Pozytywna energia

pelIowski sm MG_0004

Fot. M. Zarzecki

Rozmowa z Gerzegorzem Pellowskim, współwłaścicielem Piekarni – Cukierni „Pellowski”, rodzinnej firmy rzemieślniczej działającej od 1922 roku, członkiem Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku, członkiem Zarządu Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw, uhonorowanym Medalem Mściwoja II w 2009 roku i Szablą Kilińskiego w 2014 r.

– Trzyma pan linię.

– Intensywnie jeżdżę na rowerze. Gdy byłem młodszy dużo biegałem, jeździłem konno i na motorze, to mi dawało ogromną satysfakcję. Przestałem, jak się ożeniłem, doszły obowiązki, małe dzieci, żona bardzo dobrze gotuje i wtedy zacząłem poważnie przybierać na wadze. Jak to się mówi, po trzydziestce zaczynają lecieć obwody i tak było ze mną. Ważyłem 90 kilogramów, kołnierzyki nr 42, spodnie mi się przecierały na udach i to się odbiło negatywnie na zdrowiu, miałem złe wyniki, fatalnie się czułem. Do tego piwko, papierosy, czego się teraz bardzo wstydzę, odrzuca mnie od dymu. Z dnia na dzień: zastosowałem się do zaleceń lekarza, przestałem palić, prawidłowo się odżywiałem. Zjechałem 20 kilogramów, od tego czasu ważę równo 70, katalogowo. Jazda na rowerze wyczynowym w terenie wciągnęła mnie, to jest sport, przy uprawianiu którego dużo się dzieje, a ja to bardzo lubię. Uczestniczę w różnego rodzaju kolarskich zawodach, w których startują zarówno zawodowcy, jak i amatorzy. I tak to trwa.

– Sport daje panu kondycję i zdrowie.

– Świetnie się czuję i to jest dla mnie siła napędowa do pracy. Jestem pełen pozytywnej energii. Bardzo jest ważne, żeby – oprócz pracy – mieć pasję.

– Pieczywo sprzedawane w dużych sklepach, tanie, nie znaczy dobre, cieszy się powszechnym popytem.

– Przez ostatnich 20 lat bardzo dużo się w branży piekarniczej działo, następuje ogromna komasacja, piekarstwo tradycyjne, stare technologie, receptury, znikają. Zaczyna być to wypierane przez produkty piekarsko pochodne. Konsument, kupując towar, kompletnie nie myśli o żołądku, żyje chwilą, cieszy się dobrą ceną i nieźle wyglądającym produktem. Przez lata obserwuję i widzę, że zaczyna nam rosnąć pokolenie, które nie rozumie smaku. Mamy dzisiaj na rynku bardzo dużo słodyczy, ale ja uwielbiam to, czym zajadałem się w dzieciństwie. W wieku kilkunastu lat chodziłem na Halę Targową do pani Ady i brałem, na „krechę”, tata potem płacił, „Prince Polo”, ich smak mam w pamięci do dzisiaj. Podobnie miłe wspomnienia wywołują we mnie:: „Michałki”, „Ptasie mleczko”, „Torciki Wedlowskie”. Jak ktoś u nas w firmie ma imieniny, kupujemy mu w prezencie coś z tego, bo to nasze smaki, polskie produkty. Teraz dzieci żyją globalnie i jedzą na przykład „Milkę”, a mnie szlak trafia, bo produkty „E. Wedla” są o wiele lepsze.

– Za bardzo pędzimy?

– Tempo życia jest tak duże, że mamy coraz mniej czasu na szukanie, tylko idziemy do marketu raz, dwa razy w tygodniu, robimy zakupy na cały tydzień, często nie zastanawiamy się co kupujemy. Mnie się wydaje, że ginie w nas celebracja zakupów. Ale widzę grupę ludzi dobrze wykształconych, są to: profesorowie medycyny, sędziowie, mecenasi, którzy z rodzinami, w sobotę rano, przyjeżdżają do Śródmieścia. Kupują produkty dobre, świeże, u swoich stałych dostawców. Idą do piekarza po pieczywo, potem na Halę Targową po warzywa, owoce, kalafiory im wystają z siatek i schodzą na dół po mięso, wędliny. Potem przyjdą do mnie na kawę, usiądziemy, porozmawiamy. Oni ogromną wagę przywiązują do zakupów, sięgają po produkty najmniej przetworzone i wiedzą, jak zdrowo się odżywiać. Według mojej oceny, liczba tych osób się powiększa.

– Lista członków Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku kurczy się.

– To jest bardzo smutne. Przed transformacją w Cechu było około stu członków, dziś jest nas czterdziestu jeden. Na przestrzeni dwudziestu pięciu lat walki o przetrwanie, w pogoni za zyskiem, przy cięciu kosztów, niestety, te zakłady, które nie inwestują, nie posuwają się do przodu, nie wytrzymują. To jest proces, który zachodzi w całej Europie, komasacja produkcji przesuwa się w stronę ogromnych zakładów przemysłowych. Powodów tego zjawiska jest bardzo dużo, jednym z nich jest brak następców.

– Pana piekarnia była jedyna na Podwalu Staromiejskim, teraz co drugi sklep na tej ulicy handluje pieczywem.

– Piekarń produkujących ubywa. Sklepów tej branży jest coraz więcej, ale one pojawiają się i znikają. Za komuny o tym, co i gdzie można sprzedawać, decydował urzędnik, to nie było dobre. Teraz wybiera konsument, jeśli towar jest dobry, kupi, jak nie, nie kupi. Najlepszym sprawdzianem jest rynek.

– Pojawiła się moda na pieczenie chleba w domach.

– Powiem na przykładzie pani architekt, która dla nas projektuje. Zwróciła się do mnie: „Panie Pellowski, dałby mi pan trochę kwasu chlebowego.” Spytałem:„A po co to pani?” A ona się zwierzyła, że próbowała piec chleb w domu, ale rodzina się z niej śmiała, że wyszły cegły. Mówię: „Pani Olgo, nie lepiej kupić?” A ona: „Nie, moja babcia piekła chleb, moja mama piekła chleb i ja też będę piekła chleb.” I krótko ją przeszkoliłem jak sprawić, żeby chleb był pulchny, bo kwas chlebowy nie uratuje wyrobu, jeżeli nie będą przestrzegane pewne zasady. I ona dwa razy do roku, na święta, piecze chleb.

– Zagrożenie dla piekarzy?

– Wprost przeciwnie, uważam to za zjawisko pozytywne i wychodzę temu naprzeciw. W nowym kompleksie, jaki wybudowałem na Olszynce, otwarcie przewiduję wiosną 2015 roku, przy kawiarni będzie działać mała piekarenka. W kuchni wybudowaliśmy kaflowy piec chlebowy, tak zwany piersiowy, opalany drewnem, w którym wypiekać będziemy chleb i bułki. Chleb – na oczach klientów kawiarni – będzie garował na deskach i trafi do pieca. Urządzenia udostępnimy od czasu do czasu uczestnikom ogólnodostępnych warsztatów pod nazwą: „Każda mama piecze sama”. Pierwszy termin szkolenia – przed przyszłoroczną Wielkanocą, serdecznie zapraszam.

W innej sali ustawiamy – wykonywane na nasze zamówienie – urządzenia, które niegdyś używano w piekarniach, jako eksponaty. Są wśród nich kopie tak zwanych bajt – drewnianych stołów z półokrągłą dzieżą – do wykonywania różnych czynności manualnych. Na bajtach ciasto się werkowało, to znaczy toczyło z niego kule, następnie lęgowało, czyli wydłużało i formowało bochenki. W tymże stole, wewnątrz, wyrabiano ręcznie kwas chlebowy. Powiesiłem w tym pomieszczeniu obraz, namalowany przez zaprzyjaźnionego artystę, przedstawiający naszą rodzinę w strojach starogdańskich nad brzegiem Motławy, nieopodal Żurawia.

– Wraz z zamykaniem małych, nierentownych piekarń rzemieślniczych, znikają stare maszyny.

– Pomysł na rozwiązanie problemu mam prosty. W obiektach na Olszynce przewidziałem miejsce i na zabytki. Tworzymy Izbę Pamięci Piekarstwa. Jest tam już maszyna polskiej produkcji, w której się miesiło ciasto, tak zwana miesiarka, kupił ją tata w 1968 roku, gdy nasza piekarnia, wcześniej przez państwo odebrana, ogołocona z urządzeń, wróciła do rodziny. Umieściliśmy tam także druciane kosze do pieczywa, służące nam w czasie strajków sierpniowych w latach 80. do przewożenia chleba dla robotników do Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Na początku lat 90. właścicielka cukierni „Warszawianka” przy ulicy Łagiewniki w Gdańsku, odchodząc na emeryturę, zadzwoniła do mnie, pytając, czy nie kupiłbym od niej maszyny do lodów. Jak mi powiedziała, że rezygnuje, kupiłem od niej całą cukiernię. W lokalu uruchomiliśmy sklep. Było tam też bardzo ciekawe urządzenie do mieszania ciasta z okresu międzywojennego, które poddaliśmy renowacji i ustawiliśmy jako eksponat. Kolekcja się powiększa.

– Co to za relikty przeszłości zawiera stojąca w hallu gablota?

– Są to przedmioty wykopane w trakcie budowy obiektu. A trzeba wiedzieć, że w tym miejscu na Olszynce w latach 20. było bajoro i wysypywano do niego popiół i śmiecie ze Śródmieścia. Odnaleźliśmy i wyeksponowaliśmy różne drobne, ładne, przedmioty – buteleczki od perfum, lekarstw, płynów do dezynfekcji ust oraz przypraw do zup, kapsle i zamknięcia do butelek, foremki do pierników, klucze, reklamy, kałamarze, łyżki, sygnet, orzeł polski z czapki wojskowej i in. Są też znaczki: niemiecki ze swastyką jakiegoś klubu sportowego, mosiężny klubu kajakarskiego, pocztowy z trąbką i herbem Gdańska. Cennym znaleziskiem jest reklama istniejącej do dziś, niemieckiej firmy ubezpieczeniowej, Iduna Germania, którą założyli rzemieślnicy. Wykopalisk jest znacznie więcej, wyeksponowaliśmy najciekawsze.

– Tak dużego i nowoczesnego kombinatu, jaki tworzy pan na Olszynce, nie ma na Wybrzeżu.

– Przenosimy do nowej siedziby całą produkcję. Już teraz działają tu biura. I pokój dla gości, który wyposażyłem w dzieła sztuki, rodzinne zdjęcia i pamiątki. Ten obraz olejny, z widokiem Gdańska, z gabinetu księdza prałata Henryka Jankowskiego, dostaliśmy od jego rodziny w dowód wdzięczności po odsłonięciu pomnika przed Bazyliką św. Brygidy. Dedykacja brzmi: „Kochanym przyjaciołom, Katarzynie i Grzegorzowi Pellowskim, składamy serdeczne podziękowania za okazane serce, zrozumienie, za wieloletnią pomoc, wsparcie fizyczne, psychiczne oraz materialne naszemu nieodżałowanemu Bratu, Wujkowi, Szwagrowi, księdzu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu”. Umieściłem tu, przyznany mi w 2009 roku Medal Księcia Mściwoja II „za rozwijanie i upowszechnianie najpiękniejszych tradycji dawnego gdańskiego piekarnictwa oraz bezinteresowne zaangażowanie w sprawie edukacji młodzieży”. Na ścianie wisi moja karykatura narysowana przez Mariana Kołodzieja, którą wykupiłem na aukcji charytatywnej. Jest Szabla im Jana Kilińskiego, najwyższa rzemieślnicza Odznaka Honorowa za zasługi dla rzemiosła, którą w ostatnim czasie otrzymałem.

– Pana firma rodzinna jest odbiciem dziejów polskiego piekarstwa, wpisanych w historię Polski.

– Przetrwanie nie było łatwe, często okupione i zdrowiem i życiem. W pod koniec lat 40. władze komunistyczne gnębiły ojca, tak, jak i innych rzemieślników, coraz większymi dopłatami do podatków, tak zwanymi domiarami i kontrolami, urzędnikom towarzyszyli milicjanci z karabinami, którzy na czas „pracy” zakuwali tatę w kajdanki. Ojciec postanowił uciec z Polski do Szwecji, w 1949 roku, wraz z pięcioma kolegami, ukrył się na barce z węglem. Na Zatoce Gdańskiej barkę zatrzymał okręt patrolowy Wojsk Ochrony Pogranicza, uciekinierów przewieziono do aresztu śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku przy ul. Kurkowej, do więzienia przy ul. Okopowej w Gdańsku, następnie do więzienia Urzędu Bezpieczeństwa w Starogardzie Gdańskim. Wszyscy, w tym ojciec, podczas śledztwa, torturowani, jednego z towarzyszy ucieczki zakatowano na śmierć.

Tata mój spędził dwa lata w więzieniu i na robotach, mógł nie wrócić. W 2007 roku zadzwonił do mnie prokurator i zapytał, czy Józef Pellowski to był mój tata. Potwierdziłem, wezwano mnie, jako świadka, do prokuratury Instytutu Pamięci Narodowej w Gdyni. Dowiedziałem się, że rodzina zamordowanego kolegi ojca z barki, której ujawniono akta sprawy ucieczki, natrafiła na nasze nazwisko. Odnaleziono oprawcę, Kazimierza W., miał wtedy 85 lat, mieszkał w Świnoujściu, nie stawił się na rozprawę, przesłuchiwany na miejscu, twierdził, że niczego nie pamięta. Ja się w na tej rozprawie popłakałem. Pytano mnie, co tata opowiadał na temat swojego pobytu w więzieniu, jak był przesłuchiwany i torturowany. Relacjonowałem i przeżywałem wszystko od nowa.

– Państwo Pellowscy działają na rzecz miasta.

– Bycie piekarzem w trzecim pokoleniu zobowiązuje, żeby, oprócz pieczenia chleba, robić coś więcej. Prowadzimy z żoną i całą rodziną różnego rodzaju akcje pomocowe. Wspieramy na stałe swoimi wyrobam iDom Pomocy Społecznej Sióstr Pallotynek w Sobieszewie, jeździ tam żona z córką. Angażujemy się w mniejsze pomocowe przedsięwzięcia. Sporo czasu poświęcam samemu rzemiosłu. Udało nam się, wspólnie z kolegami, uruchomić pierwszą w Polsce szkołę rzemieślniczą – Pomorskie Szkoły Rzemiosł – przy ulicy Sobieskiego w Gdańsku – Wrzeszczu. To jest ogromny sukces. Szkoły rzemieślnicze wcześniej działały, ale, po utworzeniu gimnazjów i liceów zawodowych, władze oświatowe odeszły od typowego kształcenia zawodowego. Ten duży błąd natychmiast wyłapaliśmy i poszliśmy własną drogą. Obecnie w województwie pomorskim mamy dwie takie szkoły, druga jest w Wejherowie, bardzo dobrze prowadzona przez miejscowy Cech Rzemiosł Różnych. Jestem członkiem Zarządu Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw, więc mam wpływ na to, co się dzieje w województwie. Wchodzę też w skład Zarządu Związku Rzemiosła Polskiego, którego siedziba mieści się w pałacu naprzeciwko ministerstwa zdrowia przy ulicy Miodowej w Warszawie. Jesteśmy jedyną organizacją pracodawców w Polsce tak dobrze zorganizowaną, podstawowy szczebel znajduje się w mieście, potem izba, następnie związek w Warszawie, bardzo mocna struktura. Skalę odda to, że jako rzemiosło, należymy do komisji trójstronnej przy premierze.

– Szczególny wkład ma pana rodzina w budowę pomnika księdza prałata Henryka Jankowskiego.

– Byłem inicjatorem przedsięwzięcia z racji tego, że w pewnym okresie była to osoba w Gdańsku bardzo znacząca. Ksiądz prałat był filarem całej naszej Solidarności, ogromnie wspierał ją w momentach krytycznych poprzez msze, spowiedź, organizowanie pomocy dla strajkujących robotników, podnosił na duchu i dzięki temu ruch wolnościowy przetrwał. Lech Wałęsa mówił wielokrotnie, że bez księdza prałata nie byłoby Solidarności i nie byłoby też Lecha Wałęsy. Ja z tatą codziennie rozmawialiśmy, słuchaliśmy Wolnej Europy, kiedy mówiło się o wkroczeniu wojsk radzieckich, o tym nie wolno zapominać, zdawałem sobie sprawę z zagrożenia. Tata zmarł w 1989 roku, zabrakło mi jego wsparcia w momencie transformacji. Trzymałem się blisko księdza prałata, bo tam była informacja z pierwszej ręki, obiektywna, ona mnie podtrzymywała, będąc blisko księdza, miałem poczucie komfortu, że wiem, co się naprawdę w Polsce dzieje.

Ksiądz w ostatnim okresie swojego życia i po śmierci, był marginalizowany przez polityków, władze. Zaproponowałem prezydentowi Pawłowi Adamowiczowi żeby na Skwerze im. ks. prałata Henryka Jankowskiego postawić pomnik kapelana Solidarności. Pomysł spotkał się z wielką aprobatą, zawiązaliśmy społeczny komitet, zebraliśmy pieniądze i wspólnym wysiłkiem przedsięwzięcie zrealizowaliśmy. O tym, że był to dobry pomysł świadczy fakt, że przy pomniku codziennie stoją świeże kwiaty. Ksiądz cały czas żyje w pamięci mieszkańców.

– Ufundował pan dzwon do karylionu na wieży Ratusza Głównego Miasta poświęcony pana ojcu, Józefowi Pellowskiemu.

– Możliwość, żeby mieć własny dzwon, zdarza się raz na pięćset lat, nie skorzystać z takiej okazji byłoby niewybaczalnym błędem. Osoby, które stać na finansowy wkład, powinny brać udział w tego typu inicjatywach, dzięki którym miasto staje się ciekawsze. Jako rzemieślnicy w Bazylice Mariackiej, po lewej stronie Ołtarza Głównego, mamy swoje piękne, pozłacane, epitafium, sfinansowaliśmy też Drogę Królewską w tej świątyni, ufundowałem jedną ze stacji.

Katarzyna Korczak

 

 

 

Ks. infułat Stanisław Bogdanowicz – „Zasłużony w Historii Miasta Gdańska”

bogdanowicz swiderski

Wspólne zdjęcie. Fot. P. Świderski (DB)

21 października 2014 r. podczas uroczystego spotkania ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz, wieloletni proboszcz Bazyliki Mariackiej uhonorowany został Medalem przez Prezydenta Miasta Gdańska.

Ks. Bogdanowicz był przez wiele lat proboszczem Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Jest autorem 53 książek i ponad 320 artykułów dotyczących historii, architektury i dziejów gdańskich kościołów. Został odznaczony tytułem Honorowy Obywatel Miasta Gdańska, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Polonia Restituta

Przed spotkaniem na przedprożu Dworu Artusa goście i turyści zwiedzający Gdańsk wysłuchali przepięknej melodii „La ci darem la mano” z opery „Don Giovanni” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Tę ulubioną i wybraną przez ks. inf. Stanisława Bogdanowicza kompozycję zagrała na karylionie Anna Kasprzycka.

W Dworze Artusa uczestników uroczystości powitał dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – Adam Koperkiewicz. Następnie wystąpili: Anna Korzeniowska – Konserwator Dzieł Sztuki w Bazylice Mariackiej w Gdańsku i Tomasz Korzeniowski – prezes Oddziału w Gdańsku Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, dyrektor Zbiorów Bazyliki Mariackiej w Gdańsku.

Na zakończenie odbyła się część artystyczna – według pomysłu Joanny Orzeł, Organisty – Kantora – Kapelmistrza Kapeli Mariackiej w Gdańsku. Spotkanie w Dworze Artusa z ks. infułatem Stanisławem Bogdanowiczem – „Zasłużonym w historii Miasta Gdańska” uświetnił recital z udziałem muzyków: Tomasza Szpica (tenor, kontratenor) i Joanny Orzeł (sopran, kapelmistrz) z Kapelą Mariacką. Muzyczne chwile wypełniła twórczość geniusza W. A. Mozarta, jednego z ulubionych kompozytorów naszego honorowego Gościa,. Specjalnie dla niego artyści wykonali wybrane części efektownego motetu „Exsultate jubilate” kv 165 oraz ulubione arie z oper „Wesele Figara” i „Don Giovanni” („Voi che sapete”, „La ci darem la mano”).

Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz to niezwykła, interesująca i aktywna osobowość – wielce zasłużony Polak i Gdańszczanin. Bazylika Mariacka w Gdańsku w czasach PRL, gdy od 1979 roku jej proboszczem został Stanisław Bogdanowicz, była oparciem dla prześladowanych ludzi „Solidarności”. Tu odbywały się msze patriotyczne w dniach 3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada, które gromadziły liczne rzesze wiernych. Przez 35 lat, wykonując posługę kapłańską jako jej proboszcz, z uporem i odwagą przywracał jej dawny blask, jednocześnie ubiegając się o zwrot rozproszonych po II wojnie światowej dzieł sztuki. Dzięki jego staraniom, które nadal kontynuuje, do wnętrza bazyliki powróciła znaczna część średniowiecznych zabytków ruchomych, po wojnie przejęta przez placówki muzealne Polski i Niemiec.

Warto przypomnieć, że Bazylice Mariackiej  znajduje się duży zbiór zabytkowych obiektów sakralnych, które budzą żywe zainteresowanie pielgrzymów, turystów oraz licznych badaczy. Bazylika Mariacka – zwana „Koroną Miasta Gdańska” – jest jednym z głównych magnesów przyciągających do Gdańska turystów krajowych i zagranicznych.

Ks. inf. Stanisław Bogdanowicz jest trzecim w historii gdańskiej świątyni proboszczem najdłużej wykonującym w niej posługę kapłańska przez 35 lat (1979–2014). Dłużej funkcję proboszcza pełnili tylko: Andrzej Slommow przez 40 lat (1398–1438) i Stanisław Alojzy Rossołkiewicz przez 37 lat (1818–1855). Jako proboszcz nie szczędził swoich sił i  dążył aby posługa kapłańska i jego niezwykła działalność kulturalno-publicystyczna prowadzona była w Bazylice Mariackiej z autentycznym zaangażowaniem zgodnie z jego mottem życiowym: Cooperatores sinus veritatis – „Bądźmy współpracownikami prawdy”.

* * *

Było to już siódme spotkanie z cyklu „Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska” organizowane przez Stowarzyszenie Nasz Gdańsk. Wcześniej gośćmi honorowymi byli: Tadeusz Matusiak, prof. Jerzy Młynarczyk, Krystyna Stankiewicz, prof. Witold Andruszkiewicz, Halina Winiarska i Stefan Jacek Michalak.

Więcej na ten temat: w tekście Cooperatores sinus veritatis (Bądźmy współpracownikami prawdy) Rufina Godlewskiego.

Cooperatores sinus veritatis (Bądźmy współpracownikami prawdy)

bogdanowicz kadrGDAŃSK. 21 października 2014 r. w Dworze Artusa – spotkanie z ks. inf. Stanisławem Bogdanowiczem.

Uroczyste spotkanie z księdzem infułatem Stanisławem Bogdanowiczem – długoletnim proboszczem Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, autorem 53 książek i ponad 320 artykułów dotyczących historii, architektury i dziejów gdańskich kościołów, Honorowym Obywatelem Miasta Gdańska, polskim duchownym katolickim odznaczonym Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Polonia Restituta – odbędzie się we wtorek 21 października 2014 r. w Dworze Artusa.

Będzie to już siódme spotkanie z cyklu „Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska”.

Mozart na karylionie, rodzinna fotografia, koncert – niespodzianka

Wcześniej naszymi gośćmi byli: Tadeusz Matusiak, prof. Jerzy Młynarczyk, Krystyna Stankiewicz, prof. Witold Andruszkiewicz, Halina Winiarska i Stefan Jacek Michalak.

W trakcie uroczystości ks. inf. Stanisław Bogdanowicz uhonorowany zostanie Medalem przez Prezydenta Miasta Gdańska. Wcześniej, o godz. 12.50 na przedprożu Dworu Artusa zgromadzą się zaproszeni goście i wysłuchają o godz. 13.00 przepięknej melodii „La ci darem la mano” z opery „Don Giovanni” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Tę ulubioną i wybraną przez ks. inf. Stanisława Bogdanowicza kompozycję zagra na karylionie Anna Kasprzycka. Tradycyjnie już, wszyscy zaproszeni goście zostaną uwiecznieni na pamiątkowym zdjęciu przez fotoreportera „Dziennika Bałtyckiego”, patrona medialnego spotkania. Uczestnicy przejdą do Dworu Artusa, gdzie wyjątkowo tym razem odbędzie się główna uroczystość. Księdzu infułatowi asystować będą dwie postacie w strojach starogdańskich.

Uczestników uroczystości powita dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – Adam Koperkiewicz. Następnie wystąpią: Anna Korzeniowska – Konserwator Dzieł Sztuki w Bazylice Mariackiej w Gdańsku i Tomasz Korzeniowski – prezes Oddziału w Gdańsku Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, dyrektor Zbiorów Bazyliki Mariackiej w Gdańsku.

Po laudacji i wręczeniu wyróżnień wystąpi ks. inf. Stanisław Bogdanowicz, który wcześniej zwrócił się do organizatorów – „Zespołu Koordynacyjnego” i zaproponował aby na zakończenie jego wystąpienia dodać 15 minutową część artystyczną według pomysłu Joanny Orzeł, Organisty – Kantora – Kapelmistrza Kapeli Mariackiej w Gdańsku. Propozycja została natychmiast przyjęta z wielkim entuzjazmem jako nowy element spotkań z osobami „ZASŁUŻONYMI W HISTORII MIASTA GDAŃSKA”. Jeżeli się sprawdzi, to będziemy się starać aby występy artystyczne znalazły się również w programie kolejnych spotkań.

Oparcie dla ludzi „Solidarności”, przywracanie dawnego blasku świątyni

Po części artystycznej ksiądz infułat wpisze się do „Księgi Pamiątkowej”. Prawo wpisu będą miały również wszystkie osoby oficjalnie zaproszone i biorące udział w uroczystym spotkaniu.

Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz to niezwykła, interesująca i aktywna osobowość – wielce zasłużony Polak i Gdańszczanin. Bazylika Mariacka w Gdańsku w czasach PRL, gdy od 1979 roku jej proboszczem został Stanisław Bogdanowicz, była oparciem dla prześladowanych ludzi „Solidarności”. Tu odbywały się msze patriotyczne w dniach 3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada, które gromadziły liczne rzesze wiernych. Przez 35 lat, wykonując posługę kapłańską jako jej proboszcz, z uporem i odwagą przywracał jej dawny blask, jednocześnie ubiegając się o zwrot rozproszonych po II wojnie światowej dzieł sztuki. Dzięki jego staraniom, które nadal kontynuuje, do wnętrza bazyliki powróciła znaczna część średniowiecznych zabytków ruchomych, po wojnie przejęta przez placówki muzealne Polski i Niemiec.

W bazylice Mariackiej w Gdańsku znajduje się już duży zbiór zabytkowych obiektów sakralnych, które budzą żywe zainteresowanie licznych badaczy oraz niezliczonych rzesz pielgrzymów i turystów nawiedzających świątynię. Warto przytoczyć dane zawarte w Raporcie Instytutu Eurotest wykonanym na zlecenie władz Gdańska, a dotyczącym gdańskiej turystyki w III kwartale 2013 roku. Według wspomnianego Raportu najczęściej zwiedzanym przez turystów miejscem w Gdańsku było Główne Miasto (89,1%), na drugim miejscu znalazła się Bazylika Mariacka (54,6%), na trzecim ulica Mariacka (50,6%), na czwartym Stadion PGE Arena (33,9%), na piątym „inne dzielnice miasta” (32%), na szóstym Ratusz Głównego Miasta (29,8%), na siódmym Żuraw (20%), na ósmym statek „Sołdek” (18,9%), na dziewiątym Westerplatte (15,2%) zaś na dziesiątym Katedra w Oliwie (15%). Z przedstawionego zestawienia wynika, że Bazylika Mariacka – słusznie zwana „Koroną Miasta Gdańska”, jest jednym z głównych magnesów przyciągających do naszego miasta turystów krajowych i zagranicznych, którzy w roku 2013 pozostawili w Gdańsku ok. 700 milionów złotych. Dlatego służby konserwatorsko-remontowe Bazyliki Mariackiej w Gdańsku mają prawo i obowiązek występowania do władz miejskich, wojewódzkich i centralnych o coroczne środki finansowe na pilne zadania remontowe i konserwację.

35 lat posługi kapłańskiej

Warto również wiedzieć, że ks. inf. Stanisław Bogdanowicz jest trzecim w historii gdańskiej świątyni proboszczem najdłużej wykonującym w niej posługę kapłańska przez 35 lat (1979–2014). Dłużej funkcję proboszcza pełnili tylko: Andrzej Slommow przez 40 lat (1398–1438) i Stanisław Alojzy Rossołkiewicz przez 37 lat (1818–1855).

Jako młody ksiądz był także więźniem politycznym.

W latach 1981–1982 w Bazylice Mariackiej odbywały się niejednokrotnie uroczystości religijne związane z działalnością NSZZ „Solidarność”,

12 września 1983 roku obchodzono w niej 399-lecie Wiktorii Wiedeńskiej,

2 lutego 1987 roku Ks. Biskup Ordynariusz Tadeusz Gocłowski, na mocy upoważnienia ks. Arcybiskupa Francesco Colasunno nuncjusza apostolskiego do specjalnych poruczeń, promulgował dekret Kongregacji do Spraw Biskupów podnoszący Bazylikę Mariacką do godności gdańskiej konkatedry,

Najważniejszym wydarzeniem o charakterze historyczno-zbawczym w dotychczasowych dziejach Konkatedralnej Bazyliki Mariackiej w Gdańsku była wizyta Ojca Świętego Jana Paweła II 12 czerwca 1987 roku. W ramach Kongresu Eucharystycznego Ojciec Święty spotkał się w tej świątyni z chorymi oraz służbą zdrowia,

W latach 1977–2001 był członkiem Kapituły Medali św. Wojciecha i Księcia Mściwoja, nadawanych przez Radę Miasta Gdańska. Od wielu lat jest kapelanem kombatantów, w tym także byłych więźniów politycznych,

W 2001 roku Kapituła odznaczyła Ks. inf. Medalem św. Wojciecha za całokształt dokonań z wiązanych z popularyzacją dziejów Gdańska, szczególnie gdańskiego Kocioła i podejmowanych działań na rzecz ocalenia gdańskich zabytków,

W 2004 roku uhonorowany został tytułem Honorowego Obywatela Miasta Gdańska,

W 2008 roku odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Polonia Restituta przez Prezydenta Rzeczypospolitej – Lecha Kaczyńskiego.

Z Wileńszczyzny do Gdańska

Stanisław Bogdanowicz urodził się 6 listopada 1939 r. w Żwiryni na Wileńszczyźnie z ojca Jana Bogdanowicza i matki Stanisławy Borodo. W 1957 roku zdał maturę w VI LO w Gdańsku, a w 1962 otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował w Biskupim Seminarium i na KUL. W latach 1963–1964 był wikariuszem w Pruszczu Gdańskim, a następnie referentem w kurii biskupiej, a od 1969 roku rektorem kościoła pw. Św. Andrzeja Boboli w Sopocie. W latach 1975-1979 był proboszczem parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Gdańsku, a następnie proboszczem parafii Mariackiej w Gdańsku, pełniąc posługę kapłańską nieprzerwanie przez 35 lat. Stanisław Bogdanowicz jako proboszcz nie szczędził swoich sił i zawsze dążył by posługa kapłańska i jego niezwykła działalność kulturalno-publicystyczna prowadzona była w Bazylice Mariackiej z autentycznym zaangażowaniem zgodnie z jego mottem życiowym: Cooperatores sinus veritatis – „Bądźmy współpracownikami prawdy”.

Muzyczna laudacja

Spotkanie w Dworze Artusa z ks. infułatem Stanisławem Bogdanowiczem – „Zasłużonym w historii Miasta Gdańska” uświetni recital z udziałem muzyków: Tomasza Szpica (tenor, kontratenor) i Joanny Orzeł (sopran, kapelmistrz) z Kapelą Mariacką. Muzyczne chwile wypełni twórczość geniusza W. A. Mozarta, jednego z ulubionych kompozytorów naszego honorowego Gościa,. Specjalnie dla niego artyści wykonają wybrane części efektownego motetu „Exsultate jubilate” kv 165 oraz ulubione arie z oper „Wesele Figara” i „Don Giovanni” („Voi che sapete”, „La ci darem la mano”).

Muzyka dedykowana tego dnia ks. Proboszczowi Konkatedralnej Bazyliki Mariackiej w Gdańskiej będzie swoistą laudacją za 20-letnią żywotność idei przywrócenia monumentalnej świątyni, ikonie grodu nad Motławą, świetnych tradycji muzycznych obecnych przed 205 laty w kościele Najświętszej Marii Panny w dzisiejszym kształcie zespołu kapeli Mariackiej.

Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz jest niewątpliwie czynnikiem sprawczym wyróżnienia Kapeli Mariackiej Dyplomem Uznania „Pro Ecclesia et populo” w dniu 16.01.2011 r. przez poważną część środowiska lokalnego.

Uczynił Piękno dla Bazyliki Mariackiej rzeczą obiektywnie ważną i potrzebną społecznie.

Rufin Godlewski

Niezwykły człowiek – Stefan Jacek Michalak

4 DSC0679417 czerwca 2014 r. – szóste spotkanie z cyklu „Zasłużeni w historii miasta Gdańska”. O godzinie 12.55 do licznie zebranych na przedprożu Ratusza Głównego Miasta osób dołączył honorowy gość tegoż spotkania – Stefan Jacek Michalak, aby w skupieniu wysłuchać pięknego fragmentu I Koncertu fortepianowego Fryderyka Chopina, zagranego na carillonie przez Annę Kasprzycką.

Następnie, po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia dla „Dziennika Bałtyckiego”, uczestnicy spotkania przeszli do Wielkiej Sali Wety.

Kupił zabytkową XIX-wieczną latarnię morską

Przybyli: uczniowie gdańskich gimnazjów – Nr 10 z Oruni, Nr 33 z Osowej i Nr 48 z Jasienia; przedstawiciele gdańskich przewodników turystycznych z prezesem Gdańskiego Oddziału PTTK – Stanisławem Sikorą i Krystyną Stankiewicz; przedstawiciele gdańskiego magistratu – dyrektor Kancelarii Prezydenta Helena Chmielowiec i z-ca kierownika Urzędu Stanu Cywilnego Grzegorz Graefling. Nie zabrakło członków Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” z prezesem doc. dr. hab. Andrzejem Januszajtisem i prof. Witoldem Andruszkiewiczem. Zjawili się redaktorzy „Dziennika Bałtyckiego”. Przybyli główny laudator – prof. dr hab. Błażej Śliwiński, kierownik Zakładu Historii Średniowiecza Polski na UG; pracownicy Muzeum Historycznego Miasta Gdańska z dyrektorem Adamem Koperkiewiczem na czele; przedstawiciele gdańskich firm w tym DART DG, oraz liczne grono przyjaciół i sympatyków Pana Stefana Jacka Michalaka.

Gość honorowy uroczystego spotkania został wprowadzony do sali w asyście dwóch pięknych dam ubranych w historyczne stroje i zajął miejsce w rzeźbionym gdańskim fotelu. Zebranych w imieniu organizatorów i patronów spotkania (Prezydenta Miasta Gdańska i Redakcji „Dziennika Bałtyckiego”) powitał dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – Adam Koperkiewicz. W sposób szczególny, co też wywołało aplauz – został powitany Pan Stefan Jacek Michalak – niezwykły człowiek, który w roku 2001 roku kupił zabytkową XIX-wieczną latarnię morską w Nowym Porcie. Po wykonaniu niezbędnych prac remontowych udostępnił ją zwiedzającym w 2004 roku, zaś w roku 2008 doprowadził do uruchomienia zrekonstruowanej „kuli czasu”. To sprawiło, że latarnia w Gdańsku Nowym Porcie jest jedną z kilku tego typu działających czasomierzy, a zarazem jedyną na świecie, której kula jest ażurowa.

Za wkład w życie kulturalne miasta Gdańska

Warto wspomnieć, że wielu uczestników spotkania było wdzięcznych organizatorom za zaproszenie, gdyż miało okazję wysłuchać ciekawych informacji na temat życia i twórczej działalności Stefana Jacka Michalaka z laudacji wygłoszonych przez doc. dra inż. Andrzeja Januszajtisa – prezesa Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” i prof. dra hab. Błażeja Śliwińskiego – kierownika Zakładu Historii Średniowiecza Polski na UG oraz z wystąpienia dr. inż. Grzegorza Szychlińskiego – z-cy dyrektora MHMG ds. Ochrony Dziedzictwa Kulturowego, na temat rekonstrukcji „kuli czasu” na latarni morskiej w Nowym Porcie.

W trakcie spotkania, w dowód uznania i szacunku za zaangażowanie na rzecz kultywowania morskiej tradycji oraz wkład w życie kulturalne miasta Gdańska, Stefan Jacek Michalak został wyróżniony przez:

Prezydenta Miasta Gdańska – Medalem XX-lecia Samorządności Gdańskiej, który wręczyła Helena Chmielowiec, dyrektor Kancelarii Prezydenta;

Muzeum Historyczne Miasta Gdańska – medalem wybitym z okazji 400-lecia urodzin Jana Heweliusza, który wręczył dr inż. Grzegorz Szychliński, z-ca dyrektora MHMG ds. Ochrony Dziedzictwa Kulturowego;

Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk” – Srebrną Odznaką Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” oraz dyplomem i kwiatami, które wręczyła delegacja z prezesem doc. dr. inż. Andrzejem Januszajtisem na czele;

Zarząd Główny PTTK – medalem PTTK, który wręczył Stanisław Sikora, wiceprezes Zarządu Głównego PTTK.

Zaczarowany ogród dzieciństwa

Na zakończenie wystąpił Stefan Jacek Michalak. Jego Wypowiedź była przepełniona głębokim patriotyzmem oraz miłością, a zarazem tęsknotą, do miasta jego dzieciństwa –Gdańska, co wyraził również w swoim wpisie do księgi pamiątkowej:

To jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Moje rodzinne miasto (a za takie Gdańsk uważam, bo przybyłem tu z rodzicami jako 1,5 roczny brzdąc 6 kwietnia 1945 roku, honoruje mnie w tak wspaniały sposób! W 1950 roku, w wieku 7 lat, zmuszony przez ówczesne władze, wyjechałem z tego utrwalonego na siatkówce oka małego dziecka nie dający się wymazać obraz kolorowego, słonecznego, zaczarowanego ogrodu dzieciństwa jakim był i jest dla mnie Gdańsk, a zwłaszcza ulice Dębinki, Hojne -Wrońskiego, Śniadeckich, Smoluchowskiego, Curie-Skłodowskiej, Fahrenheita i … plac Dra Stefana Michalaka, aby powrócić do niego już jako dorosły człowiek i odwdzięczyć się Mojemu Miastu dokładając moją małą cegiełkę do jego wspaniałego rozwoju.”

Stefan Jacek Michalak,

właściciel i opiekun Latarni Morskiej Nowy Port, 17 czerwca 2014 r

 

W wywiadzie udzielonym po uroczystym spotkaniu „Dziennikowi Bałtyckiemu” – patronowi spotkania, Stefan Jacek Michalak powiedział m.in.:

Cieszę się, że swoim czynem mogłem zrobić coś dla miasta, bowiem, mimo że zwiedziłem wiele zakątków świata, a dziś większość czasu spędzam w Kanadzie, sercem i myślami od dzieciństwa związany jestem z Gdańskiem.”

Rozumiem i podziwiam tego niezwykłego człowieka, którego najlepiej charakteryzuje jego motto życiowe: „Tylko pracując dla dobra innych można być w pełni szczęśliwym”.

Rufin Godlewski

12 DSC06868 13 DSC06880 11 DSC06862 10 DSC06860 SONY DSC 8 DSC06961 9 DSC06807 9 DSC06808 7 DSC06818 6  DSC06797 5 DSC06795 5 a DSC06795 4 DSC06794 4 a DSC06794 3 DSC06744 3 a DSC06744 2 DSC06779 1 DSC06979

Prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk

Prof. Jerzy Młynarczyk

Prof. Jerzy Młynarczyk

Funkcje: Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu im. E. Kwiatkowskiego w Gdyni, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Prawa Morskiego, Prezes Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarki Morskiej w Gdyni, członek Rady Programowej Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menadżerów. Konsultant prawny przedsiębiorstw żeglugowych i przemysłu okrętowego. Ekspert Międzynarodowej Organizacji ds. ustawodawstwa morskiego.

Nauka: Ur. 2. VIII. 1931 w Wilnie, s. Jana i Ludmiły, z d. Ignatiuk. 1944 Białystok. Od 1945 r. na Wybrzeżu. 1950 – matura w Liceum Chrobrego w Sopocie. Uczył się także muzyki (fortepian). 1954 magister praw Uniwersytetu Poznańskiego. 1963 obronił rozprawę doktorską n/t „Ograniczenie odpowiedzialności przewoźnika morskiego za utratę lub uszkodzenie jednostki ładunku”, nagrodzoną w ogólnopolskim konkursie czasopisma „Państwo i Prawo”. 1978 habilitacja na podstawie rozprawy „Umowy o budowę statku morskiego”. 14 monografii i podręczników, ponad 150 artykułów, liczne prace popularyzatorskie.

  Praca: 1954-58 w Zakładach Cegielskiego i DOKP w Poznaniu. 1958-1970 kolejno st. asystent, adiunkt i docent w WSP w Gdańsku. 1970-2003 Wydział Prawa i Administracji U. G., kierownik Zakładu Prawa i Postępowania Cywilnego oraz Zakładu Międzynarodowego Prawa Handlowego. 1977-1981 Prezydent M. Gdańska. 1982-88 dyr. Instytutu Morskiego. 1988-1991 w wyniku konkursu prof. w Światowym Instytucie Morskim ONZ w Malmö i w Międzynarodowym Instytucie Prawa Morskiego na Malcie. Prof. wizytujący w Chinach, Niemczech, na Litwie i w USA.

Sport: 1950-60  koszykarz w klubach poznańskich Warta (Stal) i Lech, 1960-71 w gdańskim klubie Wybrzeże. 1951-62 w Kadrze Narodowej ­ – 112 meczów w reprezentacji Polski, 4 razy w mistrzostwach Europy, 1960 udział w olimpiadzie w Rzymie.

Odznaczenia: 1960 Srebrny Krzyż Zasługi, 1975 Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Medale Zasłużony Mistrz Sportu, Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe, Kalos Kagathos, Nagroda J. Kusocińskiego, Nagroda im. H. H. Sieverta (od Światowego Zrzeszenia Olimpijczyków). Nadal uprawia koszykówkę w TKF Neptun Gdańsk.

Inne: 1994-97 Przewodniczący Rady ds. Gospodarki Morskiej przy Ministrze Transportu i Gospodarki Morskiej, 2001-2004 poseł z listy SLD i UP, później SDP.  Wiceprzewodniczący Komisji Kodyfikacji, członek Komisji Legislacyjnej Prawa Morskiego, ekspert Sejmu w zakresie ustawodawstwa morskiego. Od 1996 Mistrz Kapituły Medali Św. Wojciecha i Księcia Mściwoja II

  Rodzina: żona Krystyna, córka z pierwszego małżeństwa, dwoje wnuków.

W czasie prezydentury: m.in. pomnik Obrońców Poczty, krzyż na Westerplatte, Pomnik Poległych Stoczniowców (podpis na akcie założycielskim). Uczciwa postawa, budząca szacunek (także przeciwników), łagodzenie konfliktów, zdymisjonowany (czy dlatego?) w 1981 r.

Opracował: Andrzej Januszajtis

Prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk: „Gdańsk był zawsze miastem niepokornym”

NG_07

Drugie spotkanie z cyklu: „Zasłużeni w historii Miasta Gdańska” w Ratuszu Głównego Miasta.

Prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk był bohaterem drugiego spotkania z cyklu „Zasłużeni w historii Miasta Gdańska”, które odbyło się 15 października 2012 r. Tradycyjnie, kwadrans przed godziną dwunastą, uczestnicy stanęli na przedprożu Dworu Artusa i wysłuchali krótkiego koncertu karylionowego  z wieży Ratusza Głównego Miasta, skąd przeszli do ratuszowej Wielkiej Sali Wety.  

Organizatorami cyklu „Zasłużeni w historii Miasta Gdańska” w Ratuszu Głównego Miasta jest Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk”  przy współpracy z Muzeum Historycznym Miasta Gdańska.

Widziałem jak to wszystko wyglądało w 1945 r. 

Ulica Długa była stertą zawalonych domów!

– To jest drugie spotkanie jakie organizujemy wspólnie z Muzeum Historycznym Miasta Gdańska – powiedział na powitanie doc. dr inż. Andrzej Januszajtis, prezes Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. – Chodzi nam o przybliżenie sylwetek ludzi, którzy coś dla Gdańska zdziałali, ale to coś jest przez duże „C”. Mam przed sobą prof. dr. hab. Jerzego Młynarczyka, człowieka, którego dorobek złożyć by się mógł na kilka wspaniałych życiorysów.

Prezes doc. dr inż. Andrzej Januszajtis przedstawił życiorys Bohatera.

– Towarzyszy mi teraz uczucie niekłamanego wzruszenia nie tylko dlatego, że usłyszałem piękne słowa o swojej pracy i życiu, ale także dlatego, że w tej oto sali, w której przychodziło mi nieraz przemawiać, zobaczyłem osoby, z którymi pracowałem w mieście Gdańsku, tych, którym miasto wiele zawdzięcza – powiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk, obecnie Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Gdyni. – Pan profesor Andrzej Januszajtis jest instytucją, wie pan wszystko o Gdańsku!

Prof. Jerzy Młynarczyk powiedział, że pamięta swoje spory o sporcie z Rufinem Godlewskim, za jego prezydentury pracownika Wydziału Sportu w magistracie, który wpadał do jego gabinetu i krzyczał: „Pan się nie zna na sporcie, ma być tak i tak w sporcie gdańskim”. Pracownicy się śmiali, pytali: „Jak to, pozwalasz, żeby Godlewski ci mówił jak ma być w sporcie?”

– Odpowiadałem „Tak”, bo miałem pokorę wobec dynamiki jego działań dla rozwoju sportu, trzeba przyznać, że w większości wypadków Godlewski miał rację!  – mówi prof. Młynarczyk.

– Siedzący naprzeciwko mnie inż. arch. Stanisław Michel towarzyszy nam w Gdańsku od pierwszych lat powojennych, wiele zrobił miasta, do dziś słyszę, jak wykłóca się o różne sprawy związane z architekturą, zwłaszcza w Śródmieściu – kontynuuje prof. Młynarczyk.

Następnie spojrzał na dr Janusza Trupindę, reprezentanta Muzeum Historycznego Miasta Gdańska i wyraził podziw dla całej instytucji, która przez lata dba i odmienia w naszych oczach Ratusz Głównego Miasta i inne zabytkowe obiekty mieszczące oddziały placówki.

– Na pańskie ręce, panie doktorze, przekazuję serdeczne gratulacje za to, co państwo zrobili z naszym dziedzictwem – powiedział Bohater spotkania. – Mam pewną legitymację, żeby o tym mówić, bo jako czternastoletni chłopak w czerwcu w 1945 roku widziałem ulicę Długą, nie była to ulica, tylko sterta zawalonych domów! I teraz, kiedy przychodzi mi spacerować po Gdańsku, wydaje mi się, że-  obok pięknych malarskich portretów królów polskich w Wielkiej Sali Wety – warto by zawiesić wizerunki ludzi, którzy Gdańsk postawili na nogi. Ja widziałem jak to wszystko wyglądało w 1945 roku.

Ojciec był organizatorem polskiego szkolnictwa na tym terenie

Rodzina państwa Młynarczyków znalazła się w Gdańsku trochę przypadkowo, słyszeliśmy opowieść Bohatera spotkania, jego ojciec otrzymał nominację na pierwszego kuratora Kuratorium Okręgu Szkolnego w Gdańsku.

– Ojciec był organizatorem polskiego szkolnictwa na tym terenie, bo nie było polskich szkół poza Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego Macierzy Szkolnej w Gdańsku i placówkami w Kwidzynie. Kuratorium sięgało wtedy aż po Bytów, z drugiej strony dochodziło do Kwidzyna. – Myślę, że Obrze by było zainicjować pamięć o nauczycielach z lat 40. na tym terenie, ci ludzie nie patrzyli na uposażenie, pracowali za przysłowiową miskę zupy.

Prof. Młynarczyk podziękował za zaproszenie Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk”, które nie bez powodu otrzymało wyróżnienie w postaci Medalu Księcia Mściwoja II, przypomniał, że to jest – po honorowym obywatelstwie Miasta Gdańska – najwyższe odznaczenie przyznawane nie tylko osobom, a także społeczności, organizacjom.

– Pozwoliłem sobie, w dowód prywatnego uznania i wdzięczności, zgłosić mój akces do Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” i – mam nadzieję – mimo iż jestem mieszkańcem Sopotu, znajdę się w waszych szeregach – dodał prof. Młynarczyk, co przyjęte zostało rzęsistymi oklaskami, a Profesor otrzymał na zakończenie spotkania legitymacje naszej organizacji.

– Trudno ukryć mi emocje, w Gdańsku zostawiłem sporą część swojego życia, powodzenia i niepowodzenia – mówił prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. – Przyszło mi kierować tym miastem w okresie najtrudniejszym, kiedy zmieniały się losy Polski, jeszcze nie tak gruntownie, ale – widać już było, że będzie inaczej. Ówczesne kierownictwo Gdańska – nie tylko miasta, także województwa – wiedziało, że ludzie dążący ówcześnie do zmian mają rację, uznaliśmy to, dlatego pochlebiam sobie, że odchodziłem z Gdańska z podniesionym czołem.

– To były dramatyczne czasy – konkluduje. – Gdańsk, jak powiedziałem na słynnym spotkaniu przed Stocznią Gdańską kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego, był w powojennych latach morską stolica Polski, wtedy Gdańsk stał się sumieniem Polski.

Prawo morskie dawniej i dziś. Cztery dni wicewojewodą gdańskim.

Nadszedł czas na pytania z sali.

– Zwrócę się do pana jako do eksperta od prawa morskiego – powiedział doc. dr inż. Andrzej Januszajtis. – Był przepis, że jeżeli statek rozmyślnie wpłynie na drugi statek i go uszkodzi, to kapitan, czy właściciel, pokrywa całość strat. Natomiast jeżeli nieumyślnie, tylko przypadkiem dojdzie do takiego zderzenia, koszty są pokrywane pospołu. Czy dalej obowiązuje ta zasada?

– Jest to norma niezwykle ciekawa, to prawo obowiązywało w Gdańsku, nazywało się „Prawo z Damme”, gdańszczanie zawsze go przestrzegali, choć Gdańsk był zawsze miastem niepokornym – powiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. – Na zjeździe HANZY w XIV wieku burmistrz Gdańska był krytykowany bardzo surowo przez pozostałych hanzeatów za to, że Gdańsk sprzedawał statki Anglikom i Holendrom, czyli – największym wrogom HANZY. Pan burmistrz, wysłuchawszy ostrej krytyki, powiedział, że  rozumie tę krytykę, ale Gdańsk będzie dalej sprzedawał statki, bo to dobry interes. Natomiast jeżeli chodzi o odpowiedzialność za zderzenia, to ta zasada, choć nie wszędzie, obowiązuje do dziś, płaci się po połowie, jeżeli nie stwierdza się kto zawinił zderzeniu.

– Jak to się stało, że pan był tylko cztery dni wicewojewodą gdańskim? – zapytano.

– Większość z państwa doskonale wie, że kierownictwo gdańskie było przeciwne rozwiązaniom warszawskim, wprowadzeniem stanu wojennego zostaliśmy zaskoczeni całkowicie, nawet ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR i członek Biura Politycznego, a więc najwyższego partyjnego organu, nie wiedział o wprowadzeniu stanu wojennego – odpowiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk.

– Jestem tego świadkiem żywym – kontynuował. – Umawialiśmy się z Tadeuszem Fiszbachem na bieganie po lesie, wróciłem z jakiejś podróży służbowej i o jedenastej w nocy rozmawialiśmy jeszcze u niego w biurze, powiedział wtedy do mnie: „Słuchaj, ale pamiętaj, o szóstej rano biegniemy.” Nie mieliśmy pojęcia, że nazajutrz zostanie wprowadzony stan wojenny, byliśmy, oczywiście, przeciw takiemu działaniu, wielokrotnie demonstrowaliśmy swoje zdanie publicznie. Dlatego kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się, że już nie jestem prezydentem Gdańska.

– Były w międzyczasie wydarzenia, o których z drżeniem serca do dziś wspominam, słynne spotkanie na placu Solidarności 16 grudnia, przed Pomnikiem Poległych Stoczniowców „Grudzień 1970”, zgromadziło się tam kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. –  kontynuował prof. Młynarczyk. – Tadeusz Fiszbach kilka lat temu powiedział mi: „Wiesz, wysyłając ciebie na to spotkanie z rozgorączkowanym tłumem byłem przekonany, że wysyłam cię na śmierć.” Powiedziałem mu: „Dziękuję, drogi przyjacielu za to wyznanie po latach.”

– I wtedy mnie usunięto ze stanowiska prezydenta Miasta Gdańska, ale zebrała się egzekutywa KW PZPR i całkowicie bezprawnie zdecydowała o mianowaniu mnie pierwszym zastępcą wojewody Jerzego Kołodziejskiego – wyjaśnia prof. Młynarczyk.

Docierał do rodzin internowanych.

Wezwano go do KW PZPR i wysłano na chwilowe bezrobocie.

– Dostałem konkretne zadanie, ponieważ, jak wiadomo, internowano wtedy, całkowicie bezsensownie, wielu naukowców i artystów, żebym dotarł do tych środowisk i starał się jakoś wesprzeć tych ludzi zatrzymanych, bo nikt nie wiedział, co się z nimi będzie działo – kontynuuje opowieść prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. –  Moją rolą było kontaktowanie się z rodzinami internowanych i dowiadywanie się, czy możemy coś zdziałać? Oczywiście, nie mieliśmy już wtedy żadnych możliwości sprawczych, bo rządził rząd wojskowy, przedstawiciele służb specjalnych, ale mogliśmy w wielu wypadkach pomóc, odwiedzałem wielu ludzi przez te cztery dni.

Wiedział, że jego funkcja pierwszego wicewojewody jest absolutną fikcją. Dlatego, gdy zwrócono się do niego z pytaniem, jaką tabliczkę na drzwiach dla niego powiesić  powiedział, żeby oszczędzić koszty i żadnej nie robić tabliczki. Jeszcze tego samego dnia wezwano go do KW PZPR w Gdańsku, gdzie dowiedział się, że udać ma się na „chwilowe bezroboci”. Ale nie był ofiarą stanu wojennego, wkrótce zatrudniono go w Instytucie Morskim, gdzie spędził szereg lat.

– Jak się panu podoba teraz Gdańsk, jak pan ocenia obecną młodzież w Gdańsku? – zapytała uczennica Szkoły Podstawowej nr 50  przy ul. Grobla IV w Gdańsku.

– Jestem w Gdańsku zakochany, jeżeli kiedyś posiądę jedną trzecią wiedzy pana Profesora Januszajtisa, to będę z większą swobodą oprowadzał swoich gości – odpowiedział prof. Młynarczyk. – To jest bardzo trudne miasto, ktokolwiek tu działa publicznie, doskonale o tym wie, na przykład w porównaniu z Gdynią, która jest łatwiejsza w zarządzaniu.

W Gdańsku stale trzeba podejmować decyzje będące kompromisem, stwierdził. Cieszy go mądra polityka władz miejskich, która, oczywiście, nie zadowala wszystkich. Prezydenta Adamowicza ceni za to, że ma własne zdanie, czasem przeciwne zdaniom innych.

– Co do młodzieży, spotykam się na uczelni z młodzieżą wyrośniętą i ona mi się bardzo podoba – kontynuował. – Patrzę na was i też mi się bardzo podobacie, miło, że interesujecie się swoim rodzinnym miastem, że chcecie o nim wiedzieć jak najwięcej.

Trudne lata powojenne w harcerstwie.

Najwspanialsza powieść napisana w języku polskim – „Lalka”

– Jakie pan miał kontakty z harcerstwem, czy były po wojnie w Gdańsku jakieś siły, które próbowały harcerstwa bronić?

– Byłem harcerzem, miałem krzyż harcerski, byłem raz, w 1947 roku, na obozie harcerskim – odpowiada prof.  Młynarczyk, zdobyłem kilka sprawności, w tym słynne „Trzy pióra”. Wtedy już zaczęto przebąkiwać o potrzebie zmian w harcerstwie, wielu ludziom ideały harcerskie, które przecież były tak rozpowszechnione w społeczeństwie, zaczynały przeszkadzać.

I zaczął się odwrót od harcerstwa pojmowanego tak, jak przed wojną, kontynuował prof. Młynarczyk. Nie przybierało to postaci organizacyjnej, grupy tak zwanego czerwonego harcerstwa pojawiły się później, w latach 50. , ale drużynę, w której był młody Jerzy rozwiązano, więc rok tylko był cieszył się działalnością w tej organizacji. Harcerstwo zaczęło odżywać i wracać do tradycji skautingu przedwojennego po 1956 roku, przypomniał.

– Panie profesorze, na pewno panu towarzyszyła i towarzyszy literatura piękna, gdyby był pan łaskaw opowiedzieć, co pan lubi czytać? – zapytał Stanisław Sikora, radny Rady Miasta Gdańska.

– W moim domu jest olbrzymia biblioteka, mam gusty bardzo staroświeckie – odpowiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. – Za najwspanialsza powieść napisaną w języku polskim uważam „Lalkę” Bolesława Prusa, mogę czytać ją wciąż, od początku do końca, cudowne pokazanie życia polskiego społeczeństwa, oczywiście także osobistej tragedii. Ma absolutnie parafialny gust, stwierdza, jest zakochany w „Panu Tadeuszu”, kiedyś chciał napisać glosy do „Pana Tadeusza”, kapitalnego dzieła poetyckiego, bo glosa jest niczym innym jak komentarzem do wyroku.

– Moim studentom czytam spore fragmenty „Pana Tadeusza”, bo tam jest ogromna warstwa prawna – mówi prof. dr. hab. Jerzy Młynarczyk. – „Pan Tadeusz. Ostatni zajazd na Litwie” A cóż to był zajazd? Egzekucja prawa, jakiegoś wyroku sądowego, a więc pojęcie prawne, w epopei są fragmenty pasjonujące i dla prawnika. Wiemy, że ojciec Mickiewicza był adwokatem i syn się z prawem osłuchał.

Poezję współczesną czytuje. Szalenie mu się zawsze podobały wiersze Wisławy Szymborskiej, znacznie wcześniej, zanim dostała nagrodę Nobla, fascynuje go jej cienki dowcip i trafne obserwacje. Z literatury zagranicznej najbardziej ceni prozę Hemingwaya, rosyjską literaturę i poezję XIX wieku. I ogromnie ubolewa, że od lat na Wybrzeżu nie mamy pisma literackiego. I z niepokojem patrzy, że stajemy się, nie tylko w Gdańsku, coraz bardziej e – społeczeństwem, wolimy tkwić z nosami w komputerze, zamiast spotkać się oko w oko z pisarzem, poetą, ze znajomym, by osobiście wymienić poglądy i zapatrywania.

Katarzyna Korczak