Prof. Elżbieta Grot: ten dzień jest dla mnie wyjątkowy

Uroczystość prof. E_Grot Fot_J.Wikowski l IMG_3336 Uroczystość prof. E_Grot Fot_J.Wikowski 20 IMG_3440Prof. Elżbieta Grot  podczas uroczystości przyznania Jej przez Stowarzyszenie Nasz Gdańsk zaszczytnego tytułu „Zasłużona w Historii Miasta Gdańska” wygłosiła referat, który – za zgodą Autorki – publikujemy poniżej.

„O Pamięć, nie o zemstę wołają nasze cienie” – ten  fragment wiersza Franciszka Fenikowskiego będącego przesłaniem skierowanym do następnych pokoleń przywołała prof. Elżbieta Grot w swoim wystąpieniu.

  • Mam nadzieję, że historia spisana na podstawie relacji więźniów i dokumentów będzie służyć następnym pokoleniom, będzie inspiracją do działań na rzecz pokoju i ostrzeżeniem przed wojną i jej następstwami.
  • Życzeniem wyrażanym przez tych, którzy przeżyli piekło obozów koncentracyjnych jest życie ich dzieci, wnuków i następnych pokoleń w czasach pokoju.

Szanowni Państwo,

serdecznie dziękuję wszystkim inicjatorom i organizatorom dzisiejszej uroczystości, w szczególności Stowarzyszeniu Nasz Gdańsk, prezesowi profesorowi Andrzejowi Januszajtisowi, Barbarze Badowskiej – Średniawa, dyrektorom Muzeum Gdańska: profesorowi Waldemarowi Ossowskiemu i dr Januszowi Marszalcowi, Prezydent Miasta Gdańska Aleksandrze Dulkiewicz za objęcie patronatu, wicemarszałkowi województwa pomorskiego Wiesławowi Byczkowskiemu, Piotrowi Mazurkowi prezesowi Towarzystwa Przyjaciół Gdańska i dyrektorowi Muzeum Wolne Miasto Gdańsk. Strefa Historyczna oraz gościom, którzy odpowiedzieli na zaproszenie i zaszczycili mnie dzisiaj swoją obecnością. Wszyscy Państwo sprawiliście, że ten dzień jest dla mnie wyjątkowy. Jestem bardzo wzruszona.

Prestiżowy Tytuł Zasłużony w Historii Miasta Gdańska ma dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ historia była moim ulubionym przedmiotem. Tytuł ten świadczy o słusznym wyborze przedmiotu studiów.

49 lat temu rozpoczęłam studia historyczne z specjalizacją z muzealnictwa na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Moim nauczycielem akademickim był m.in. ś.p. Tadeusz Matusiak, pierwszy dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie, następnie dyrektor Muzeum Historii Gdańska, który potem pełnił do chwili przejścia na emeryturę funkcję dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie. Zawsze był uśmiechnięty, służył nam studentom, a potem pracownikom Muzeum Stutthof wielokrotnie życzliwą radą. Z Ratuszem Głównym Miasta Gdańska związane są też emocje podczas zdawania egzaminu z muzealnictwa w gabinecie dyrektora Muzeum Historii Gdańska ś.p. dr Mirosława Glińskiego, który wcześniej był drugim dyrektorem Muzeum Stutthof i z którym później współpracowałam przy tworzeniu haseł do Encyklopedii Gdańska.

W latach 1977 – 2019 pracowałam w Muzeum Stutthof w Sztutowie, w Oddziale Naukowym, który początkowo mieścił się w pokojach wynajmowanych w Muzeum Archeologicznym, przez krótki czas w pomieszczeniu Ratusza Głównego Miasta Gdańska i od 1979 r. w Sopocie.

W pracy zawodowej zajmowałam się dokumentowaniem martyrologii więźniów i działalności niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Stutthof w latach 1939-1945. Poznałam wielu ocalałych więźniów i świadków wydarzeń: m.in. Elżbietę Szucę, Stefanię Burzyńską, Barbarę Głusik, Henryka Dannemanna, Bernarda Szczeblewskiego, Bogusława Sojeckiego, Zbigniewa Raczkiewicza, kpt. Włodzimierza Jacewicza, doc. dr Kazimierza Badziąga, prof. Alfonsa Wojewskiego, Gerarda Knoffa, Feliksa Rzeźnikowskiego, Felicjana Ładę i wiele innych osób w kraju i zagranicą, z którymi utrzymywałam długoletnie kontakty. Były to osoby bardzo skromne o wysokich kwalifikacjach zawodowych, które wywarły na mnie duże wrażenie i miały na mnie duży wpływ sprawiając, że zaczęłam traktować swoją pracę w inny sposób. Praca stała się misją w utrwalaniu pamięci o obozie i byłych więźniach. Kilku byłym więźniom pomogłam spisać wspomnienia, innych zainspirowałam do ich napisania. W ten sposób mogli opowiedzieć swoją własną historię o pobycie w obozie koncentracyjnym Aleksander Kaszuba, Kazimierz Badziąg, dr Józef Matynia więzień KL Auschwitz i innych obozów.

Współpracowałam z niemieckimi autorami książek Dietrem Schenkiem, Güntherem Schwarbergiem, historykiem Detlaffem Korte, szwedzkim pisarzem Larsem Wikanderem oraz z wieloma instytucjami w kraju i zagranicą prowadząc wymianę informacji historycznej i wydanictw, dzięki którym możliwe było ustalenie wielu wydarzeń rozgrywających się Europie Zachodniej w 1945 r.

Głównym tematem badawczym, którym zajmowałam się była ewakuacja więźniów drogami lądowymi i morskimi w 1945 r. Ewakuacja lądowa na ziemi kaszubskiej zakończyła się 12 marca 1945 r., lecz morska trwała od 25 kwietnia do dnia zakończenia II wojny światowej. Temat wymagał poznania relacji b. więźniów, świadków ewakuacji i miejscowości, przez które przebiegały trasy ewakuacyjne. Niejednokrotnie przemierzałam te trasy szukając grobów, zbiorowych mogił, cmentarzy, a potem sprawdzałam, czy można ustalić nazwiska ofiar. Badania związne z ewakuacją morską prowadziłam w kraju, na terenie Niemiec, Danii, Szwecji i Litwy. Dotyczyły grupy 4 400 więźniów wyprowadzonych z obozu Stutthof przez esesmanów w ostatnich dwóch transportach 25 i 27 kwietnia 1945 r., następnie dążyłam do nawiązania kontaktów z b. więźniami, którzy przeżyli rejs śmierci. Poszukiwałam list osób wyzwolonych na terytorium Niemiec, Danii i przyjętych przez Szwedzki Czerwony Krzyż do Szwecji. Większość ofiar rejsu śmierci wyrzucono za burty barek. Jednym z celów badawczych było odnalezienie grobów uczestników rejsu śmierci zmarłych po wyzwoleniu w Niemczech, Danii i Szwecji. Najbardziej wzruszający moment w pracy zawodowej przeżyłam 3 maja 2000 r. w Zatoce Lubeckiej, kiedy razem z byłymi więźniami KL Neuengamme i członkami ich rodzin wrzuciłam do morza wieniec oddając hołd 7 tysiącom ofiar, które zginęły z winy esesmanów na statkach „Cap Arcona” i „Thielbek” 3 maja 1945 r. podczas bombardowania przez brytyjskie lotnictwo. Reprezentowałam Muzeum Stutthof i rodziny, które nie mogły być w tym miejscu. Wśród ofiar byli również więźniowie KL Stutthof ewakuowani drogą morską 25 marca 1945 r. z Gdyni do Niemiec i więźniowie KL Stutthof przeniesieni jesienią 1944 r. w transporcie do KL Neunegamme k. Hamburga. Jednym z więźniów był powstaniec warszawski Franciszek Badowski, którego historię przedstawiłam w programie „Dopóki żyje ostatni świadek” nadawanym przez TVP 2. Wzruszająca była również historia inż. Tomasza Michalkiewicza z Warszawy, więźnia politycznego KL Stutthof, który zmarł w wieku 39 lat po ewakuacji morskiej przez Rugię do Danii w szpitalu w Kopenhadze. Dzięki pomocy władz duńskich udało się w 2014 r. ustalić, na którym cmentarzu w Kopenhadze został pochowany, a rodzina mogła odbyć podróż do grobu ojca. Podobnie było w przypadku więźniarki politycznej Haliny Banasiak, absolwentki filologii polskiej Uniwersytetu w Poznaniu, podczas okupacji członkini Armii Krajowej, kiedy jej dzieci mogły stanąć po latach przy jej grobie na ziemi szwedzkiej w Malmö. Zachowały się w zbiorach rodzinnych pisane w obozie przez Halinę Banasiak bajki z ilustracjami wykonanymi przez towarzyszy niedoli. Dzięki opublikowaniu bajek przez Muzeum Stutthof mogłam zapoznawać uczniów szkół z jej twórczością obozową. Plonem prac badawczych są 4 książki na temat ewakuacji morskiej i lądowej, liczne artykuły, udział w filmach dokumentalnych, realizacje wystaw dla Muzeum Stutthof, stałe, czasowe i objazdowe oraz dwie wystawy prezentowane w Szwecji przez Polski Komitet Pomocy w 2015 r. i w 2020 r. przez Polski Instytut w Sztokholmie wspierany przez Szwedzki Czerwony Krzyż, Ambasady RP w Oslo i Helsinkach.

Temat o ewakuacji stał się też powodem długoletniej zaszczytnej współpracy z diecezją poniewierską na Litwie, w związku z zamierem beatyfikacji ks. Alfonsasa Lipniunasa profesora Seminarium Duchownego w Wilnie, który był więźniem politycznym KL Stutthof od 25 marca 1943 r., inspiratorem konspiracyjnego życia religijnego w obozie oraz uczestnikiem Marszu Śmierci. Zmarł w wieku 40 lat wycieńczony i chory na tyfus plamisty kilkanaście dni po wyzwoleniu 28 marca 1945 r. w puckim szpitalu. Otworzony w 2006 r. proces beatyfikacyjny na Litwie został zakończony na szczeblu diecezji poniewierskiej w czerwcu 2021 r. Znalazłam się w gronie zaprzysiężonych 4 historyków powołanych do zebrania dokumentacji procesowej, która obecnie znajduje się w Watykanie.

Ważnym elemntem pracy dającej dużo satysfakcji było utrzymywanie stałych serdecznych kontaktów z szkołami patronackimi, które odwiedzałam najczęściej razem z byłymi więźniami politycznymi KL Stutthof uczestnicząc w szkolnych uroczystościach i lekcjach. Były to: Szkoła imienia Pamięci Ofiar Stuthofu w Sztutowie, Zespół Szkół i Wychowania im. Bohaterów Stutthofu w Rozłazinie, Szkoła im Męczenników Marszu Śmierci w Garczegorzu, Szkoła Podstawowa im. dr Bolesława Kaczyńskiego w Policach, Szkoła im. Więźniów Obozu Stutthofu w Niestępowie, Gimnazjum w Kolbudach, Liceum Ojców Jezuitów w Gdyni, Szkoła Handolowa w Sopocie, Szkoła Podstawowa im Mariusza Zaruskiego w Gdańsku – Oruni i inne.

Działając w środowisku byłych więźniów i ich rodzin poznawałam ich oczekiwania. Przypatrywałam się z bliska jak pełnili rolę Strażników Pamięci, działali na rzecz upamiętniania miejsc związanych z historią KL Stutthof i towarzyszy niedoli. Pomagałam im w tej działalności współpracując z instytucjami państwowymi, stowarzyszeniami i organizacjami przyczniając się do powstawania tablic pamiątkowych m.in. w Gdańsku, Gdyni, Pucku. Dla miejscowości związanych z Marszem Śmierci Więźniów KL Stutthof w 1945 r. na Żuławach i Kaszubach opracowywałam tablice z informacją historyczną, które stanęły m.in. w: w Juszkowie, Straszynie, Pruszczu Gdańskim, Pręgowie, Lini, Rybnie, Gniewinie, Mrzezinie, Toliszczku, Chynowie, Kostkowie. W 2000 r. opracowałam scenariusz wystawy dla zorganizowanej przez gminę Nową Wieś Lęborską Izby poświęconej ofiarom Marszu Śmierci KL Stutthof im. prof. Konstantina Čakste w Krępie Kaszubskiej oraz wspomagałam działania byłych więźniów w sprawie upamiętnienia jednego z obozów ewakuacyjnych w Gęsi, gdzie w 2001 r. stanął pomnik.

Innym tematem, który badałam, były losy wojenne Polaków z Wolnego Miasta Gdańska. W 1996 r. nawiązałam kontakt z rodzinami polskimi – mieszkańcami Wolnego Miasta Gdańska, z Marią Chodakowską z domu Filarską, Budzimirą Wojtalewicz – Winke i jej siostrą Jadwigą Michałkiewicz, Urszulą Kliszkowiak, prof. Stefanem Kłosowskim, Leonem Lendzionem, rodziną Bellwonów, prof. Ireną Jabłońską-Kaszewską, Henryką Flisykowską-Kledzik, Stefanią Koziarowską, Stanisłwem Tysarczykiem, Anną Sosińską-Parchowską i innymi. Rodziny te zostały mocno doświadczone przez II wojnę światową. Miasto Gdańsk przygotowywało się do obchodów 1000 – lecia. Pomyślałam wówczas, aby przypomnieć współczesnym mieszkańcom wybitnych Polaków, którzy walczyli o zachowanie polskości w Wolnym Mieście Gdańsku. Za patriotyczną działalność w polskich organizacjach i stowarzyszeniach zapłacili wysoką cenę męczeństwa i często utraty własnego życia w miejscach ludobójstwa w lasach Piaśnicy, Lasach Szpęgawskich, w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych Stutthof, Sachsenhausen, Dachau, Maurhausen-Gusen, Ravensbruck, Auschwitz i w innych miejscach. 1 września 1997 r. w gmachu Uniwersytetu Gdańskiego na ulicy Kładki, byłej Victoriaschule została zaprezentowana wystawa Gdańszczanie 1939/1940. Jeden rok z tysiącletnich dziejów miasta” zrealizowana w współpracy z ś. p. dyrektor Muzeum Stutthof Janiną Grabowską – Chałka. Drugą część wystawy artystycznej przygotowała Sabina Hoffmann z Stuttgartu. Wystawa ta była pokazywana w kilku miejscach w Gdańsku, Gdyni i Wejherowie do 2001 r. Od września 1997 r. rozpoczęła się długoletnia współpraca z ks. Cezarym Annusewiczem proboszem Parafii pw. Św. Piotra i Pawła w Gdańsku, który objął opieką duchową rodziny zbierające się co roku przed byłą Victoriaschule, aby uczcić Pamięć Bliskich, z Piotrem Mazurkiem prezesem Towarzystwa Przyjaciół Gdańska, Szkołą Ustawicznego Kształcenia w Gdańsku, gdzie również była pokazywana wystawa „Gdańszczanie 1939/1940…”.

W 1998 r. w Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku postanowiłam zrealizować następną wystawę tym razem poświęconą pamięci pracowników Poczty Polskiej ofiar niemieckich nazistowskich więzień i obozów koncentracyjnych.

W czerwcu 1998 r. otrzymałam od dyrektor ś.p. Janiny Grabowskiej – Chałka zaszczytne zadanie przygotowania wystawy i opracowania na temat błogosławionych męczenników obozu Stutthof. Po beatyfikacji 13 czerwca 1999 r. 108 męczenników II wojny światowej wystawa w Muzeum Stutthof została uroczyście otworzona 23 czerwca 1999 r. Dotyczyła 8 błogosławionych, wśród których było trzech księży z Gdańska.

Następstwem tej pracy były kolejne wystawy o błogosławionych księżach Bronisławie Komorowskim, Franciszku Rogaczewskim, Marianie Góreckim realizowane dla kościołów gdańskich: św. Stanisława BM we Wrzeszczu, Chrystusa Króla w Gdańsku i Św. Jadwigi Śląskiej w Nowym Porcie. Przy realizacji wystaw współpracowałam z środowiskiem polskich rodzin z b. Wolnego Miasta Gdańska oraz z księżmi proboszczami: Andrzejem Rurarzem, dziekanem gdańskim, kanonikiem Kazimierzem Schwabe i komandorem Ryszardem Preussem. Zebrana bogata dokumentacja zaowocowała licznymi opracowaniami oraz książką o Błogosławionych Męczennikach Obozu Stutthof, a także udziałem w filmach dokumentalnych realizowanych przez Lecha Kujawskiego dla Telewizji Gdańsk. Przez kilka lat brałam udział w przygotowywaniu wystaw przez Towarzystwo Przyjaciół Gdańska. Za tę działalność zostałam wyróżniona Medalem Prezydenta Miasta Gdańska przez ś. p. Pawła Adamowicza. Jednym z obozów utworzonych 13 września 1939 r. w którym przebywali Polacy z Gdańska był Grenzdorf koło Granicznej Wsi, który funkcjonował jako podobóz obozu Stutthof w latach 1940-1941. Zostałam zaproszona przez Dominikę i Lucjana Gajewskich do współpracy w utworzeniu wystawy plenerowej na temat obozu i harcmistrza Alfa Liczmańskiego komendanta Gdańskiej Chorągwi Harcerzy, skrytobójczo zamordowanego przez esesmanów w lesie w pobliżu obozu Grenzdorf. Włączyłam się do organizowanych przez gminę w Trąbkach Wielkich co rocznych uroczystości w Granicznej Wsi, biorąc również udział w zajęciach edukacyjnych w szkołach w Trąbkach Wielkich i Czerniewie, przygotowując wykłady również dla dorosłych.

W 1998 r. włączyłam się do prac Stowarzyszenia Rodzina Piaśnicka w Wejherowie kierowanego przez ks. prałata Daniela Nowaka, kapelana i kustosza Sanktuarium Piaśnickiego i Błogosławionej Alicji Kotowskiej. Moja działalność w Stowarzyszeniu polega na upowszechnieniu wiedzy na temat zbrodni ludobójstwa w Lasach Piaśnickich dokonanej przez Niemców jesienią 1939 r. Pomagałam Stowarzyszeniu w rozszerzeniu listy osób rozstrzelanych w Piaśnicy, z których większość była anonimowa. Ustalenie każdego nazwiska ma ogromne znaczenie dla rodzin. Znając ofiary z imienia, nazwiska, miejsca zamieszkania, zawodu i funkcji społecznych można szacunkowo określić, ilu mieszkańców Gdańska, Gdyni, Wejherowa, Pucka, Półwyspu Helskiego zginęło w Piaśnicy, jakie grupy zawodowe, samorządowe były likwidowane przez okupanta. Po opracowaniu biografii poszczególnych osób można było podjąć starania o ich upamiętnienie. W 2010 r. zostałam członkiem Komitetu Piaśnickiego powołanego przez Marszałka Województwa Pomorskiego Mieczysława Struka. Przedstawiłam stan badań i postulaty badawcze, które zostały wzięte pod uwagę w wznowieniu w 2011 r. z zawieszenia śledztwa przez prokuratora Macieja Schulza, ówczesnego Naczelnika Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku. Współpracuję od lat z dr hab. Moniką Tomkiewicz, która jest obecnie głównym specjalistą i badaczem Zbrodni Pomorskiej, w tym popełnionej w Piaśnicy.

Pragnę jeszcze wspomnieć o dwóch dużych projektach. Pracowałam w zespole powołanym przez Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Upamiętniania Miejsc Walk i Męczeństwa w Warszawie zbierającym dokumentację, relacje i zdjęcia do wystawy Człowiek człowiekowi – Niszczenie polskiej inteligencji w KL Mauthausen – Gusen pokazanej według scenariusza Jolanty Adamskiej w 2009 r. na Zamku Królewskim w Warszawie, w Muzeum Stutthof w Sztutowie, następnie w Niemczech i Austrii. Drugi to projekt dyrektora Piotra Tarnowskiego Ostatni świadkowie, który realizował zespół pracowników Muzeum Stutthof z Agnieszką Kosko pod kierunkiem kierownika Działu Oświatowego Marcina Owsińskiego. Realizacja tego projektu została nagrodzona w 2011 r. nagrodą Sybilla.

Nie sposób w krótkim wystąpieniu opowiedzieć wszystkiego o długoletniej pracy zawodowej. Mimo wielu zadań zawsze starałam się znaleźć czas dla byłych więźniów i służyć im pomocą. Od lat współpracuję z Związkiem Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, towarzyszę w spotkaniach z młodzieżą, w wyjazdach na uroczystości do Miejsc Pamięci Narodowej. To od nich czerpałam wiedzę, inspirację i wsparcie do działania. Na sali są wśród zaproszonych gości są ks. Mikołaj Skłodowski wiceprezes Zarządu Głównego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych w Warszawie oraz Karol Wardański, prezes okręgu pomorskiego, a także członkowie rodzin byłych więźniów KL Stutthof i byłej Polonii Gdańskiej, którym serdecznie dziękuję za obecność.

O Pamięć, nie o zemstę wołają nasze cienie –

to jeden z fragmentów wiersza Franciszka Fenikowskiego będącego przesłaniem skierowanym do następnych pokoleń.

Mam nadzieję, że historia spisana na podstawie relacji więźniów i dokumentów będzie służyć następnym pokoleniom, będzie inspiracją do działań na rzecz pokoju i ostrzeżeniem przed wojną i jej następstwami.

Życzeniem wyrażanym przez tych, którzy przeżyli piekło obozów koncentracyjnych jest życie ich dzieci, wnuków i następnych pokoleń w czasach pokoju.

Po przejściu na emeryturę nadal kontynuuję swoją pracę, między innymi uczestniczę w pracach Komitetu Społecznego Centrum Upamiętniania Polaków Wolnego Miasta Gdańska im. Brunona Zwarry, który został powołany 28 października 2019 r. przez Prezydent Miasta Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do nadania mi tak zaszczytnego tytułu.

Elżbieta Maria Grot

Gdańsk, 25 maja 2022 r.

Prof. Elżbieta Grot – Zasłużona w historii Gdańska

Grot elzbieta na kaszubach w Borzestowie 2 fot_ sp borzestowo kadr

W gdańskim Ratuszu Głównego Miasta 25 maja odbędzie się uroczystość wręczenia wyróżnień i dyplomów ” Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska”. Honorowym tytułem zostanie obdarzona prof. Elżbieta Grot – Kustosz Muzeum Stutthof w Sztutowie.

Uroczystość, w ramach cyklu spotkań zainicjowanych przez Stowarzyszenie Nasz Gdańsk, zorganizowało Stowarzyszenie wraz z Muzeum Gdańska, pod patronatem Prezydent Miasta Gdańska. Specjalny patrona mediany objęła Redakcja „Dziennika Bałtyckiego”.

Spotkanie, już tradycyjnie, rozpocznie się przed Dworem Artusa, koncertem carillonowym w wykonaniu Wojciecha Laudera (godz. 12), a następnie będzie wykonane wspólne, pamiątkowe zdjęcie.

Główna uroczystość odbędzie się w Wielkiej Sali Wety Ratusza Głównego Miasta.

Poniżej program uroczystego spotkania, którego motto jest: „Pamięć jest skarbnicą wiedzy”.

(JW)

NG V 2022 do netu-page-010 kadsr 1

Zaproszenie NG-page-002 1

Zaproszenie NG-page-002 2

Zaproszenie NG-page-001 1

Zaproszenie NG2-page-001 kadr

900x500-crop-90-odznaczenia_muzeum_stutthof12 grot fot zulawytv

Minister Jarosław Sellin wręcza prof. Elżbiecie Grot Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Fot. arch. zulawytv.pl

Podczas obchodów 81. rocznicy pierwszego transportu więźniów do obozu Stutthof, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Jarosław Sellin, wręczył prof. Elżbiecie Grot Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany postanowieniem Prezydenta RP Andrzeja Dudy. Odznaczenie zostało przyznane za wieloletnią pracę na rzecz upamiętniania i dokumentowania prawdy o martyrologii więźniów niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Stutthof.

Kierunki prowadzonych badań prof. Elżbiety Grot w Muzeum Stutthof w Sztutowie:

  • pierwsi więźniowie KL Stutthof z b. Wolnego Miasta Gdańska i Gdyni
  • z historii medycyny i rewirów dla więźniów w KL Stutthof
  • ewakuacja więźniów KL Stutthof drogami lądowymi i morskimi w 1945 r.
  • upamiętnienia na szlakach ewakuacji pieszej
  • losy więźniów – Duńczycy

Od stycznia 2020 r. jest na emeryturze.

Publikacje książkowe prof. Elżbiety Grot:

  • „Rejs Śmierci. Ewakuacja morska więźniów KL Stutthof w 1945 r.”, Gdańsk 1993 r.
  • „Ewakuacja morska więźniów KL Stutthof przez Rugię do Danii w 1945 r.”, Gdańsk 2015  r. Jest to pierwsze tak szerokie opracowanie losów grupy więźniów liczącej 600 osób.

Prof. Elżbieta Grot jest także autorką biografii Franciszka Kręckiego – działacza kaszubskiego i polonijnego – „Doktor Franciszek Leon Kręcki”.

(JW)

Grot elzbieta na kaszubach w Borzestowie 2 fot_ sp borzestowo kadr

Elżbieta Grot. Fot: zbiory SP w Borzestowie.

Grot elzbieta na kaszubach w Borzestowie 3 fot_ sp borzestowo kadr

Elżbieta Grot. Fot: zbiory SP w Borzestowie.

Prof. Elżbieta Grot w Szkole Podstawowej w Borzestowie  podczas prelekcji poświęconej Franciszkowi Kręckiemu, działaczowi kaszubskiemu i polonijnemu, zamordowanemu w 1940 r. w Stutthoffie. Zdjęcia: SP w Borzestowie

Kresowe historie (3): Krzycząca cisza

Kresowe historie (3). Jest nas w Polsce, mających korzenie kresowe, około 5 milionów obywateli. Musimy podnieść wysoko głowy    i zdecydowanie    upomnieć się o Polaków mieszkających na kresach i o zwrot naszych narodowych dóbr kultury – czytamy w reportażu Zbigniewa Sochy.

1. wilno

Widok Wilna, ulica Dominikańska, grafika z XIX wieku, własność prywatna

W tej, trzeciej części cyklu przypominam o niebywałej wręcz liczbie pozostawionych na terenach od Wilna aż po Lwów bezcennych polskich zbiorach muzealnych, archiwalnych, bibliotecznych i wielkich zaniechaniach, opieszałości polityków w ich odzyskiwaniu.

Mówienie o zwrocie dóbr kultury pozostawionych na kresach po zmianie granic nazwać można to krzyczącą ciszą.

Intensywne działania potrzebne

W pierwszych odcinkach cyklu przypomniałem tragiczne wydarzenia historyczne, jakie miały miejsce na Kresach i zmaganie się z niezmiernie trudną codziennością Polaków tam mieszkających.

W wyniku II wojny światowej Polska utraciła ponad 500 tysięcy obiektów kultury, z czego przytłaczającą część bezpowrotnie. Udało się dokładnie zliczyć, że na Kresach pozostawionych zostało 5056 bibliotek. Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku temat zwrotu polskich dóbr kultury z Ukrainy, Litwy i Białorusi prawie nie istnieje w przestrzeni publicznej oraz w zainteresowaniu i działaniach polityków.

Staraniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i osób prywatnych w ciągu roku udaje się odzyskać kilka obiektów kultury, głównie obrazów i jest to oczywiście sukces w obliczu tak olbrzymich strat wojennych.

Polską racją stanu jest podejmowanie intensywnych działań zmierzających do powrotu kolejnych, prawnie należących do Rzeczpospolitej Polskiej, setek tysięcy bezcennych dzieł sztuki.

2.lwow

Widok Lwowa z XIX wieku, grafika z XIX wieku, Muzeum Narodowe w Krakowie

Ciągłość historyczna i kulturowa

W II Rzeczpospolitej wiodącymi ośrodkami nauki, kultury, czy też innowacyjności, były Warszawa, Kraków, Lwów i Wilno. Istotna część naszego dziedzictwa kulturowego stanowią archiwa historyczne we Lwowie, bez nich nie można prowadzić badań nad ciągłością polskiej kultury, historii. Trudno o w miarę pełną wystawę sztuki polskiej bez wybitnych dzieł malarstwa z kolekcji lwowskich muzeów.

Lwów zwany był miastem muzeów, samych placówek muzealnych przed wojną było na różnym etapie organizacyjnym dwadzieścia pięć. Poprzez tworzenie muzeów lwowianie chcieli zachować narodową tożsamość w okresie zaborów, ułatwić badania twórcom literackim, czy też historykom dziejów Rzeczpospolitej i jej związków z Europą. Lwów był niekorowaną stolicą Polski w okresie zaborów.

Dla zobrazowania jak wiele skarbów narodowych, pozostało po wojnie we Lwowie, zajrzyjmy do kilku placówek lwowskich.

Zakład Narodowy im. Ossolińskich

W Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, powstałym w 1817 roku aktem fundacyjnym, przekazanym w darze narodowi polskiemu, pozostało po wojnie:

1.      760 000 ksiąg i starodruków

2.      17 500 rękopisów

3.      170 000 czasopism

4.      3100 dyplomów, dokumentów

5.      10 130 autografów

6.      9 247 obiektów kartograficznych

7.      4 500 obiektów muzykologicznych

8.      100 000 grafik, rysunków

9.      1700 obrazów i 500 rzeźb

10.    6400 pamiątek historycznych

11.    1800 zabytkowej broni

12.    25 000 monet i medali

Muzea – Lubomirskich, Przyrodnicze im. Dzieduszyckich

W Muzeum Lubomirskich, które powstało w 1823 roku jako odrębne muzeum, wchodzące w skład Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, po zakończeniu II wojny światowej pozostało około 66 000 obiektów, w tym obrazów olejnych 1500 i 580 depozytów. Muzeum Przyrodnicze im. Dzieduszyckich, które powstało w1845 roku, w 1880 oddane zostało do użytku publicznego i ofiarowane narodowi polskiemu. Było to największe tego typu muzeum w Polsce, mające okazy z zakresu przyrodoznawstwa, etnografii i antropologii ziem polskich. Posiadało kompletny dział zoologiczny z wszystkich rejonów polskich. Tam pozostało około 50 000 eksponatów, w tym galeria obrazów, licząca 500 dzieł i 3300 rycin. Starożytny scytyjski 7 kilogramowy złoty skarb Michałkowski, znaleziony przez mieszkanki wsi w 1878 roku datowany na VI – VII p. n. e, wywieźli Rosjanie w 1940 roku do Moskwy.

Po II wojnie światowej, w ramach zacierania śladów polskości, zniszczono archiwum Muzeum Przyrodnicze im. Dzieduszyckich, a jego bibliotekę wywieziono na przemiał.

Muzea – Przemysłu Artystycznego, Historyczne, Galeria Narodowa miasta Lwowa, Narodowe im. Króla Jana III Sobieskiego, Biblioteka Fundacji Baworowskich

Muzeum Przemysłu Artystycznego (Muzeum Przemysłowe), powstałe w 1874 roku jako muzeum miejskie, a zwłaszcza przemysłu metalowego od czasów najdawniejszych, drzewnego, tekstylnego, ceramicznego i szkła ze stanem 10 000 eksponatów. Muzeum Historyczne, powstałe w 1891 roku jako muzeum miejskie, z zabytkami dotyczącymi przede wszystkim przeszłości Lwowa, stan – 5000 eksponatów.

Galeria Narodowa miasta Lwowa, muzeum miejskie powstałe w 1907 roku, posiadające głównie obrazy olejne malarstwa polskiego od XVIII wieku w ilości 1600 obrazów i rzeźb. Było to muzeum o charakterze ogólnonarodowym. Muzeum Narodowe im. Króla Jana III Sobieskiego, jako muzeum miejskie, powstałe w 1908 roku, posiadające typowy charakter historyczny, odnoszący się do historii Polski, posiadające ponad 50 000 eksponatów, w tym bogate zbiory dawnej zbroi w ilości 1788 eksponatów, zbiór portretów historycznych królów i dygnitarzy państwowych, czy też pamiątki z powstań narodowych.

Z tego muzeum wielu darczyńców swe zbiory przekazało w przypadku utraty Lwowa przez Polskę, narodowi polskiemu lub do Muzeum Wawelskiego w Krakowie. Było to muzeum o wybitnym charakterze ogólnonarodowym.

Biblioteka Fundacji Baworowskich, powstała w połowie XIX wieku, a publicznie dostępna w 1900 roku, posiadała 40 000 tomów ksiąg, 6 228 starych druków z XVI-XVII wieku, 1283 rękopisy, 35 inkunabułów, 285 obrazów olejnych,11 000 rycin i map,110 dyplomów od XII wieku.

We Lwowie funkcjonowały również dwa muzea ukraińskie: Towarzystwo Naukowe im. Tarasa Szewczenki, powstałe w 1893roku z 20 000 eksponatami, Ukraińskie Muzeum Narodowe im. Andrzeja Szeptyckiego, powstałe w 1905 roku z 25 000 eksponatami. W 1934 roku rozpoczęło działalność Muzeum Żydowskiej gminy wyznaniowej. Własne muzea organizowały też stowarzyszenia, instytucje kościelne i świeckie.

Niezwykle bogate biblioteki posiadały wyższe uczelnie Lwowa. Należy podkreślić, że kompletny zbiór prasy polskiej z XIX – XX wieku pozostał we Lwowie. Ponadto z chwilą ekspatriacji polskich mieszkańców Lwowa i okolicznych miejscowości dyrektor Lwowskiej Galerii Sztuki Borys Woźnicki informował, iż wraz z ekipą muzealników zebrał ponad 36 tysięcy obiektów kultury, głównie obrazów z opuszczonych kościołów, klasztorów, pałaców, dworków, za co otrzymał wysokie odznaczenia państwowe.

Powojenne powroty

Praktycznie zaraz po wkroczeniu Rosjan do Lwowa już w 1940 roku wszystkie muzea lwowskie przeorganizowano tak, aby straciły Polski charakter, poprzez rozdrobnienie kompletnych zbiorów rozmieszczając je po nowo powołanych muzeach, ale już ukraińskich. Do Polski po II wojnie światowej w lipcu 1946 roku i marcu 1947 roku jako „dar narodu ukraińskiego” dla Polski powróciło około 27 procent eksponatów, ze zbiorów im. Ossolińskich. Łącznie z odnalezionymi muzealiami wywiezionymi przez Niemców, a odnalezionymi po wojnie na Dolnym Śląsku w Zagrodnie, stanowi to około 30 procent stanu z Zakładu Narodowego im. Ossolińskich i około 8 procent z Muzeum Lubomirskich.

Jest to wszystko, co dotychczas wróciło z pozostawionych muzeów lwowskich do Polski.

Biblioteki wileńskie – przy Uniwersytecie Wileńskim im. Stefana Batorego, im. Eustachego i Emilii Wróblewskich…

Dla pełniejszego oglądu liczby i sytuacji pozostawionego polskiego dziedzictwa narodowego na Kresach chciałbym przypomnieć jeszcze bogate zbiory wileńskie. Biblioteka działająca przy Uniwersytecie Wileńskim im. Stefana Batorego otrzymuje od państwa Polskiego w 1926 roku kolekcje Joachima Lelewela, w której skład wchodzą:

1.      377 000 tomów ksiąg

2.      12 000 rękopisów

Biblioteka im. Eustachego i Emilii Wróblewskich tworzona od 1900 roku, przekazana państwu Polskiemu w 1926 roku, była siódmą placówką państwową pod względem wielkości w kraju. Dokumentowała piśmiennictwo narodowe głównie wschodnich terenów Rzeczpospolitej i posiadała w 1931 roku:

1.      20 400 ksiąg i 1400 czasopism
              w 8400 tomach

2.      260 wydawnictw w 4000 tomach

3.      5800 dzieł w dziale Wilno-Litwa

4.      3000 poloniców z XV-XVIII

5.    740 obrazów i rysunków
              oraz 9900 rycin

6.      2700 rękopisów i 7400 autografów

7.      550 tek archiwalnych
              i 2500 muzealiów

8.      1450 atlasów i map i 285 albumów.

Jednym z najciekawszych eksponatów były przywileje królewskie, czy też dzieje uniwersytetów w Warszawie i Wilnie.

Wileńskie – Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Muzeum Starożytności
i ich powojenne losy

Towarzystwo Przyjaciół Nauk w Wilnie, wraz z utworzonym Muzeum powstało w 1907 roku. Posiadało zbiory biblioteczne, numizmatyczne, przyrodnicze, etnograficzne i artystyczne. Muzeum Starożytności, założone w 1855 roku przez Eustachego Tyszkiewicza, a otwarte w 1856 roku przy Uniwersytecie Wileńskim, w 1865 zamknięte na polecenie Michaiła Murawiewa i w dużej części rozgrabione przez Rosjan. W 1919 roku ponownie reaktywowane przy Uniwersytecie Wileńskim dokumentowało historię Rzeczpospolitej. W 1941 roku zbiory zostały przejęte przez Litwinów.

Ponadto w Wilnie funkcjonowało powołane tuż przed wojną Muzeum Miejskie oraz istniały bogate Archiwa Państwowe i Miejskie. Wyróżniały się też swoimi zasobami kościoły Wileńskie .Działały też pomniejsze biblioteki i archiwa.

W Wilnie Litwini nie posiadali swojego ośrodka muzealnego. Od 1940 roku zbiory z bibliotek i muzeów były przejmowane przez Litwinów i gromadzone w budynku Muzeum Miejskiego. Z dużej części tych zabytków Litwini utworzyli Litewskie Państwowe Muzeum Sztuki.

Większość dóbr w Wilnie pozostało

Po zakończonej wojnie, przy Pełnomocniku Rządu Tymczasowego R.P. d/s repatriacji działał Wydział Kultury, na czele którego stała dr Maria Rzeuska. Wydział zbierał materiały dla potrzeb przyszłej rewindykacji polskich dóbr kultury z Wilna. Dzięki zaangażowaniu wszystkich pracowników wydziału udało się wysłać do Warszawy 17 transportów dóbr kultury, głównie z darów, depozytów lub zakupów od osób prywatnych. Ponadto w ciągu dwóch lat przesłano jeszcze do Polski 69 805 tomów książek. Pieniądze na te działania, daleko nie wystarczające, Wydział Kultury otrzymywał z Ministerstwa Kultury, Ministerstwa Skarbu i innych instytucji.

Do Polski nie powróciła z Wilna przytłaczająca większość polskiego dziedzictwa historycznego i kulturowego. Na Białorusi pozostały głównie zasoby archiwalne, biblioteki czy też wyposażenia kościołów, pałaców.

Powolne działania rewindykacyjne z Białorusi, Ukrainy

Po wojnie z Białorusi do Polski dotarło 13 skrzyń obiektów z galerii w Nieświeżu i Muzeum w Grodnie. W 1997 roku Polska wystąpiła z 8 wnioskami rewindykacyjnymi do Ukrainy, które zostały odrzucone w 1999 roku. Były jedynymi wnioskami z jakimi wystąpiła Polska wobec naszych sąsiadów ze wschodu. Trwają kontakty i prace polskich muzealników polegające na ewidencjonowaniu rozproszonych zbiorów, kserowaniu dokumentów i digitalizacji w Muzeach Lwowa. Praktycznie więcej muzealnicy nie są w stanie zrobić. Powinni działać politycy, ale, niestety, od lat 90. XX wieku takich polityków nie ma, drepczemy w miejscu. Zaczyna krążyć opinia wśród decydentów, że sprawę rozstrzygnięć własnościowych należy pozostawić przyszłości. Brak właściwych działań potwierdza protokół pokontrolny Najwyższej Izby Kontroli z 2017 roku.

Wciąż prawie wszystko przed nami

1. Nie przygotowano strategii restytucji dzieł sztuki, co utrudniło prowadzenie spójnej polityki państwa w tym zakresie.

2. Wiodące Ministerstwa w tej tematyce Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Ministerstwo Spraw Zagranicznych problematyki restytucji dóbr kultury nie mają w swoich priorytetach.

3. Występuje brak formalnych uregulowań na poziomie obu resortów.

4. Brak zapewnienia zasobów kadrowych, technicznych, lokalowych do realizacji działań związanych z odzyskiwaniem dóbr kultury.

Czy Polska, rezygnując z naszego dziedzictwa historycznego i kulturowego będzie w stanie zachować swoją tożsamość i przetrwać? Jest nas w Polsce, mających korzenie kresowe, około
5 milionów obywateli. Musimy podnieść wysoko głowy i zdecydowanie upomnieć się o Polaków mieszkających na kresach i o zwrot naszych narodowych dóbr kultury.

Zbigniew Socha

W trakcie pisania tekstu autor korzystał z następujących źródeł:

  • – dr hab. Maciej Matwijów – „Muzea lwowskie wczoraj i dziś”
  • – Roman Olkowski – „Walka o tzw. rewindykację wileńskich dóbr kultury
    po    II wojnie światowej”
  • – Wojciech Konończuk, współpraca Piotr Kosiewski – „Zagrożone dziedzictwo. Polskie dobra kultury na Ukrainie i Białorusi
  • – prof. Gabriel Brzęk – „Muzeum im. Dzieduszyckich we Lwowie i jego twórca”
  • – Stefan Rygiel, Helena Drege – „Biblioteka im. Wróblewskich”

Kresowe historie (2). Chcą żyć w tradycji i kulturze polskiej

Kresowe historie (2) – reportaż Zbigniewa Sochy. Opisane w pierwszej części cyklu wydarzenia, częściowo zapomniane, nie do końca zbadane przez historyków, przypominały niewyobrażalne tragedie, jakie dotknęły Polaków na Kresach Wschodnich.

2.lwow

Widok Lwowa z XIX wieku, grafika z XIX wieku, Muzeum Narodowe w Krakowie

Kresy są wszędzie tam, gdzie się walczy o bycie Polakiem i o naszą narodową kulturę.

Należy im się opieka i wdzięczność

Na terenach dawnych Kresów Wschodnich zamieszkują dziś dzieci, wnukowie i prawnukowie Polaków wynarodowianych, zsyłanych do łagrów, więzionych, mordowanych dlatego, że byli Polakami. To właśnie oni w sposób szczególny dbają o tradycję, historie, kulturę Polską i groby naszych przodków.

Choćby dlatego należy im się szczególna opieka i wdzięczność państwa polskiego, aby mogli normalnie żyć w miejscu, gdzie żyją od wieków, rozmawiać ze swoimi dziećmi po polsku, wychowywać je w tradycji i kulturze narodowej.

A jak jest w rzeczywistości po trzydziestu latach istnienia wolnej Litwy czy też Ukrainy, naszych strategicznych partnerów?

Pomimo częstych deklaracji przedstawicieli władz polskich i pana prezydenta o tym, iż posiadamy najlepsze stosunki w historii z Litwą i Ukrainą, realia, w jakich znajdują się tam Polacy, wyglądają skrajnie odmiennie od deklarowanych i systematycznie się pogarszają.

O prawa mniejszości narodowych

Podkreślić tu należy, że mówimy o prawach podstawowych, jakie mają mniejszości narodowe w Europie, czy też Litwini i Ukraińcy w Polsce. Dostęp do własnych szkół z językiem narodowym, zwrot ziemi, zachowanie oryginalnej pisowni nazwisk, jakie posiadali od stuleci, tablice dwujęzyczne oznaczające miejscowości i ulice, w których mieszka co najmniej 20 procent mniejszości narodowej, dostęp do kanałów TV w języku ojczystym.

Polityka niemocy, a wręcz bezradności wobec naszych wschodnich sąsiadów, prowadzona jest niezmiennie przez wszystkie rządy w wolnej Polsce od lat 90. Polscy politycy oficjalne wystąpienia w Wilnie rozpoczynają od słów ,,mam nadzieję’’. Ta bezwolność i niemoc przynosi skutki wręcz katastrofalne dla kresowian, a w dłuższym okresie także dla Polski.

Około połowy polskich dzieci uczy się w litewskich szkołach

To między innymi efektem tak prowadzonej polityki jest sytuacja, iż już około połowy polskich dzieci uczy się w litewskich szkołach. Wprowadzone dyskryminujące zmiany w oświacie powodują, że z języka litewskiego polscy maturzyści, na przykład w 2019 roku, nie zdają matury w 24 procentach. W okręgu Święcian, gdzie do polskości przyznaje się jeszcze 30 procent mieszkańców, nie ma ani jednej polskiej stacjonarnej szkoły.

Te przykłady pokazują, że zbliżamy się szybkimi krokami do sytuacji, jaka jest obecnie na Kowieńszczyżnie, gdzie Polacy zniknęli, zostali wynarodowieni.

Państwo, które predysponuje do roli przywódczych w regionie, nie może promieniować taką bezradnością i biernością, godząc się na jaskrawe formy wynaradawiania Polaków, nazywając brak realnych działań doktryną – ideą Giedroycia.

Order Orła Białego wzbudził zażenowanie i zdziwienie

Jaskrawym przykładem tej bierności jest rozebranie torów przez Litwę wiodących z Rafinerii Orlen-Możejki do granicy z Łotwą. Przynosiło to duże zyski kolejom litewskim, gdyż wozili produkty Orlenu dużo dłuższą trasą, natomiast Orlenowi-Możejki straty przez wiele lat. Dopiero interwencja organów Unii Europejskiej, nakładającą karę na Litwę, i nakazującą odbudowę torów, przywróciła normalność. Niezrozumiałym i wysoce szkodliwym działaniem było nadanie byłej Prezydent Litwy, Dali Gribauskajte, najwyższego odznaczenia polskiego Orderu Orła Białego.

Pani prezydent znana była z wrogiej postawy wobec Polaków, mieszkających w Wilnie i na Wileńszczyźnie oraz z sympatii wobec nacjonalistycznych środowisk Litewskich. Była orędownikiem wprowadzonej w 2011 roku reformy oświaty, która ograniczała nauczanie w języku mniejszości, to jej zawdzięczamy brak ustawy o mniejszościach narodowych na Litwie. Pani Prezydent zdecydowanie dystansowała się od Polski, skutecznie ochładzając stosunki polsko – litewskie. Przez dwie kadencje swojej prezydentury w latach 2009 – 2019 zdecydowanie ograniczała wizyty w Warszawie, sprowadzając je tylko do niezbędnych, pojechała na przykład na szczyt NATO w 2016 roku oraz na spotkanie z prezydentem Trampem w 2017 roku.

Dlatego przyznane pani prezydent najwyższe odznaczenie polskie wzbudziło powszechne zażenowanie i zdziwienie.

1. wilno

Widok Wilna, ulica Dominikańska, grafika z XIX wieku, własność prywatna

Priorytety i ich kolejność

Polska, realizując najistotniejsze inwestycje dla rozwoju gospodarki i obronności niespełna 2,8 milionowej Litwy – budujemy połączenia drogowe z Litwą via baltica i via carpatia, łączymy swój system energetyczny i gazowy z systemem litewskim, planujemy budowę nowych połączeń kolejowych z Litwą, tworzymy wspólną brygadę wojskową i plany obrony Litwy, w zamian nie może uzyskać przestrzegania praw mniejszości polskiej.

W tym kontekście nie dziwią priorytety i ich kolejność wprowadzania na Litwie pani ambasador Urszuli Doroszewskiej, które ogłosiła w październiku 2017 roku, a są nimi, w kolejności takiej, jak były wygłaszane:

Bezpieczeństwo i obrona

Zwrócenie szczególnej uwagi wobec wojny informacyjnej

Wzmocnienie współpracy z Litwą w zakresie energetyki

Drogi komunikacyjne via baltica, rail baltica

Troska o Polską mniejszość narodową oraz dbanie o właściwy przekaz polskiej polityki historycznej

Współpraca Polski i Litwy w sprawach Europy i wschodniego sąsiedztwa Europy.

Doktryna z lat 60. XX wieku

W sprawie bezpieczeństwa trzeba przypomnieć, że rząd Litwy zwrócił się bezpośrednio do Niemiec, aby to wojska niemieckie były siłami wiodącymi w stacjonujących oddziałach NATO na Litwie. Wojska Polskiego nie ma na Litwie, poza rotacyjnie pełniących dyżury polskimi lotnikami.

Niezrozumiałe i błędne jest opieranie naszej polityki wobec sąsiadów na wschodzie na doktrynie Giedroycia – Mieroszewskiego w sytuacji, gdy te narody funkcjonują jako niezależne państwa kilkadziesiąt lat (częściowo Białoruś). Litwa jest w NATO i Unii Europejskiej, a Ukraina współpracuje z NATO i Unią Europejską.

Doktryna, powstała w latach 60. pod Paryżem, w niezależnym ośrodku myśli politycznej miesięcznika ,,Kultura” Jerzego Giedroycia, zakładała bezwzględne wspieranie narodów za naszą wschodnią granicą w ich dążeniu do niepodległości, wspieranie ich narodowych aspiracji nawet częściowo kosztem Polski i Polaków. W ten sposób powstały kordon niezależnych państw, odgradzający nas od Rosji, znacząco miał wzmocnić nasze bezpieczeństwo w zamyśle twórców idei.

Doktryna z moralnego i racjonalnego punktu widzenia jest nie do przyjęcia. Polską racją stanu powinno być realne zabieganie o prawa Polaków, mieszkających na kresach, a nie prowadzenie polityki pozorowanej w myśl hasła „mam nadzieję”.

Czy też w imię poprawności politycznej nie podjęto realnych starań o zwrot pozostawionych na kresach setek tysięcy dóbr narodowych w muzeach, archiwach, bibliotekach.

Mija około 30 lat, gdy Polska, zawsze jako jedna z pierwszych na świecie, uznawała bezwarunkowo państwowość naszych sąsiadów: Litwę, Białoruś, Ukrainę, wspierając je na drodze w dochodzeniu do wolności.

Zmęczenie, zniechęcenie

Zatem, spróbujmy podsumować najistotniejsze problemy Polaków, mieszkających na kresach:

Własne szkolnictwo dla mniejszości narodowej jest podstawową formą przetrwania i rozwoju. O tym szczególnie pamiętają Polacy na kresach, mając w pamięci przykład z Kowna i okręgu, gdzie bez szkół Polacy w przeciągu 50 lat zostali wynarodowieni.

Na Wileńszczyźnie szkoły budują i administrują samorządy i administracja państwowa. Te państwowe nowe litewskie mają być konkurencją dla polskich samorządowych i mają zachęcać polskie dzieci do przejścia do tych szkół.

W polskich szkołach uczy się niewiele ponad 11 tysięcy uczniów, co oznacza, że już niespełna połowa polskich dzieci uczy się w litewskich szkołach.

Działania nieprzychylne rządu Litwy oraz pewnego rodzaju porzucenie Polaków na kresach (idea Giedroycia) przez polskie władze powoduje zmęczenie, zniechęcenie, co skutkuje tak złą sytuacją.

Wycofano język polski z możliwości zdawania go na maturze, pomniejszając tym samym rangę polskiej szkoły. W 2013 roku wprowadzono, bez okresu przejściowego, język litewski na takim samym poziomie, jak w szkołach litewskich, tej bariery nie pokonało w 2018 roku 23 procent polskich uczniów, a w 2019 roku – 24 procent maturzystów szkół polskich.

Litwa znacząco mniej łoży na ucznia szkoły polskiej, w stosunku do nakładów, jakie państwo polskie przeznacza na ucznia litewskiej szkoły w Polsce. Tworzy się co roku aurę niepewności wobec polskich szkół oraz występują ciągłe problemy z podręcznikami szkolnymi.

Wobec powszechnego niezadowolenia Polaków i rażącej dyskryminacji, jaka ma miejsce wobec polskiej mniejszości, zostało podpisane porozumienie 17 września 2020 roku pomiędzy przedstawicielami rządów Litwy i Polski o usunięciu problemów w szkolnictwie polskim na Litwie do 2022 roku.

Widząc dotychczasowe tempo załatwiania problemów Polaków jest to graniczące z pewnością, że temat nie będzie załatwiony, podobnie jak zwrot ziemi Polakom, ciągnący się kilkadziesiąt lat.

Podobnie bardzo trudna sytuacja polskich dzieci zaczyna występować na Ukrainie, która przyjęła ustawę o oświacie, zakładającą naukę od piątej klasy tylko w języku państwowym, czyli ukraińskim. W sposób zdecydowany przeciwko tej ustawie zareagowały rządy posiadające na Ukrainie mniejszości narodowe Węgier i Rumuni. Rząd węgierski, w odpowiedzi na te działania, Ukrainy zablokował rozmowy Ukraina – NATO. O działaniach rządu polskiego nic nie wiadomo.

Zwrot ziemi Polakom

Litwa posiada ustawę niespotykaną na świecie, która pozwala przenosić prawo własności ziemi z uwzględnieniem klasy ziemi. W ten sposób Litwini z różnych zakątków Litwy przenoszą się do Wilna i okolic otrzymując nawet więcej ziemi niż mieli, gdyż ziemia w Wilnie i okolicach jest gorszej klasy piaszczysta. Właścicielami tej ziemi najczęściej są Polacy, ale pod różnymi pretekstami nie mogą jej otrzymać. W ten sposób rząd litewski zmienia skład narodowościowy w Wilnie i okolicy, jednocześnie znacząco bogacąc nowych właścicieli Litwinów. Przed wojną w Wilnie mieszkało od 0,7 do 1,0 procenta Litwinów. W samym Wilnie na zwrot ziemi oczekuje ponad 7000 tys. właścicieli, głównie Polaków.

Ustawa najprawdopodobniej będzie funkcjonowała aż do wyczerpania się ziemi, działek i braku chętnych na nie Litwinów.

Pisownia nazwisk i nazw miejscowości

Wydawać by się mogło, że prawo do posiadania oryginalnej pisowni nazwiska jest oczywistością, ale, niestety, Litwini przez ostatnie kilkadziesiąt lat z tym też sobie nie poradzili. Zapewne są pewni, że rząd polski nie będzie w tym samym tempie realizował ich strategicznych problemów.

Tak samo wygląda problem oznaczenia nazw miejscowości i ulic tablicami dwujęzycznymi. Wszelkie próby oznakowań w polskiej pisowni kończyły się płaceniem dużych kar pieniężnych.

Aby zmniejszyć samorządową siłę regionów polskich, zmieniane są granice okręgów, przyłączając ich część do regionów litewskich.

Polityka bierności strony polskiej utwierdza naszych sąsiadów o słuszności działań dyskryminacyjnych wobec polskiej mniejszości. Ukraińscy politycy wprost drwią, pytając: ,,do czego nam jest Polska?”

Jak można nazwać politykę, która oceniana jest jako najlepsza w historii przez władze w Polsce, a jednocześnie podstawowych praw polskiej mniejszości nie załatwiać przez 30 lat?

Polityka wschodnia wobec naszych sąsiadów nie może odbywać się kosztem Polaków tam mieszkających, czy też rezygnacji z pozostawionych tam dóbr kultury, a to ma miejsce.

Chcąc, by nas traktowano jako państwo poważnie, musimy najpierw sami tak siebie traktować.

Zbigniew Socha

Kresowe historie (1) Tragedie wciąż nie do końca zbadane

SONY DSC

Zbigniew Socha. Fot. Janusz Wikowski

Publikujemy cykl materiałów na temat Kresów Wschodnich Zbigniewa Sochy. Obszar ten po drugiej wojnie światowej znalazł się poza granicami Polski. Przypominamy mieszkających tam ludzi i zdarzenia, w których uczestniczyli, próbujemy odsłonić tajemnice zaginionych, lub rozproszonych tamtejszych zbiorów dziedzictwa narodowego.
Wielu kresowiaków repatriowało się na tereny Gdańska i Pomorza. Sądzimy, że nie tylko oni i ich potomkowie zainteresują się tekstami.
200 – 250 tysięcy Polaków zniknęło z Litwy Kowieńskiej po 1918 roku
Za życia dwóch pokoleń, w ciągu niespełna 50 lat, z tak zwanej Litwy Kowieńskiej, liczącej niewiele ponad 2 mln ludności, zniknęło ponad 200 tysięcy Polaków, zamieszkujących głównie Kowno i okolice.
W 1916 roku 35 procent ludności Kowna stanowili Polacy, a w całym okręgu, to jest w Kiejdanach, Uścianie, Wędziagole, Wodoktach, sienkiewiczowskiej Laudzie mieszkało ponad 200 tysięcy Polaków.
Już w 1918 roku rozpoczęły się, na wcześniej nie spotykaną skalę, represje. Polacy pozbawiani byli ziemi (bez odszkodowań), pod pozorem reformy rolnej, zamykano polskie szkoły, wprowadzano zakazy eksponowania symboli związanych z polskością, umieszczania napisów, szyldów, reklam w języku polskim. Represje szczególnie dotykały prasę polską poprzez stopniową jej likwidację, organizacje społeczne oraz ich członków.
Była to lituanizacja zaborcza i bezwzględna, wykorzystująca wszystkie służby w państwie do walki z Polakami, presja i przemoc fizyczna występowała na porządku dziennym.
Niestety te działania w pełni popierał kościół katolicki litewski, przenosząc praktycznie wszystkich polskich księży z Kowna i okolic do miejscowości, gdzie większość stanowili Litwini, a w to miejsce przysyłając księży litewskich, najczęściej nie mówiących po polsku.
Był to bardzo duży cios zadany głęboko wierzącej autochtonicznej ludności polskiej, sytuacja ta negatywnie odbiła się na morale Polaków.
W taki to oto sposób, przede wszystkim bez własnych szkół, przy agresywnie i bezwzględnie działającym aparacie państwa litewskiego, braku oparcia w kościele, likwidacji prasy polskiej i, z biegiem czasu, wszystkich organizacji polskich, Polacy w Kownie i regionie zostali wynarodowieni.
W 2020 roku narodowość polską w Kownie deklaruje 0,6 proc. mieszkańców, natomiast w regionie – od 1 do 3 proc. ludności czuje się Polakami.
Temat zniknięcia Polaków z Kowna i regionu nie jest dogłębnie zbadany i opisany przez polskich historyków, problem jest raczej przemilczany.
Operacja polska” NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) w latach 1937 – 1938
Jest to pierwsze ludobójstwo na tle narodowościowym na terenach Europy Środkowej.
Po zakończeniu wojny polsko – sowieckiej 18 marca 1921 roku podpisano Traktat Ryski, w wyniku którego, poza granicami Polski pozostało ponad milion Polaków, w większości mieszkających blisko nowej granicy z Polską.
Stalin, w wyniku przegranej wojny z Polską latach 1919 – 1920 oraz tego, że wszelkie próby sowietyzacji Polaków, zamieszkujących Rosję bolszewicką, nie powiodły się miał szczególny uraz do Polaków i Polski.
Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Bolszewików 9 sierpnia 1937 roku podjęło decyzję o rozprawieniu się z Polakami pod pretekstem rzekomego zagrożenia Rosji Sowieckiej ze strony tychże Polaków.
Stalin wydaje rozkaz rozpoczęcia akcji przeciwko Polakom Nikołajowi Jeżowowi, Komisarzowi Ludowemu do spraw Wewnętrznych, który 11 sierpnia 1937 roku podpisał rozkaz nr 00485 rozpoczęcia represji przeciwko Polakom. NKWD rozpoczęło na masowa skalę rozstrzeliwania, zamykanie w więzieniach i deportacje.
Aresztowanych Polaków dzielono na dwie kategorie: zakwalifikowanych do kategorii pierwszej przeznaczono na rozstrzelanie, włączonych do kategorii drugiej osadzano w więzieniach i wywożono do łagrów.
Na rozstrzelanie skazywani byli Polacy, którym zarzucano członkostwo, czy też współpracę z Polską Organizacją Wojskową, ze 160 tysięcy aresztowanych pod tym pretekstem rozstrzelano przytłaczającą większość.
Szacuje się, że w ramach operacji sowieckiej zamordowano ponad 111 tysięcy Polaków. Dużą część, około 29 tysięcy, z fikcyjnymi zarzutami, deportowano do Kazachstanu i do Komi.
Dzieci po zamordowanych rodzicach umieszczano w sowieckich sierocińcach, skutecznie ich wynaradawiając. Część ludności polskiej, głównie kobiet, dzieci i starców, zsyłano w głąb Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich.
Należy podkreślić, że deportacji bolszewicy dokonywali masowo już od 1936 roku w ramach, jak określali, oczyszczania pasa przygranicznego.
Szacuje się, że łącznie w ten sposób zesłano około 100 tysięcy Polaków.
26 listopada 1938 roku zakończono operację mordowania, osadzania w więzieniach i deportacji do Kazachstanu, Komi, czy też na Syberię Polaków dlatego, że byli Polakami.
Praktycznie co piąty Polak został zamordowany, lub dotknięty represjami. Miejscowości opustoszały, społeczności uległy w dużej mierze rozproszeniu, a rodziny zostały rozdzielone.
Stalin osiągnął cel, ponad milionowa społeczność polska została rozbita, a ci, co pozostali, walczyli o przetrwanie, przytłoczeni bezmiarem okrucieństwa.
Archiwa Rosyjskie i Białoruskie w kwestii operacji NKWD przeciw Polakom w latach 1937-1938 są zamknięte przed historykami, dlatego do dnia dzisiejszego nieznane są wszystkie miejsca kaźni oraz dokładna liczba pomordowanych Polaków.
Ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1939 – 1945
W lutym 1943 roku nastąpiły pierwsze masowe mordy na bezbronnych Polakach. Zbrodni tych dokonywali członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej
Armia, z szerokim udziałem Ukraińców sąsiadów mordowanych Polaków.
W kolonii Porośla banderowcy zamordowali od 149 do 173 mieszkańców tej wsi. Cudem ten mord przeżyło 12 osób. W kwietniu zniszczono 17 wsi, natomiast w Janowej Dolinie banderowcy zamordowali 607 osób, pomimo stacjonowania w tej miejscowości Niemców.
Od maja 1943 roku na Wołyniu działały już duże jednostki UPA, które rozpoczęły eksterminację polskiej ludności, głównie mieszkającej na wsi.
Kulminacja rzezi Polaków nastąpiła 11 lipca 1943 roku. Oddziały UPA i okoliczna ludność Ukraińska zaatakowały jednocześnie 99 polskich wsi. Ponieważ była niedziela, większość mieszkańców znajdowała się na mszach w kościołach i tam rozpoczęły się mordy, tylko w tym dniu zginęło ponad 8 tysięcy bezbronnej ludności – kobiet, dzieci, starców.
Organizacja mordów miała swój określony schemat. Najczęściej otaczano dokładnie wieś, aby nikt nie uciekł. Następnie w pierwszym szeregu atakowało od 15 do 30 uzbrojonych osób z OUN – UPA, za nimi biegła okoliczna ludność ukraińska, zwykle byli to sąsiedzi, zwani „siekiernikami”, uzbrojeni w siekiery, kosy, widły, młoty, pałki, noże, sierpy, piły, łomy.
Rytuał zabijania przewidywał znęcanie się, tortury. Rozcinano brzuchy, odcinano kończyny, wbijano gwoździe w głowę, dzieci przybijano do ściany, lub nabijano na płot.
Kompletny zestaw tortur fizycznych, jakie stosowali Ukraińcy, po wielu latach badań, zliczył i opisał Aleksander Korman, wyszczególnił 362 pozycje.
Ten sposób mordowania miał, w zamyśle Ukraińców, spowodować takie przerażenie wśród ludności Polskiej, iż sami będą opuszczać swoje zagrody, uciekając do Polski centralnej.
Po wymordowaniu mieszkańców oprawcy zabierali wszystko, co miało jakąś wartość, na wcześniej przygotowane furmanki. Zabudowania starannie palili tak, aby pozostało jak najmniej śladów istnienia polskiej wioski. W ten sposób zniknęło ponad 1800 polskich wiosek.
Według ustaleń badaczy Ewy i Władysława Siemaszków w latach 1939 – 1947 szacunkowo wymordowano do 130 tysięcy Polaków, według Grzegorza Motyki około 100 tysięcy, a według Czesława Portacza około 120 tysięcy.
Z upływem czasu, wobec niewyobrażalnego bestialstwa w mordowaniu Polaków przez banderowców, mieszkańcy wiosek polskich rozpoczęli organizować samoobronę .Takich miejscowości było około 100.
Do nich zaliczała się Rybcza, położona 20 km od Krzemieńca. Rybcza miała dużo szczęścia, gdyż kilku mieszkańców należało do organizującego się Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, a byli to Franciszek Mytkowski, Marcin Mysłowski, Jan Niewiński, ponadto dowództwo ZWZ – AK przysłało wachmistrza, Henryka Butyńskiego, mającego dowodzić obroną. Broń kupowano od Niemców i Węgrów, stacjonujących w Krzemieńcu.
Banderowcom i okolicznym Ukraińcom udało się zabić trzech mieszkańców Rybczy i spalić 42 zabudowania. Rybcza obroniła się, ale już pobliski Wiśniowiec spalono, a większość mieszkańców wymordowano.
W maju 1945 roku Rybcza została ekspatriowana na Opolszczyznę do Mąkoszyc. Z Wołynia i Małopolski Wschodniej po wojnie ekspatriowano do Polski ponad 90 proc. ocalałej z pogromu ludności polskiej.
Państwo Ukraińskie z dniem 27 września 2019 roku odblokowało zakaz poszukiwań pomordowanych przez nacjonalistów ukraińskich i innych, którzy zginęli na terenie dzisiejszej Ukrainy.
Jest szansa, że zostaną wznowione poszukiwania przez polski IPN.
Ukraina, nasz strategiczny partner, gloryfikuje UPA i OUN, przedstawiając je jako formacje wolnościowe, a przywódców jako przykład bohaterstwa, którym są stawiane pomniki. Potwierdzają to ustawy przyjęte przez Sejm Ukraiński.
W Ponarach pod Wilnem wymordowano 80 – 100 tysięcy obywateli II RP

Według ostatnich badań dr hab. Moniki Tomkiewicz w Ponarach pod Wilnem wymordowano 80 – 100 tysięcy obywateli II RP.
W Ponarach w latach 1941-1944 oprawcami byli Litwini działający pod nadzorem niemieckich okupantów, gdzie zamordowano 80 – 100 tysięcy obywateli II Rzeczpospolitej Polskiej.
Szacuje się, że w tej liczbie znajdowało się 70 tysięcy osób narodowości żydowskiej. Polaków mogło tam zginąć od 2 do 20 tysięcy.
Zamordowano też kilka tysięcy jeńców rosyjskich, ginęli też Białorusini, Romowie, Tatarzy oraz działacze komunistyczni Litwini, współpracujący podczas okupacji sowieckiej z Rosjanami oraz kilkudziesięciu oficerów i żołnierzy litewskich.
Polaków mordowano – była to głównie młodzież i elity polskie – według list, które przygotowywali Litwini z Saugumy (litewska policja bezpieczeństwa).
Jesienią 1943 roku rozpoczęto zacieranie śladów zbrodni w Ponarach, a od grudnia do kwietnia 1944 roku wydobywano z dołów i palono ciała, mieląc niedopalone kości, popiół mieszano z piaskiem i ponownie wsypywano do dołów, w których wcześniej znajdowały się zwłoki rozstrzelanych.
Niemcy, tworząc administrację okupacyjną, opierali się na Litwinach, a oddziały policji litewskiej, powołane do pilnowania porządku okupacyjnego, składały się z ochotników, wśród których szczególną rolę odgrywali członkowie przedwojennej organizacji litewskiej – Związku Strzelców Litewskich, który charakteryzował się bardzo dużym nacjonalizmem, antysemityzmem i antypolonizmem.
Specjalny oddział, dokonujący rozstrzeliwań w Ponarach, w początkach liczył kilkuset żołnierzy i oficerów, składał się z ochotników litewskich, głównie z organizacji Lietuvos Sauliu Sajunga, w oddziale było kilku Rosjan i czterech Polaków, którzy, wstępując do oddziału, zrzekli się obywatelstwa polskiego. Komendy wydawano w języku litewskim, a umundurowanie początkowo składało się z sortów mundurowych armii litewskiej z insygniami litewskiej Pogoni.
Dowódcami oddziału byli oficerowie armii litewskiej w kolejności Juozas Sidlau, Balys Norvaisza, Jonas Tumas. To właśnie ten oddział litewski ludność Polska nazywała z odrazą, pogardliwie – strzelcy ponarscy, lub potocznie szaulisi’”.Ten oddział był dodatkowo obsługiwany przez batalion ochrony, który dowoził skazanych, pilnował zatrzymanych przed egzekucją, pełnił służby wartownicze.
Litwini wiele razy prowokowali sytuacje, które miały usprawiedliwiać ich ataki przeciwko bezbronnym Polakom.
Największa akcja odbyła się w maju 1942 roku w Święcianach. Policja litewska, z udziałem oddziału specjalnego z Wilna, pod dowództwem mjr Jonasa Maciuleviciusa, zamordowała 450 Polaków,,a łącznie z zamordowanymi w okolicy było to 600 osób.
Najlepiej stan ducha i mentalność oddziałów litewskich wobec mieszkańców Wilna i Wileńszczyzny oddaje list – skarga napisana do Komisarza SS Okręgu Wilno, Hansa Christiana Hingsta.
Dowódca oddziału, Balys Norvaisza, w imieniu swoim i żołnierzy, zwracam się o naprawienie krzywd i prosi o wyrażenie zgody, aby ubrania i kosztowności po mordowanych przechodziły na ich własność za ich trud likwidowania wrogów Rzeszy i Litwy, głównie Żydów i Polaków, w trudnych warunkach, deszcz, mróz, ciemności oraz niekończące się transporty więźniów do likwidacji.
W ten sposób pozyskane części ubrań po rozstrzelanych były sprzedawane na pobliskich targowiskach przez członków oddziału specjalnegostrzelcy ponarscy” i ich rodziny.
Przed wejściem na teren ludobójstwa obywateli II RP w Ponarach brak jest tablicy w języku polskim.
c.d.n.

Zbigniew Socha

  • Bibliografia:
    Marian Kałuski – Litwa Kowieńska – tam była Polska
    Prof. dr hab. Piotr Niwiński – Ponary miejsce „ludzkiej rzeźni”
    Andrzej Chodacki – Ponary

Nr 3/2021 Nasz Gdańsk

„Rodzina Ponarska” w Wilnie i na Wileńszczyźnie

PONARY fot.Zbigniew Zagórski_Ostra Brama w Wilnie sm

Rodzina Ponarska pod Ostrą Bramą w Wilnie. Fot. Zbigniew Zagórski.

Upamiętnienie masowych mordów w Ponarach Stowarzyszenie ”Rodzina Ponarska” w Wilnie i na Wileńszczyźnie w dniach 21-27 września 2019 r.

PAMIĘĆ I DZIEŃ DZISIEJSZY

Stowarzyszenie Rodzina Ponarska, na czele z Prezes dr. Marią Wieloch od wielu lat organizuje uroczystości upamiętniające Zbrodnię Ludobójstwa w Ponarach. Zbiorowe egzekucje przeprowadzali na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1941-1944 litewscy kolaboranci, pod nadzorem niemieckich okupantów nieopodal miejscowości Ponary pod Wilnem.

ZAMORDOWANO 100 TYSIĘCY OBYWATELI II RP

Egzekucji dokonywały ochotnicze oddziały policyjne,złożone z Litwinów, będące w służbie hitlerowskich Niemiec ,nazywane przez Polaków ‚strzelcy ponarscy” lub potocznie „szaulisi”.

W Ponarach zamordowano ok. 100 tys. obywateli II Rzeczypospolitej Polskiej, w tym około 70 tys. osób narodowości żydowskiej. Według niektórych danych Polaków miało zginąć nawet do 20 tys. Ginęli też Białorusini,Tatarzy, Romowie. Zamordowano też kilka tysięcy jeńców rosyjskich.

Według nazistowskiej nieludzkiej doktryny, Żydów miano wymordować wszystkich, natomiast Polaków dobierano według ustalonych zasad. Trzon listy przygotowali Litwini z Saugumy [litewska policja bezpieczeństwa] i nie przypadkowo znajdowali się na niej przedstawiciele polskich elit i członkowie organizacji konspiracyjnych.

Tak więc w Ponarach rozstrzeliwano profesorów Uniwersytetu Stefana Batorego, nauczycieli, księży, harcerzy, studentów, uczniów wileńskich gimnazjów, czy też działaczy polskiego podziemia.

Przed miejscem kaźni w Ponarach stoją tablice w językach, rosyjskim, litewskim i hebrajskim informujące, że zbrodni dokonali hitlerowcy i ich miejscowi pomocnicy.

22.09.2019 r., niedziela

Uroczystości rozpoczęła msza święta w kościele pod wezwaniem Ducha Świętego w Wilnie, którą współcelebrował ks. Jerzy Błaszczak, nasz opiekun duchowy. Msza była w intencji wszystkich ofiar zbrodni Ponarskiej.

W świątyni, pod tablicą upamiętniającą zamordowanie w Ponarach ks. Romualda Świrkowskiego, proboszcza tej parafii w latach 1941-1942, złożono wieńce w obecności wicekonsula Ambasady RP w Wilnie. Tablice ufundowało Stowarzyszenie Rodzina Ponarska.

Z kilkudziesięciu kościołów w obrębie starego miasta w Wilnie tylko kościół pw. Ducha Świętego  jest nazywany polskim, gdyż tylko tu wszystkie msze są odprawiane w języku polskim.

Należy podkreślić, że obecnie na 500 tys. mieszkańców Wilna 90 tys. są to Polacy.

Następnie pojechaliśmy do dzielnicy Wilna Zarzecza, na ul Połocką, gdzie mieścił się Instytut Onkologii, w którym pracował prof. Kazimierz Pelczar – pionier polskiej onkologi, zamordowany w Ponarach. Przy tablicy jemu poświęconej umieściliśmy wieniec, zapaliliśmy znicze i odśpiewaliśmy Hymn Polski, wzbudzając zdziwienie i zaciekawienie przechodzących Litwinów.

Udaliśmy się na historyczny Polski Cmentarz Bernardyński powstały w 1810 r., na którym mieści się symboliczny grób Henryka Pilścia, harcerza, żołnierza Armii Krajowej, zamordowanego w Ponarach.

Po złożeniu kwiatów i zapaleniu świec odśpiewaliśmy kilka piosenek harcerskich, oddając mu w ten sposób hołd.

Zabytkowy 210-letni Cmentarz Bernardyński, oczyszczony z krzewów i odchwaszczony, wprowadza w zadumę i nostalgię, ale niestety wrażenia psują nowe litewskie pochówki obok tych historycznych.

Następnie jedziemy zwiedzać piękne wileńskie Stare Miasto, rozpoczynając od modlitwy w Kaplicy Ostrobramskiej, przed cudownym obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, Królowej Korony Polskiej Mszę współcelebrował ks. Jerzy Błaszczak.

Zwiedzając zabytki starego Wilna zwróciliśmy uwagę na staranne wyczyszczenie z przestrzeni publicznej symboli nawiązujących do wielowiekowych związków miasta z Rzeczpospolitą.

Tablice przed zabytkami są w języku litewskim i angielskim [najwięcej turystów jest z Polski].

Na fasadzie Domu Kultury Polskiej w Wilnie umieszczony jest – po litewsku i po polsku – napis: ”Pan Tadeusz”. W ten sposób oznaczono Dom Kultury Polskiej.

Skoro tak nietolerowane przez Litwinów są symbole związków Wilna z Rzeczpospolitą, to może Polska powinna intensywniej zabiegać o zwrot pozostawionych dóbr kultury polskiej: muzea, biblioteki, archiwa państwowe i prywatne przez wieki gromadzone przez pokolenia Polaków.

Temat jest zadziwiająco przemilczany w sytuacji utraty przez Polskę ponad 500 tys. obiektów dóbr kultury utraconych w wyniku II wojny światowej.

23.09.2019 r., poniedziałek

Dzień rozpoczynamy od wyjazdu do Ponar na oficjalne państwowe litewskie obchody Dnia Holokaustu Żydów, z udziałem Prezydenta Litwy.

Jeszcze przed oficjalnymi uroczystościami składamy kwiaty i zapalamy znicze w miejscu upamiętnienia Romów, pod przejmującym i wymownym pomnikiem, zbudowanym z kamieni polnych ułożonych w krąg.

Porządkujemy kwaterę polską, gdzie odbędą się oddzielne uroczystości 25 września z udziałem przedstawicieli państwa polskiego.

Oficjalna delegacja Rodziny Ponarskiej składa wieniec, a Pani Prezes dr Maria Wieloch ma możliwość wypowiedzi przed zgromadzonymi na uroczystości.

Po uroczystościach jedziemy do Święcian, aby na grobach żołnierzy wojny 1919-1921 oraz na grobach niewinnie pomordowanych 450 Polakach – ofiar akcji odwetowej, złożyć kwiaty, zapalić znicze i pomodlić się.

Oddział rosyjskiej partyzantki, dowodzony przez Fiodora Markowa zastrzelił trzech Niemców. Oprawcy niewinnych Polaków – Litwini, doskonale wiedzieli, kto zastrzelił Niemców, ale wykorzystali ten fakt jako pretekst do rozpoczęcia akcji odwetowej na Polakach.

Według wcześniej przygotowanych list, systemowo mordowali bezbronnych okolicznych mieszkańców. Akcją dowodził major Jonas Maculeviczius, komendant policji kryminalnej, a w operacji brały udział litewskie oddziały policji ze Święcian, Nowych Święcian, Łyntup i tak zwany Wileński Oddział Specjalny. Akcję wspierała niemiecka policja bezpieczeństwa z powiatu święciańskiego.

Z cmentarza jedziemy do domu polskiego w Nowych Święcianach, na spotkanie z miejscowymi Polakami, gdzie odbędą się wykłady dr hab. Moniki Tomkiewicz pt. „Zbrodnia w Ponarach 1941-1944” oraz dr Marii Wieloch pt. „25 lat działalności Stowarzyszenia Rodzina Ponarska.

Spotkanie zakończył występ zespołu z Nowych Swiecian ”Marzenie”. Po drodze zatrzymaliśmy się pod pomnikiem zamordowanych 25 Polaków, na którym znajduje się informacja, że zostali rozstrzelani przez okupantów hitlerowskich [to ofiary akcji odwetowej majora Maciulevicziusa].

W okręgu świeciańskim obecnie mieszka 30 procent Polaków, przed wojną mieszkało 70 procent. Od kilkudziesięciu lat w okolicy nie ma ani jednej polskiej szkoły.

Wybudowany nowy Dom Polski przygarnął szkółkę niedzielną, dla której przekazaliśmy zebrane książki z Polski.

Na całej Litwie rok szkolny w szkołach polskich rozpoczęło 12 tys dzieci,w tym 1 tys. w pierwszych klasach. W latach 90. XX wieku naukę rozpoczynało ponad 26 tys. polskich uczniów.

Taki spadek liczby polskich uczniów jest nie tylko spowodowany zmianami demograficznymi.

Władze litewskie wycofały język polski ,który trzeba było zdawać na maturze w szkołach polskich. Zwiększono liczbę przedmiotów z wykładowym językiem litewskim w polskich szkołach. Nawet Rada Europy zauważyła problem dyskryminacji polskich uczniów na Litwie.

Z Nowych Święcian wyjeżdżamy w ponurych nastrojach, zastanawiając się, jak długo tej społeczności starczy sił i determinacji do dalszego oporu przed lituanizacją, bez szkół, bez zdecydowanych działań Rządu Polskiego i organów Unii Europejskiej.

24.09.2019 r., wtorek

W dniu dzisiejszym wyjeżdżamy do Szawli, na Górę Krzyży, aby uroczyście odsłonić i poświęcić 5-metrowy dębowy Krzyż Ponarski. Cały cykl powstania Krzyża, wielkość, treść tabliczki, zatwierdzonej przez Mera, wykonawstwo, konserwacja, montaż Krzyża, wybór miejsca przeprowadziła Prezes Maria Wieloch.

Krzyż Ponarski został zamontowany obok Krzyża Smoleńskiego i Krzyża Katyńskiego. Mszę świętą obok Krzyży, w intencji Ofiar oraz tych wszystkich, którzy dbają o zachowanie o nich pamięci, upowszechniają prawdę o ludobójstwie w Ponarach, odprawił ks. Jerzy Błaszczak.

W 1430 r., aby upamiętnić Przyjęcie Chrztu przez Żmudzinów, na wzgórzu postawiono kapliczkę, nad którą górował krzyż. Po upadku powstania listopadowego w 1831 r.,w intencji zaginionych, zabitych i wywiezionych na Syberię powstańcach zaczęto tam masowo przynosić krzyże, co trwa do dnia dzisiejszego. Szacuje się, że Krzyży tam stojących jest 50 tys., ale łącznie z krzyżami leżącymi i podwieszonymi, jest ich 150 tys.

fot.Zbigniew Zagórski_Góra Krzyży w Szawlach

Góra Krzyży w Szawlach. Fot.Zbigniew Zagórski

25.09.2019 r., środa

Zaraz po śniadaniu jedziemy do pierwszego w Wilnie i na Litwie Hospicjum im. bł. Michała Sopoćki, budowanego przez siostry zakonne z Polski. Charyzmatyczna siostra Michaela Rak, bo to ona jest duszą i mózgiem przedsięwzięcia, przywitała nas serdecznie.

Siostra Michaela pochodzi z ziemi szczecińskiej, poradziła sobie z podobnym zadaniem w Gorzowie Wielkopolskim, ale w Wilnie, bez pieniędzy, bez znajomości języka litewskiego, w nieznanym środowisku, jak sama opowiada z 3 zł w kieszeni, które zresztą zostawiła w pierwszym kościele, także doprowadziła do finału to zadanie – wydawałoby się – niewykonalne.

Hospicjum oddział dla dorosłych jest ukończony posiada 14 łóżek, z możliwością dostawienia 2 dostawek. Na ukończeniu jest oddział dziecięcy, na którego sfinalizowanie siostra Michaela zbiera środki, jeżdżąc po Polsce i szukając darczyńców. Jak powiada, pomagają jej w tym dobre Anioły i patron Hospicjum bł. ks. Michał Sopoćko.

Na zakończenie spotkania udaliśmy się do salki modlitewnej, gdzie wysłuchaliśmy historii powstania obrazu Jezusa Miłosiernego

Jak co roku, staraniem członków Rodziny Ponarskiej są przekazywane dla hospicjum potrzebne akcesoria. W tym roku były to wózki, nosze i wiele innych rzeczy przydatnych w hospicjum.

Jedziemy do Ponar, gdzie w Kwaterze Polskiej odbędą się główne uroczystości ponarskie z udziałem ministra ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jana Józefa Kasprzyka, Ambasador Urszuli Doroszewskiej, przedstawicieli organizacji polskich z Wileńszczyzny, okolicznych mieszkańców, a przede wszystkim młodzieży i dzieci z okolicznych szkół polskich, z nauczycielami.

Uroczystą polową msze świętą odprawili okoliczni księża, z udziałem ks. Jerzego Błaszczaka.

Wartę honorową pełnili polscy harcerze z Wileńszczyzny.

PONARY fot.Zbigniew Zagórski_Kwatera polska w Ponarach sm

Kwatera polska w Ponarach. Fot.Zbigniew Zagórski

Po uroczystości rozdajemy książeczki dotyczące mordu Ponarskiego, autorstwa prof. Piotra Niwińskiego, Andrzeja Chodackiego oraz Marii Wieloch i Anny Bach.

Po przyjeździe do Domu Polskiego odbyła się druga część uroczystości Ponarskich, którą prowadziła kol. Mieczysława Cierpioł. Wręczono medale 25-lecia Stowarzyszenia Rodzina Ponarska osobom zasłużonym dla Wileńszczyzny i wspierających Stowarzyszenie w działaniach upamiętniających mord w Ponarach.

Następnie wykład wygłosiła dr hab. Monika Tomkiewicz z oddziału Gdańskiego IPN na temat mordu w Ponarach w latach 1941-1944.

Przedstawiciel Wileńskiego Muzeum Żydowskiego im. Gaona przedstawił plany i zamierzenia jakie ma Muzeum wobec Ponar, miejsca kaźni.

Uroczystość zakończono złożeniem wieńców pod tablicą Ponarską, znajdującą się w Domu Polskim. Tablica powstała dzięki staraniom i z funduszy Stowarzyszenia Rodzina Ponarska.

26.09.2019 r., czwartek

Rano jedziemy pod bramę wileńskiego więzienia na Łukiszkach wybudowanego w 1837 r., rozbudowanego w latach 1901 -1904 przez władze carskie. Składamy kwiaty w tym miejscu kaźni wielu pokoleń Polaków i innych narodów zamieszkujących Wilno i Wileńszczyznę,uczestników powstań, żołnierzy Armii Krajowej, więźniów politycznych.

 fot.Zbigniew Socha_Więzienie na Łukiszkach

Więzienie na Łukiszkach. Fot.Zbigniew Socha

Następnie jedziemy do Muzeum Okupacji i Walk o Wolność na ul Ofiarną, mieszczącego się w budynku z 1890 roku dawnego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSRR. Składamy kwiaty przed obeliskiem, zwiedzamy muzeum, w którym w czasie wojny działał areszt śledczy. Rodziny części członków Stowarzyszenia, przed wywózką do Ponar przechodziły tam katorgę przesłuchań. W jednym z pomieszczeń Muzeum Polska jest przedstawiana jako okupant Wilna i Wileńszczyzny w latach 1920-1939. Przed wojną, w 1939 r. w Wilnie mieszkało 0,7 procent Litwinów. Na fasadzie Muzeum wszystkie nazwiska ofiar umieszczono w pisowni litewskiej.

Jedziemy do Żułowa, aby oddać cześć Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. W miejscu w którym się urodził Marszałek w 1867 r. rośnie dorodny dąb posadzony w 1937 r. przez prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego i Marszałkową Aleksandrę Piłsudską, co uwiecznia postawiona nieopodal dębu granitowa płyta. Dworek nie istnieje, doszczętnie spłonął w 1875 roku.

PONARY fot.Zbigniew Zagórski_Miejsce urodzenia Marszałka Piłsudskiego w Żułowie

Miejsce urodzenia Marszałka Piłsudskiego w Żułowie. Fot. Zbigniew Zagórskui

Składamy wieńce i zapalamy znicze również przy każdej steli, upamiętniającej ważne wydarzenia historii Polski.

Z Żułowa jedziemy do uroczego drewnianego kościoła w Powiewiórce z 1750 roku, ufundowanego przez Michała Sorokę. To właśnie w tej świątyni został ochrzczony Józef Piłsudski – przyszły Marszałek, Naczelnik Państwa Polskiego, przetrwała chrzcielnica pamiętająca to wydarzenie. Ks. Jerzy Błaszczak odprawia mszę w tym historycznym kościółku.

fot.Zbigniew Zagórski_Kościół drewniany w Powiewiórce-1 sm

Kościół drewniany w Powiewiórce. Fot.Zbigniew Zagórski

27.09.2019 r., piątek

Wracamy do domu do Polski, ale wstępujemy jeszcze na cmentarz w Berżnikach, gdzie od 2005 r. stoi pomnik postawiony przez Jana Górala i Stowarzyszenie Rodzina Ponarska, upamiętniający ludobójstwo w Ponarach, z prawdziwą informacją o udziale Litwinów w mordzie.

Wymowny jest jeszcze jeden pomnik, z ciągle aktualną treścią

Nie mogąc upamiętnić czynu Żołnierza Polskiego z 1920 r.

na Białorusi i Litwie

składamy tu Ziemię z Pól Bitewnych

DRUSKIENNIK, GRODNA, LIDY,

WASILISZEK, WOŁKOWYSKA, SŁONIMA, BARANOWICZ

Pomnik powstał w 2017 r.

Podsumowanie podróży

Od prawie 30-lat są prowadzone rozmowy na temat szkolnictwa polskiego na Litwie,było powołanych co najmniej 4 komisje międzypaństwowe, i jest coraz gorzej

Strona litewska robi wiele ,aby zmniejszyła się liczba dzieci w polskich szkołach ,są pozorowane działania, i tak od 30 lat już widać wyraźnie skutki lituanizacji.

Od prawie 30 lat praktycznie nie następuje zwrot ziemi Polakom,,natomiast obowiązuje ustawa jedyna taka na świecie, która zezwala na przeniesienie prawa własności ziemi z dowolnego miejsca Litwy np. do Wilna.

W ten sposób zwiększa się liczba Litwinów w Wilnie i okolicy,bogacących się najczęściej kosztem właścicieli Polaków,którym ziemia nie jest zwracana.

Znany polityk litewski Vitautas Landsbergis swoje 9 ha lasu spod Kowna zamienił na działkę w Wilnie, w dzielnicy Zarzecze. Właściciel działki w Wilnie, Polak, żyje, ale zwrotu ziemi nie doczekał się i nie doczeka ,jest już nowy właściciel. W Wilnie i okolicach czeka na zwrot ziemi ponad 7 tys. osób, w większości Polacy.

Prawdopodobnie zakończenie zwrotu ziemi nastąpi poprzez propozycję symbolicznej zapłaty. Taką otrzymała znana Polka w Wilnie, za 19 arów ziemi chciano jej zapłacić 4000 tys. euro.

Od prawie 30 lat Polacy czekają na możliwość pisania swoich nazwisk po Polsku, bez końcówek litewskich. Czekają aby nazwy miejscowości i ulic pisane były w dwóch językach [od wieków żyją na tej ziemi].

Litwa nie posiada ustawy o mniejszościach narodowych,a zmiana granic regionów w których mieszkają Polacy już nikogo nie dziwi.

Dla rządu Litwy nie jest problemem drastyczny spadek liczby mieszkańców,teraz jest niecałe 2,8 mln, ale – według demografów – za 10 lat będzie 2,4 mln, a za kolejne 10 lat już tylko 1,8 mln obywateli.

Nie jest też problemem jeden z największych w Europie wskaźnik ubóstwa swoich obywateli, w 2019 r. ponad 600 tys. obywateli żyje w ubóstwie.

Chyba problemem są Polacy, mieszkający w Wilnie i na Wileńszczyźnie w liczbie ponad 200 tys., którzy chcą mieć tylko takie same prawa jakie posiadają mniejszości narodowe w Europie, czy też takie jakie mają Litwini w Polsce.

To dlatego tak bardzo ważne są działania wspierające Polaków na Litwie, aby przetrwała prawda, pamięć, dziedzictwo, kultura Rzeczpospolitej,co też niestrudzenie czyni Stowarzyszenie Rodzina Ponarska.

ZBIGNIEW SOCHA

Gdańskie ABC

gdanski abc okladka a Document-page-001 smKsiążka „Gdańskie ABC” powstała z zamysłem, aby na 90. urodziny prof. Andrzeja Januszajtisa, osobowości niezwykłej, wydać zbiór Jego artykułów na temat Gdańska, publikowanych na przestrzeni 18 lat, głównie w ukazującym się od ponad 20 lat Miesięczniku „Nasz Gdańsk”. Warto, aby te bezcenne perełki, wydobyte z archiwum były dostępne Czytelnikom.

Doc. dr inż. Andrzej Januszajtis jest absolwentem Politechniki Gdańskiej. Pracę na Politechnice Gdańskiej rozpoczął w 1954 r. i kontynuował 39 lat – jako naukowiec, fizyk, nauczyciel akademicki, współzałożyciel i pierwszy dziekan Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej PG.

W latach 1990–1994 był przewodniczącym pierwszej, wybranej w wolnej Polsce, Rady Miasta Gdańska. W 2002 r. otrzymał zaszczytny tytuł Honorowego Obywatela Gdańska. W 2014 r. „za wybitne zasługi w działalności na rzecz społeczności lokalnej, za osiągnięcia w badaniu i popularyzowaniu wiedzy o tradycji Gdańska i regionu pomorskiego” odznaczony został Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Zaangażowany był w odbudowę gdańskich zabytków oraz propagowanie wiedzy o Gdańsku. Doprowadził m.in. do odbudowy zegara astronomicznego z 1470 r. w Bazylice Mariackiej, budowy nowego karylionu na wieży kościoła św. Katarzyny i powrotu bezcennych starodruków do Biblioteki Politechniki Gdańskiej.

Jednakże dla nas jest przede wszystkim znawcą i popularyzatorem historii i zabytków Gdańska. Tak też jest odbierany przez mieszkańców Pomorza – jako pasjonat historii Gdańska, autor ponad 20 książek i kilkuset artykułów poświęconych historii miasta i życiu gdańszczan.

Podziwiany jest też za to, że przy tak intensywnej działalności publicystycznej znajduje czas i siłę na prowadzenie regularnych wykładów o najciekawszych zabytkach Gdańska oraz przewodzenie Stowarzyszeniu Nasz Gdańsk.

Książka składa się z cyklu artykułów opublikowanych głównie w Miesięczniku „Nasz Gdańsk”. Jak Autor podkreśla, opisując w cyklu publikacji „Gdańskie ABC” historię ponad tysiącletniego miasta, nie stara się, aby to był encyklopedyczny, suchy, uszeregowany zbiór informacji. Ukazuje piękno Gdańska, żeby pobudzić ciekawość, zachęcając do odkrywania uroków miasta, poznawania jego historii i zrozumienia istoty przemian w życiu gdańszczan.

W książce ułożono alfabetycznie, po dwa artykuły, przypisane każdej literze. W publikacjach tych znajdują się różnorodne tematy, wydobyte z archiwów i na nowo odkrywane historie, fascynujące ciekawostki oraz fachowe oceny. W ten sposób chcieliśmy zachować przesłanie Autora, ukazującego wielokulturowość, różnorodność społeczności, dbałość o architekturę, tradycję oraz piękno Gdańska.

Z myślą, że ta książka pobudzi ciekawość Czytelników życzymy przyjemnej lektury.

Panu Profesorowi Januszajtisowi dziękujemy za udostępnienie swoich publikacji dla wydania w formie książkowej i wyrażamy wdzięczność za jego ponad 20-letnie przewodniczenie Stowarzyszeniu Nasz Gdańsk.

Zbigniew Socha

Współzałożyciel Stowarzyszenia Nasz Gdańsk


Gdzie można nabyć książkę „Gdańskie ABC”

  • Siedziba Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” Gdańsk, ul. Św. Ducha 119/121 (wtorek, godz. 17-18)
  • Galeria „MAŁA ŻABKA”, Gdańsk, ul. Tkacka 19/20
  • „SZAFA GDAŃSKA”, Gdańsk, ul. Garbary 14/1
  • „OGRÓD SZTUK”, Gdańsk, ul. Piwna 48/49
  • Księgarnia w Ratuszu Staromiejskim, Gdańsk, ul. Korzenna 33/35
  • Wydawnictwo „MARPRESS”, Gdańsk, ul. Targ Rybny 10B
  • Księgarnia przy Teatrze Wybrzeże, Gdańsk, ul. Targ Węglowy
  • Księgarnia, Gdańsk, ul. Garncarska, róg ul. Na Piaskach
  • Księgarnia, Gdańsk, ul. Łagiewniki 56
  • Księgarnia Politechniki Gdańskiej (Gmach Wydziału Oceanotechniki i Okrętownictwa), Gdańsk, ul. Narutowicza 11/12

Perełki „Naszego Gdańska”

„Gdańskie ABC’ prof. Andrzeja Januszajtisa stanowi bogatą mozaikę składająca się z przepięknych „perełek” o historii Gdańska, zabytkach i ludziach tworzących te ponad tysiącletnie miasto wolności, wielokulturowości, tolerancji. Dziesiątki miejsc odwiedzanych przez turystów, a także zapomnianych lub nieznanych historii znajduje w tych publikacjach wydobyte z archiwów zweryfikowane i objaśnione fakty, opisy oraz ciekawostki. Pozwalają one „ocalić od zapomnienia” i przybliżyć zasłużonych gdańszczan, bogatą historię miasta, zabytkowe obiekty, dzieje i przeobrażenia tego morskiego „okna na świat”.

Czytelnicy Miesięcznika „Nasz Gdańsk” mieli możliwość poznania tych „perełek” w kolejnych wydaniach. Kilkadziesiąt z nich, wydobytych z archiwum (z autorskimi dopiskami), tworzą „Gdańskie ABC”. Na ostatniej stronie tej książki prezentujemy wybrane okładki miesięcznika z lustracjami opisywanych miejsc.

Miesięcznik – jak oceniają Czytelnicy – ma dobrą markę, jako wartościowe, opiniotwórcze pismo, przybliżające historię i dokumentujące przemiany w życiu miasta, do którego wraca się po latach szukając archiwalnych wydań.

Czasopismo odgrywa ważną rolę w działalności popularyzatorskiej Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. Początkowo, od 1997 r. były to okazjonalne wydania poświęcone zabytkom, historii, wyrażaniu opinii na temat … Od czerwca 2001 r. czasopismo ukazuje się regularnie. Przez 17 lat ukazało się 205 numerów, w tym wiele wydań wzbogaconych o wkładki tematyczne. Miesięcznik jest wydawany także – co jest ewenementem na rynku medialnym – w pełnej wersji zdigitalizowanej, w portalu www.nasz.gdansk.pl. W portalu dostępne są w pełnym zakresie wszystkie numery – archiwalne i bieżące – miesięcznika.

Ukazują się tam także publikacje autorów miesięcznika, fotorelacje ze spotkań, uroczystości oraz imprez organizowanych przez Stowarzyszenie. Portal jest rozwojowy, ma wiele zalet: nie ma kosztów druku, ma natomiast większe możliwości dotarcia do odbiorców (on-line).

„Nasz Gdańsk” – czasopismo o tematyce społeczno-historycznej – stanowi niezależne, otwarte forum wypowiedzi, prezentacji pomysłów, dyskusji, a także jest miejscem do publicznej krytyki poczynań instytucji władz lokalnych.

Redakcja jest niezależna od władz, ugrupowań politycznych. Czasopismo jest redagowane przez zespół wolontariuszy – miłośników Gdańska – jego bogatej historii, architektury, kultury oraz rozwoju gospodarczego.

Redaktorem naczelnym jest prof. Andrzej Januszajtis – czołowy autor felietonów, esejów oraz odważnych i cennych publikacji o problemach ważkich dla rozwoju Gdańska. Liderem organizacyjnym i współtwórcą tego przedsięwzięcia jest Zbigniew Socha.

Miesięcznik stanowi dla Autorów różnych profesji forum wypowiedzi, opinii – często krytycznych wobec zamiarów i działań władz oraz instytucji.

Siłą i kapitałem czasopisma jest wielka pasja i bezinteresowność osób związanych od wielu lat z „Naszym Gdańskiem”, działających według maksymy „bez strachu, lecz z rozwagą” („Nec temere nec timide„).

Utrzymanie się na skomercjalizowanym rynku medialnym bezpłatnego czasopisma stanowi duże wyzwanie dla Redakcji, grona Autorów a także wspomagających wydawanie – firm, przyjaciół, sympatyków Stowarzyszenia.

Czasopismo jest redagowane profesjonalnie przez miłośników Gdańska, jego bogatej historii, architektury, kultury oraz rozwoju gospodarczego.

Redakcja jest niezależna od władz, ugrupowań politycznych. Miesięcznik stanowi dla autorów różnych profesji forum wypowiedzi, opinii – często krytycznych wobec zamiarów i działań władz oraz instytucji. Poglądy, opinie zawarte w artykułach Redakcja zamieszcza na zasadzie wolnej trybuny.

Janusz Wikowski

Redaktor naczelny Portalu Nasz.Gdansk.pl

gdanski abc okladka a Document-page-001 sm

Prof. Januszajtis o „Kwiatach najznakomitszych mężów”

W MEDIACH. „Tego na pewno nie wiecie. Kwiaty dla Konstancji” – publikacja Andrzeja Januszajtisa w trojmiasto.wyborcza.pl

.
W 1626 r. ukazała się w Mediolanie antologia 36 utworów muzycznych 24 kompozytorów pod tytułem „Flores praestantissimorum virorum (Kwiaty najznakomitszych mężów), zebrane przez Philippa Lomatia (Filipa Lomazziego), księgarza, do śpiewania na jeden, dwa, trzy i cztery głosy, do których dodana msza, Magnificat, tudzież dwie kancony, jak mówią alla Francese (na francuską modłę) z dwoma, trzema i czterema instrumentami, następnie partita na organy, niedawno na widok publiczny wydane, dla najsławniejszej Konstancji Czirenberg z Gdańska, w Mediolanie, czcionkami tegoż Lomatia, roku 1626”. Dalej następują wierszowane dedykacje. Laurentius Frissone, określony jako „prezbiter” (kapłan), napisał:

Pytasz, czemu Konstancję otacza wieku chwała?

Ona wśród Muz największa, jak też największa z Charyt,

Góruje nad mężami, bogom zamyka usta.

Mową, wiernością, głosem, niezwykłym wdziękiem swoim

Sprawia, że Gdańsk ją sławi, uwielbia Polska cała.

Tak tylko śmiertelnicy nad bogów wznieść się mogą”.

(Dla przypomnienia: Charyty to greckie boginie wdzięku, towarzyszki Afrodyty). Franciscus Bampho ujął laudację krócej:

„Powiem to bez wahania: przez słodycz, śpiew i stałość

jest ona jako Febe, co serca nam porywa”.

Najdłuższą dedykację stworzył wydawca zbioru. Oto jej fragment:

„Nie mogła cnót Twoich chwała w granicach Polski, choćby najszerszych się pomieścić, tu tedy wraz ze sławą i najwierniejszą imienia Twego rekomendacją do Włoch, do Mediolanu dotarła. I tak oświeciła, że tak jak do wszystkich oczu przeniknęła, tyleż przyjaznych promieni wywołała i szacunek i miłość dla Ciebie umocniła. (…) Jesteś heroiną, w której wszystkie Charyty mają mieszkanie, kształtami Helenę, obyczajami Penelopę, umysłem Palladę, głosem i wdziękiem Dianę, śpiewem nową na Parnasie muzę Kaliopę, języków znajomością, nauk wszelkich opanowaniem i wiedzą współczesnych przewyższasz. Lecz tym, co wszystkich do uwielbienia porywa, jest to, co przynosi sława Twej niesłychanej, wręcz niewiarygodnej chwały w sztuce muzyki. Że najbieglejsze masz ręce, najzręczniejsze palce do grania, słowicze gardło do śpiewu, tak że w śpiewie z najznamienitszymi Niezwyciężonego Króla Polski i Szwecji artystami i mistrzami jego dworu, jak sam Książę z zachwytem osądził, nie wahasz się współzawodniczyć”.

Wszystko to było prawdą. Konstancja Czirenberg, w owym czasie 21-letnia (ur. w 1605 r.) córka burmistrza, znana nam z późniejszej relacji Ogiera, łączyła niezwykłą urodę z wszechstronnymi zdolnościami. Świetna śpiewaczka i instrumentalistka, pięknie rysowała, malowała i haftowała. Poza językiem niemieckim biegle opanowała polski, łacinę, francuski i włoski, być może także szwedzki. Od 1628 r. była żoną ławnika Zygmunta Kerschensteina, późniejszego rajcy, sędziego i królewskiego burgrabiego, matką trojga dzieci. W czasie wizyt królewskich w 1623 i 1635/36 r. była ozdobą towarzystwa. Wysławiano jej wdzięk, naturalność i skromność. Zmarła w 1653 r., w czasie zarazy, która zabrała jedną szóstą mieszkańców Gdańska.

W jaki sposób Konstancja zyskała taką sławę w Mediolanie? Katarzyna Grochowska, autorka eseju „From Milan to Gdansk”, wysunęła hipotezę, że wieść przekazał ów „Książę” z dedykacji, czyli królewicz Władysław Waza, który zawadził o Mediolan w 1624 r. Sądzę jednak, że tamtejsi muzycy musieli ją słyszeć na żywo. Kiedy? Nie wiadomo. Poświęcone jej mediolańskie „Kwiaty” (z nutami!) można znaleźć w zagranicznych bibliotekach. To piękna muzyka, wprost wymarzona do wykonania przez naszą powołaną do takich celów Cappellę Gedanensis.

Andrzej Januszajtis

(tekst opublikowany w w trojmiasto.wyborcza.pl)

Muzeum Drugiej Wojny Światowej – placówka najwyższej światowej rangi

muzeum 1. Gmach Muzeum na Wiadrowni kadr

Gmach Muzeum na Wiadrowni. Fot. A. Januszajtis

GDAŃSK. Wystawa, którą każdy powinien zobaczyć. Mam na myśli wystawę w Muzeum Drugiej Wojny Światowej, naszym najnowszym, nazwanym przez kogoś nową gdańską katedrą. Tak górnolotnie bym go nie określił, ale niewątpliwie otrzymaliśmy placówkę najwyższej światowej rangi, chlubę Gdańska i Polski.

Dla ponad czterystu osób, które jako pierwsze przekroczyły próg Muzeum Drugiej Wojny Światowej, przygotowana prezentacja okazała się prawdziwym wydarzeniem.

400 gablot, a w nich przeszło 2500 eksponatów

Opracowana przez zespół pod kierunkiem dyrektora Pawła Machcewicza, przy współudziale specjalistów z tej tematyki, najwybitniejszych jakich można było znaleźć w Polsce i świecie, jest tak bogata, że brak słów, by szczegółowo ją opisać. Na powierzchni ok. 5 tys. metrów kwadratowych (pół hektara!) ustawiono 400 gablot, w których zgromadzono przeszło 2500 eksponatów. Na 250 stanowiskach multimedialnych można obejrzeć materiały filmowe trwające 4 godziny. Towarzyszące teksty liczą ponad tysiąc stron. Gdybyśmy chcieli każdemu eksponatowi poświęcić minutę uwagi (to minimum!), to pełne zwiedzenie wystawy zajęłoby nam 41 godzin, czyli 5 dni – licząc po osiem godzin dziennie, co oczywiście przekracza przeciętne ludzkie możliwości. Można tu będzie prowadzić cotygodniowe wycieczki, np. dwugodzinne, za każdym razem z innym programem, przez cały rok szkolny czy akademicki! To prawdziwa encyklopedia wiedzy nie tylko o wojnie, ale o tym, co do niej doprowadziło. Pokazuje przede wszystkim, jak rodziło się zło, jak doszło do nienawiści i wynikających z niej zbrodni, najstraszniejszych i najbardziej masowych w dotychczasowej historii ludzkości. Jest jednym wielkim ostrzeżeniem: uważajcie, bo i wam może się to przytrafić! Czyńcie wszystko, co możliwe, żeby się to nigdy nie powtórzyło!

Walka Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością

Przesłanie wystawy i w ogóle całego gmachu Muzeum jest klarowne i przekonujące – to walka Dobra ze Złem, Światła z Ciemnością, pełnego słońca świata zewnętrznego z mrokiem podziemi, w których ją umieszczono. Wstrząśnięci mrocznymi obrazami w bocznych zakamarkach możemy w każdej chwili wyjść na główną oś komunikacyjną, biegnącą po linii jednej z dawnych ulic historycznej Wiadrowni (ulicy Wielkiej), częściowo nawet wybrukowanej dawnym brukiem. Wysoka przestrzeń między pochyłymi ścianami, oświetlona od góry naturalnym światłem dnia, pozwala nam wrócić do teraźniejszości i uświadomić sobie, że żyjemy w całkiem innych czasach.

Dla mnie wystawa jest swojego rodzaju powrotem w przeszłość – na początek w czas mojego dzieciństwa. Oto np. przedwojenna ulica, prawie naturalnych rozmiarów, sklepy, wystawy, pełne autentycznych przedmiotów z tamtej epoki, wśród nich gablota z gazetami. Przeglądam tytuły i widzę „KURJER PORANNY”, tak właśnie pisany, nawet po przeprowadzonej w 1936 r. zmianie pisowni. Wracają wspomnienia z Lublina. Widzę gabinet dziadka Michała, który drzemie w fotelu, z ulubioną gazetą na kolanach. Pięcioletni brzdąc, któremu ojciec niedawno pokazał duże drukowane litery, podchodzi do śpiącego, wpatruje się w tytuł gazety, sylabizuje K-U-R-J-E-R P-O-R-A-N-N-Y i po raz pierwszy litery składają mu się w słowa! To dawne olśnienie przeżyłem dzięki wystawie po raz drugi!

Do dziś cierpnie mi skóra

Ulica pojawia się w następnym pomieszczeniu, dramatycznie zniszczona, z sowieckim czołgiem królującym na kupie gruzów. Ileż ja takich obrazów widziałem! Kolejne wspomnienie: ten sam Lublin, w czasie wojny, zbombardowana kamienica na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Kapucyńskiej. Dwaj chłopcy chodzą po gruzach. Jeden z nich (mój towarzysz) znalazł jakiś niewielki pocisk i zamierza się, by rzucić w moim kierunku. Wołam: nie rób tego!, ale on rzuca. Pocisk przelatuje przez dziurę w murze, uderza w coś i wybucha – za chroniącą nas ścianą! Nietrudno zgadnąć, że po chwili już nas tam nie było.

Inny obrazek: idziemy w trójkę w zimowy wieczór przez zaciemnione miasto, przyświecając sobie latarką, z której byłem dumny. Miała świetny reflektorek, rzucający po odpowiednim podregulowaniu prawie punktowe światło. Pokazuję to na ślepej ścianie mijanego budynku i oto, jak spod ziemi, wyrasta niemiecki żandarm z jakimś cywilem. Za naruszenie wojennego zaciemnienia można było nawet zostać rozstrzelanym, więc jesteśmy przygotowani na najgorsze. Cywil mówi (po polsku): Daj tę latarkę! Oglądają, świecą, próbują, na koniec żandarm daje mi w zamian swoją, o wiele gorszą. Wracam z kolegami do domu, uboższy ale szczęśliwy, bo żyję! Czy takie przeżycia, strach który nam codziennie towarzyszył, dadzą się oddać wystawą? Nad tą zrujnowaną ulicą można by na przykład wyświetlać nadlatujący samolot, taki, jakie widziałem podczas wędrówki z rodzicami we wrześniu w 1939 r. Na pomruk wysoko lecącego samolotu śmigłowego do dziś cierpnie mi skóra.

Ze ściśniętym gardłem

Albo wyobraźmy sobie taką możliwość: zwiedzając wystawę znajdujemy się w mieszkaniu warszawskim podczas wojny. Nagle słychać syreny, to alarm! Pracownicy prowadzą nas po schodach do odtworzonego schronu w piwnicy. Słychać wybuchy, wszystko się trzęsie, potem nastaje cisza. Syreny odwołują alarm. Wracamy do pokoju, ale tego drugiego, pokazującego stan po bombardowaniu. Wiem, że to trochę pachnie Disneylandem, ale pozwalałoby jeszcze mocniej odczuć grozę wojny.

W sali poświęconej tragedii katyńskiej najbardziej wstrząsające są autentyczne guziki pomordowanych i napis: „zostały tylko guziki”. W innej sali oglądamy rysunki dzieci, którym nauczycielka tuż po wojnie kazała narysować co pamiętają z tamtych czasów. Patrzę na narysowaną przez dziecko szubienicę i stają mi w pamięci kartki z zapiskami rosyjskiej dziewczynki, Tani Sawiczewej, z czasu strasznego głodu podczas oblężenia ówczesnego Leningradu. Odnotowała po kolei śmierć babci, siostry, brata, dwóch wujków i mamy, a na ostatniej kartce napisała: „Wszyscy Sawiczewy umarli, została tylko Tania.” Czyta się to ze ściśniętym gardłem. Niedługo potem śmierć zabrała i ją.

W wymiarze uniwersalnym

Największą zaletą wystawy jest właśnie pokazanie okropności wojny w wymiarze uniwersalnym, potworności, które dotykają wszystkich. Czy rany Niemca, Rosjanina, Japończyka mniej bolą niż polskie? U jednego z moich wojennych kolegów zakwaterowano niemieckiego oficera z żoną i 10-letnim synem, jego rówieśnikiem. Obaj przypadli sobie do gustu. Po roku oficera przeniesiono do Hamburga. Stamtąd niemiecki chłopiec przysyłał polskiemu pocztówki ze zdjęciami sprzed wojny, zaznaczając na nich krzyżykami domy, których już nie było, bo zniszczyły je alianckie bomby. Te krzyżyki radowały nasze serca, bo dawały pewność, że hitlerowskie Niemcy muszą w końcu przegrać, że wojna się skończy. Ale alianckie bomby, jak każde inne musiały powodować cierpienie i śmierć wielu ludzi, także niewinnych. W czasie wojny zabijanie staje się koniecznością i właśnie dlatego wojny są tak straszne. Jako harcerz Szarych Szeregów byłem jeszcze za młody, by uczestniczyć w walce zbrojnej, ale przygotowywano nas do zabijania, co wówczas uważaliśmy za rzecz oczywistą. Ale wojna się skończyła, od ponad 70 lat mamy pokój i dalsze hodowanie w sobie nienawiści nieuchronnie doprowadziłoby do destrukcji, w pierwszym rzędzie nas samych!

Wystawa jest wielkim osiągnięciem. Nie wolno jej likwidować, można co najwyżej ją uzupełnić. Powinna to robić ta sama ekipa, która w tak znakomity sposób zrealizowała to niezwykłe dzieło. Ludzi dobrej roboty należy nagradzać, a nie pozbawiać możliwości kontynuacji działania! Osobiście dodałbym stoiska poświęcone powojennej pracy nad odwracaniem skutków wojny: odbudowie zabytków, staraniom o zwrot dzieł sztuki zabranych z miejsc, gdzie się od wieków znajdowały i – co niezwykle ważne – skutecznym działaniom na rzecz pojednania i przyjaźni między narodami. Tylko to może zapobiec nowym wojnom.

Andrzej Januszajtis

muzeum 2. Główna oś komunikacyjna

Oś komunikacyjna. Fot. Andrzej Januszajtis

muzeum 3, Sowiecki czołg na gruzach

Czołg na gruzach. Fot. Andrzej Januszajtis

muzeum 4. Zostały tylko guziki sm

Zostały tylko guziki… Fot. Andrzej Januszajtis 

 

Wszystkie wagi Gdańska

waga 3. Waga z 1482 r. w Oudewater -

Waga z 1482 r. w Oudewater.

Może warto pomyśleć o odtworzeniu którejś z nich? O istnieniu wagi w dawnym mieście czerpiemy wiadomości ze źródeł pisanych, mogą o nich także świadczyć obiekty materialne, odkrywane przez archeologów. Najstarszym takim obiektem w Gdańsku jest składana waga szalkowa z gdańskiego grodu w zakolu Motławy. Pochodzi z końca XI w.

Są także pochodzące z tego samego czasu odważniki – spłaszczone kulki stalowe pokryte blachą z brązu.

Mała w Ratuszu przy ul. Długiej, wielka przy bramie Kogi

Ważą po ok. 20 g, co oznaczało wówczas 1,6 łuta (1 grzywna dzieliła się na 16 łutów). Dokument ks. Świętopełka z roku 1224 wymienia dalsze jednostki masy: grzywnę, skojec (1/24 grzywny) i wiardunek (1/4 grzywny). Jeżeli ustanowiono wówczas opłaty, zależne od masy towaru, to odpowiedni urzędnik książęcy musiał mieć możność jej mierzenia, musiała więc istnieć waga. W innym dokumencie, z 1226 r., rozróżnia się grzywny dużą i małą. Znacznie więcej wiadomości płynie z czasów krzyżackich. W roku 1335 lub 1336 ujednolicono jednostki miar i wag w całych Prusach. Grzywna mennicza, być może równoznaczna z poprzednią małą, odpowiadała naszym 190 gramom, handlowa (duża) 217 gramom. Niedługo potem, w roku 1378 pojawia się pierwsza bezpośrednia wiadomość o wadze miejskiej w Gdańsku, i to nie jednej, a dwóch – małej i wielkiej. Można sądzić, że znajdowały się w tych samych miejscach, co później – mała waga w rozbudowywanym właśnie Ratuszu przy ul. Długiej, wielka przy bramie Kogi, poprzedniczce Zielonej. Na małej wadze ważono towary, których ciężar nie przekraczał pół kamienia (ok. 6,5 kg). W roku obrachunkowym 1379/80 odnotowano m. in. wydatek 7 grzywien dla wagowych (ponderatoribus). Tych przysięgłych urzędników było dwóch, każdy obsługiwał swoją wagę, wraz z pomagającymi ludźmi.

20 grzywien dla wagowego od wielkiej wagi, 12 od małej

Jeden z wagowych, Winandus, otrzymał w sumie 50 grzywien, z których musiał opłacić swoich pomocników. Później stawki dla wagowych się ustaliły: 20 grzywien dla tego od wielkiej wagi, 12 od małej. Znacznie więcej płynęło do kasy miasta: w 1379 r. zysk z wielkiej wagi wyniósł 133 grzywien, z małej 90. W 1415 r. przywilej na wagę otrzymało także Stare Miasto: Zezwalamy im też wieczyście posiadać wagę, tak jednak, by zapewnili uczciwe jej obsługiwanie, a kamień i odważniki mają mieć takie jak na Prawym Mieście. Pierwsza wiadomość o istnieniu tej wagi, ustawionej przy Staromiejskim Ratuszu, nad Radunią, pojawia się jednak dopiero w roku 1436.

W 1425 r. Rada Prawego (Głównego) Miasta przekazała Piotrowi Hildebrandowi zarząd i zyski z małej wagi miejskiej, w zamian za pogłębianie portu i tzw. Łachy Bosmańskiej (na jej miejscu jest obecnie Kanał Kaszubski): „My Burmistrzowie i Rajcy miasta Gdańska oznajmiamy i poświadczamy publicznie (…) że ze względu na szczególne usługi i dobrą wolę, jakie nam i naszemu miastu świadczył i okazywał nasz drogi wierny Piotr Hildebrand … odstępujemy na mocy niniejszego pisma wyżej wymienionemu Piotrowi Hildebrandowi małą wagę naszego miasta położoną pod naszym ratuszem, wraz z całym pożytkiem i zyskiem, który z niej przychodzi (…) Za wspomniane lenno [tak nazywano miejskie posady] wyżej wymieniony Piotr Hildebrand będzie zobowiązany naszemu miastu głębię dla kog przy zamku naszych panów [Krzyżaków] na 5 łokci czynić, Łachę Bosmańską czyścić i pogłębiać, tudzież Motławę po obu stronach w górę i w dół, kiedy i gdzie na wspomnianych odcinkach zajdzie potrzeba i konieczność, na koszt miasta czyścić; mają do tego służyć jego statki, liny i przyrządy, które ma obecnie, wraz z tymi, które mu do tego poleciliśmy zrobić..” To pierwszy znany akt takiej umowy nad Bałtykiem.

Wagi: lnu, żelaza, prochu, ołowiu, masła…

Po powrocie do Polski za Kazimierza Jagiellończyka nastąpił ogromny rozwój, Gdańsk wyrósł na stolicę polskiego handlu. Przepływ towarów wzrósł do niebywałych rozmiarów, a z nim liczba miejskich wag. W 1530 r. na Wyspie Spichrzów, na rogu Mnisiej (dzisiejszej Żytniej) i Chmielnej, pod nr 95, zaczęła działać waga lnu, czynna aż do spalenia w czasie oblężenia w 1813 r. W 1576 przy tzw. Małym Żurawiu przy Stągwiach Mlecznych (Motławska 16) powstała waga żelaza, służąca w trzy wieki później także do ważenia lnu i wełny. Z 1593 r. pochodzi wiadomość o wadze prochu, związanej zapewne ze zbudowanym w 1545 r. młynem prochowym, którego charakterystyczny budynek stał do ostatniej wojny u wylotu dzisiejszego placu Obrońców Poczty na Tartaczną. W 1598 r. na Ołowiance pojawiła się waga ołowiu. W 1600 r. zakupiono wagę do ważenia armat. W 1769 istniała także waga do masła, najprawdopodobniej na funkcjonującym od 1650 r. Targu Maślanym i waga popiołu na Popielnym Dworze, w 1796 waga cukru, w 1803 waga wełny. W sumie miasto utrzymywało siedem wag. Dla porównania: Kraków miał ich w sumie pięć: małą, wielką, (tzw. „ołowną”), srebra, wosku i kazimierską. Większość miast obywała się jedną lub dwiema.

A oto, jak w 1709 r. Bartłomiej Ranisch opisał wielką wagę miejską w Zielonej Bramie: Trzeci przejazd prowadzi do wielkiej wagi, gdzie się waży towary i z wozów i statków tam i sam przenosi… To pomieszczenie ma 6 (przęseł) sklepienia i stoi na 2 mocnych słupach z kamienia polnego i jest zadziwiające, że te sklepienia mogą utrzymać ciężkie szale wagi i odważniki. Pisząc o sześciu przęsłach autor miał na myśli wszystkie trzy ówczesne przejścia bramy, pomieszczenie wagi było w dzisiejszym czwartym przejściu, przebitym po jej zlikwidowaniu w roku 1883. Nie mamy ilustracji, przedstawiających dawne gdańskie wagi, ale na pewno nie różniły się od pokazanych na dawnych rycinach w innych miastach. W Muzeum Kupiectwa w Świdnicy można obejrzeć zachowaną wagę miejską z 1670 r., pochodzącą z Bolkowa. W holenderskim Oudewater pokazują wagę miejską z 1482 r., w Goudzie niewiele młodszą do ważenia serów, w Muzeum Celnym w Hamburgu wagę celną, a we Fryburgu Bryzgowijskim wagę do ważenia czarownic! Wszędzie są to wielkie atrakcje. Może warto pomyśleć o odtworzeniu którejś z naszych wag?

Andrzej Januszajtis

waga 1. Balka składanej wagi z gdańskiego grodu

Belka składanej wagi z gdańskiego grodu

waga 2. Miejsca dawnych wag na współczesnym planie Gdańsk-a

Miejsca dawnych wag na współczesnym planie Gdańska