nieuchronnie doprowadziłoby do destrukcji, w pierwszym rzędzie nas samych!

Wystawa jest wielkim osiągnięciem. Nie wolno jej likwidować, można co najwyżej ją uzupełnić. Powinna to robić ta sama ekipa, która w tak znakomity sposób zrealizowała to niezwykłe dzieło. Ludzi dobrej roboty należy nagradzać, a nie pozbawiać możliwości kontynuacji działania! Osobiście dodałbym stoiska poświęcone powojennej pracy nad odwracaniem skutków wojny: odbudowie zabytków, staraniom o zwrot dzieł sztuki zabranych z miejsc, gdzie się od wieków znajdowały i – co niezwykle ważne – skutecznym działaniom na rzecz pojednania i przyjaźni między narodami. Tylko to może zapobiec nowym wojnom.

Andrzej Januszajtis

muzeum 2. Główna oś komunikacyjna

Oś komunikacyjna. Fot. Andrzej Januszajtis

muzeum 3, Sowiecki czołg na gruzach

Czołg na gruzach. Fot. Andrzej Januszajtis

muzeum 4. Zostały tylko guziki sm

Zostały tylko guziki… Fot. Andrzej Januszajtis 

 

Odrodzenie Wisły – powrotem potęgi Gdańska

Gloskiewicz 4. Przyczółek promu rowerowego w- Amsterdamie fot. GVBGDAŃSK. Geneza powstania portu. Od zarania dziejów działalność gospodarcza człowieka zawsze oparta była o handel i wymianę dóbr miedzy wieloma narodami. By tego dokonać rasa ludzka przysposobiła sobie żeglugę i transport morski jako główną metodę przesyłu towarów między odległymi miejscami.

Tak jak przed wiekami tak i obecnie obieg produktów światowej gospodarki opiera się w dalszym ciągu głównie za pomocą transportu wodnego.

Statki i porty morskie

Nieodłącznymi elementami transportu wodnego zawsze były statki i porty morskie. Statki jako środki komunikacji i transportu – by móc właściwie pobrać towary oraz bezpiecznie wyładować ludzi – niemal zawsze potrzebują do tego celu specjalnych nabrzeży. Nabrzeża od wieków lokowano w dogodnych i bezpiecznych dla statków miejscach. Z punktu widzenia warunków hydro – meteorologicznych najlepiej nadawały się do tego wolne od podwodnych skał i mielizn za to osłonięte od otwartego morza – zatoki. Na tych wodach zatok panują zwykle spokojniejsze wiatry, a prądy morskie są ograniczane przez piaszczyste mierzeje. Drugim ważnym czynnikiem było właściwe skomunikowanie nabrzeży z zapleczem lądowym. Miejsca postoju i przeładunku statków powinny być dobrze połączone drogami lądowymi czy rzekami i promami tak, by możliwe było szybkie i skuteczne dowożenie towarów w celu wymiany handlowej.

Istnienie ograniczonej liczby naturalnych miejsc bezpiecznego postoju statków z reguły determinowało powstawanie coraz większej liczby przystani w pobliżu lokacji pierwszego nabrzeża. Duża koncentracja nabrzeży prowadziła z reguły do połączenia poszczególnych przystani budując dzisiejsze porty. Na przestrzeni wieków liczebność budowanych nabrzeży wzrastała wraz ze zwiększeniem przeładunków. Wzrost przeładunków zależał od zasobów naturalnych i atrakcyjności danego regionu w produkty lokalnego rzemiosła, a potem przemysłu. Handel zamorski kwitł tam gdzie zamieszkiwała ludność zdolna wytworzyć dobra atrakcyjne dla innej społeczności i zdolna je przetransportować za pomocą statków i swych przystani. Równolegle z budową nabrzeży powstawały osady i grody a ciągłe rozbudowy dały początek wielu współczesnym miejskim aglomeracją portowym porozrzucanym nad rzekami. Sprawną komunikację wewnętrzną od zawsze w takich miastach pełniły promy.

Powstania portu i miasta – historią narodzin Gdańska

Czytając do tego momentu artykuł nie sposób nie odnieść wrażenia, że ów sposób powstania portu i miasta portowego opisuje historię narodzin Gdańska. Jest to prawidłowe odczucie. Gdańsk podobnie jak wiele innych miast Hanzeatyckich przyczynę swojego dużego rozwoju od średniowiecza po czasy nam współczesne bierze właśnie ze znakomitego położenia geograficznego. Jako port usytuowany jest nad Zatoką Gdańską, której głębokie wody osłonięte Półwyspem Helskim zapewniają bezpieczne kotwiczenie statków oczekujących na wpłyniecie do portu. Wody zatoki i portu pozbawione są dokuczliwych prądów i pływów. W okresie zimowym zatoka i kanały portowe są zwykle wolne od grubego zalodzenia utrudniającego żeglugę jak to jest w krajach skandynawskich czy Rosji. Gdańsk od początku swojego istnienia swoja siłę czerpał z połączenia handlu morskiego oraz rzecznego. Jako miasto położone nad Wisłą był znakomicie skomunikowany z głębią kraju i regionu. Do miasta spławiano tratwami, szkutami a później barkami: zborze, drewno, smołę, Wajda, czy sól. W górę rzeki zabierano tkaniny, egzotyczne owoce i rudy metali. Do nadrzecznych osad ludzie docierali promami. Mimo iż obecnie królowa polskich rzek pełni marginalne znaczenie w komunikacji portu w Gdańsku z głębią kraju to jej uśpiony potencjał jest ogromny i warty ponownego wskrzeszenia. Niezależnie od obecnego stanu Wisły położenie Gdańska nad rzeką i jej korzystny wpływ (przed wiekami) na rozkwit gospodarki regionu Pomorza to niepodważalny fakt. Podobne przykłady znaleźć można z powodzeniem w innych miastach portowych Europy zachodniej. Najdobitniejszymi przykładami są miasta niemieckie czy holenderskie. Hamburg, Brema, Amsterdam czy Rotterdam to miasta siostrzane naszego Gdańska. Znaczne rozmiary ich portów oraz tkanki miejskiej tłumaczy fakt, że do dnia dzisiejszego korzystają one z drożnych rzek i kanałów śródlądowych, którymi transportuje się dziesiątki milionów ton towarów. Rozbudowane systemy wodne w takich miastach wymagają funkcjonowania wielu przepraw promowych. Wystarczy odwiedzić te wielkie porty rzeczno – morskie by móc sobie wyobrazić jak wyglądał by Gdańsk gdyby zachowano żeglowność Wisły. Aktualnie prowadzone są liczne prace projektowe, których celem jest udrożnienie rzeki tak, by przywrócić jej wymagane standardy żeglugowe i by mogły z niej korzystać duże barki i statki rzeczno – morskie. Czy tak się stanie czas pokaże ale strategia ożywienia śródlądowych dróg wodnych w Polsce i połączenia portów morskich z przemysłem w głębi kraju to najlepsza metoda rozwoju Gdańska do poziomu wspomnianych miast w Holandii czy Niemiec.

Złożone miasto portowe

Doskonała lokalizacja oraz połączenie transportu rzeczno – morskiego to wspólne cechy łączące Gdańsk z dużymi portami znad Morza Północnego. Prócz tego historycznego faktu Gdańsk – podobnie jak większe porty na zachodzie – posiada historyczną cechę „Złożonego Miasta Portowego”. W czasach, gdy gród nad Motławą posiadał zadbane połączenia rzeczne, tempo jego rozwoju dorównywało miastom zachodnim. Podobnie jak na zachodzie tak i stary port nad Motławą stawał się zbyt ciasny w stosunku do liczby korzystających z niego statków i ładunków, które trzeba było obsłużyć. By miasto portowe mogło się dalej dynamicznie rozwijać wytyczano coraz większe tereny przeładunkowe poza głównymi bastionami obronnymi miasta. Port nad Motławą stopniowo rozbudowywano o kolejne nabrzeża nad Wisłą w rejonie Polskiego Haku, Młynisk, Wisłoujścia, a z czasem aż do Westerplatte i Nowego Portu.

Budowano nowe baseny przeładunkowe i kanały – miedzy innymi przekopano „Łachę Bosmańską”, która dała początek Kanałowi Kaszubskiemu i dzisiejszej wyspie Ostrów, na której znajdują się liczne stocznie i nabrzeża przeładunku zbóż. Szybki rozwój portu w przeciągu dwóch wieków doprowadził do wzrostu znaczeń kilku osad w ostatnim odcinku ujścia Wisły. Osada jak Stogi, Przeróbka, Wisłoujście, Nowy Port, Płonia czy Sobieszewo stały się w XVIII, XIX i XX wieku częścią administracyjną miasta i portu. W obrębie tych dzielnic zbudowano szereg zakładów przemysłowych i składów towarowych. Na Polskim Haku powstały stocznie Klawittera. W rejonie dzisiejszej Przeróbki wybudowano zakłady kolejowe (dzisiejsze „ZNTK”) i bocznice kolei portowej. Rejon Wisłoujścia to elewatory zbożowe, składy cukru oraz browar Fishera. Na wschodniej stronie nieopodal Twierdzy Wisłoujście zbudowano Basen Górniczy do przeładunków węgla i rudy. Oczywiście są to tylko przykłady, wymieniać wszystkich nie sposób.

Promy portowe usprawniały pracę portu

Wszystkie te ośrodki produkcyjne (ulokowane po różnych stronach brzegów rzeki) spowodowały głębokie zmiany w tkance miasta i portu. Nowe zakłady przemysłowe potrzebowały dużej siły roboczej. Liczni pracownicy by się dostać do swych zakładów korzystali z usług lokalnych przewoźników promowych. Do fabryk położonych po obu stronach rzeki dowożono koleją surowce i części potrzebne do produkcji. By tak się stało powstały przeprawy promów kolejowych jak np.: na Przeróbce. Cześć nowych pracowników uzyskała nowe mieszkania w pobliżu zakładów portowych zwiększając tym samym liczbę mieszkańców dawniej małych osad. Rozbudowa portu zarówno w okresie międzywojennym jak i powojennym wymagała pracy coraz liczniejszej rzeszy specjalistów i robotników. Najkrótszy czas ich dowozu do zakładów gwarantował rozbudowany system przepraw promowych. Mijały lata rozbudowywano nowe terminale i rosły także osiedla okalające port z obu stron. Wszystkie te zjawiska generowały duży przepływ ludzi i pojazdów kołowych korzystających z promów. Dodatkowy ruch wewnątrz portowy w okresie letnim gwarantował ruch turystyki rowerowej i pieszej. Niezależnie od pory roku z przepraw promowych korzystały instytucje kontroli i nadzoru nad bezpieczeństwem portu jak: straż graniczna, portowa, straż pożarna czy portowe placówki ochrony zdrowia.

Kres Przeprawy promowej NR 1

Natężenie ruchu kołowego, zwłaszcza po oddaniu do użytku Głębokowodnego Terminala Przeładunkowego „DCT” w Porcie Północnym, doprowadziło do konieczności rozwiązania przepływu pojazdów ciężarowych w obrębie portu. Dotychczasowa przepraw promowa w Wisłoujściu była niewystarczająca, a przejazd tirów mostami naokoło przez centrum miasta groził paraliżem komunikacyjnym. W takiej sytuacji podjęto decyzję o budowie tunelu pod Martwą Wisłą. Drążenie zapoczątkowane w 2013 roku zakończyło się w 2016 roku otwarciem ruchu samochodowego. Inwestycja z punktu widzenia rozwoju portu stanowi znaczący krok w jego dalszym rozwoju. Swobodny przepływ samochodów po obu stronach kanału portowego stanowi dogodny transport pracowników i ładunków w obrębie terminali.

To, co jest dobre dla firm i zakładów, może mieć również negatywny wpływ dla funkcjonowania portu i lokalnych społeczności. Wraz z otwarciem tunelu włodarze miasta podjęli decyzję o likwidacji połączenia promowego w Wisłoujściu. Po blisko 44,letniej służbie prom nr:2 „Wisłoujście” oddany został na złom. Ponieważ tunel pod kanałem przeznaczony jest wyłącznie do użytku kołowego miasto zakupiło kilka autobusów przystosowanych do przewozu kilku rowerów. Wkrótce okazało się, że rozwiązanie tego typu jest niewystarczające. Ruch turystyczny korzystający z dawnej przeprawy promowej był znacznie większy, a przewóz rowerów busami tylko utrudniał i wydłużał okres oczekiwania na przeprawę przez tunel. Wśród mieszkańców okolicy dawnej przeprawy promowej narasta niezadowolenie z powodu likwidacji połączenia promowego, gdyż niemożliwe jest dotarcie pieszo do Twierdzy Wisłoujście. Dyrekcja Muzeum Historycznego Miasta Gdańska również przyznaje, że wraz z likwidacją promu, zanotowano znaczny spadek turystów odwiedzających obiekt. Wobec tych problemów magistrat rozważa powołanie małego promu pasażersko,- rowerowego, który byłby uruchamiany na czas sezonu letniego.

Zdaniem specjalistów reaktywacja połączenia promowego w obrębie portu jest wskazana. Przeprawa powinna być czynna całorocznie. Przesłanek do funkcjonowania promu w miejscu pierwotnego użytkowania starego jest wiele. Nadrzędnym jest wola komunikacji mieszkańców Nowego Portu chcących korzystać z przeprawy w kierunku Wisłoujścia, Westerplatte i Stogów. Prócz mieszkańców z przeprawy korzystali liczni pracownicy dojeżdżający rowerami do swoich zakładów pracy. Osoby nie posiadające samochodów nie powinny być dyskryminowane, tunel wybudowano przecież także z podatków osób niezmotoryzowanych. Zmuszanie do korzystania z przejazdu autobusowego pod tunelem również generuje koszty z powodu eksploatacji busów – porównywalne z kosztami funkcjonowania dawnego promu. Prom stanowił osobliwą atrakcję turystyczną przyciągającą sporą rzeszę odwiedzających muzea w Wisłoujściu i na Westerplatte.

Prócz wartości komunikacyjnych dla lokalnych mieszkańców jak i turystów połączenie promowe ma też wysoki wymiar bezpieczeństwa dla portu. Tunel, z punktu widzenia zagrożenia terrorystycznego, stanowi dość trudny do obrony obiekt. Mimo monitoringu kamer i czujników wjazd samochodu wypełnionego materiałami wybuchowymi i jego detonacja są możliwe. W przypadku zajścia takiego aktu dotarcie do ludzi uwięzionych po drugiej stronie kanału będzie utrudnione. Wszelkie awarie i wypadki wewnątrz tunelu zamykają możliwość korzystania z obiektu. Na czas awarii pracownicy terminali oraz okoliczni mieszkańcy mieli by możliwość korzystania z alternatywy w postaci promu.

Pozytywny przykład u sąsiadów

Omawiane powyżej siostrzane porty Gdańska, cechujące się również znacznym rozmieszczeniem swych obszarów portowych także na przestrzeni wieków, posiadały rozbudowany system promowy. Mimo iż każdy z portów: Hamburg, Amsterdam czy Rotterdam posiada połączenia tunelowe w obrębie portu, to pozostawiono również połączenia promowe. Wszystkie wymienione przez nas powody utrzymania funkcjonowania promów zostały podtrzymane w decyzjach administracji tych portowych miast.

Koncepcja promu kompaktowego

Konieczność odtworzenia przeprawy promowej jest doskonałą okazją do powstania miejskiej strategii komunikacji wodnej w obrębie portu gdańskiego, jak i wód jego okalających. Zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, rośnie potrzeba korzystania z całorocznych usług tramwajów wodnych, jak i przepraw promowych. Nic nie stoi na przeszkodzie by opracować projekt statku, który swą konstrukcją, napędem, jak i wyposażeniem, pełnić będzie mógł rolę promu, jak i statku – tramwaju wodnego w zależności od bieżących potrzeb. Poprzedni prom o nazwie „Wisłoujście” był pasażersko-samochodowy, dwustronny, przelotowy, długości 39 m, szerokości 8,3 m i zanurzeniu 2,17 m. Miał nośność 106 t, dopuszczalna liczbę pasażerów wynosiła 60 osób. Prom był napędzany przez dwa silniki typu ZM PZL Wola o mocy 228KM każdy.

Według koncepcji promu wielozadaniowego nowy statek miałby długość 27 m, szerokości 9 m i zanurzeniu 1,8 m. Statek miał by postać promu przelotowego, jednak kompaktowa konstrukcja zamykanych w nadbudówce drzwi i wrót umożliwiała by adaptacjeę promu na statek pasażerski – tramwaj wodny. Konstrukcja jednostki posiadać będzie składane miejsca siedzące w obrębie zamykanej sekcji nadbudówki oraz toalety. Burty w obrębie zamkniętej nadbudówki wyposażone będą w wiele przeszkleń, co dawać będzie wrażenie przestronności i lekkości konstrukcji. Statek zdolny będzie do jednorazowego przewozu 90 osób. Obsługę statku pełnić będzie trzy osobowa załoga. Prom wyposażony będzie w tratwy pneumatyczne wraz z tzw. MES – morskim systemem ewakuacyjnym mogącym w szybki i bezpieczny sposób obsłużyć wszystkich podróżujących. Statek posiadać będzie pędniki azymutalne -każdy napędzany silnikiem spalinowo elektrycznym o mocy 300KM. Warto zaznaczyć, iż dla lepszej zdolności manewrowej statek wyposażony zostanie w denne pędniki strumieniowe typu Gil Jet. W celu ochrony środowiska generatory statku przystosowane będą do spalania etanolu i bio –diesla. Prócz ramp dziobowej i rufowej umożliwiającej korzystanie statku z przyczółków promowych, jednostka będzie mogła, cumując burtą do nabrzeża, zabierać pasażerów tak, jak statek wycieczkowy. Prom kompaktowy przeznaczony będzie do obsługi pasażerów i dużej liczby rowerów. W szczególnych wypadkach będzie zdolny do przewozu dwóch pojazdów typu karetka pogotowia. Zarówno wymiary, kształt promu, jak i możliwości manewrowe zapewniają jednostce pełnienie roli zarówno promu jak i statku spacerowego białej floty na wodach Motławy, portu handlowego jak i komunikacji Gdańska z sopockim molem.

Należy życzyć włodarzom miasta, wszystkim decydentom odpowiedzialnym za wskrzeszenie przeprawy promowej w Wisłoujściu otwartego i światłego przemyślenia sprawy budowy serii pasażerskich statków wielozadaniowych. Małe wielozadaniowe statki pasażerskie, działające także w formie promów, umożliwią efektywne wykorzystanie ich w całorocznej żegludze miejskiej. Przykładów podobnego spojrzenia na wielozadaniowy prom miejski jest wiele, choćby w Amsterdamie, gdzie piękne i nowoczesne sylwetki małych promów przewożą tysiące osób do pracy i na wypoczynek w mieście.

Życzenia Wielkanocne

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę Państwu dużo zdrowia, spokoju w gronie rodziny oraz radości i pokoju, jakie niesie ze sobą obcowanie z wodą. Niechaj nowy miejski prom łączący oba brzegi rzeki będzie symbolem zgody i pojednania wszystkich mieszkańców niezależnie od zapatrywań politycznych – wszak wszyscy jesteśmy jedną Gdańską rodziną. Radosnego Aleluja!

Mgr inż. Marcin Głośkiewicz

Gloskiewicz 4. Przyczółek promu rowerowego w- Amsterdamie fot. GVB

Przyczółek promu rowerowego w Amsterdamie fot. GVB

Gloskiewicz 5. Prom rowerowy GVB w Amsterdamie podczas rejsu

Prom rowerowy GVB w Amsterdamie podczas rejsu

Gloskiewicz 1. Stary prom „Wisłoujście” fot.- M. Głośkiewicz

Stary prom „Wisłoujście”. Fot. M. Głośkiewicz

Gloskiewicz 6. Projekt promu- tramwaju wodneg-o widok od rufy projekt M. Głośk-iewicz

Projekt promu tramwaju wodnego widok od rufy projekt M. Głośkiewicz

Gloskiewicz 3. Projekt nowego promu widok od- burty fot. M. Głośkiewicz

Projekt nowego promu widok od burty. Fot. M. Głośkiewicz

Gloskiewicz 2. Koncepcja promu kompaktowego -projekt M. Głośkiewicz

Koncepcja promu kompaktowego projekt M. Głośkiewicz

 

Po premierze „Kasieńki” w Miejskim Teatrze Miniatura

tm_kasia_genNET 12

Fot. Piotr Pędziszewski/Teatr Miniatura

Smutne, prawdziwe, krzepiące, piękne.

„Kasieńka” na podstawie powieści Irlandki Sarah Crossan, w reżyserii i inscenizacji Anny Wieczur – Bluszcz, to realizacja wyjątkowa. Na efekt składa się przejmujący, aktualny, osadzony w realiach dnia dzisiejszego tekst oraz nowoczesna, komunikatywna forma przekazu usytuowana na pograniczu teatru i filmu.

Premiera odbyła się w niedzielę, 26 marca 2017 roku w Miejskim Teatrze Miniatura.

Zagubienie, zatracenie więzi rodzinnych

Dzieci, młodzież i dorośli siedzieli na wypełnionej do ostatniego miejsca widowni jak zahipnotyzowani. Przedstawienie, grane bez przerwy, wciąga bez reszty, frapuje, nakłania do refleksji, wzrusza, ale i daje nadzieję. Tekst pisany w pierwszej osobie nie pozwala wątpić, że powstał pod wpływem bolesnych przeżyć autorki, że problemy tytułowej bohaterki bliskie są jej własnym. Tak jest w istocie, jak zwierzała się przed premierą Sarah Crossan, Irlandka, jako młoda dziewczyna przeprowadziła się do Anglii, gdzie doświadczyła braku akceptacji, prześladowań za to, że była nie stąd, inna, mówiła z obcym akcentem, stykała się z rasizmem, miały miejsce na jej oczach ataki terrorystyczne.  Przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych i tam  ją zaakceptowano. Pierwowzorem Kasieńki jest dziewczyna jej brata, która w Anglii doznała upokorzeń z powodu narodowości.

Kasieńka opowiada nam swoje losy szczerze, mamy wrażenie, że siedzimy z nią w kawiarni, czy przy ognisku, jesteśmy po jej stronie, oburzamy się, że otaczający ją młodzi ludzie potrafią być tak okrutni, agresywni, bezwzględni, że nie akceptują jej w grupie. Ale, niestety, wszystkie te zjawiska są zaczerpnięte ze środowiska, w którym imigranci stykają się z miejscowymi, są prawdziwe.

Młoda bohaterka wraz z mamą wyjeżdża do Coventry w Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu ojca, który  ich opuścił. Czy to Kasieńka, czy jej mama jest bardziej bezradna wobec losu? Mama – śpiewaczka z zamiłowania, czy z zawodu,  nie wiadomo – pracuje jako salowa w szpitalu, gdzie doznaje upokorzeń, nie zna języka, więc nie pozwalają jej się nawet odzywać. Są chwile, że dziewczynka podtrzymuje na duchu zagubioną, zrozpaczoną mamę, nie znajduje oparcia, a nieraz i akceptacji w rodzicielce. Przyjazną dłoń wyciąga ku mamie i córce Kanoro, czarnoskóry, też zatrudniony jako pomoc w szpitalu, lekarz starającego się o nostryfikację dyplomu.

Lekcja tolerancji

Ociec Kasieńki założył nową rodzinę i nie potrafi odnaleźć się w sytuacji, kiedy odwiedza go pierworodna córka, to raczej jego żona jest ludzka i wykazuje wobec niej macierzyńskie instynkty, proponuje, żeby dziewczynka zamieszkała z nimi, ale ona nie chce i nie zostawia mamy. Łącznikiem między członkami rodziny jest babcia, która chce pogodzić zwaśnionych i stworzyć bezpieczeństwo. Jak na dłoni odbicie znajdują w spektaklu zjawiska życia społecznego XXI wieku – zatracające się więzi w rodzinie, pogoń za pieniądzem, zagubienie, chęć za wszelką cenę przeżycia nowego, czy lepszego? Krzepiące i pozytywne w opowieści jest to, że nastolatka na obcym gruncie, pomimo kłopotów, przykrości, trudny okres dojrzewania przeżywa zwycięsko, udaje się jej obronić własną godność, znajduje rówieśników, którzy ją nie tylko akceptują, ale i podziwiają z uwagi na zdolności matematyczne i doskonale wyniki w sekcji pływackiej, przeżywa pierwszą miłość, chwile szczęścia, dostrzega piękno. Spektakl uwrażliwia na problemy ludzi słabszych, odtrąconych, innych, jest lekcją tolerancji.

Specyficznie i ciekawie zrealizowane jest przedstawienie. Na dużym ekranie widzimy rysunki i animacje, w których występują – nie wypowiadając ani słowa – aktorzy, niczym w teatrze cieni, liczy się poza, gest. Przez cały czas słyszymy tylko kwestię głównej bohaterki, rolę czyta Anna Andruszkiewicz, która wygrała kasting. Kasieńkę gra Edyta Janusz-Ehrlich. Piotr Kłudka wciela się w rolę Williama, sympatii Kasieńki. W rolę sympatycznego czarnoskórego Kanoro, wciela się Jacek Majok. Agresywną, zawistną koleżankę ze szkoły, Clair, gra Jolanta Darewicz. Występują również  Agnieszka Grzegorzewska,  Jadwiga Sankowska, Joanna Tomasik.

Katarzyna Korczak
 
* * *

Kasieńka

  • na podstawie książki Sarah Crossan (tytuł oryginalny: „The Weight of Water”)
  • tłumaczenie: Katarzyna Domańska (Wydawnictwo Dwie Siostry)
  • adaptacja, reżyseria i inscenizacja: Anna Wieczur-Bluszcz
  • scenografia: Ewa Gdowiok
  • współpraca przy koncepcji wizualnej oraz animacje filmowe: Esy Floresy (Urszula Morga, Bartosz Mikołajczyk)
  • muzyka: Łukasz Matuszyk
  • asystenci ds. scenografii: Kinga Patoka, Piotr Jurek
  • udźwiękowienie: Agata Chodyra
  • koncepcja i realizacja techniczna, światło: Maciej Motowidło
  • obsada: Jolanta Darewicz, Agnieszka Grzegorzewska, Edyta Janusz-Ehrlich, Piotr Kłudka, Jacek Majok, Jadwiga Sankowska, Joanna Tomasik
  • głos Kasieńki: Anna Andruszkiewicz

Premiera: 26 marca 2017, godz. 17.00

Fot. Piotr Pędziszewski/Teatr Miniatura

tm_kasia_genNET 46 — kopia tm_kasia_genNET 45 — kopia tm_kasia_genNET 28 — kopia tm_kasia_genNET 19 — kopia tm_kasia_genNET 16 — kopia tm_kasia_genNET 12 — kopia

Kongres Kultury Pomorskiej

ng system

Pomorze to fascynujący Region obfitujący w miejsca, w których powstawała Historia. Mówiąc o kulturze naszego Regionu, nie można zapominać o skomplikowanej, ale i różnorodnej spuściźnie, która powinna nas wzbogacać, a nie dzielić.

W panelu „Kultura na nowe czasy” udział wezmą: prof. dr hab. Małgorzata Omilanowska (była minister kultury i dziedzictwa narodowego), Robert Biedroń (prezydent Słupska), Artur Celiński (Res Publica), prof. dr hab. Przemysław Czapliński (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), prof. dr hab. Cezary Obracht-Prondzyński (prezes Instytutu Kaszubskiego), Władysław Zawistowski (dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego).

Dlaczego Kongres Kultury Pomorskiej?

Dwa lata temu powstał pomysł zorganizowania Kongresu Kultury Pomorskiej. Od tego momentu przeprowadziliśmy setki rozmów, wykonaliśmy wiele działań i, przede wszystkim, zyskaliśmy pewność, że Kongres jest potrzebny. Głównym hasłem, które przyświeca tej inicjatywie jest Kultura porozumienia.

Nie ulega wątpliwości, że kultura jest najważniejsza. Nie tylko gospodarka i polityka wynikają z kultury. Najpierw muszą być wartości, które powinny stanowić bazę, na której się buduje gospodarkę, politykę i relacje międzyludzkie. Gdy tak się dzieje, możemy mówić o synergii społecznej.

Pomorze to fascynujący Region obfitujący w miejsca, w których powstawała Historia. Mówiąc o kulturze naszego Regionu, nie można zapominać o skomplikowanej, ale i różnorodnej spuściźnie, która powinna nas wzbogacać, a nie dzielić.

Kultura, dzięki wartościom, powinna prowadzić do konsensusu i wyznaczać standardy w komunikacji społecznej. Region i Centrum nie powinny stanowić antynomii, tak jak kultura instytucjonalna i pozainstytucjonalna (off).

Tematów, które już podjęto podczas debat, jest wiele. Suma zebranych głosów będzie stanowić bazę, na której nadbudowywane będą wnioski i postulaty. Mamy nadzieję, że Kongres będzie  nie tylko ich depozytariuszem, ale stworzy trwałą platformę wymiany poglądów i budowy najlepszych rozwiązań.

Blisko dwuletnie przygotowania do Kongresu Kultury Pomorskiej wchodzą w decydującą fazę. Przed nami 18 wydarzeń, które zamkną pierwszy etap inicjatywy powstałej w organizacjach pozarządowych i skierowanej do wszystkich zainteresowanych. Po nich Kongres będzie trwać nadal, być może za kilka lat znowu przyjmie formę ciągu zorganizowanych spotkań. Do tego czasu funkcjonować będzie jako monitor kultury pomorskiej i wykonawca postanowień proponowanych na obradach plenarnych.

Co to jest kultura porozumienia?

To w największym skrócie proces i metoda komunikacji. W kulturze porozumienia nie chodzi o to, by mieć rację za wszelką cenę. Można, a często wręcz należy, być wiernym swoim poglądom. Jednak są wartości, wokół których należy tworzyć konsensus. Taką sumą wartości jest dla nas kultura. Rozumiana szeroko – od elementarnego aktywizmu do kultury wysokiej, od nieskrępowanej twórczości amatorskiej przez główny nurt po wyrafinowaną awangardę.

Kongres Kultury Pomorskiej został wymyślony i zaprojektowany w środowisku organizacji pozarządowych – tych z Centrum, i tych z Regionu. Partnerami Organizatorów są organizacje społeczne oraz instytucje kultury. Projekt został wsparty przez administrację wszystkich szczebli. Patronatem objęli go przedstawiciele władz centralnych, regionalnych i lokalnych. Spotkania prowadzą specjaliści z różnych ośrodków, pokoleń i estetyk. I to jest przejaw właściwego pojmowania kultury porozumienia. Powstał fundament, jest na czym budować. Zapraszamy budowniczych.

Biuro Organizacyjne Kongresu Kultury Pomorskiej

ng wczoraj ng kultura art afisz1Region1. Część oficjalna (otwarcie)

2. Obrady plenarne, część I

  • – prezentacje moderatorów z obrad stolikowych (do 5 minut każda, łącznie ok. 1-1,5 h)

3. Przerwa kawowa

4. Panel „Kultura na nowe czasy”

5. Obrady plenarne, część II

  • – dyskusja plenarna „Kultura na Pomorzu”

6. Przerwa lunchowa

7. Dokończenie obrad, przyjęcie dokumentów(u) kongresowych(ego)

8.Coctail/rozmowy kuluarowe

Harmonogram

Harmonogram

24.04.2017. Obrady plenarne.

Teatr Wybrzeże, godz. 10.30 – 20.00

Rejestracja: od godz. 9.30

  • 1. Część oficjalna (otwarcie)
  • 2. Obrady plenarne, część I
  • – prezentacje moderatorów z obrad stolikowych (do 5 minut każda, łącznie ok. 1-1,5 h)
  • 3. Przerwa kawowa
  • 4. Panel „Kultura na nowe czasy”
  • 5. Obrady plenarne, część II
  • – dyskusja plenarna „Kultura na Pomorzu”
  • 6. Przerwa lunchowa
  • 7. Dokończenie obrad, przyjęcie dokumentów(u) kongresowych(ego)
  • 8.Coctail/rozmowy kuluarowe

W panelu „Kultura na nowe czasy” udział wezmą: prof. dr hab. Małgorzata Omilanowska (była minister kultury i dziedzictwa narodowego), Robert Biedroń (prezydent Słupska), Artur Celiński (Res Publica), prof. dr hab. Przemysław Czapliński (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), prof. dr hab. Cezary Obracht-Prondzyński (prezes Instytutu Kaszubskiego), Władysław Zawistowski (dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego).

Informacje o Kongresie Kultury Pomorskiej: kongres.pomorzekultury.pl

Honorowe patronaty nad Kongresem Kultury Pomorskiej objęli: Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Jaroslaw Sellin, Wojewoda Pomorski Dariusz Drelich, Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk, Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz.

Partnerzy: Uniwersytet Gdański, Akademia Sztuk Pięknych, Nadbałtyckie Centrum Kultury, Instytut Kultury Miejskiej, Gdański Teatr Szekspirowski, Teatr Wybrzeże, Fundacja Wspólnota Gdańska, Muzeum Narodowe w Gdańsku, Pracodawcy Pomorza, Instytut Kaszubski w Gdańsku, Gdyńskie Centrum Filmowe, Scena Lalkowa im. Jana Wilkowskiego, SPATiF, Muzeum Zachodniokaszubskie w Bytowie, Stacja Kultura, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, Opera Bałtycka, Kaszubski Uniwersytet Ludowy, Regionalne Centrum Informacji i Wspierania Organizacji Pozarządowych, Filharmonia Kaszubska, Faktoria Kultury, Teatr Rondo, Teatr Miniatura, Opera Bałtycka, Wytwórnia Kultury „Bo-Tak”, Pomorska Sieć COP, Faktoria Kultury, Muzeum Wsi Słowiańskiej w Klukach.

Patroni medialni: nasz.gdansk.pl,  !Pomorskie.eu, ngo.pl, Dziennik Bałtycki, Nasze Miasto, e-teatr.pl, Nowe Idzie od Morza, Pomorze Kultury, Prowincja, Pitu Pitu Trójmiasto, My3miasto.pl, Sztuka Trójmiasta, Miasto Kultury, Radio Kaszëbë, TV Kamena, TV Kwidzyn, Puls Kwidzyna, Kurier Kwidzyński, Portal Pomorza.pl, Kuryer Sopocki, gdańsk.pl, Nasz Gdańsk.

W sprawie obywatelstw honorowych sprzed roku 1990

SONY DSC

Doc. dr Andrzej Januszajtis. Fot. J. Wikowski

Na publikowanych listach dawnych obywateli honorowych Gdańska umieszcza się często także osoby, np. zbrodniarzy wojennych, które tę godność utraciły. Co pewien pojawiają się w tej sprawie zarzuty. Aby temu na przyszłość zapobiec, wysłaliśmy do Władz Miasta pismo następującej treści:

Obywatelstwo honorowe w dzisiejszym tego słowa znaczeniu zaczęto nadawać w Gdańsku w roku 1832. Do końca rządów pruskich otrzymały je 24 osoby, z których większość uznalibyśmy i dziś za godnych takiego wyróżnienia. W czasie Wolnego Miasta doszedł do tego pisarz Max Halbe, który również nie budziłby naszych oporów. Z chwilą przejęcia władzy przez hitlerowców sytuacja się zmieniła. W 1933 r. nadano je Albertowi Forsterowi, w 1939 Adolfowi Hitlerowi, a w 1943 Hermannowi Göringowi. Wszystkie trzy nadania odbyły się z pogwałceniem ówczesnego prawa: w pierwszym przypadku Senat (władza wykonawcza) nie zasięgnął opinii Sejmu, w drugim nadał je Sejm, któremu Senat bezprawnie przedłużył kadencję, trzecie nadanie odbyło się po równie bezprawnej aneksji Wolnego Miasta przez Rzeszę (na wniosek Forstera, który złamał w ten sposób gdańską konstytucję). Wszystkich trzech uznano po wojnie za zbrodniarzy wojennych, z odebraniem im wszelkich praw i honorów. Niezależnie od tego w akcie prawnym z 30 marca 1945 r., ustanawiającym województwo gdańskie, Krajowa Rada Narodowa uchyliła całokształt dotychczasowych praw, na miejsce którego wprowadzono prawo polskie.

Jak widać stan prawny jest jednoznaczny: obywatelstwa honorowe, nadane przed 1945 rokiem nie obowiązują. Wszelkie listy dawnych obywateli honorowych miasta są czysto historyczne. Jednak ze względu na wspomniane złamanie gdańskiego prawa w przypadku trzech ostatnich, a także uznanie ich za zbrodniarzy wojennych, nie powinno się ich umieszczać nawet na listach historycznych, bo oni nawet w świetle ówczesnego prawa nie są obywatelami honorowymi Gdańska!

Nieco inną sytuację mamy w przypadku obywatelstw honorowych, nadanych po wojnie: Bolesławowi Bierutowi (w 1947 r.), sowieckim marszałkom – Konstantinowi Rokossowskiemu (w 1949) i Wiktorowi Kulikowowi (1977), jak również sowieckiemu generałowi Pawłowi Batowowi (1965), odpowiedzialnemu za spalenie miasta po jego zajęciu (jeden jego rozkaz mógł je powstrzymać). Wszystkie miały miejsce w warunkach braku demokracji i jako takie są z natury nieważne. Takie też stanowisko zajęła pierwsza demokratycznie wybrana Rada Miasta Gdańska, uznając je za niebyłe w dniu 18 grudnia 1990 r. Potwierdziło je oświadczenie Rady z 17 listopada 2008 r.

Stan prawny w stosunku do obywatelstw honorowych, nadanych przed rokiem 1990, w którym przywróciliśmy demokrację w każdej gminie, jest jasny: nie obowiązują. Mimo to od czasu do czasu padają propozycje, by oficjalnie odebrać honorowe obywatelstwo osobom niegodnym. Doświadczenie uczy, że wysuwają je z jednej strony osoby dobrej woli, nieznające odpowiednich aktów prawnych, a z drugiej ludzie, kierujący się pobudkami politycznymi. Aby rozwiać wątpliwości pierwszych i wytrącić broń z ręki drugim, powinno się przy każdym omawianiu obywatelstw honorowych sprzed roku 1990 przytaczać te akty prawne, na podstawie których są one dziś nieważne. I w żadnym przypadku nie należy, nawet na listach historycznych, umieszczać hitlerowskich zbrodniarzy, komunistycznych dygnitarzy ani sowieckich dowódców, którzy nie są honorowymi obywatelami – nawet w rozumieniu ówczesnego prawa, a tym bardziej obecnego.

Apelujemy do Władz Samorządowych Miasta Gdańska o rozwiązanie, które położy kres wszelkim wątpliwościom. Należy się to społeczeństwu, a także obecnym i przyszłym obywatelom honorowym, którzy mogą się czuć nieswojo w towarzystwie Forstera, Hitlera, Goeringa, czy sowieckich i komunistycznych dygnitarzy.

Gdańsk, 27 lutego 2017 r.

Za Zarząd

Doc. dr Andrzej Januszajtis

Honorowy Obywatel Gdańska