Halina Winiarska – Zasłużona w historii miasta Gdańska

36 Zdjęcie _Nasz Gdańsk_ Winiarska_Fot_Janusz_Wikowski_ DSC04120

Halina Winiarska wpisuje się do Księgi Pamiątkowej „Zasłużeni w Historii Miasta Gdańska”. Fot. Janusz Wikowski

„Kameralny monumentalizm” – jak pisał onegdaj prof. Andrzej Żurowski – sił i środków, ról i kreacji aktorskich Haliny Winiarskiej, zaprowadził artystkę na teatralny Parnas. To najmocniejsze dziś nazwisko w świecie aktorskim swoich czasów (z gdańskim adresem). „Winiara” zdobyła wszystkie możliwe nagrody w swojej „dyscyplinie” – i Order Stańczyka, i Pomorską Nagrodę Artystyczną; nagrody ministrów (Kultury i Sztuki), marszałków (Województwa Pomorskiego) i prezesów (Radia i Telewizji ). Wygrywała swoimi kreacjami festiwale teatralne w Kaliszu, Toruniu i Szczecinie; błyszczała na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych ( poza konkursem). Czas najwyższy, aby została także uhonorowana specjalnym wyróżnieniem „Zasłużeni w historii miasta Gdańska”.

Laudacja wygłoszona na temat Haliny Winiarskiej

przez prof. dr hab. Jana Ciechowicza.

            Laudacja, czyli pochwała (od łać. laudo – chwalić, sławić, wielbić; laudatus znaczy tyle, co wyborny, piękny; a laudator, -oris – to chwalca, wielbiciel). Halina Winiarska (pseudonim: Winiara) urodziła się w Chrzanowie, niedużym miasteczku małopolskim, w roku prapremiery: Mątwy Witkacego w Teatrze Cricot 1 w Krakowie, Rodziny Słonimskiego w warszawskim Teatrze Nowa Komedia i Kleopatry Norwida w lwowskim Teatrze Wielkim, w opracowaniu Wilma Horzycy.

Studiowała polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, by zadebiutować jako Nadzieja w Kalinowym gaju Korniejczuka na scenie krakowskiego Teatru Nurt (1953). Trzy lata później była już m. in.  Kamą w Faraonie według powieści Prusa na scenie białostockiego Teatru im. Aleksandra Węgierki. Eksternistyczny egzamin aktorski zdała celująco w roku 1957. W latach 1956-1958 była związana etatowo ze sceną dramatyczną w Białymstoku; w latach 1958-1964 z Lubuskiem Teatrem w Zielonej Górze (dziś im. Leona Kruczkowskiego). Grała – zwykle olśniewająco – tylko główne role: m. in. Rózię w Dożywociu Fredry (1959), Diannę w Fantazym Słowackiego (1959) oraz Anielę w Ślubach panieńskich Fredry (1960). Już wtedy rozpoczęła stałą współpracę z reżyserem Markiem Okopińskim, u którego zagrała m. in. Królową w Ryszardzie II Szekspira i  tytułową Ifigenię w Taurydzie Goethego ( w obu wypadkach jest to rok 1962). Z Zielonej Góry – za Okopińskim i Hebanowskim – poszła do Poznania (1963-1966), ostatecznie do Teatru Polskiego, którego głównym budowniczym był przecież Stanisław Hebanowski – dziad ( z napisem na fasadzie: Naród sobie). W Poznaniu „Winara” zagrała m. in. Lizę w Iluzji Corneille’a w przekładzie i współ-reżyserii „Stulka” Hebanowskiego (1964), wtedy jeszcze zaledwie kierownika literackiego teatru ( najlepszego w tej profesji w kraju nad Wisłą).

Do Gdańska, do Teatru Wybrzeże, Państwo Kiszkisowie (Halina i Jerzy) przyjechali ostatecznie w roku 1966; pociągając za sobą już niebawem niedościgły duet artystów:  Okopiński – Hebanowski. Kiszkisowie – nazywani też czasem, co znamienne,  Winarskimi – pozostali na etacie w gdańskim Teatrze Wybrzeże do roku 2003, a więc – bagatela – blisko czterdzieści lat (dokładnie trzydzieści siedem). Cały czas w znakomitej formie artystycznej (aktorskiej).  Właściwie trudno o lepszą argumentację  na rzecz „zasłużonego w historii miasta Gdańska”. Długie trwanie ( przy jednych barwach „klubowych”) i znakomita, intensywna obecność poprzez kolejne kreacje.  Tymczasem Winiarska zagrała: i Mewę w Czajce Czechowa ( u Piotra Paradowskiego, skądinąd brata Janiny, 1968), i tytułową Matkę Witkacego ( u Tadeusza Minca, 1968 – Leona, jej scenicznego syna, grał Pan Jerzy), i Alicję w Maleńkiej Alicji Albeego ( u Hebanowskiego, 1969). Gdybyśmy mieli zbudować tzw. wydarzeniową historię teatru – poprzez kreacje Haliny Winiarskiej; a było ich w latach 1956-2011 ponad 100; co prawda  Helena Modrzejewska zagrała blisko 260 ról, ale w wieku XIX premiery odbywały się nierzadko, co tydzień – to niewątpliwie największą jej kreacją była multirola Molly Bloom w  polskiej prapremierze Ulissesa Joyce’a ( u Zygmunta Hübnera, 1970). Kiedy więc wydawaliśmy na 50-lecie Teatru Wybrzeże tom Pół wieku Teatru Wybrzeże – przedstawienia (Gdańsk 1998), Winiarska – aż dwukrotnie, co ma wymiar aksjologiczny – znalazła się na okładce tego tomu. Na stronie pierwszej „w okienku” w sekwencji z Ulissesa ( o którym pisał „w środku” anglista,  prof. Andrzej Ceynowa, rektor UG ) i na rewersie okładki, gdzie „Winara” – Molly jest posadzona centralnie w bardzo dobrym  towarzystwie: Zbigniewa Cybulskiego ( jako Johnny Pope’a w Kapeluszu pełnym deszczu Gazzo w reżyserii Wajdy, 1959) i Henryka Bisty ( jako Gustawa-Konrada w Dziadach Mickiewicza  reżyserii Macieja Prusa, 1979).

Po Ulissesie przyszły wielkie role Haliny Winiarskiej jako: Heleny w Odprawie posłów greckich Kochanowskiego ( reżyseria Okopińskiego, 1971), ale i Heleny w Helenie Eurypidesa ( w tłumaczeniu i reżyserii Hebanowskiego, 1973); Gertrudy w Hamlecie Szekspira ( w klasycznym przekładzie Paszkowskiego i reżyserii Okopińskiego, 1974) oraz Pani Laury w Cyganerii warszawskiej Nowaczyńskiego (znalezisko „Stulka” Hebanowskiego, 1975) , tudzież  rola Racheli w jego Weselu Wyspiańskiego ( ze scenografią Mariana Kołodzieja, 1976).  Jeżeli w pewnej chwili Teatr Wybrzeże stał się rzeczywiście  domem Tadeusza Micińskiego ( co specjalnie cieszy prof. Tadeusza Linknera), to za sprawą koneserskiej, odkrywczej roboty Hebanowskiego i kreacji aktorskich  Winiarskiej (chodzi o Termopile polskie, 1970 i  Bazylissę Teofanu, 1978).

Halina Winiarska- aktorka potrafi zagrać wszystko,  a wiec:  Szekspira ( w dużym pakiecie tytułów), Schillera, Fredrę,  Czechowa,  Ibsena, Żeromskiego,  Becketta, Andrzejewskiego,  a nawet i Grochowiaka ( w Chłopcach w reżyserii Barbary Sass Pan Jerzy grał Kalmitę, a Pani Halina –Narcyzę Kalmitową, 1996). Oboje mają słabość do „sacrum” w teatrze ( i w życiu). Wystarczy przypomnieć w tym  miejscu wstrząsające przedstawienie  Hioba w tłumaczeniu Miłosza, w reżyserii debiutanta, Krzysztofa Babickiego (1982), gdzie Pan Jerzy grał  rolę tytułową, a  Pani Halina znów była jego żoną (tym razem biblijną). Albo Przed sklepem jubilera Wojtyły w reżyserii redutowca,  Tadeusza Byrskiego, gdzie „Winiara” grała Annę, a Pan Jerzy – Adama ( 1982). W Wolości dla Barabasza Krzysztofa Wójcickiego, nagle świętej pamięci,  w reżyserii Andrzeja Markowicza, zagrała Claudię ( Pan Jerzy – Piłata, a rolę tytułową młodziutki wtedy – Mirosław Baka, 1988).

Bez dwóch zadań, „kameralny monumentalizm” – jak pisał onegdaj prof. Andrzej Żurowski – sił i środków, ról i kreacji aktorskich Haliny Winiarskiej,  zaprowadził artystkę na teatralny Parnas. To najmocniejsze dziś nazwisko w świecie aktorskim swoich czasów (z gdańskim adresem). „Winiara” zdobyła wszystkie możliwe nagrody w swojej „dyscyplinie” – i Order Stańczyka, i Pomorską Nagrodę Artystyczną; nagrody ministrów (Kultury i Sztuki), marszałków (Województwa Pomorskiego) i prezesów (Radia i Telewizji ). Wygrywała swoimi kreacjami festiwale teatralne w Kaliszu, Toruniu i Szczecinie; błyszczała na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych ( poza konkursem). Czas najwyższy, aby została także uhonorowana specjalnym wyróżnieniem „Zasłużeni w historii miasta Gdańska”, w pierwszym salonie literackim miasta, czyli w Dworze Artusa; a jeszcze lepiej w Ratuszu Głównym (w Wielkiej Sali Wety).

Prof. dr hab. Jan Ciechowicz

18 Zdjęcie _Nasz Gdańsk_ Winiarska_Fot_Janusz_Wikowski_ DSC04012

Laudację wygłasza prof. dr hab. Jan Ciechowicz, Kierownik Katedry Kultury i Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego. Fot. Janusz Wikowski

29 Zdjęcie _Nasz Gdańsk_ Winiarska_Fot_Janusz_Wikowski_ DSC04090

Po części oficjalnej Halina Winiarska recytowała poezję: Czesława Miłosza – „Walc”, Wisławy Szymborskiej – „Smutki i radości starości”. Fot. Janusz Wikowski

 

„Chcemy służyć Polsce i w tym szczególnie Gdańskowi”

andruszkiewicz 4

Prof. Witold Andruszkiewicz

Będzie to już czwarte spotkanie z cyklu „zasłużeni w historii miasta Gdańska” po Tadeuszu Matusiaku, prof. Jerzym Młynarczyku i Krystynie Stankiewicz. W trakcie uroczystości Profesor Witold Andruszkiewicz uhonorowany zostanie Medalem Prezydenta Miasta Gdańska.

Uroczyste spotkanie z Profesorem Witoldem Andruszkiewiczem – znakomitym uczonym, niestrudzonym działaczem gospodarczym i społecznym, nestorem orędowników spraw morskich, w tym portów morskich – odbędzie się we wtorek 17 XII 2013 r. o godz. 13.00 w Wielkiej Sali Wety Ratusza Głównego Miasta.

Wcześniej na przedprożu Dworu Artusa zgromadzą się zaproszeni goście i wysłuchają dwóch harcerskich piosenek zagranych na karylionie, a następnie zostaną uwiecznieni na wspólnym zdjęciu. Goście przejdą do Wielkiej Sali Wety Ratusza Głównego Miasta, gdzie już tradycyjnie odbędzie się główna uroczystość. Panu Profesorowi będą asystować dwie postacie w strojach starogdańskich.

W przygotowaniu do tego wielce interesującego spotkania i działając w imieniu Zespołu Koordynującego odbyłem dwa spotkania i rozmowę z Panem Profesorem w dniach 22 października i 15 listopada. Przyjęty zostałem bardzo serdecznie. Rozmowa, którą prowadziliśmy, sprawiła mi dużo radości. Miałem życiowe szczęście i szansę poznać bliżej wspaniałego człowieka o wielkiej życzliwości, błyskotliwości, a przy tym wyjątkowej energii, jak na skończonych 96 lat. W trakcie pierwszej rozmowy, trwającej ok. 5 godzin, poinformowałem go o naszej inicjatywie i zapoznałem z programem spotkania. Profesor Andruszkiewicz wyraził zgodę na swoje uczestnictwo w tym terminie.

Uznaliśmy prof. Witolda Andruszkiewicza za osobę „Zasłużoną w historii Miasta Gdańska” – bo jego wiedza i wielki talent przyczyniły się w ogromnym stopniu do rozwoju polskich portów, a w szczególności portu Gdańsk.

Z jego inicjatywy i według jego pomysłu został zbudowany i otwarty w 1974 r. Port Północny, najgłębszy na Morzu Bałtyckim, z torem wodnym głębokości 17 m, co umożliwia wchodzenie statków o nośności 150 tys. ton. Oznacza to obniżkę kosztów jednostkowych transportu morskiego o 50 proc.– w porównaniu z kosztami dla statków o nośności 15 tys. ton, największych jakie wchodziły do portu w Szczecinie. Prof. Andruszkiewicz wysunął swój pomysł już w pracy doktorskiej, napisanej w 1947 r., a obronionej dopiero w 1962 r. w Katedrze Portów Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie. Promotorem był kierownik Katedry prof. Bolesław Kasprowicz.

Projekt techniczny Rejonu Przeładunku Towarów Masowych (RPTM) w porcie gdańskim sporządziło Biuro Projektów Budownictwa Morskiego „Projmors” w Gdańsku. Obiekty techniczne wykonało około 30 przedsiębiorstw budowlanych z Hydrobudową na czele. RPTM zatwierdziła Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej w Moskwie, ale to Polacy zbudowali najgłębszy port na Bałtyku dla węgla i ropy naftowej, nazwany od 1970 r. Portem Północnym Gdańska.

Poparcie decyzyjne dla tego pomysłu okazali ministrowie żeglugi – prof. Stanisław Darski (zatwierdzający budowę) i mgr inż. Jerzy Szopa, oraz Przewodniczący Zespołu Ekspertów Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, członek rzeczywisty PAN prof. zw. dr hab. Stanisław Leszczycki. Głównym odpowiedzialnym za budowę był Naczelny Dyrektor Zjednoczenia Portów Morskich mgr inż. Zbigniew Teplicki,

Za to wielkie osiągnięcie prof. Witold Andruszkiewicz otrzymał Zespołową Nagrodę Państwową Pierwszego Stopnia. Wcześniej, również z jego inicjatywy i według jego pomysłu powstał głębokowodny port Świnoujście z torem wodnym o głębokości 14,5 m, umożliwiającym wchodzenie statków o nośności 65 tys. ton. Zapewniło to obniżkę kosztów jednostkowych transportu morskiego o 30 proc.

Za zrealizowane pomysły rozbudowy polskich portów prof. Witold Andruszkiewicz otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski (11 listopada 1985 r.) i Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (już w Polsce Niepodległej – 28 maja 1997 r.).

Warto w tym miejscu powiedzieć, że Profesor zdobywał wyróżnienia nie tylko w Polsce, ale również za granicą, gdzie został zatwierdzony jako ekspert ONZ ds. portów morskich i transportu międzynarodowego. Jako taki wygrał światowy konkurs ONZ i został z jej ramienia doradcą premiera oraz ministra transportu Republiki Kongo w Afryce, gdzie pełnił misję 9 miesięcy w latach 1971–1972.

– Panie Profesorze, proszę przybliżyć naszym czytelnikom i sympatykom Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” prawdę historyczną, że urodził się Pan na Syberii w Omsku 29.09.1917 r.

„Pradziadek Antoni Busowski (od strony Mamy) za udział w powstaniu styczniowym w 1863 r., został zesłany na 25 lat katorgi (więzienie) w kopalni złota w Usolu Sybirskim koło Irkucka niedaleko granicy z Chinami. Po odbyciu kary nie miał prawa wrócić do miejsca zamieszkania czyli do Choroszczy koło Białegostoku. Musiał zostać do końca życia na Syberii, ale miał prawo zaprosić swoją rodzinę na przyjazd na Syberię, aby tam została na stałe. Patriotyczne Polki jechały na Syberię ze swoimi rodzinami. W ten sposób moja Mama Adela z domu Waszkiewicz z Matki z domu Bogusławskiej znalazła się w Omsku nad Irtyszem w centralnej Syberii, gdzie otrzymała telegram, że jej Dziadek Antoni Busowski zmarł nagle na serce w domu kuracyjnym w wannie z gorącą wodą. Dlatego do Usola nie pojechali i zostali w Omsku, gdzie Mama poznała młodego Antoniego Andruszkiewicza, który tam przybył też w rodzinnej grupie zesłańców i tam zawarli związek małżeński.

W wyniku zwycięstwa Polski pod wodzą Marszałka Józefa Piłsudskiego nad armią sowiecką, Piłsudski wymusił na sowietach wypuszczenie ze Związku Radzieckiego wszystkich zesłańców wraz z ich rodzinami, które przyjechały do nich na Sybir, przydzielenie pociągu i przywiezienie ich do granicy z Polską.

Powrót do Polski w wagonach bydlęcych trwał 3 miesiące (maszyniści podwozili wagony trochę parowozem i wracali do domu, a wagony z ludnością stały na stacjach węzłowych).

Granicę sowiecko-polską przekroczyliśmy w Baranowiczach, gdzie jak pamiętam otrzymałem polską chorągiewkę biało-czerwoną z papieru oraz konika wyciętego z dykty na deseczce z kółkami ciągnięty na sznurku oraz spodenki uszyte z amerykańskiego płaszcza wojskowego.

Miałem 5 lat jak w 1922 r. przyjechałem z rodzicami do Niepodległej Polski. Zamieszkaliśmy w Bydgoszczy. Tam skończyłem trzy klasy Szkoły Podstawowej, a następnie Miejskie Gimnazjum Matematyczno-Przyrodnicze im. Mikołaja Kopernika. W 1937 r. zdałem maturę i rozpocząłem studia w Akademii Handlowej w Poznaniu.

W gimnazjum byłem harcerzem z najwyższym stopniem – Harcmistrz Rzeczypospolitej Polski (złota lilijka w złotym kółku i ze złotym wieńcem na Krzyżu, oraz stopień instruktorski podharcmistrza i 32 sprawności).

Do Gdańska przyjechałem na stałe w 1945 roku”.

Motto prof. Witolda Andruszkiewcza brzmi:

„Chcemy służyć Polsce i w tym szczególnie Gdańskowi”

Rufin Godlewski

* s.p.n.b. = Samodzielny Pracownik Naukowo-Badawczy – ten tytuł ma od 1963 r. Ostatni raz nadano w Polsce ten tytuł w 1970 r., później ustawowo zmieniono go na docenta.

andruszkiewicz 1

Student I roku Akademii Handlowej w Poznaniu, 1937 r. Fot. z arch. Profesora Witolda Andruszkiewicza.

andruszkiewicz 2

Jadwiga i Witold Andruszkiewiczowie, ślub 6 czerwca 1942 r., Parczew, województwo lubelskie. Fot. z arch. Profesora Witolda Andruszkiewicza

andruszkiewicz 3

Prof. Witold Andruszkiewicz

Prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk

Prof. Jerzy Młynarczyk

Prof. Jerzy Młynarczyk

Funkcje: Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu im. E. Kwiatkowskiego w Gdyni, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Prawa Morskiego, Prezes Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarki Morskiej w Gdyni, członek Rady Programowej Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menadżerów. Konsultant prawny przedsiębiorstw żeglugowych i przemysłu okrętowego. Ekspert Międzynarodowej Organizacji ds. ustawodawstwa morskiego.

Nauka: Ur. 2. VIII. 1931 w Wilnie, s. Jana i Ludmiły, z d. Ignatiuk. 1944 Białystok. Od 1945 r. na Wybrzeżu. 1950 – matura w Liceum Chrobrego w Sopocie. Uczył się także muzyki (fortepian). 1954 magister praw Uniwersytetu Poznańskiego. 1963 obronił rozprawę doktorską n/t „Ograniczenie odpowiedzialności przewoźnika morskiego za utratę lub uszkodzenie jednostki ładunku”, nagrodzoną w ogólnopolskim konkursie czasopisma „Państwo i Prawo”. 1978 habilitacja na podstawie rozprawy „Umowy o budowę statku morskiego”. 14 monografii i podręczników, ponad 150 artykułów, liczne prace popularyzatorskie.

  Praca: 1954-58 w Zakładach Cegielskiego i DOKP w Poznaniu. 1958-1970 kolejno st. asystent, adiunkt i docent w WSP w Gdańsku. 1970-2003 Wydział Prawa i Administracji U. G., kierownik Zakładu Prawa i Postępowania Cywilnego oraz Zakładu Międzynarodowego Prawa Handlowego. 1977-1981 Prezydent M. Gdańska. 1982-88 dyr. Instytutu Morskiego. 1988-1991 w wyniku konkursu prof. w Światowym Instytucie Morskim ONZ w Malmö i w Międzynarodowym Instytucie Prawa Morskiego na Malcie. Prof. wizytujący w Chinach, Niemczech, na Litwie i w USA.

Sport: 1950-60  koszykarz w klubach poznańskich Warta (Stal) i Lech, 1960-71 w gdańskim klubie Wybrzeże. 1951-62 w Kadrze Narodowej ­ – 112 meczów w reprezentacji Polski, 4 razy w mistrzostwach Europy, 1960 udział w olimpiadzie w Rzymie.

Odznaczenia: 1960 Srebrny Krzyż Zasługi, 1975 Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Medale Zasłużony Mistrz Sportu, Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe, Kalos Kagathos, Nagroda J. Kusocińskiego, Nagroda im. H. H. Sieverta (od Światowego Zrzeszenia Olimpijczyków). Nadal uprawia koszykówkę w TKF Neptun Gdańsk.

Inne: 1994-97 Przewodniczący Rady ds. Gospodarki Morskiej przy Ministrze Transportu i Gospodarki Morskiej, 2001-2004 poseł z listy SLD i UP, później SDP.  Wiceprzewodniczący Komisji Kodyfikacji, członek Komisji Legislacyjnej Prawa Morskiego, ekspert Sejmu w zakresie ustawodawstwa morskiego. Od 1996 Mistrz Kapituły Medali Św. Wojciecha i Księcia Mściwoja II

  Rodzina: żona Krystyna, córka z pierwszego małżeństwa, dwoje wnuków.

W czasie prezydentury: m.in. pomnik Obrońców Poczty, krzyż na Westerplatte, Pomnik Poległych Stoczniowców (podpis na akcie założycielskim). Uczciwa postawa, budząca szacunek (także przeciwników), łagodzenie konfliktów, zdymisjonowany (czy dlatego?) w 1981 r.

Opracował: Andrzej Januszajtis

Prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk: „Gdańsk był zawsze miastem niepokornym”

NG_07

Drugie spotkanie z cyklu: „Zasłużeni w historii Miasta Gdańska” w Ratuszu Głównego Miasta.

Prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk był bohaterem drugiego spotkania z cyklu „Zasłużeni w historii Miasta Gdańska”, które odbyło się 15 października 2012 r. Tradycyjnie, kwadrans przed godziną dwunastą, uczestnicy stanęli na przedprożu Dworu Artusa i wysłuchali krótkiego koncertu karylionowego  z wieży Ratusza Głównego Miasta, skąd przeszli do ratuszowej Wielkiej Sali Wety.  

Organizatorami cyklu „Zasłużeni w historii Miasta Gdańska” w Ratuszu Głównego Miasta jest Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk”  przy współpracy z Muzeum Historycznym Miasta Gdańska.

Widziałem jak to wszystko wyglądało w 1945 r. 

Ulica Długa była stertą zawalonych domów!

– To jest drugie spotkanie jakie organizujemy wspólnie z Muzeum Historycznym Miasta Gdańska – powiedział na powitanie doc. dr inż. Andrzej Januszajtis, prezes Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”. – Chodzi nam o przybliżenie sylwetek ludzi, którzy coś dla Gdańska zdziałali, ale to coś jest przez duże „C”. Mam przed sobą prof. dr. hab. Jerzego Młynarczyka, człowieka, którego dorobek złożyć by się mógł na kilka wspaniałych życiorysów.

Prezes doc. dr inż. Andrzej Januszajtis przedstawił życiorys Bohatera.

– Towarzyszy mi teraz uczucie niekłamanego wzruszenia nie tylko dlatego, że usłyszałem piękne słowa o swojej pracy i życiu, ale także dlatego, że w tej oto sali, w której przychodziło mi nieraz przemawiać, zobaczyłem osoby, z którymi pracowałem w mieście Gdańsku, tych, którym miasto wiele zawdzięcza – powiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk, obecnie Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Gdyni. – Pan profesor Andrzej Januszajtis jest instytucją, wie pan wszystko o Gdańsku!

Prof. Jerzy Młynarczyk powiedział, że pamięta swoje spory o sporcie z Rufinem Godlewskim, za jego prezydentury pracownika Wydziału Sportu w magistracie, który wpadał do jego gabinetu i krzyczał: „Pan się nie zna na sporcie, ma być tak i tak w sporcie gdańskim”. Pracownicy się śmiali, pytali: „Jak to, pozwalasz, żeby Godlewski ci mówił jak ma być w sporcie?”

– Odpowiadałem „Tak”, bo miałem pokorę wobec dynamiki jego działań dla rozwoju sportu, trzeba przyznać, że w większości wypadków Godlewski miał rację!  – mówi prof. Młynarczyk.

– Siedzący naprzeciwko mnie inż. arch. Stanisław Michel towarzyszy nam w Gdańsku od pierwszych lat powojennych, wiele zrobił miasta, do dziś słyszę, jak wykłóca się o różne sprawy związane z architekturą, zwłaszcza w Śródmieściu – kontynuuje prof. Młynarczyk.

Następnie spojrzał na dr Janusza Trupindę, reprezentanta Muzeum Historycznego Miasta Gdańska i wyraził podziw dla całej instytucji, która przez lata dba i odmienia w naszych oczach Ratusz Głównego Miasta i inne zabytkowe obiekty mieszczące oddziały placówki.

– Na pańskie ręce, panie doktorze, przekazuję serdeczne gratulacje za to, co państwo zrobili z naszym dziedzictwem – powiedział Bohater spotkania. – Mam pewną legitymację, żeby o tym mówić, bo jako czternastoletni chłopak w czerwcu w 1945 roku widziałem ulicę Długą, nie była to ulica, tylko sterta zawalonych domów! I teraz, kiedy przychodzi mi spacerować po Gdańsku, wydaje mi się, że-  obok pięknych malarskich portretów królów polskich w Wielkiej Sali Wety – warto by zawiesić wizerunki ludzi, którzy Gdańsk postawili na nogi. Ja widziałem jak to wszystko wyglądało w 1945 roku.

Ojciec był organizatorem polskiego szkolnictwa na tym terenie

Rodzina państwa Młynarczyków znalazła się w Gdańsku trochę przypadkowo, słyszeliśmy opowieść Bohatera spotkania, jego ojciec otrzymał nominację na pierwszego kuratora Kuratorium Okręgu Szkolnego w Gdańsku.

– Ojciec był organizatorem polskiego szkolnictwa na tym terenie, bo nie było polskich szkół poza Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego Macierzy Szkolnej w Gdańsku i placówkami w Kwidzynie. Kuratorium sięgało wtedy aż po Bytów, z drugiej strony dochodziło do Kwidzyna. – Myślę, że Obrze by było zainicjować pamięć o nauczycielach z lat 40. na tym terenie, ci ludzie nie patrzyli na uposażenie, pracowali za przysłowiową miskę zupy.

Prof. Młynarczyk podziękował za zaproszenie Stowarzyszeniu „Nasz Gdańsk”, które nie bez powodu otrzymało wyróżnienie w postaci Medalu Księcia Mściwoja II, przypomniał, że to jest – po honorowym obywatelstwie Miasta Gdańska – najwyższe odznaczenie przyznawane nie tylko osobom, a także społeczności, organizacjom.

– Pozwoliłem sobie, w dowód prywatnego uznania i wdzięczności, zgłosić mój akces do Stowarzyszenia „Nasz Gdańsk” i – mam nadzieję – mimo iż jestem mieszkańcem Sopotu, znajdę się w waszych szeregach – dodał prof. Młynarczyk, co przyjęte zostało rzęsistymi oklaskami, a Profesor otrzymał na zakończenie spotkania legitymacje naszej organizacji.

– Trudno ukryć mi emocje, w Gdańsku zostawiłem sporą część swojego życia, powodzenia i niepowodzenia – mówił prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. – Przyszło mi kierować tym miastem w okresie najtrudniejszym, kiedy zmieniały się losy Polski, jeszcze nie tak gruntownie, ale – widać już było, że będzie inaczej. Ówczesne kierownictwo Gdańska – nie tylko miasta, także województwa – wiedziało, że ludzie dążący ówcześnie do zmian mają rację, uznaliśmy to, dlatego pochlebiam sobie, że odchodziłem z Gdańska z podniesionym czołem.

– To były dramatyczne czasy – konkluduje. – Gdańsk, jak powiedziałem na słynnym spotkaniu przed Stocznią Gdańską kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego, był w powojennych latach morską stolica Polski, wtedy Gdańsk stał się sumieniem Polski.

Prawo morskie dawniej i dziś. Cztery dni wicewojewodą gdańskim.

Nadszedł czas na pytania z sali.

– Zwrócę się do pana jako do eksperta od prawa morskiego – powiedział doc. dr inż. Andrzej Januszajtis. – Był przepis, że jeżeli statek rozmyślnie wpłynie na drugi statek i go uszkodzi, to kapitan, czy właściciel, pokrywa całość strat. Natomiast jeżeli nieumyślnie, tylko przypadkiem dojdzie do takiego zderzenia, koszty są pokrywane pospołu. Czy dalej obowiązuje ta zasada?

– Jest to norma niezwykle ciekawa, to prawo obowiązywało w Gdańsku, nazywało się „Prawo z Damme”, gdańszczanie zawsze go przestrzegali, choć Gdańsk był zawsze miastem niepokornym – powiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. – Na zjeździe HANZY w XIV wieku burmistrz Gdańska był krytykowany bardzo surowo przez pozostałych hanzeatów za to, że Gdańsk sprzedawał statki Anglikom i Holendrom, czyli – największym wrogom HANZY. Pan burmistrz, wysłuchawszy ostrej krytyki, powiedział, że  rozumie tę krytykę, ale Gdańsk będzie dalej sprzedawał statki, bo to dobry interes. Natomiast jeżeli chodzi o odpowiedzialność za zderzenia, to ta zasada, choć nie wszędzie, obowiązuje do dziś, płaci się po połowie, jeżeli nie stwierdza się kto zawinił zderzeniu.

– Jak to się stało, że pan był tylko cztery dni wicewojewodą gdańskim? – zapytano.

– Większość z państwa doskonale wie, że kierownictwo gdańskie było przeciwne rozwiązaniom warszawskim, wprowadzeniem stanu wojennego zostaliśmy zaskoczeni całkowicie, nawet ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR i członek Biura Politycznego, a więc najwyższego partyjnego organu, nie wiedział o wprowadzeniu stanu wojennego – odpowiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk.

– Jestem tego świadkiem żywym – kontynuował. – Umawialiśmy się z Tadeuszem Fiszbachem na bieganie po lesie, wróciłem z jakiejś podróży służbowej i o jedenastej w nocy rozmawialiśmy jeszcze u niego w biurze, powiedział wtedy do mnie: „Słuchaj, ale pamiętaj, o szóstej rano biegniemy.” Nie mieliśmy pojęcia, że nazajutrz zostanie wprowadzony stan wojenny, byliśmy, oczywiście, przeciw takiemu działaniu, wielokrotnie demonstrowaliśmy swoje zdanie publicznie. Dlatego kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się, że już nie jestem prezydentem Gdańska.

– Były w międzyczasie wydarzenia, o których z drżeniem serca do dziś wspominam, słynne spotkanie na placu Solidarności 16 grudnia, przed Pomnikiem Poległych Stoczniowców „Grudzień 1970”, zgromadziło się tam kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. –  kontynuował prof. Młynarczyk. – Tadeusz Fiszbach kilka lat temu powiedział mi: „Wiesz, wysyłając ciebie na to spotkanie z rozgorączkowanym tłumem byłem przekonany, że wysyłam cię na śmierć.” Powiedziałem mu: „Dziękuję, drogi przyjacielu za to wyznanie po latach.”

– I wtedy mnie usunięto ze stanowiska prezydenta Miasta Gdańska, ale zebrała się egzekutywa KW PZPR i całkowicie bezprawnie zdecydowała o mianowaniu mnie pierwszym zastępcą wojewody Jerzego Kołodziejskiego – wyjaśnia prof. Młynarczyk.

Docierał do rodzin internowanych.

Wezwano go do KW PZPR i wysłano na chwilowe bezrobocie.

– Dostałem konkretne zadanie, ponieważ, jak wiadomo, internowano wtedy, całkowicie bezsensownie, wielu naukowców i artystów, żebym dotarł do tych środowisk i starał się jakoś wesprzeć tych ludzi zatrzymanych, bo nikt nie wiedział, co się z nimi będzie działo – kontynuuje opowieść prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. –  Moją rolą było kontaktowanie się z rodzinami internowanych i dowiadywanie się, czy możemy coś zdziałać? Oczywiście, nie mieliśmy już wtedy żadnych możliwości sprawczych, bo rządził rząd wojskowy, przedstawiciele służb specjalnych, ale mogliśmy w wielu wypadkach pomóc, odwiedzałem wielu ludzi przez te cztery dni.

Wiedział, że jego funkcja pierwszego wicewojewody jest absolutną fikcją. Dlatego, gdy zwrócono się do niego z pytaniem, jaką tabliczkę na drzwiach dla niego powiesić  powiedział, żeby oszczędzić koszty i żadnej nie robić tabliczki. Jeszcze tego samego dnia wezwano go do KW PZPR w Gdańsku, gdzie dowiedział się, że udać ma się na „chwilowe bezroboci”. Ale nie był ofiarą stanu wojennego, wkrótce zatrudniono go w Instytucie Morskim, gdzie spędził szereg lat.

– Jak się panu podoba teraz Gdańsk, jak pan ocenia obecną młodzież w Gdańsku? – zapytała uczennica Szkoły Podstawowej nr 50  przy ul. Grobla IV w Gdańsku.

– Jestem w Gdańsku zakochany, jeżeli kiedyś posiądę jedną trzecią wiedzy pana Profesora Januszajtisa, to będę z większą swobodą oprowadzał swoich gości – odpowiedział prof. Młynarczyk. – To jest bardzo trudne miasto, ktokolwiek tu działa publicznie, doskonale o tym wie, na przykład w porównaniu z Gdynią, która jest łatwiejsza w zarządzaniu.

W Gdańsku stale trzeba podejmować decyzje będące kompromisem, stwierdził. Cieszy go mądra polityka władz miejskich, która, oczywiście, nie zadowala wszystkich. Prezydenta Adamowicza ceni za to, że ma własne zdanie, czasem przeciwne zdaniom innych.

– Co do młodzieży, spotykam się na uczelni z młodzieżą wyrośniętą i ona mi się bardzo podoba – kontynuował. – Patrzę na was i też mi się bardzo podobacie, miło, że interesujecie się swoim rodzinnym miastem, że chcecie o nim wiedzieć jak najwięcej.

Trudne lata powojenne w harcerstwie.

Najwspanialsza powieść napisana w języku polskim – „Lalka”

– Jakie pan miał kontakty z harcerstwem, czy były po wojnie w Gdańsku jakieś siły, które próbowały harcerstwa bronić?

– Byłem harcerzem, miałem krzyż harcerski, byłem raz, w 1947 roku, na obozie harcerskim – odpowiada prof.  Młynarczyk, zdobyłem kilka sprawności, w tym słynne „Trzy pióra”. Wtedy już zaczęto przebąkiwać o potrzebie zmian w harcerstwie, wielu ludziom ideały harcerskie, które przecież były tak rozpowszechnione w społeczeństwie, zaczynały przeszkadzać.

I zaczął się odwrót od harcerstwa pojmowanego tak, jak przed wojną, kontynuował prof. Młynarczyk. Nie przybierało to postaci organizacyjnej, grupy tak zwanego czerwonego harcerstwa pojawiły się później, w latach 50. , ale drużynę, w której był młody Jerzy rozwiązano, więc rok tylko był cieszył się działalnością w tej organizacji. Harcerstwo zaczęło odżywać i wracać do tradycji skautingu przedwojennego po 1956 roku, przypomniał.

– Panie profesorze, na pewno panu towarzyszyła i towarzyszy literatura piękna, gdyby był pan łaskaw opowiedzieć, co pan lubi czytać? – zapytał Stanisław Sikora, radny Rady Miasta Gdańska.

– W moim domu jest olbrzymia biblioteka, mam gusty bardzo staroświeckie – odpowiedział prof. dr hab. Jerzy Młynarczyk. – Za najwspanialsza powieść napisaną w języku polskim uważam „Lalkę” Bolesława Prusa, mogę czytać ją wciąż, od początku do końca, cudowne pokazanie życia polskiego społeczeństwa, oczywiście także osobistej tragedii. Ma absolutnie parafialny gust, stwierdza, jest zakochany w „Panu Tadeuszu”, kiedyś chciał napisać glosy do „Pana Tadeusza”, kapitalnego dzieła poetyckiego, bo glosa jest niczym innym jak komentarzem do wyroku.

– Moim studentom czytam spore fragmenty „Pana Tadeusza”, bo tam jest ogromna warstwa prawna – mówi prof. dr. hab. Jerzy Młynarczyk. – „Pan Tadeusz. Ostatni zajazd na Litwie” A cóż to był zajazd? Egzekucja prawa, jakiegoś wyroku sądowego, a więc pojęcie prawne, w epopei są fragmenty pasjonujące i dla prawnika. Wiemy, że ojciec Mickiewicza był adwokatem i syn się z prawem osłuchał.

Poezję współczesną czytuje. Szalenie mu się zawsze podobały wiersze Wisławy Szymborskiej, znacznie wcześniej, zanim dostała nagrodę Nobla, fascynuje go jej cienki dowcip i trafne obserwacje. Z literatury zagranicznej najbardziej ceni prozę Hemingwaya, rosyjską literaturę i poezję XIX wieku. I ogromnie ubolewa, że od lat na Wybrzeżu nie mamy pisma literackiego. I z niepokojem patrzy, że stajemy się, nie tylko w Gdańsku, coraz bardziej e – społeczeństwem, wolimy tkwić z nosami w komputerze, zamiast spotkać się oko w oko z pisarzem, poetą, ze znajomym, by osobiście wymienić poglądy i zapatrywania.

Katarzyna Korczak